Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szyprowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szyprowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2019

Znów wędrujemy ciepłym krajem

Powrotów do blogowania mam co najmniej tyle, ile znani sportowcy "definitywnych" postanowień o zakończeniu kariery. ;) I za każdym razem gdy siadam do komputera z zamiarem zalogowania się w bloggerskim profilu, czuję się tak samo zielona.
A przecież do zrecenzowania mam przynajmniej dwanaście zapachów (przy okazji minionej niedawno Wielkanocy chodziły mi po głowie cztery różne kompozycje w postaci trzech wpisów; wyszło jak zwykle).

Skoro już o zieleni mowa...

Green Deal autorstwa Sergio Boscaino

Tak się ostatnio złożyło, że zielony to dla mnie nowy czarny a może nawet nowy czerwony...?[Oczywiście wyłącznie z olfaktorycznego punktu widzenia, ponieważ w zielonych ubraniach tak dziś, jak i przed laty mogłabym co najwyżej występować jako statystka w filmie o zombie apokalipsie. ;P] 
Jest tym, czego poszukuję w perfumach, o czym śnię i za czym wyglądam; może to być zieleń skoszonej trawy, świeżej dostawy w kwiaciarni na rogu, wiosennej łąki, niszowego zielska itd. To może być lubiane od dawna galbanum ale też do niedawna traktowane z lekceważeniem kolońskie cytrusy. Na pewno zaś - skrzący się, matowy, chrupki szypr.
Taki, jak Coriandre marki Jean Couturier.

Chociaż jestem niemal pewna, że znam te perfumy od wielu lat - charakterystyczny malachitowy korek flakonu wygląda nieśmiało gdzieś z otchłani dziecięcych wspomnień - swoją opinię z konieczności opieram o najnowszą wersję wody toaletowej, zakupionej rok temu w jednej z Wiodących Perfumerii Internetowych. :) Czyli taką po paru wskrzeszeniach z martwych a na pewno po około pięciu tysiącach reformulacji.
Teoretycznie więc nie ma sensu spodziewać się zbyt wiele, prawda?

Otóż nieprawda. ;)
Ponieważ Coriandre to szypr równie oczywisty w swojej szyprowości co przebiegły. Skradający się po cichu w stronę niczego niespodziewającego się współczesnego konsumenta pachnących soczków - lekko już znudzonego bestsellerową powtarzalnością, szukającego czegoś innego - z pozoru mamiący jasną, kolońsko-paprociową przewidywalnością, być może też sugerujący odrobinę staroświecką męskość, dosyć przewidywalny. Jak drapieżna roślina czekający tylko, aż skuszony wonią łatwej konsumpcji owad przysiądzie na jego płatkach, żeby HAPS! pożreć maleństwo. ;)

Greening autorstwa Jurka Durczaka.

Coriandre to rzadki typ zapachowej kompozycji sprzed lat, która w XXI wieku z powodzeniem potrafiła zasiedlić nową niszę, wykorzystując do tego internet.
Daje się przecież zauważyć, że w świecie perfumomaniackich cyfrowych społeczności coraz liczniejsza grupa szuka czegoś więcej, aniżeli kadzidlano-oudowych dymów, od których przecież dawno temu wszystko się zaczęło. Równie dużo osób czuje, że nie dla nich oryginalne flakony sprzed kilkudziesięciu lat, gdzie strzeliste aldehydy, naturalistyczne cywet i piżmo czy potężne kwiatowe bukiety potrafią być niekiedy barierą nie do sforsowania. Podobnie flakony butikowych pachnideł znanych marek coraz częściej okazują się skrywać zawartość, która jakością nie odstaje od projektowanych przez marketingowców, bestselleropodobnych soczków marek typu Avon; więc jeżeli nie widać różnicy, po co przepłacać?
Co więc ma zrobić miłośnik perfum, którego kusi inność, chociaż niekoniecznie niszowo-kadzidlana? Który lubi vintage ale bez przesady? Który szuka czegoś wybitnego oraz odmiennego za niewygórowaną cenę? Według mnie śmiało może sięgnąć po Coriandre.

Tutaj początkowe energetyczne tchnienie ultraświeżej, z lekka cytrusowej, całkowicie pozbawionej słodyczy chmury systematycznie wysycha, pozwala się otulić wspaniałym mchem dębowym, być może ostatnim w produkowanych współcześnie perfumach (nawet, jeżeli jest on w całości dzieckiem pipety i retorty, przesyłam ukłony za naturalną dosłowność). Szybko dołącza jasne, lekko pikantne tchnienie tytułowej kolendry a może i innych przypraw? Trudno powiedzieć. Grunt, że kompozycja mieni się, zacienia i rozświetla naprzemiennie, słowem: szypruje na całego. :)
Gdzieś w tle daje się zauważyć ciężka i gładka kurtyna z bliżej nieokreślonych kwiatów, które przed zwiędnięciem broni delikatny aldehydowy promień, unoszący kwiatowe główki do góry. Jednak ani aldehydy, ani retrobukiet nawet przez chwilę nie usiłują zdominować mszysto-korzenno-wetyweriowo-drzewnego pierwszego planu. Nawet, jeżeli z czasem tego tła widać coraz więcej, nie mam absolutnie nic przeciwko, tak harmonijne wydaje się serce Coriandre.
W bazie natomiast cichaczem, obok utrzymującego całość w porządku drzewno-mszystego stelażu, przemykają nuty odzwierzęce: jakieś delikatne piżmo, jeszcze delikatniejszy cywet, może drobina kastoreum tak mała, że sprawiająca wręcz migdałowe wrażenie. Przemykają aż... przystają. I zostają na dużej, zanikając stopniowo wraz z głównymi bohaterami wonnej opowieści. Nikomu nie wadzą, będąc przecież jej równoprawnymi bohaterami.

Coriandre to arcydzieło. Piękne, na wpół zapomniane ale nieskończenie cenne. Jak malachitowy posążek, przypadkiem znaleziony gdzieś na wakacyjnym szlaku. ;)



Rok produkcji i nos: 1973, Jacqueline Couturier

Przeznaczenie: kompozycja stworzona dla kobiet, dziś jednak skręcająca w stronę uroczo staroświeckiego acz całkowicie noszalnego uniseksu. Na okazje, jakie tylko dlań wymyślimy; osobiście "zaliczyłam" w Coriandre i poważne biznesowe rozmowy, i wypad w góry zakończony popijawą. ;)

Trwałość: jedyna wada pachnidła; w przypadku testowanej przeze mnie współczesnej wody toaletowej jest to maksymalnie pięć do sześciu godzin bliskiego skórze, leniwego smyrania, z czego połowę czasu należy przeznaczyć na jeszcze bardziej cichnącą bazę.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: kwiat pomarańczy, dzięgiel, kolendra
Nuta serca: kłącze irysa, róża, jaśmin, konwalia, geranium
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, paczuli, wetyweria, mech dębowy, cywet, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/serbosca/44929995615/
2. https://www.flickr.com/photos/jurek_durczak/22849317790/

niedziela, 29 kwietnia 2018

Sielskoanielskość

Kiedy pomyślę o wyrażeniu la vie de château, to w pierwszej chwili przychodzą mi do głowy sielsko-zielsko-anielskie perfumy Patricii de Nicolaï: urocza wizja francuskiej arystokratki na temat beztroskiego życia na wsi. Najlepszy z możliwych, mocno wyidealizowany obraz własnej grupy społecznej.* Dlatego moje dzisiejsze skojarzenie perfumowe może w pierwszej chwili wydawać się nieco na wyrost.

Otóż dla mnie takim wyobrażeniem prostej wiejskiej radości życia - ale co ważne w ujęciu sprzed kilkudziesięciu lat - okazuje się Chique, niegdyś od Yardleya, dziś produkowany przez nieznaną nikomu markę Taylor of London. Bowiem wbrew nazwie, perfumy te mają w sobie lekkość, bezpretensjonalność i luz rodem ze starego wiejskiego domu, prosto ze wspomnień z czasów dzieciństwa.
Ze świata (z polskiej perspektywy) babć, cioć i sąsiadek, które w kwiecistych sukienkach i koralach tudzież perłach oraz z nieodłączną kuferkową torebką udawały się do kościoła na letnią poranną mszę aby potem zamienić odświętną kremplinę na koszulową bluzkę i płócienne spodnie/wełnianą spódnicę, lordsowate buty na wygodne trzewiki, papilotopochodne loki przesłonić chusteczką w pastelowym kolorze - i wyjść w pole, bo przecież dzień święty dniem świętym ale żniwa są najważniejsze. ;)

Harvest Time in Imaginaria, Mikael Colville-Andersen

Jednak nie zmywały ulubionych, aldehydowych lub szyprowych perfum, co przecież nie miałoby sensu (w końcu i tak umyją się wieczorem, po pracy). Wkrótce zgodnie pozwolą, aby goszczący na ich ciałach a wystrzelony pod niebiosa dzięki niewielkiej dawce aldehydów, naturalistyczny mech dębowy rozgrzały mocarne promienie letniego słońca sprawiając, iż cała suchość Chique wędruje niemal w kumarynowe, stricte wakacyjne i sianokosowe rejony. Lekkość zapewnia mu niewielki dodatek kolońskich w wydźwięku cytrusów a za dodatek elegancki służy retrobukiet niemożliwy do rozłożenia na poszczególne kwiaty.

Również finał pachnidła w niczym nie odstaje od prawideł rządzących perfumiarstwem przed laty, jest bowiem nieco bardziej drzewny, spokojniejszy, pyłkowy ale nie pudrowy. Wyciszony ale nie płaski. Stopniowo, po kawałku zamierający ale przy tym w żaden sposób nie słabszy (an dosłownie, ani tym bardziej metaforycznie). Chique zanika jak letni dzień, stopniowo matowiejąc, dyskretnie srebrząc się, w miejsce dziennej duszności podstawiając wieczorną przestrzeń i głęboki oddech.

Chyba również i te perfumy w jakiś sposób odpowiadają mojej potrzebie poszukiwania zapachów słowiańskich (lub szerzej: wiejsko-etniczno-sielskich) jako kompozycja "zatrzymana w czasie", w jakiś sposób odpowiadająca strzępom doświadczeń lub resentymentów poprzednich pokoleń.
To jakby zapachowe odzwierciedlenie jednej z miliona twarzy jungowskiej synchroniczności:
"zdarzenie(...), w którym pojawia się szczelina w strukturze tego, co zwykliśmy traktować jako rzeczywistość, i przez tę szczelinę zaczyna »krwawić« natura wyższych wymiarów, spoza granicy czasu. I jest to coś, czego nie da się objąć rozumem".
[Iza Michalewicz, Zbrodnie prawie doskonałe. Policyjne archiwum X, Wyd, Znak, Kraków 2018, s. 82-83].
Retropocztówka z równoległej rzeczywistości... gdzie Chique nie oznacza wcale "kleszcza", jak w znanej nam francuszczyźnie ale rzeczywiście "szyk" i "klasę". ;D


Rok produkcji i nos: 1976, ??

Przeznaczenie: zapach dedykowane kobietom ale z perspektywy czasu odległy od wszystkiego, co dziś bywa kojarzone z "kobiecymi" zapachami. To szypr prawdziwy a nie "nowy", znany również jako mocz cukrzyka. ;P Jako taki jest więc Kleszcz silny, twardy i nie do zdarcia. ;) Na okazje raczej nieformalne - chyba że dysonujecie luksusem tolerancyjnych olfaktorycznie współpracowników (moi póki co jeszcze się nie skarżyli).
Dodam jeszcze, że niewielka popularność perfum pomogła im podczas nieuchronnego procesu reformulacji; wie o nich niewielu pseudoalergicznych psycholi, dlatego podejrzewam, że kompozycji zapachowej nie dosięgła seria radykalnych kastracji a co najwyżej dyskretny lifting.

Trwałość: posiadam identyczną jak na fotografii fiolkę gazowego sprayu w iście niedzisiejszym stężeniu parfum de toilette i oceniam jej zawartość jako sprężystą i co najmniej dwunastogodzinną. Na ubraniach Chique potrafi przetrwać nawet dwa prania.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa (oraz aldehydowa)

Skład: 

mech dębowy, akordy kwiatowe, owocowe i drzewne, cytryna amalfitańska, pomarańcza

P.S.
Źródła ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/16nine/2260249384/
2. http://www.stylecraze.com/articles/best-yardley-perfumes-for-women-our-top-10/

*Na polskim podwórku wyraźnie nadreprezentowany, aczkolwiek w czasach cwaniakujących, szwindlujących w blasku fleszy a następnie, latynoską modą, robiących z tego telenowelową dramę Czartoryskich. Pojawia się pewne urozmaicenie. ;>

sobota, 16 września 2017

Mieć pokój w sercu

Powroty bywają trudne. Nie tylko dlatego, że wiążą się z ponownym wdrożeniem w rytm, od którego zdążyliśmy się odzwyczaić ale też z powodów czysto technicznych. Na przykład poważnego uwstecznienia w dziedzinie nowości. ;) Nie inaczej jest w moim przypadku.
O ile bowiem czasem zdarzało mi się zaglądać do popularnych perfumerii w centrach handlowych i - ogólnie mówiąc - wiem, że Izia od Sisley to Dzieło przez duże D, natomiast w Gabrielle od Chanel ciekawy jest jedynie flakon, to już w kwestii perfum niszowych i artystycznych od około roku nie wąchałam niczego nowego.

Z tego powodu moja pierwsza recenzja po wielomiesięcznej przerwie dotyczyć będzie pachnidła, którego w żaden sposób nowością nazwać nie można. Dziś opowiem Wam o futrze.


Temat naturalnych futer szczęśliwie we współczesnym świecie jest już na tyle skompromitowany, że pozytywnie kojarzy się właściwie jedynie osobom, które na co dzień posługują się językiem rosyjskim. W ich kręgu kulturowym "szuba" w dalszym ciągu uchodzi za nieomylny znak wysokiego statusu społecznego; zatem u nas już nie musi. ;) Jednak nie zawsze tak było.

Jeszcze zanim Zachód dopuścił do głosu ruchy nawołujące do rezygnacji z tego symbolu niepotrzebnego okrucieństwa, zamożne Francuzki, Brytyjki czy Amerykanki również wzdychały do naturalnych futer a ich producenci głowili się, w jaki sposób rozszerzyć działalność. I tak właśnie, w roku 1912 na trzech braci Weil spłynęło olśnienie: a gdyby produkować perfumy wonią pasujące do miękkich futrzanych płaszczy, specjalnie dla nich komponowane?
Odkąd w roku 1922 marka pokazała światu swoje pierwsze pachnące dzieło, Padisha*, a od 1927 produkowała już perfumy dostępne w powszechnej sprzedaży (a nie, jak do tej pory, będące upominkiem dla najlepszych klientów), jeszcze silniej zaczęła kojarzyć się z luksusem. Naturalnie Parfums Weil w ciągu swojej działalności podążało z duchem czasu, dotrzymując kroku aktualnym modom olfaktorycznym, jednak współcześnie markę otacza nimb producenta dzieł silnych i bezkompromisowych. Cóż, w tamtych czasach nawet perfumy "świeże", "lekkie" i "młodzieżowe" były zdolne swoją mocą wywoływać wojny a i konieczność dopasowania do woni naturalnych futer też musiała mieć duże znaczenie. ;)

A skoro już o świeżości i młodzieńczej odwadze mowa...


W interpretacji opisywanej marki oznaczała ona na przykład niemałą dawkę suchego, zielono-srebrzystego, mieniącego się szypru a na imię jej było Weil de Weil.

Mieszanina powstała w tym samym czasie, co Ô de Lancôme, Rive Gauche YSL, Chanel No. 19 czy Diorella wydaje się nie tylko odwoływać do modnych wówczas interpretacji zapachów "sportowych" i "świeżych" (gdzie za wymienione cechy odpowiadały głównie cytrusy, drewna, kwiaty w typie narcyzów i hiacyntów, wetyweria, mech dębowy oraz cywet z piżmem) ale też w ciekawy sposób mierzyć się z podstawowymi założeniami marki. Bo jak w czasach miłujących pokój, roślinożernyh hipisów opowiadać o zapachu kosztownych futer?
Na przykład opierając się o ich ożywczą, rozbrajającą, humorystyczną interpretację. Ostatecznie czy przymrużając oko nie moglibyśmy określić mchu mianem "wegańskiego futra"? ;)

A tutaj wszystko dotyczy mchu: od migoczącego, kwiecisto-pylistego, lekko pikantnego otwarcia przez serce ukryte we wnętrzu zieleniącego się, balsamicznego, galbanowo cienistego i ziołowo słonecznego lasu zamieszkanego przez zupełnie nie płochliwe cywety aż po skórzasto-sandałowcową bazę, przez którą jak cień dzikiego zwierza przemyka niemal kleista, zmysłowa gorycz piżma. W każdy z etapów rozwoju Weil de Weil wpleciona jest mniej lub bardziej gruba nić suchej, skrzącej się woni mchu dębowego. Uwierzcie, że łamie mi ona serce, ponieważ w roku 2017 stworzenie choćby podobnych perfum nie jest możliwe; nie te czasy, nie ta moc, nie te składniki...

Dlatego pozostaje mi jedynie to drobne wspomnienie minionych czasów, oszczędnie oplatające ludzką sylwetkę. Towarzyszące nam, ponieważ stosowane z wielką ostrożnością i oszczędnością z mojej strony; zbyt cenne, aby roztrwonić je w bezczelnej mgle z atomizera.
Kiedy ze współczesnej perspektywy myślę o Weil de Weil, przypomina mi ono anonimowy aforyzm "Spokój nie oznacza przebywania z dala od hałasu, kłopotów czy ciężkiej pracy. To znaczy być w centrum tego wszystkiego ale wciąż znajdować w sercu równowagę".


Rok produkcji i nos: 1971, ??

Przeznaczenie: podobnie jak przytłaczająca większość dawnych dzieł marki, także i ta kompozycja dedykowana jest kobietom, aczkolwiek wg dzisiejszych standardów jest to typowy uniseks. Ba, co bardziej konserwatywni pewnie przekonywaliby nawet o jej męskości. ;P
Z uwagi na nieprzeciętną moc pachnidła (testowałam wersję z drugiej połowy lat 70.) należy bardzo rozważnie podchodzić do dawkowania; obawiam się, że większość współczesnych nosów nie zniosłaby dawki większej, niż kilka kropel na krzyż. Dlatego nawet z doborem okazji należy uważać, choć osobiście nosiłam WdW nawet do pracy wśród ludzi i nikt nie narzekał. :)

Trwałość: całodniowa

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: neroli, galbanum, hiacynt, akordy zielone, tangerynka
Nuta serca: mimoza, ylang-ylang, narcyz, wiciokrzew, róża, konwalia
Nuta bazy: mech dębowy, drewno sandałowe, wetyweria, cywet, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/seanmolin/12596621403/in/photostream/ [The most wonderful... | Anna, autor: Sean Molin]
2. https://img0.etsystatic.com/187/0/7992770/il_fullxfull.1227057772_16o8.jpg [Autor: NewbornPhotography Props (bonbonsphotopropshop)]

* Nazwa ta oznacza 'padyszacha', więc kojarzenie perfum luksusowych, więc obłędnie kosztownych ze światem islamu jest znacznie starsze, niż moda na oud (czy to wciąż jest tylko moda? śmiem wątpić). ;)

piątek, 6 stycznia 2017

O krwi czerwona!


Ciekawe, czy wciąż pamiętam, jak to się robi? ;) Ponoć z blogowaniem jest identycznie, jak z jazdą na rowerze ale kto wie, jak jest naprawdę?

Dlatego pozwólcie mi na próbny lot, jeszcze nieśmiały, za to w towarzystwie pachnidła, które skutecznie obudziło mnie z recenzenckiego letargu. :) O jakie dzieło sztuki olfaktorycznej może chodzić?



Ci z Was, którzy śledzą moje konto na Instagramie, mogą się już domyślać. ;)

"Rubies and Pearls of Love In Sails of Scented Winds In Whispers of a Midnight Sun" [po angielsku brzmi to znacznie lepiej, niż po polsku (co nie znaczy, że z większym sensem) ;) ]. Według twórczyni marki dokładnie tak pachnie ukochane przeze mnie zderzenie przeciwieństw, okolicznościami zmuszonych do nawiązania dialogu i odnalezienia wspólnej drogi. Wspaniały twórczy oksymoron.

Gdzieś na bezdrożnych rubieżach znanego świata kwiaty, ten symbol klasycznego europejskiego perfumiarstwa o wielosetletniej tradycji, spotykają jeszcze starszą sztukę olfaktoryczną w postaci bliskowschodnich drzazg i dymów. Oto Grasse staje się miastem partnerskim Aleppo a dzieje się to na z pozoru niegościnnej Dalekiej Północy. :) Co może wyniknąć z podobnego spotkania?


Midnight Sun marki Aqaba. ;) Perfumy zatytułowane po fenomenie z okolic przesilenia letniego, kiedy to na skrajach Ziemi, za granicami kół podbiegunowych, słońce wisi tuż ponad widnokręgiem przez całą dobę. Biała noc. Nietrudno zgadnąć, że na naszej półkuli zjawisko to ma miejsce w okolicach 21. i 22. czerwca, w czasie pradawnych indoeuropejskich świąt ku czci najdłuższego dnia w roku; tak niezwykłe i oczekiwane, że okres ten w językach germańskich do dziś nosi nazwę odwołującą się właśnie do fenomenu słonecznej północy: midsommar po szwedzku, midsummer po angielsku, Sommersonnenwende po niemiecku. Letnie przesilenie słoneczne. Midnight Sun.

Kiedy więc po raz kolejny w odwiecznym astronomicznym tańcu nocy z dniem, światła z mrokiem oraz zimy z latem szczęśliwie minęliśmy okres będący doskonałym przeciwieństwem białych nocy, gdy powoli wychodzimy z kosmicznej smugi cienia, chciałabym opowiedzieć Wam o zapachu, który towarzyszył mi w tegorocznych obchodach chrześcijańskich uroczystości przesilenia zimowego. Ukryta w ciepłym, bezpiecznym cieniu patrzyłam ku promieniom.


Co stanie się zatem, kiedy bogate, europejskie kwiecie napotka na swojej drodze bliskowschodnie tłuste dymy oraz suchy, pylisty popiół czy drewno, z którego ostały się li tylko drzazgi? Jakie dziecko urodzi się ze związku tak żywych, wyrazistych i rozwibrowanych rodziców? No cóż, odpowiedź na tak postawione pytanie znamy od początku ubiegłego wieku a konkretnie od 1917 roku. Oczywiście szypr! ;)
Nim właśnie jest Midnight Sun, aromat bogatej róży o mięsistych płatkach w kolorze rubinowej czerwieni zestawiony z suchym ale gęstym sandałowcem, któremu towarzyszą subtelne, nieznacznie gorzkie smugi jasnego dymu z bliżej nieokreślonych żywic. Za nimi jednak podążają pojedyncze promienie świetlistego kwiatu pomarańczy, z którego całą jego słodycz wyciąga zielona, świeżutka gardenia. W tym momencie wydaje się, że pogoda i jasność pachnidła zatriumfują.


Jednak z czasem cienista kompozycja zamiast blednąć, pogłębia się. Do pojedynku - a może tańca - róży z sandałowcem, gdzieś pomiędzy australijskim drewnem rodem z Santal 33 od Le Labo a kwiatem z Rosenlust marki April Aromatics czy lutensowskiej Sa Majeste la Rose pojawia się sucha wetyweriowa gęstwina oraz... oud, tłusty ale lekki, absolutnie nie dążący do dominacji nad kompozycją. Towarzyszy mu daleki cień miodowej tuberozy, jeszcze bardziej symboliczny aniżeli partner; swoją drogą jest to niemałe osiągnięcie: żeby parę tak wielkich indywidualistów utrzymać w ryzach gdzieś na dalszym planie, no no! ;)

Jakkolwiek patrzeć na współpracę poszczególnych elementów Midnight Sun, baza jest stabilna i prawdziwie głęboka. Ciepła, spokojna, delikatnie drgająca jakby w rytm monotonnego, relaksującego kociego mruczenia. Niczym światłem i cieniem cierpki od olejków aromatycznych różany nektar gra z subtelną pikanterią sandałowca, leniwa słodycz kwiatu pomarańczy z przerzedzonymi kadzidłami, laboratoryjnie narkotyczna tuberoza z gęstniejącym, metalicznym oudem oraz suchą ostrością wetywerii (a może tej ostatniej wcale w MS nie ma, może od początku udawał ją oud...?). Natomiast gdzieś na samym dnie czają się ciemne akcenty animalne: od oleistego kostowca począwszy, przez sierściowe piżmo aż po miękki zamsz, wszystkie jednak bardzo stonowane, podrzędne wobec zgodnej współpracy roślinnych przeciwieństw. Jak na najprawdziwszy szypr przystało. ;)


A przecież dziś prawdziwych szyprów już nie ma. ;) Dlatego wśród popularnych perfum charakter zbliżony do Midnight Sun możemy znaleźć bodaj wyłącznie w Eau du Soir czy Soir de Lune od Sisley, klasycznym Agent Provocateur czy w Cabaret marki Grès.

Coraz trudniej o rubinową czerwień białych nocy. Nie tylko w mroźny grudniowy czy styczniowy wieczór. :) I nie tylko na dalekiej Północy.

W południowo-zachodnich Niemczech, w miejscowości Bingen nad Renem, w dwunastym stuleciu żyła jedna z najciekawszych postaci swojej epoki. Miała na imię Hildegarda i była osobą o tysiącu talentów, których nie stłamsiło rygorystyczne klasztorne wychowanie: dyplomatka, naukowczyni, lekarka, dietetyczka, zielarka, geolożka, biolożka, filozofka, poetka i kompozytorka. A oprócz tego mistyczka i pustelniczka, prekursorka panteizmu, benedyktyńska mniszka, święta kościoła katolickiego oraz doktor kościoła.
Utwór, który wybrałam do zilustrowania recenzji jest jej autorstwa. Dotyczy oczywiście kwestii religijnych ale myślę, że jego tekst znakomicie pasuje do opowieści o lecie i zimie, o słońcu oraz mroku, o życiu i... o kwiatach. ;)

"O krwi czerwona,
która spływasz w dół z wysokości
tknięta boskością.
Ty jesteś kwiatem,
którego mróz wężowego oddechu
nigdy nie uśmierci".*


Rok produkcji i nos: 2007,  Vito Lenoci

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach i jako szypr chyba rzeczywiście najlepiej do nich pasuje (co nie znaczy, że mężczyźni się w nim nie odnajdą; w istocie może być zupełnie na odwrót, choćby z uwagi na składniki). Ciekawa alternatywa dla mieszanek zapachowych, w których nie wolno już stosować mchu dębowego ale wciąż ciągnie nas do jego magii. Nas, czyli mnie. ;)
Bardzo klasyczny i stonowany, więc wydaje się idealnie dopasowany do oficjalnych okazji. Choć oczywiście tylko Wy decydujecie o własnym stroju olfaktorycznym. :D

Trwałość: całodniowa, wyraźna nawet w głębokiej bazie.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-orientalna (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: róża damasceńska, gardenia, frezja
Nuta serca: kwiat pomarańczy
Nuta bazy: tuberoza, drewno sandałowe, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/oldeyankee/5077934565/ [Midnight sun Bell Sound Norway]
2. https://www.flickr.com/photos/cpieters/6931192243/ [north cape with midnight sun autorstwa Charlesa Pletersa]
3. https://www.flickr.com/photos/46785534@N06/11997095116/ [Evening with Midnight Sun - EXPLORED autorstwa niejakiej Anity]
4. https://www.flickr.com/photos/haparanda/4705240329/ [Midnight sun in Haparanda autorstwa Sandry Baqirjazid]
5. https://www.flickr.com/photos/11003739@N00/2654514317/ [Midnight Sun, points north. Alaska autorstwa Daniela Heggie]

* Cytat za Kristin De Troyer, Wholly Woman, Holy Blood: A Feminist Critique of Purity and Impurity, Ingram International, Przedmowa, s. X, Tłumaczenie własne.

sobota, 4 czerwca 2016

Byli sobie raz...

"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy".
Jean Cocteau


Jeżeli jesteście kobietami, na pewno przynajmniej raz w życiu miałyście okazję natknąć się na prasowy bądź internetowy psychotest, mający pomóc Wam w odkryciu, z którą z księżniczek Disneya winnyście czuć najsilniejszą więź. Przy czym, jak zdążyłam zorientować się podczas poszukiwania informacji do niniejszego tekstu, współcześnie dominują bardziej rozbudowane wersje psychozabawy, uwzględniające także nowsze disnejowskie bohaterki: Meridę, Tianę z Księżniczki i żaby, Mulan czy Pocahontas. I chociaż niczego przeciwko nim nie mam, dziś chciałabym skupić się na nieco starszym wcieleniu testu, w którym klasyczna triada Śnieżka – Śpiąca Królewna – Kopciuszek urozmaicona została jedynie o Arielkę Małą Syrenkę oraz przede wszystkim o Bellę z Pięknej i Bestii. ;)

W dzisiejszym świecie są to wzory może już lekko wyświechtane, niekoniecznie atrakcyjne dla wchodzących w dorosłość dziewcząt ale wciąż bardzo, bardzo popularne a jednocześnie szkodliwe.
Weźmy takiego na przykład Kopciuszka: czeka toto sobie biernie, aż zjawi się jakaś dobra wróżka i przemieni ją w zupełnie inną osobę, godną lepszego życia oraz bliżej niesprecyzowanego księcia. ;P Ze Śpiącą Królewną jest jeszcze gorzej, ponieważ jej życie – to jedyne, które naprawdę się liczy – rozpoczyna się dopiero z pocałunkiem Pana Właściwego. O ile w ogóle d niego dojdzie, bo przecież Śpiąca prędzej padnie trupem, niż pierwsza odezwie się do interesującego przedstawiciela płci przeciwnej. Śnieżka natomiast jest rodzajem hybrydy dwóch powyższych przykładów: nie dość, że pasywna i bez mężczyzny u boku równie dobrze mogłaby być martwa, to jeszcze na jej życie i pomyślność dybie inna kobieta. Dookoła same zdziry, zastawiające sidła na mojego misiaczka; jak żyć, pani premier? :P
Kolejny przypadek to Mała Syrenka: niby zbuntowana nastolatka, jednak dla księcia gotowa jest całkowicie wyrzec się własnej tożsamości oraz wszystkiego, co uwielbia robić. Po co jej pasje i zainteresowania, skoro ma już faceta? [Znamy takie dziewczyny czy kobiety również i w prawdziwym życiu, oj znamy! ;> ]

Natomiast jeżeli chodzi o Piękną...


Pozornie wydawałoby się, że to najbardziej fantastyczny, bajkowy schemat. Ostatecznie ile znamy historii pięknych kobiet oraz mężczyzn o zdawałoby się odpychającej powierzchowności? ;)
No właśnie... trochę się tego nazbiera, choć może nie w aż tak drastycznej formie. ;] Jednak i w tym przypadku sam archetyp jest naprawdę bardzo popularny. Połowa ckliwych romansideł tego świata opiera się o motyw związku "nowej w mieście", ślicznej i/lub uroczej dziewczyny z lokalnym mrukiem-samotnikiem, któremu ona leczy cierpiącą duszę a później żyją razem długo i szczęśliwie. Mutacją opowieści o Pięknej i Bestii jest również ludowa mądrość na temat "złych chłopców", których jako kobiety niby tak uwielbiamy.
W praktyce natomiast taki związek nazbyt często zaczyna się od złudzenia zakochanej (i zaślepionej) dziewoi, że "dzięki sile mojej miłości on zmieni się po ślubie", po latach karanego syndromem żony alkoholika lub koniecznością szukania schronienia w Domu Samotnej Matki. Albo chociaż zgorzknieniem, depresją czy walką o alimenty dla dzieci.
A to wszystko dzięki wchłanianym bezrefleksyjnie bajkom.

Jednak nie jesteśmy tutaj, aby mówić o skutkach baśni przekazujących kobietom zgubne wzorce, lecz o perfumach. Cóż za niespodzianka, prawda? ;)
Perfumach z bestią w nazwie. Lecz nie z żadnym przerażającym, szatańskim potworem ale z Bestią z baśni; zaklętym księciem, któremu wystarczy tylko trochę pomóc, aby zaprezentował całą swoją urodę. Zresztą czy nawet i bez gładkiego lica naprawdę jest taki straszny...?

Przed Wami Peau de Bête marki Liqiudes Imaginaires oraz... jeszcze jedne perfumy. :) Sami przekonajcie się, które.


Zacznijmy jednak od Bestii, w której skórze może znaleźć się dosłownie każdy i każda z nas.
Bo czy nie drobny przypadek, zbieg okoliczności, jeden atom w niewłaściwym miejscu i nie bylibyśmy tą osobą, którą jesteśmy obecnie? Czy to nie wychowanie do życia w społeczeństwie połączone z osobliwym poczuciem krzywdy i pragnieniem zemsty potrafi zmienić porządnych zdawałoby się ludzi w wielokrotnych wojennych morderców? Czyż największe bestialstwo nie miało przypadkiem zwykłej, całkowicie przeciętnej, buraczanej (a w pewnych okolicznościach na pewno poczciwej) twarzy Adolfa Eichmanna, w którą ze zdumieniem wpatrywała się Hannah Arendt podczas jerozolimskiego procesu zbrodniarza? Czyż filozofka nie stwierdziła wtedy, że tak naprawdę najgorszego zła dopuszczają się nie psychopaci ale właśnie ludzie do bólu zwyczajni, którzy zamiast myśleć samodzielnie własne postrzeganie rzeczywistości opierają wyłącznie o zbiór utartych banałów oraz stereotypów?

Prawdziwe zło - to, które najczęściej dotyka nasz świat - wbrew pozorom wcale nie ma twarzy wykształconego, wyrafinowanego i ponadprzeciętnie inteligentnego Hannibala Lectera ale raczej kogoś idealnie typowego; żyjącego swoim małym życiem, chodzącego na wywiadówki, oglądającego telewizyjne kabaterony, narzekającego na zbyt wysokie podatki oraz nieremontowane drogi jednocześnie, śpieszącego do pracy na siódmą rano a w rozmowach deklarującego: "nie jestem rasistą ale tych wszystkich uchodźców należałoby (wstaw co chcesz)". Bestią może stać się dosłownie każdy. Wystarczy tylko dać nam czas i możliwości.
Dlatego bardzo proszę: nie odsuwajcie się od Bestii. Nie mówcie o niej z obrzydzeniem. Nie czujcie się przy niej obco. Przecież to właśnie ona każdego dnia patrzy na Was z lustra. ;]

Podobne myśli chodziły po mojej głowie podczas testów Peau de Bête, dzieła jednocześnie naturalnego i porażającego swoją laboratoryjnością, bajkowego i futurystycznego, łagodnie roślinnego ale i brutalnie zwierzęcego. Pachnidło chwyta nas za gardło a następnie prosto przez nozdrza wżera się w mózg, po drodze kąsając inne organy. Teoretycznie silne i nie bawiące się w subtelności, faktycznie otacza nas ciepłym, przytulnym i gęstym woalem, dzięki któremu możemy poczuć się błogo. A wszystko to będzie dziać się tak długo, jak długo będzie zdawać sobie sprawę z własnego okrucieństwa, niesprawiedliwości i głupoty.
Jak długo w gęstych, gryzących w nozdrza, metalicznych i tłustych jednocześnie dymnych oparach Peau de Bête będziecie rozpoznawać samych siebie, ze wszystkimi Waszymi... naszymi wadami.
Jak długo będziemy rozumieć, że gorzkie, metaliczno-ziołowe otwarcie mieszaniny, tu i ówdzie ogrzane pieprzowymi, szafranowymi, lub muszkatowymi żarzącymi się węgielkami to nic innego, jak nasz charakter oraz to wszystko, co mamy w głowach; że następujące po nich intensywne roślinnienie mieszaniny, zieleniącej się cypriolem i paczuli, zastygającej żywicą cennych drzew na drzazgach i łagodnie umajającej całość lekko mydlanym, łącznym aromatem rumianku to nic innego, jak nasza dusza, zawsze piękna i nieskalana - przynajmniej według nas samych; ;> że ujawniające się w sercu a później tylko pogłębiające się intensywne, drapieżne, teoretycznie odzwierzęce elementy składowe perfum w rodzaju piżma, cywetu, labdanum, kastoreum czy skatol oraz indol ze wszystkich białych kwiatów świata to przecież nasze własne ciała, pachnące wysiłkiem, potem, chorobami, brakiem higieny czy najróżniejszymi naszymi wydzielinami.
Natomiast całość to po prostu - my. Tacy, jakimi jesteśmy naprawdę. Bez różowych okularów, niepotrzebnego optymizmu oraz photoshopa. Dzieci Natury tworzące Kulturę.

Tak, wiem jak to wszystko może brzmieć w uszach (oczach?) osób niechętnych dorabianiu do zapachów szerszej ideologii. Wiem i jednocześnie mam to głęboko gdzieś, całkowicie impregnowana na opinie ślepych malkontentów. A wiecie dlaczego?
Bo mogę. Wszak i ja również jestem Bestią.


Aczkolwiek wcale nie jestem dumna z okazanej przed chwilą nieuprzejmości oraz gruboskórności. Uważam, że we współczesnym świece jest ich zbyt wiele, bym mogła swobodnie dorzucać kolejną dawkę. Dlatego następna olfaktoryczna baśń opowiadać będzie o cieple i zmysłowości, o pocie, kurzu i brudzie, którym za towarzysza dano typowe, bardzo klasyczne, kwiatowe piękno starej daty.
Tym razem, oprócz Bestii, którą mógłby być każdy, poznacie również Piękną - a ich spotkanie... Oj, stanowczo nie będzie bajką dla dzieci. ;)
Przed Wami Parfum de Peau marki Montana.

Otóż o ile Peau de Bête jest kompozycją do cna współczesną, w niszowy sposób bezpośrednią ani niczego nie udającą, Parfum de Peau już od pierwszej chwili daje nam odczuć swoją historyczność, delikatność ukrytą pod pozorem gorzkiej a nawet lekko kwaśnej ziołowej nalewki, zaprawionej zamorskimi korzeniami a pitej gdzieś na zapleczu butiku Hermèsa, intensywnie pachnącego skórzaną galanterią wszelkiej maści tuż po miłosnym spotkaniu dwójki potajemnych kochanków.
Ona pachniała ciężkim, kwiatowo-drzewnym szyprem, on wtórował jej perfumami osnutymi na wątkach kadzidła z ziołami, paczuli oraz piżmem. Kiedy leżą obok siebie spoceni, z uchylonego na powitanie pogodnej letniej nocy okna dotarła do nich smuga kadzidła, frunąca prosto z pobliskiego gotyckiego kościoła a niosąca w sobie ducha, chłód i cień wyślizganych, wiekowych kamieni. Żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa. Nie musieli.

Takie właśnie jest Parfum de Peau, kompozycja o dwuznacznej nazwie, odczytywanej dosłownie po prostu jako "perfumy skórzane" ale metaforycznie oznaczającej aromaty ciała. Czyli znów przede wszystkim to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy. Przecież ludzkie ciało pachnie nie tylko tym, co samo wyprodukuje a co nie zawsze jest ładne ale również wszelkiego rodzaju perfumami: od ciepłych i gęstych, aksamitnych kwiatów, wśród których najważniejsze są balsamiczna róża, gorzko-rześki nagietek oraz chłodny, zadziorny narcyz z hiacyntem, przez wonie surowe i kanciaste: skórzaną galanterię, rozgrzewające przyprawy w rodzaju pieprzu, imbir czy szczypty kardamonu, najróżniejsze wonne dymy i drzazgi aż po ciepłą i czułą, za to niezwykle naturalistyczną głębię cywetu z piżmem, słonym ale złocistym akordem ambrowym tudzież srebrzystym, tonującym zwierzęce zapędy mchem dębowym.
W Parfum de Peau ciało i dusza, choć dokładnie takie same jak w Peau de Bête - co nie powinno dziwić, gdyż młodsza z kompozycji pochodzi bezpośrednio od starszej - i tak samo zdolne do zła, ukazują nam się od swojej najpiękniejszej lub raczej najbardziej miękkiej strony, tej kruchej, podatnej na zranienie.

Są delikatne jak najskrytsze dziecięce marzenia lub chwile, ukradzione życiu przez kochanków bez nadziei na wspólną przyszłość. Tak łatwo je zranić, tak łatwo przemienić w coś obrzydliwego.
Obyśmy nigdy i nigdzie nie musieli się o tym przekonywać.


Nie inaczej jest z baśniami, rozumianymi jako pradawni nauczyciele życia oraz reguł społecznych: mogą dać nam mnóstwo dobrego, jeżeli tylko nauczymy się interpretować je w odpowiedni sposób bądź wyciągać z nich to, co najlepsze.
Jak w Pięknej i Bestii z roku 1946, pierwszym francuskim filmie zrealizowanym po drugiej wojnie światowej. Opowieści o tym, że podzielić mogą nas nawet drobiazgi bez znaczenia, które dla innych okazują się być bezcennymi skarbami; o tym, że za zło należy odpokutować ale to, co prawdziwie wstrętne i naganne wyraża się nie w naszym wglądzie ale w czynach; oraz o tym, że niezależnie od wszystkich naszych wcześniejszych wyborów, od tego, jakie decyzje podejmowaliśmy w obliczu niebezpieczeństwa, złe czy dobre, wszyscy musimy na nowo nauczyć się żyć razem. Tworzyć a nie niszczyć.
Czego uczymy się jako dzieci... o ile tylko słuchamy odpowiednio opowiedzianych baśni. :)

Jak stwierdził w prologu do wspomnianego filmu jego reżyser, Jean Cocteau:
"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy, ponieważ nam ufają. Wierzą, że róża skradziona z ogrodu może popchnąć całą rodzinę w konflikt. Wierzą, że dłonie bestii w ludzkiej skórze zajmują się ogniem, gdy ten zgładzi swoją ofiarę i że odczuwa on [bestia] wstyd, gdy młode dziewczę zamieszkuje pod jego dachem. Wierzą w tysiąc prostych prawd.

Proszę was o odrobinę owego dziecięcego zrozumienia i, nie zapeszając, pozwólcie mi wypowiedzieć trzy* magiczne słowa, »sezamie, otwórz się« każdego dzieciństwa:

Dawno, dawno temu..."


Liquides Imaginaires, Peau de Bête

Rok produkcji i twórca: 2016, Philippe Di Méo
[tylko czyimi rękoma? ;P ]

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, stworzony dla miłośników ciemnych, typowo "niszowych" akordów aniżeli dla przedstawicieli którejkolwiek płci. Pachnidło trzyma się bardzo blisko skóry, gęste i okalające, na odległość niewyraźne a całą swoją moc i charakter prezentuje niemal wyłącznie dopiero po przyłożeniu nosa do skóry, szczególnie w późniejszych fazach (aczkolwiek nie wykluczam, że aplikowane chmurą prosto z flakonu mogłoby okazać więcej werw).
Na okazje raczej nieformalne.

Trwałość: w granicach pół doby wyraźnego życia oraz dalszych kilka niezauważalnego, stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (oraz oczywiście skórzana)

Skład:

Nuta głowy: błękitny rumianek, safranal, kmin rzymski, czarny pieprz, nasiona pietruszki
Nuta serca: drewno jałowca [nie prawdziwe ale dymna molekuła o żywiczno-dymnym zapachu], drewno gwajakowe, dwa rodzaje cedru, cypriol, paczuli, amyris, styraks, akord skórzany, tomka wonna
Nuta bazy: ambrarome, cywet, kastoreum, skatol


Montana, Parfum de Peau

Rok produkcji i nos: 1986, Jean Guichard

Przeznaczenie: pachnidło stworzone dla kobiet jako wieczorowe i zmysłowe, nawet przed trzydziestu laty zgodne bardziej z ponadczasowym stylem niż z ówczesną modą (choć spotkało się z łaskawym przyjęciem), współcześnie zdecydowanie bardziej uniseksowe. Wciąż kuszące, zmienne i bardzo niedosłowne, szczególnie w testowanym przeze mnie wydaniu vintage.
Jako takie, PdP pasuje do okazji nieformalnych, wieczorowych i/lub intymnych, pięknie wkomponowujące się w takie chwile każdej możliwej pory roku. :) Śmiałe, zostawiające za sobą ślad początkowo długi, z czasem coraz skromniejszy za to intensywniejszy, bardziej cielesny i jakby promienisty, może nawet łatwy do pomylenia z wonią zakochanej istoty ludzkiej. ;)

Trwałość: w sprzyjających okolicznościach, przy ciepłym powietrzu ponad dobowa ale i zimą dobrych kilkanaście godzin.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-skórzana (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: czarna porzeczka, brzoskwinia, śliwka, czarny pieprz, kardamon, akord zielony
Nuta serca: imbir, róża, tuberoza, jaśmin, ylang-ylang, goździk (kwiat), drewno sandałowe
Nuta bazy: paczuli, wetyweria, kadzidło frankońskie, ambra, piżmo, kastoreum, cywet, skóra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej (dwa zapachy na dwóch nadgarstkach, porównując je co jakiś czas).

P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. Beauty and The Beast autorstwa osoby o pseudonimie demonrobber.
2. Beauty and The Beast. Illustration 5 autorstwa osoby o pseudonimie STorA.
3. Beauty and the Beast (1946) [Autorka: Milena Petrovic].
4. Beauty and the beast z fotograficznego sztambucha Veroniki Ebert.
5. Beauty and the Beast [Autorka: Rovina Cai].

* W oryginale: cztery. Tłumaczenie własne.

piątek, 22 stycznia 2016

Ucz się od natury, lecz jej nie kopiuj

"Ja poprzez księgi dyskurs wiodę,
Z tysiącem mędrców lekcje miewam.
Gdym wolny – cieszę się ogrodem:
Tu – druhem każdy kwiat,
a przyjaciółmi – drzewa".
Kuen Shang Kwong


I jeszcze jeden cytat, tym razem z tekstu reklamowego, pisanego nudną prozą: "(...) pewnego razu odwiedził go [pewien dolnośląski ogród japoński, położony tuż przy granicy polsko-czeskiej - przyp. wzp] prezes jednej z japońskich firm, która właśnie budowała w Polsce fabrykę. Spieszył się bardzo na międzynarodową konferencję w Czechach ale jadąc w kierunku granicy zauważył nagle tablicę z informacją o japońskim ogrodzie. Polecił kierowcy skręcić.Wszedł do ogrodu, rozejrzał się i usiadł na jednym z kamieni. Po kilku chwilach wydał polecenie asystentowi: »Proszę odwołać moją wizytę w dniu dzisiejszym w Pradze. Chcę popatrzeć na ten ogród«. Potem zastygł w bezruchu. W ciszy i skupieniu. Do tego właśnie służą m. in. japońskie ogrody, które są symbolem jedności człowieka ze wszechświatem".*

Czy wszyscy obecni tu korpowyznawcy i inni karierowicze przeczytali poprzedni akapit ze zrozumieniem? ;P
Więc teraz zróbcie to jeszcze raz, dla lepszego zrozumienia. :>
Bez niego nigdy nie osiągnięcie pełnego sukcesu ani nie zostaniecie dyrektorami generalnymi Toshiby (lub innego znanego na całym świecie, miliardowego przedsiębiorstwa).

A jeżeli wciąż Wasz czas wydaje Wam się zbyt cenny na takie "marnotrawstwo" i nie chce Wam się szukać tego malutkiego ogródeczka w jakiejś zapewne zabitej dechami wiosce [co zresztą dowodziłoby, że wciąż kompletnie niczego nie załapaliście i krótko mówiąc: biada wam!], zawsze możecie odwiedzić Wrocław.:D Tu też mamy śliczny, harmonijny japoński ogród; co ciekawe: tchnący całkowitym spokojem nawet w pogodne niedzielne, letnie popołudnie, kiedy przewalają się przezeń tysiące odwiedzających. Co przecież samo w sobie jest niemałym sukcesem oraz zagadnieniem z pogranicza mistycyzmu i science fiction. ;)


Podejrzewam, że swoją siłę założony w początkach XX wieku a odrestaurowany w latach 1995-1997 pod kierownictwem architektów krajobrazu z Japonii (oraz pod patronatem japońskiej ambasady) Ogród Japoński we Wrocławiu czerpie z tego przedziwnego imperatywu, który każe mu odradzać się niczym feniks z popiołów, wciąż i wciąż na nowo. Skąd to wiem?
No cóż, żeby nie sięgać daleko: dosłownie kilka tygodni po zakończeniu prac nad rekonstrukcją miejsca i oddaniu go do użytku, Wrocław nawiedziła powódź tysiąclecia, która na trzy tygodnie pokryła wodą ogród i jego okolice (Park Szczytnicki, zoo...). Zniszczenia okazały się tak duże, iż niezbędna okazała się kolejna renowacja.

A jednak dziś ogród żyje! I zachwyca swoją doskonałą, harmonijną, przynoszącą ukojenie urodą. Otulony drzewami, opleciony wodą, przyozdobiony kamienną oraz drewnianą architekturą Ogród Japoński nie tylko przynosi jednoczesne wyzwanie i wytchnienie bodaj wszystkim ludzkim zmysłom, ze słuchem i powonieniem włącznie ale przede wszystkim stanowi znakomity przykład jedności Natury z tworzoną przez człowieka Kulturą. Dowód, że to, co najważniejsze, nigdy nie powinno być nam obce ale stale towarzyszyć każdemu naszemu działaniu.
Co jest ważne? Na to pytanie musicie już odpowiedzieć sobie sami. Małą podpowiedź znajdziecie we wstępie. ;)

Jeśli natomiast jakakolwiek wizyta w ogrodzie stanowi wyrzeczenie ponad Wasze siły i/lub możliwości, mogę polecić perfumy. Najlepiej japońskie w duchu i genach, skrywające w duszach cząstki charakterystycznych elementów dalekowschodniej wyspiarskiej zieleni. Delikatne, poetyczne, ciche. Sprawiające wrażenie drobnych, kompletnie niespektakularnych detali, z dystansu oraz w odpowiednim kontekście zachwycające jednak swoją doskonałą, łagodną siłą, absolutną harmonią przeciwieństw, zen.
Takie, jakie tworzy mieszkająca w Paryżu Japonka, Miya Shinma.


Pochodząca z jedenastego wieku reguła tworzenia założeń ogrodowych nakazuje ich twórcom uczyć się od natury a nie jedynie ją naśladować. Bo przecież człowiek o przyrodzie nie musi myśleć, jednocześnie myśląc wciąż; lub raczej myśli o niej nieprzerwanie, jednocześnie nie zwracając na nią szczególnej uwagi. Jesteśmy i nie jesteśmy jej częścią dokładnie w identycznych proporcjach.
Ostatecznie czyż Kultura nie wywodzi się w prostej linii od Natury? ;)

Jednym ze znakomitych przykładów tej wspaniałej, prostej ale też wymagającej filozofii jest dla mnie Tachibana, oda ku czci dzikiego kwiatu pomarańczy, mającego ponoć symbolizować niewinność oraz czystość; bardziej duszy aniżeli ciała. Prosta, elegancka oraz doskonała.
Klarowna jak woda, omywająca omszałe kamienie i unosząca na swojej powierzchni delikatne smugi kuszącej woni krzewów, schylających ku niej swoje ciężkie od kwiatów gałęzie. Subtelna oraz cienista. A jednocześnie z zdumiewający sposób zielona, daleka od tego, co zwykliśmy kojarzyć z zapachem kwiatów; w nowoczesny sposób paprociowa. Jej kwiaty są bowiem przejrzyste jak woda i wdzięczne, jak smukłe promienie majowego słońca a całość japońska twórczyni skontrastowała pikantnym i suchym ale przecież lekko szuwarowym akordem wetywerii (w której zresztą wyczuwam również coś cypriolowego), drażniącym ale w nieco innej aurze miękkim jak mech.

W bazie Tachibany pojawia się wreszcie pierwiastek zwierzęcy; lub raczej ludzki - oto nad wodą spokojną i wonną pojawia się człowiek; mężczyzna nieco oszołomiony, zmęczony, piżmowo spocony (jednak niekoniecznie po pracy fizycznej). Niech będzie, że naszym bohaterem stał się ów wspomniany w anegdocie biznesmen. Oddycha głęboko, ściąga krawat, odpina górny kołnierzyk koszuli, siada i - jest. Nic więcej. Patrzy. Chłonie. Powoli, nie całkiem świadomie, przechodząc od zwykłej gonitwy myśli ku medytacji.
Tu i teraz.
Nie trzeba mu nic więcej, jak tego ogrodu i tej ciszy, szumiącego wiatru, szemrzącego strumyka, woni pięknych oraz naturalistycznych, widoku pozornie zwyczajnego a przecież w swojej prostocie doskonałego. Przyrody oraz własnego umysłu, na jakiś czas zespolonych w nierozerwalną całość.

Taka właśnie jest Tachibana.


A Tsubaki? Co do powiedzenia może mieć różowa kamelia, kwiat mnie osobiście kojarzący się ze starymi chińskimi baśniami, którymi zaczytywałam się jako dziecko?

Kwiat delikatny ale otoczony mocnymi, mięsistymi, chwilami nawet miękko-wełnianymi akordami przyprawowo-drzewnymi przywodzi mi na myśl jesień w ogrodzie japońskim. I ciszę. Wciąż przejmującą i kojącą ale już inną; bardziej nostalgiczną, chłodniejszą, melancholijną. Początkowe musowanie intensywnie różowych, fuksjowo-karmazynowych kwiatów o aksamitnych płatkach i miodowym nektarze nie wiedzieć kiedy ogrzewa szafranowy płomień, złocistoczerwony ognik, po którym zostaje drzewny, srebrzystomatowy popiół z lekko lizolowego oudu oraz ziemistych nut paczulowo-żywicznych.

W Tsubaki miejsce medytującego biznesmena zajmuje kobieta, z którą ten jest związany: żona, córka a może kochanka, trudno powiedzieć. Drobna, szczuplutka Japonka w nienagannie uszytym kostiumie od Chanel, z pojedynczym sznurkiem pereł na szyi idzie bez pośpiechu wijącą się, wąską ścieżką pomiędzy układającymi się do zimowego snu roślinami a obcasy jej tworzonych na specjalne zamówienie u najlepszego mediolańskiego szewca czółenek miarowo lecz głucho stukają o brukowe kamienie. W ten sposób kobieta dociera nad chłodne jezioro o stalowej w tym roku barwie. Przystaje na chwilę, obejmując się ramionami a wiatr nawiewa jej na twarz długie i proste czarne włosy. Kiedy odgarnia je wystudiowanym ruchem ręki zauważamy, jak smutne są jej oczy.
I już wiemy, że kobieta - choć tak jak mężczyzna przyszła do ogrodu szukać spokoju i ukojenia - nie zamierza oddawać się medytacji. Z jakiegoś powodu absolutnie nie może sobie na nią pozwolić. Pewnie dlatego po krótkiej chwili odwraca się na pięcie i odchodzi, równie powoli i chicho, jak przyszła. Tego dnia czeka ją jeszcze kilka zdarzeń do przeżycia i smutku do doświadczenia.

Tsubaki, choć równie piękne i wciągające, angażujące zmysłowo i intelektualnie jak Tachbana, jest odeń znacznie bardziej smutne. Tak bardzo, że aż boję się go dotykać w obawie, by nie zniszczyć równowagi, wątlej niczym późnolistopadowe słońce.



Rok produkcji i nos: 2015, Miya Shinma

Przeznaczenie: idealnie wypośrodkowany uniseks [proszę nie przejmować się mężczyzną z tekstu; to tylko symbol] o przyjaznej światu projekcji, dyskretnej choć wyraźnej tuż przy skórze. Na okazje, pory dnia i roku, jakie tylko dla niego zaplanujecie. :) Tachibana to dzieło całkowicie uniwersalne.

Trwałość: w granicach pięciu do siedmiu godzin zrównoważonej, umiarkowanej emanacji oraz dalszych parę stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: yuzu, czyli japońska cytryna
Nuta serca: kwiat dzikiej pomarańczy
Nuta bazy: wetyweria



Rok produkcji i nos: 2015, Miya Shinma

Przeznaczenie: również uniseks, aczkolwiek uczciwie przyznaję, że nie sprawdzałam, jak ów lekko musujący, ciepły przyjemniaczek sprawdziłby się na męskiej skórze (jednak tragedii nie przewiduję). :D Na pewno perfumy są równie spokojne, co poprzedni przypadek, żywe wyłącznie dzięki grze kwiatów z szafranem i nutami drzewnymi ale nie same z siebie.
Na okazje raczej oficjalne i dzienne, chociaż Wy pewnie znaleźlibyście jeszcze ze sto równie trafnych okoliczności dla Tsubaki. :) Poszukajcie ich więc osobiście!

Trwałość: nieco lepsza, jak w przypadku Tachibany, bo około dziesięciogodzinna, włącznie z krótkim i raczej gwałtownym procesem zamierania.

Grupa olfaktoryczna: szyprowa

Skład:

Nuta głowy: szafran
Nuta serca: kamelia japońska, jaśmin
Nuta bazy: oud, paczuli
___
Dziś noszę La Toskę z xerjoffowskiej serii Casamorati.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.daily-hdr.com/bridge-in-the-japanese-garden-wroclaw/ [Autor: Nico Trinkhaus]
2. i 4. http://wroclaw24.com.pl/kultura/co-warto-zwiedzic/ogrod-japonski-we-wroclawiu/
3. https://www.flickr.com/photos/klearchos/3756387078/ [Autor: Klearchos Kapoutsis]

* Cytat za: Teresa Kokocińska, Zenon Żyburtowicz, Z dala od drogi... Ponad 50 niezwykłych miejsc na wymarzony wypoczynek, wyd. Świat Książki, Warszawa 2008, s. 293.
Którą to lekturę polecam, jeżeli chcecie obejrzeć urokliwe fotografie oraz poznać parę magicznych miejsc w naszym kraju. Z drugiej jednak strony nie polecam czytać tekstu na trzeźwo; aż roi się w nim od błędów a jego styl często jest wprost makabryczny (np. nie mogłam się powstrzymać i z krótkiego cytatu usunęłam dwa nadprogramowe przecinki; a to jeszcze nic). ;P

niedziela, 13 września 2015

Odnaleziony horyzont

Ileż to razy myślimy sobie: "moje życie na pewno wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym..."!

"...gdybym nie zaszła wtedy w ciążę", "...gdybym skończył studia", "...gdybym wyemigrowała", "...gdybym w połowie kwietnia dwadzieścia lat temu z głównej ulicy miasta skręcił w prawo zamiast pójść prosto". I tak dalej.

Nieważne, jakie mamy podejście do życia, co już osiągnęliśmy, nad czym pracujemy obecnie i co zamierzamy robić w przyszłości, czy generalnie jesteśmy zadowoleni czy wprost przeciwnie, podobna refleksja nachodzi nas przynajmniej raz w życiu. I nie ma w tym niczego niezwykłego, w końcu nie od dziś wiadomo, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. ;)
Tak czy inaczej: chwila zastanowienia nad pomyślnością, w której nie mamy udziału, harmonią, której nie doświadczamy czy szerzej: życiem, którego nie prowadzimy, jest typowym doświadczeniem bodaj każdego przynajmniej średnio inteligentnego człowieka. Nachodzi czasem polityków i babcie klozetowe, żołnierzy i pacyfistów, literatów i filmowców oraz perfumiarzy.


Swego czasu uporczywa myśl o zapomnianej przez świat, zagubionej w najwyższych górach Ziemi idyllicznej krainie, której mieszkańcy nie znają smutku, zła, głupoty, choroby ani śmierci, w której Duch znaczy więcej niż Materia, doprowadziła Brytyjczyka, Jamesa Hiltona do napisania powieści o tym niezwykłym miejscu i o pragnieniu uczynienia go własnym domem. Kraina, którą wymyślił Hilton, nazywała się Shangri-La a jej losy możemy poznać, sięgając po książkę Zaginiony horyzont.

Lub po film o identycznym tytule, który w roku 1937 nakręcił Frank Capra. :) A osobom uczulonym na słowo pisane czy zabytkową kinematografię [swoją drogą, oba dzieła nieźle się już zestarzały; szczególnie książka, która wyraźnie pisana była dla innego czytelnika, niż dwudziestopierwszowieczny ;) ] pozostaje już chyba tylko zapach. Perfumy, które światło dzienne ujrzały w zeszłym roku a inspiracja do ich powstania była właśnie owa utopijna, niezwykła kraina wiecznie szczęśliwych, wolnych od trosk codzienności mędrców.
Shangri La, drugie dzieło kanadyjsko-londyńskiego miłośnika oraz twórcy perfum o nazwisku Hiram Green.


Teoretycznie ma to być kolejne "zupełnie nowe spojrzenie" na klasyczny akord szyprowy, których przecież w ciągu ostatnich lat powstało co najmniej kilkadziesiąt.
Zgodnie z marketingowym gładkim marudzeniem mieszanka ma kojarzyć się z "mistycznym wonnym rajem". Tak, kolejny zapachowym odzwierciedleniem Raju na Ziemi, do którego bram zbliżymy się tylko za pośrednictwem zakupionego w perfumerii flakonu owej niezwykłej cieczy... ;]
Kiedy spojrzymy na Fragrantikową listę nut czy raczej ich intensywność, bez kłopotu i per procura prawdziwego kontaktu z wonią sklasyfikujemy soczek Greena jako jeszcze jedną - oczywiście bezpodstawną - próbę naciągnięcia fanów nut kwiatowo-owocowych na niby orientalne, niby zmysłowe skojarzenia z tajemnicą, egzotyką oraz Sztuką Wysoką.

Tak, wszystkie racjonalne przesłanki przekonują nas, że i ta Shangri La nie jest niczym więcej, jak bajką dla naiwnych marzycieli. A może nawet okrutnym, niebezpiecznym mirażem, od którego przy odpowiednio (nie)sprzyjającym klimacie można uzależnić się równie mocno i destrukcyjnie, jak od narkotyków czy alkoholu.
Tymczasem mamy do czynienia z tym specyficznym rodzajem wonnej opowieści, które swoje prawdziwe piękno ukazuje wyłącznie osobom, które w niego wierzą. ;) A mówiąc wprost: tym, którzy nie boją się żadnego konkretnego złożenia nut; którzy nie uciekają w panice przed szyprem, fruity-floral nie psuje im humoru a zmysłowe, egzotyczne i odzwierzęce ciepło nie wraca do nich w sennych koszmarach. :) Jeżeli podchodzicie do Shangri La z odpowiednio otwartą głową oraz uczciwymi zamiarami, dopiero wtedy doświadczycie magii.


Pachnidło rozpoczyna się silnym i prężnym uderzeniem cytrusów, które dosyć szybko łagodzi i czyni aksamitnymi ciepła, soczysta brzoskwinia. Tuż przy niej pojawia się jasny zamsz, z czasem ciemniejący i nabierający ziemistych aspektów. Dokładnie w tym momencie pojawiają się niesione wiatrem wiry ze sproszkowanych egzotycznych przypraw, cynamonu, goździków czy odrobiny kolendry, stopniowo wsypujących się w pęknięcia skórki niemal przejrzałego owocu. Razem z nimi - a może chwilę po nich...? - do korowodu nut dołączają kwiaty: silne, obezwładniające festony z goździków, róż i jaśminu, bez pośpiechu osuwające się ku na irysowo-fiołkowym rabatkom.
Czy to z nich pochodzi ziemia, ów cudowny, suchy, paczulowo-mszysty ciemny akord, igrający z kwiatami (głównie różą) i korzenno-brzoskwiniową masalą? Z czasem dodatkowo pogłębiony aromatem zamszu, powracającego bohatera epizodycznego, który tym razem przyprowadził wyraźne w upale oderwane frakcje sierściowo-zwierzęcego piżma. Z czasem zresztą przeistacza się to w skórę, która idealnie zgrywa się z suchymi mchem, przyprawami czy różą; tak bardzo pewną swojej roli hegemona, że nie przeszkadza jej ani silna pozycja słonecznych mszystości, ani wilgotne promienie (?) ostrej ale matowej (?) wetyweriowej woni.

Oto Shangri La bez ludzi, choć z wyraźnie obecną fauną, tym razem przezornie schowaną gdzieś pomiędzy bujną, fantastyczną roślinnością. Oto egzotyka, którą świetnie znamy i sami tworzymy [bo czym innym jest akord szyprowy, jeżeli nie próba nowoczesnej reinterpretacji olfaktorycznych wizji dalekich krain?]. Oto królestwo, do którego wejdą jedynie wierzący w jego moc.
Oto spokój, radość i mądrość, których w pełni doświadczymy tylko wtedy, jeżeli wcześniej znajdziemy je w sobie samych. Oto jedyny Raj i jedyna skarbnica mądrości, na jakie możemy liczyć.

Shangri La jest jak słowiański mit o żywej wodzie - jedynej substancji uzależniającej, z której korzystanie nie niszczy ale buduje a zamiast chaosu wprowadza harmonię. Wszystkie odległe horyzonty, do których dążymy, kryją się wewnątrz nas - i to od bardzo dawna. ;) Lecz nie odkryjemy ich bez wcześniejszego rzetelnego treningu oraz duchowego przygotowania.
Jak stwierdził kiedyś Joseph Campbell, jednej z największych mitografów i religioznawców w historii, "narkoman topi się w wodzie, w której mistyk pływa swobodnie".

Niesamowite, do jakich przemyśleń potrafią doprowadzić perfumy! :)



Rok produkcji i nos: 2014, Hiram Green

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, dopasowujący się raczej do naszych osobowości, aniżeli konkretnej kombinacji chromosomów. ;) No i oczywiście do gustów; dlatego Shangri La powinna przypaść do gustu miłośnikom perfum szyprowych, skórzanych oraz całego coraz popularniejszego nurtu vintage.
Najważniejszą różnicą pomiędzy kompozycją Greena a klasycznymi, głośnymi zapachami sprzed lat, jest raczej skromna projekcja tej pierwszej. Nawet w początkowej fazie rozwoju Shangri La układa się w gęstą i mieniącą się ale raczej przylegającą do ciała aurę, z czasem tylko opadając na ludzką skórę. Dlatego pasuje na wszystkie okazje, jakie tylko wymyślicie.

Trwałość: w granicach sześciu-dziewięciu godzin spokojnego ale wyczuwalnego życia oraz jeszcze parę szybkiego (choć nie gwałtownego) zamierania.

Grupa olfaktoryczna: hmmm, niech będzie, że szyprowo-skórzano-kwiatowo-orientalna, w takiej kolejności ;)

Skład:

cytrusy, brzoskwinia, jaśmin, róża, irys, akord przyprawowy, mech dębowy, wetyweria (paczuli, piżmo, skóra)
___
Dziś noszę Encre Noire od Lalique w tym lepszym, męskim wydaniu. :]

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://explore.bfi.org.uk/4ce2ba167e31c
2. http://www.lassothemovies.com/lost-horizon/
3. http://www.virtual-history.com/movie/film/2534/lost-horizon

środa, 1 lipca 2015

Lato w Château de Bagnolet


Położony w zachodniofrancuskim regionie Poitou-Charentes (na północ od Akwitanii) i w gminie Cognac a utrzymany w stylu posiadłości kolonialnych w Luizjanie zamek Bagnolet w roku 1841 wpadł w oko żonie lokalnego polityka oraz producenta koniaku, niejakiej Irène d'Anthes-Hennessy. ;) Jeszcze w tym samym roku rodzina Hennessy odkupiła posiadłość od pierwotnych właścicieli [znaczy: porewolucyjnych ;) Wcześniej dobra Bagnolet były własnością królewską], by przez najbliższych sto lat z okładem mógł cieszyć się mianem oficjalnej ambasady marki Hennessy, miejsca słynącego z odbywających się tam hucznych imprez, udanych polowań czy z wizyt kolejnych znamienitych gości.

Nawet, kiedy w roku 1963 rezydencja przestała być prywatną własnością rodziny - wchodząc w skład majątku Société Hennessy, zatem dla osób postronnych była to zmiana czysto kosmetyczna - w niczym nie zmieniło to przeznaczenia całej posiadłości. Château de Bagnolet wciąż przyjmuje oficjalnych gości marki (od Mścisława Rostropowicza i Raya Charlesa po Lauren Bacall, Alaina Delona czy Olivera Stone'a), będąc dedykowanym im luksusowym pensjonatem, popularnym dzięki organizacji podobno wspaniałych prywatnych przyjęć oraz wyśmienitej kuchni. Krótko mówiąc: jest miejscem w sam raz dla obrzydliwych snobów. ;]

Czy można zatem wymarzyć sobie stosowniejszy kontekst dla opowieści o trzech najnowszych kompozycjach z perfumowej kolekcji potomka sławnej rodziny, Kiliana H.? Takich, w których luksus, typowo wakacyjna, letnia harmonia oraz całe dekady praktycznie nieprzerwanego idyllicznego praktykowania typowo francuskiej art de vivre, sztuki życia zestawiono w jedną, perfekcyjnie skomponowaną całość?
Nie sądzę. ;)


Dziś na pierwszy ogień trafi moja ulubiona - i najlepsza - kompozycja z cyklu o nazwie Sophie Matisse Art Edition, czyli Straight to Heaven, Splash of Lemon: odświeżona i odciążona wakacyjna wersja jednego z obiektywnie najwspanialszych pachnideł marki, powstałego w roku 2007 Straight to Heaven.

Choć prawdę mówiąc cała moja sympatia wynika głównie z bardzo dobrej opinii o pierwowzorze, to jednak i flanker nosi się bardzo przyjemnie. Który to na początku wręcz poraża nagłym oraz ostrym, jakby kolczastym, naturalnym akordem wygrzanej na słońcu i aż puszczającej soki cytrynowej skórki, z podziwu godną rzetelnością okrywającej ciepłe, "kawiarniane", bardzo komfortowe nuty alkoholowo-drzewne.
Dopiero po kilku minutach oślepienie cytrusowym słońcem mija, odsłaniając gładkie czy puchate akordy cedru ocieplonego pyłkowym i suchym, odrobinę kakaowym akordem  paczuli, pikantną wytrawność gałki muszkatołowej oraz dosłownie szczyptę suszonych ziół a przede wszystkim - wspaniałym rumem o wyraźnym aromacie dębowej beczki oraz syropu z cukru trzcinowego.
Zresztą im bliżej bazy, tym więcej słodyczy, przytulności tudzież stłumionych, cienistych pasteli. Wyczuwam sympatyczne, nowoczesne białe piżma o dominującej drzewnej nucie, ciepłą wanilię w laskach oraz powidok akordu suszonych owoców, który tak przyjemnie umościł się w pierwszym, podstawowym Straight to Heaven. :)

Splash of Lemon co prawda nie jest równie złożony oraz wyrafinowany jak on, jednak na pewno okazał się zdolny do stworzenia wokół uperfumowanej osoby takiej samej otoczki błogiego, leniwego komfortu. Aż chce się zalec gdzieś w cieniu na leżaczku, z chłodnym napojem w jednej ręce a wciągającą książką w drugiej i dosłownie niczego nie musieć. ;)
Teraz. Zaraz. Już. :D


Kolejna wariacji z serii zatytułowanej po prawnuczce Henriego Matisse'a, również malarce (która stoi za projektem flakonów omawianego właśnie tria), to Good Girl Gone Bad, Splash of Neroli, czyli złożenie akordów nazwanego podobnie pachnidła sprzed trzech lat, w które ktoś wsadził mikser i dokumentnie wymieszał wszystkie składniki. ;) Następnie czemuś przestraszył się własnego szachrajstwa i do kielicha blendera spontanicznie wlał jeszcze miarkę olejku z neroli mając nadzieję, że nikt się nie zorientuje. :> Albo zauważy przemeblowanie, jednak dzięki dodatkowi nowego akcentu zachwyci się powstałym dziełem i zamiast ukarać, nagrodzi mieszacza. ;)

No, cóż. Przy pierwszym, bardzo pobieżnym teście pachnideł to właśnie Splash of Neroli wzbudził we mnie najcieplejsze uczucia; jednak to nic niezwykłego, ponieważ uwielbiam neroli. :) Zauroczyło mnie otwarcie pachnidła, jakby zatrzymane w połowie drogi między zmysłowością Fleurs d'Oranger Lutensa a żywiołową bezpośredniością Neroli Portofino od Toma Forda. Lecz tytułowy kwiat znika z mojej skóry w dosłownie kilkadziesiąt sekund (jak to możliwe?), ujawniając czekającą w odwodzie mieszankę nut kwiatowych. Teoretycznie gęstych, zmysłowych i odurzających, w praktyce skutecznie przytłumionych syntetyczną drzewnością oraz pudrem. Nawet suchy i aromatyczny akord wetywerii w głębokiej bazie nie zdołał uratować dla mnie tej kompozycji.
Kwiatowa gęstwina pozostaje więc kwiatową gęstwiną... doświadczaną z daleka, wyłącznie za pośrednictwem fotografii. :]


Natomiast ostatni z aromatów, Bamboo Harmony okazał się - cóż za niespodzianka! - po prostu Bamboo Harmony, zapachem z roku 2012 poddanym reformulacji, w wyniku której z receptury zniknęła świeża roślinna duszność soków tytułowego bambusa oraz suchy, przyprawowo-mszysty pazur. Zamiast nich prym wiodą cytrusowe soki i niewielka ale zauważalna dawka neroli, zgodnie utopione w chłodnej białej herbacie.

Później przez chwilkę na skórze pojawia się daleki cień korzennej, sproszkowanej masali, siadającej na komfortowych akordach herbaciano-zielono-wodnych i to jest moment, w którym moje usta same składają się do uśmiechu, ponieważ nowe Bamboo Harmony nawet zaczyna mi się podobać. Później jednak pojawia się coś w stylu galangalu, zwanego tajskim imbirem, miesza się z jasną herbatą oraz abstrakcyjną już nutą kwiatową [to może być neroli, ale równie dobrze jaśmin wielkolistny czy mimoza; w każdym razie rzecz dość lekka i słodka] a następnie - zmienia w aromat świeżo spienionego płynu do zmywania naczyń. :D Jest tak jasno i czysto! ;P Detergent trzyma się mojej skóry i trzyma, ani myśląc z niej zejść a przy okazji każąc odświeżyć sobie traumatyczne wspomnienia związane z J'Adore Diora, którego w tej fazie rozwoju nowe Bamboo Harmony śmiało mogłoby zostać lżejszą i znacznie rozwodnioną wersją.
Dopiero po dobrych kilku godzinach pojawia się baza jasna i pyłkowa, naznaczona odrobiną goryczki, która nakazuje pomyśleć o mate, obecnym przecież w spisach nut obu wersji Bambusowej Harmonii. Może nawet wyczułam kokosowo-roślinną śmietankę z soków liścia figowego, która przemknęła po olfaktorycznym horyzoncie omawianej wody, jednak żadna z tych dwu nut nie zdołała przekonać mnie do pachnidła. Bamboo Harmony pozostaje więc dziełem bezsprzecznie zielonym i letnim, jednak do bycia wyjątkowym lub chociaż przyjemnym naprawdę bardzo mu daleko.


Zatem jeżeli chcecie poznać perfumy z Kilianowej kolekcji Sophie Matisse Art Edition, bardzo proszę! Na pewno warto, ponieważ cała trójka idealnie pasuje do upałów, powracających akurat nad Polskę: jest lekka, łatwa w użytkowaniu oraz zupełnie niezobowiązująca.
Jednak czy komukolwiek przyjdzie do głowy wyłożyć na zawartość któregokolwiek z pełnowymiarowych flakonów kwotę blisko sześciuset pięćdziesięciu złotych i zrobi to z powodów innych, niż prestiż związany z marką lub oryginalna buteleczka...? Ooo, tutaj pewności już nie mam.

Jadnak Wy możecie mieć inne zdanie! Jeżeli ktoś z czytających te słowa ma ochotę na set firmowych próbek Sophie Matisse Art Edition, niech zgłosi się w komentarzu. :) Kto pierwszy, ten lepszy!
[A zestaw prawie nie używany. ;P ]



Straight to Heaven, Splash of Lemon

Rok produkcji i nos: 2015, Sidonie Lancesseur [twórczyni pierwszego StH]

Przeznaczenie: zapach typowo uniseksualny, otaczający uperfumowaną osobę nieszczególnie głośną ale bardzo przyjemną, aksamitną oraz odprężającą aurą.
Na dosłownie wszystkie okazje.

Trwałość: w granicach sześciu czy siedmiu godzin, z czego ostatnich kilka to już głęboka baza, wyczuwana dopiero po przyłożeniu nosa do skóry.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna (oraz świeża)

Skład:

Nuta głowy: cytryna, bergamotka, rum
Nuta serca: paczuli, drewno cedrowe, róża (?), gałka muszkatołowa
Nuta bazy: akordy ambrowy i piżmowy, wanilia


Good Girl Gone Bad, Splash of Neroli

Rok produkcji i nos: 2015, Alberto Morllas [również autor receptury pierwszej Good Girl Gone Bad]

Przeznaczenie: mieszanina uniseksualna. jendak nie sądzę, żeby męska skóra potrafiła wyciągnąc zeń cokolwiek wartego uwagi. Chyba, że się mylę. ;) Tak czy inaczej jest to mieszanka bardzo spokojna i liniowa, nieskora do zostawiania za sobą śladów.
Powinna zatem sprawdzić się przy wszelkich okazjach oficjalnych.

Trwałość: maksymalnie dzisięciogodzinna (tu również przez co najmniej połowę czasu trudno wyczuć coś więcej, nie przybliżając nozdrzy do skóry).

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-szyprowa...? Dziwny jakiś ten szypr.

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, neroli
Nuta serca: tuberoza, róża, jaśmin
Nuta bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczuli


Bamboo Harmony

Rok produkcji i nos: 2015,  Calice Becker [rzecz jasna i ona była autorką poprzedniego zapachu marki o tej nazwie ;) ]

Przeznaczenie: także zapach dedykowany wszystkim istniejącym płciom, bardzo spokojny i o skromnej projekcji, po pewnym czasie zupełnie bliskoskórny, jakby wczepiony głęboko w ludzkie ciało.
Pasuje do wakacji na plaży albo... na zagranicznym zmywaku. :P A poważnie: gdziekolwiek zechcecie.

Trwałość: około sześcio-, ośmiogodzinna, przy czym - oczywiście - perfumy zapadają w śpiączkę po około połowie tego czasu.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, gorzka pomarańcza, neroli
Nuta serca: biała herbata, mimoza, przyprawy
Nuta bazy: mech dębowy, liść figowy, mate
___
Dziś noszę akurat opisane właśnie wcielenie Bamboo Harmony. I przy okazji wariacko cieszę się, że od kilku ładnych lat naczynia zmywa za mnie zmywarka. ;]

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.lvmh.ru/lvmh-news/news/exceptional-places-chateau-de-bagnolet-hennessy# [Autor: Gilles de Beauchêne]
2. http://galerie.platine.pl/dom-hennesy-dla-milosnikow-koniakow-g467102.html [Autor: Antoine Bagot]
3. http://www.hennessy.com/en-eu/news/6309-chateau-de-bagnolet [Autora fotografii nie udało sie zlokalizować]
4. http://theselby.com/galleries/collaborations/the-selby-x-hennessy-chateau-bagnolet-and-cognac-town-cognac-france/ [Autor: Todd Selby]