Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świeże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świeże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 kwietnia 2016

Podróż Wędrowca do Zmierzchu


To chyba jedyna marka marka, której odrodzenie mnie nie ucieszyło. Więcej nawet: wskrzeszenie Le Galion wystraszyło mnie, że ich stare produkty - o których poznaniu zawsze marzyłam - zaczną znikać z serwisów aukcyjnych a wcześniej osiągną jeszcze bardziej niebotyczne ceny, wywindowane pod samo niebo przez miłośników perfum, zaciekawionych nowymi produktami ale chcących też zgłębić historię marki. Kieyd jednak próbki nowych kompozycji same wpadły mi w ręce (głównie dzięki regularnym dostawom od perfumerii Quality), to czemu nie miałabym ich przetestować...? ;)
Odważyłam się więc i - bardzo dobrze zrobiłam! :D Przecież każda podróż w czasie to dla mnie niemała gratka!

A w taką właśnie wyprawę zabierają nas Galeony (nie wszystkie ale większość z poznanych przeze mnie), chociaż są de facto całkiem nowe... :)


Ponieważ w świecie konwenansu sprzed lat damy zawsze i bez wyjątku miałi pierwszeństwo, więc tym razem skupmy się najpierw na perfumach wiotkich i poetyckich, stworzonych przede wszystkim z woni kwiatów oraz owoców.

Iris

Ciekawy, w pewien sposób guerlainowski irys o matowym, łagodnym i pełnym, mydlano-pieprzowym wydźwięku, otoczony komfortowymi nutami innych kwiatów, wśród których na pierwszy plan wysuwają się pastelowa, łagodna lilia oraz słodka mimoza; towarzyszą im jednak akordy ożywczo-zielone, cudnie żywiczne. W tym moje ukochane galbanum, dodające kompozycji życia i charakteru. Baza jest jasnopiżmowo-drzewna, pierzasto-kwiatowa, trochę w stylu rozpropagowanym przez urocze bestsellery Narciso Rodrigueza (które to porównanie wcale a wcale nie powinno deprecjonować marki luksusowej i "niszowej", za jaką pragnie uchodzić Le Galion).
Przeuroczy, choć średnio trwały, spokojny i bliski skórze. :)

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka oraz inne cytrusy, zielona mimoza, nasiona piżmianu
Nuta serca: irys, róża, lilia, galbanum
Nuta bazy: drewno cedrowe, jasne piżmo, akord ambrowy


La Rose

Na anglojęzycznej Fragrantice ktoś nazwał ją "różą pokrytą grubą warstwą balsamu do opalania" i tak własnie jest! ;) Róża miękka, o grubych, aksamitnych płatkach, nieoczekiwanie zdjęta ze swego królewskiego piedestału; zestawiona z plebejskim akordem niedojrzałej brzoskwini, chłodnej i czystej wody oraz czegoś piaskowo-ziemistego ale kremowo-maślanego jednocześnie (piżmo i fiołek? piżmo, fiołek i paczuli...?) La Rose zaskakuje, prowokuje do uśmiechu. Pałętająca się gdzieś na skraju bazy sucha wanilina zdaje się tylko potwierdzać plażowe skojarzenia; ostatecznie kto powiedział, że krem przeciwsłoneczny nie może mieć waniliowego zapachu? ;)
Na pewno mieszanina jest dosyć wyraźna i śmiała, choć naturalnie na nowoczesną modłę, bardziej wibruje wokół ludzkiej sylwetki jako swobodna aura, aniżeli zostawia za sobą wyraźny ślad. Jednak kontakt z nią to sama przyjemność. :)

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: świeżo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: liście fiołka, bergamotka
Nuta serca: "wodna brzoskwinia", ylang-ylang, lilia, róża
Nuta bazy: wanilia, paczuli, piżmo, drewno cedrowe


Snob

Nie lubię myśleć o sobie jako o snobce; jednak jestem nią, aczkolwiek nie w najbardziej utartym rozumieniu terminu. Nie ekscytuję się bardzo drogimi przedmiotami [o ile nie są to cenne książki lub perfumy o fenomenalnym zapachu], nie pożądam jawnie bądź skrycie [no chyba, że książek], nie zazdroszczę ich nikomu [sprawdzić, czy nie książki]. ;D Dlatego do perfum o takim tytule podeszłam z niemałą rezerwą. Bo co może być ciekawego w Snobie? No co?
Przede wszystkim to, że galionowski Snob okazał się być... dzieckiem. Płci nieokreślonej ale to nieważne; grunt, że mocno nieletni miliarder jest istotą energiczną, wesołą, otwartą i o dobrym sercu. Lubiącą towarzystwo innych dzieci, zabawę  od rana do wieczora, świeże chrupiące jabłka prosto z drzewa - które jego troskliwa niania czasem zapieka w kruchym cieście - oraz gumę do żucia. Duże ilości gumy żucia w typie popularnych w latach 90. XX wieku, arcysłodkich kolorowo powlekanych kulek o bliżej nieokreślonym owocowym smaku. :) Takich, które można porozrzucać po całej rezydencji: od chłodnej, odrobinę mrocznej piwnicy, przez wyposażoną w drewniane antyki bibliotekę ojca i pachnący ciężkimi, kwiatowymi perfumami buduar matki aż po lekko przykurzony, rozgrzany, suchy i słoneczny strych. W takim otoczeniu wszystko zmienia się w przygodę!
Nasz dziecięcy miliarder to Richie Rich. ;) Wszędobylski, niezmordowany, hałaśliwy ale niezaprzeczalnie uroczy.

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: szafran, jabłko, mandarynka, bergamotka
Nuta serca: irys, kwiat pomarańczy, róża, jaśmin wielkolistny
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, białe piżmo


No dobrze, kwiaty i owoce sobie, mnie jednak najbardziej ekscytują zupełnie inne olfaktoryczne klimaty [mimo wszystko wciąż to dymy i drewna cenię najbardziej ;) ]. To właśnie dla nich z radością rzuciłam się odbyć podróż w przeszłość pod francuską banderą. Opłaciło się; na starym galeonie poznałam duchy trzech niezwykle intrygujących i wyjątkowo urodziwym mężczyzn sprzed lat... lub raczej męskich perfum. ;)
Oto one.

Cuir

Paul Vacher, legenda francuskiego perfumiarstwa i mózg (oraz oczywiście nos ;) ) marki Le Galion, słynny był m. in. ze skórzanych kreacji dla najwykwintniejszych marek swoich czasów: Diorling na prośbę Christiana Diora oraz starszego o trzydzieści lat Scandal dla Lanvin. Powstałe w zeszłym roku Cuir ma nawiązywać do tradycji oraz ducha tamtych wód. Ma ale... nie nawiązuje.
Tak się bowiem składa, że obie wspomniane kompozycje były pachnidłami typowo kobiecymi, natomiast Cuir nie powstydziłby się żaden mężczyzna żyjący gdzieś pomiędzy 1931 a 1960 rokiem. Ta skórzana mieszanka: gęsta, dymna, mroczna i sucha, wyobrażająca człowieka o głosie zdartym przez zbyt wiele tytoniowego dymu tudzież dobrych, starych alkoholi, kryje w sobie czar dawnych lat. Popularne przed laty akordy rosyjskiej skóry zestawiono tu z suchymi, pełnymi drzazg deskami ciemnego, szlachetnego drewna oraz tłustymi dymami ziołowych kadzideł; głęboko w bazie wybrzmiewa naturalny mech dębowy oraz zwierzęce piżmo. Takich olfaktorycznych opowieści prawie nikt już nie pisze; może tylko jeden Roja Dove. :) Jednak ten człowiek to fenomen; który, jak się okazuje, od niedawna musi mierzyć się z francuskim Galeonem. ;) A podróż nim będzie długa i ekstatyczna, choć szczęśliwie pozbawiona przygód w postaci sztormów, mielizn czy raf.

Rok produkcji i nos: 2015, Vanina Muracciole

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, elemi
Nuta serca: biała lilia, skóra
Nuta bazy: drewno sandałowe, szara ambra, piżmo, mech dębowy


Eau Noble

Na internetowej stronie producenta możemy przeczytać, że rok narodzin pierwszego wcielenia Eau Noble, 1972, był znamienny dla świata: w końcu to właśnie wówczas zdobycze rewolucji seksualnej powoli krzepły a widok odzianych w spodnie kobiet powoli przestawał robić jakiekolwiek wrażenie [głównie dzięki pracy Yvesa Saint Laurenta]. Duch mężczyzny, o którym opowiada mi Eau Noble, świetnie pamięta te czasy oraz swoją niepewność wobec zachodzących zmian: sprzeciw, może też zdumienie lub rozczarowanie a w końcu przyzwyczajenie i akceptację nowej sytuacji. Jednak zanim do niej doszło nasz bohater mówił głośne i stanowcze: "nie".
Wyrazem buntu przeciwko nowemu porządkowi śmiało mogłoby być właśnie omawiane pachnidło, czyli klasyczny, znakomity paprociowiec starej daty. Stanowczy ale nieostentacyjny twór mógłby uchodzić również za ideał biernego oporu. ;) W każdym razie robi znakomite wrażenie, skupiając naszą uwagę za pomocą suchych i słonecznych, niesłodkich cytrusów w starym stylu, otoczonych przez skrzące się żywiczne nuty galbanum oraz antyseptyczną lawendę, ciepłe suszone zioła, różane geranium, paczuli wraz z cennymi drewnami oraz nutami okołocielesnymi, z których najważniejsze są labdanum i cywet. Eau Noble, choć tak bogata, zachwyca skromnością i umiarem, za co może odpowiadać osuszający całość mech dębowy, podsumowujący mieszankę jak wąsy męską twarz.

Rok produkcji i nos: 2014, Marie Duchêne

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, cedrat, galbanum
Nuta serca: lawenda, geranium, szałwia, (jaśmin?)
Nuta bazy: paczuli, drewno cedrowe, drewno sandałowe, mech dębowy, piżmo, (labdanum, cywet)


Vetyver

Ostatnia z opisywanych dziś kompozycji po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w roku 1968 jako wariacja na temat kwiatowy, która trafiłaby do gustu ówczesnym mężczyznom. No cóż, nie wiem, jak z panami sprzed blisko pół wieku ale na tle obecnych bestsellerów "męskiej ścianki" popularnych perfumerii współczesny Vetyver wprost poraża ilością testosteronu w organizmie. ;) Świeży, żywy, energetyczny dzięki cytrynie i bergamotce zestawionych z lawendą i świeżo ściętymi ziołami przypomina mi jakiegoś ówczesnego sportowca tuż po prysznicu, kończącym poranny trening. :)
Z czasem okazuje się, że tytułowy składnik pachnidła jest w nim praktycznie nieobecny, mnie jednak zupełnie to nie przeszkadza. Jestem zbyt zajęta cytrusową świeżością, gęstniejącą w akord zmysłowego, podkreślonego sandałowcem w dawnym stylu oraz suchą, sianowatą kumaryną lenistwa. Błogiego nasycenia i zmęczenia; co ciekawe - a we współczesnych perfumach (lub raczej ich handlowej otoczce) niemal niespotykane - są to zmysłowość i spełnienie bez najmniejszych podtekstów erotycznych. Cudo! :) Dyskretny odpoczynek w cieniu przydomowego tarasu, chwila ukradziona rutynie codzienności. Vetyver to promowany przez kolorową prasę cenny "czas tylko dla siebie", wyjątkowo jednak w typowo męskim wydaniu. :) Jestem zakochana.

Rok produkcji i nos: 2015,  Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka, gałka muszkatołowa, kolendra
Nuta serca: werbena, szałwia, lawenda, petitgrain, estragon
Nuta bazy: wetyweria, drewno sandałowe, bób tonka, piżmo


A o dwóch najprzyjemniejszych kompozycjach marki opowiem Wam następnym razem. Wciąż będziemy podróżować zaczarowanym galeonem, aż do spotkania z pewnym Lwem oraz dwójką jego towarzyszy. :)
___
Dziś noszę nic innego, jak Vetyver. :)

P.S.
Ilustracje pochodzą ze strony internetowej Le Galion: legalionparfums.com

niedziela, 13 marca 2016

Podaruj mi trochę słońca... zimowego

Chociaż mamy już prawie połowę marca, wiosna jakoś niespecjalnie się ku nam śpieszy. Co jest szczególnie męczące po kolejnej zimie, która na dobrą sprawę (wyjąwszy jakieś dwa tygodnie) zimą z prawdziwego zdarzenia w ogóle nie była. Oj, coś czuję, że zim jak ta z roku mojego urodzenia, kiedy podobno w jedną noc drogi robiły się nieprzejezdne z powodu zasp wysokości samochodu, już nie uświadczymy.
W każdym razie zmęczenie tą porą roku wyjątkowo czuję i ja. Chyba wszystkim nam trzeba teraz pocieszenia, złocistego słońca, południowej łagodności, zaś olfaktorycznie kojących upały cytrusów, prawda? :)
Prawda?


Jeżeli tak, to nie szukajcie ich na moim blogu. ;> Tutaj wciąż rządzi Królowa Śniegu, która nawet typowo cytrusowe pachnidło zmienia w złociste, skrzące się w słońcu ostre kryształki, przejrzyste jak lodowa śmierć i piękne jak jutrzenka.
Eau d'Hadrien marki Annick Goutal stanowi znakomity przykład takiego właśnie zapachu: banalnego i nudnego w czerwcu, lipcu czy sierpniu ("cytrusy latem? To takie odkrywcze!", jak ów pomysł skwitowałaby zapewne Diablica ubierająca się u Prady ;> ) ale ożywczo cudownego zimą, kiedy to klasyczne wody cytrusowe zwykły pokazywać całe swoje piękno. Przecież już od lat przekonuję, iż prawdziwa urodę starych wód kolońskich można dostrzec wyłącznie w ostrym, przejmujący i czystym mroźnym powietrzu. O ile tylko perfumy nie są sztucznie dosłodzone ani rozmiękczone trywialnym dodatkiem nut ozonowo-owocowych, możemy liczyć na spektakl, istną zorzę polarną w najchłodniejszych odcieniach ciepłych barw. :)

Eau d'Hadrien to znakomity przykład takiej właśnie kompozycji; pozbawione cukru, naturalistyczne cytrusowe soki w przejmującym zimowym chłodzie zamarzają w tysiącach drobnych kryształków, zdolnych poranić niczego niespodziewanące się, miękkie ludzkie ciało. Tak wygląda otwarcie.
Nieco później kompozycja, latem nieuchronnie wpadająca w łatwe do przewidzenia jasne cytrusowo-ilangowe pudry, zimą osuwa się w stronę szlachetnych, gorzkich suszonych ziół (w ilości nieprzesadnej ale zauważalnej), w które zatapiają się z wolna coraz bardziej płynne a nawet woskowane cytrusowe olejki. Baza natomiast to cytrusowo-ziołowo-przyprawowa (ziele angielskie, jałowiec, odłamany fragment goździka, o takich przyprawach myślę) tafla na spokojnym, łagodnym jak niemowlę syntetycznie ambrowym oraz jasnodrzewnym morzu.

Przy Wodzie Hadriana nie sposób się nudzić... pod warunkiem, że będziecie ją nosić we właściwej, zimnej porze roku. ;) W innym przypadku umrzecie z nudów. :]


Rok produkcji i nos(y): Annick Goutal oraz Francis Camail

Przeznaczenie: zapach skomponowany dla mężczyzn jako goutalowska interpretacja klasycznego akordu kolońskiego, co skądinąd naprawdę się czuje; dla mnie jednak jest to typowy uniseks, jak uniseksem jest słynna CK One oraz jeszcze słynniejsza Woda Kolońska Fariny. :)
Muszę jednak przyznać, że minusem zimowego stosowania Eau d'Hadrien jest jej mizerna projekcja oraz trwałość; perfumy trzymają się tuż przy skórze, nieco wyraźniej odstając od niej wyłącznie w pierwszej fazie rozwoju. Jest to jednak zupełnie zrozumiałe; praw fizyki nie pokonamy. ;)

Trwałość: zimą w granicach trzech lub czterech godzin, latem często ponad dwukrotnie dłuższa.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

grejpfrut, cytryna, cedrat, mandarynka, cyprys, ylang-ylang, aldehydy
___
Dziś noszę Panią Walewską Noir od Miraculum (oraz naszego Urwiska ;) ).

P.S. 
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://flakers.com.pl/preview/3169/1024x768/zima-tapety-(10)

czwartek, 4 lutego 2016

W krainie kokosowej świeżości


Kto ma ochotę na najkrótszą recenzję w historii tego bloga? ;P

Jeżeli Wy, zapraszam na dosłownie kilka słów o Still Life in Rio, najnowszym dziecku Olfactive Studio, będącym - jak nietrudno zgadnąć - flankerem jednego z trzech pierwszych zapachów marki, sympatycznego Still Life.

Gotowi?
No to jazda!


Tak mógłby sobie pachnieć egzotyczny płyn do zmiękczania tkanin a nie perfumy!



Chociaż po namyśle stwierdzam, że tani kokosowy żel pod prysznic (lub szampon do włosów) też nie jest wykluczony. ;>

To wszystko.
Dziękuję za uwagę.



Rok produkcji i nos: 2016, Dora Baghriche

Dla kogo: w sam raz dla Perfekcyjnej pani domu oraz innych psychopatów. ;)

Po co: sama się zastanawiam. ;P
Ostatecznie, hmmm... twór nie jest nawet trochę wyraźny czy trwały, zaś sama kompozycja zapachowa jakiekolwiek związki z pierwszym Still Life przejawia wyłącznie na ubraniu lub papierku testowym ale nigdy na skórze. W związku z czym radzę zaopatrzyć się raczej w żel pod prysznic za około pięć złotych, efekt zapachowy będzie identyczny. :]

Trwałość: nie większa, niż dwu- lub trzygodzinna, z czego przez ponad połowę czasu SLIR wyczuwalne jest wyłącznie podczas pocierania nosem uperfumowanego fragmentu ciała.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: (podobno) juzu, (podobno) mięta, (podobno) cytryna, (podobno) mandarynka, (podobno) imbir
Nuta serca: (podobno) papryczki Scotch Bonnet, (podobno) czarny i różowy pieprz, woda kokosowa
Nuta bazy: (podobno) akord skórzany, (podobno) balsam kopaiwowy, (podobno) rum
___
Dziś noszę Néroli Blanc​ Eau de Parfum od Au Pays de la Fleur d'Oranger.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/77108378@N06/18433986601/ [Autorka: ~ lzee ~]
2. i 3. kolaże mojego autorstwa, wykonane ze znalezionych w Sieci grafik promocyjnych kokosowej chemii użytkowej. ;)

środa, 1 lipca 2015

Lato w Château de Bagnolet


Położony w zachodniofrancuskim regionie Poitou-Charentes (na północ od Akwitanii) i w gminie Cognac a utrzymany w stylu posiadłości kolonialnych w Luizjanie zamek Bagnolet w roku 1841 wpadł w oko żonie lokalnego polityka oraz producenta koniaku, niejakiej Irène d'Anthes-Hennessy. ;) Jeszcze w tym samym roku rodzina Hennessy odkupiła posiadłość od pierwotnych właścicieli [znaczy: porewolucyjnych ;) Wcześniej dobra Bagnolet były własnością królewską], by przez najbliższych sto lat z okładem mógł cieszyć się mianem oficjalnej ambasady marki Hennessy, miejsca słynącego z odbywających się tam hucznych imprez, udanych polowań czy z wizyt kolejnych znamienitych gości.

Nawet, kiedy w roku 1963 rezydencja przestała być prywatną własnością rodziny - wchodząc w skład majątku Société Hennessy, zatem dla osób postronnych była to zmiana czysto kosmetyczna - w niczym nie zmieniło to przeznaczenia całej posiadłości. Château de Bagnolet wciąż przyjmuje oficjalnych gości marki (od Mścisława Rostropowicza i Raya Charlesa po Lauren Bacall, Alaina Delona czy Olivera Stone'a), będąc dedykowanym im luksusowym pensjonatem, popularnym dzięki organizacji podobno wspaniałych prywatnych przyjęć oraz wyśmienitej kuchni. Krótko mówiąc: jest miejscem w sam raz dla obrzydliwych snobów. ;]

Czy można zatem wymarzyć sobie stosowniejszy kontekst dla opowieści o trzech najnowszych kompozycjach z perfumowej kolekcji potomka sławnej rodziny, Kiliana H.? Takich, w których luksus, typowo wakacyjna, letnia harmonia oraz całe dekady praktycznie nieprzerwanego idyllicznego praktykowania typowo francuskiej art de vivre, sztuki życia zestawiono w jedną, perfekcyjnie skomponowaną całość?
Nie sądzę. ;)


Dziś na pierwszy ogień trafi moja ulubiona - i najlepsza - kompozycja z cyklu o nazwie Sophie Matisse Art Edition, czyli Straight to Heaven, Splash of Lemon: odświeżona i odciążona wakacyjna wersja jednego z obiektywnie najwspanialszych pachnideł marki, powstałego w roku 2007 Straight to Heaven.

Choć prawdę mówiąc cała moja sympatia wynika głównie z bardzo dobrej opinii o pierwowzorze, to jednak i flanker nosi się bardzo przyjemnie. Który to na początku wręcz poraża nagłym oraz ostrym, jakby kolczastym, naturalnym akordem wygrzanej na słońcu i aż puszczającej soki cytrynowej skórki, z podziwu godną rzetelnością okrywającej ciepłe, "kawiarniane", bardzo komfortowe nuty alkoholowo-drzewne.
Dopiero po kilku minutach oślepienie cytrusowym słońcem mija, odsłaniając gładkie czy puchate akordy cedru ocieplonego pyłkowym i suchym, odrobinę kakaowym akordem  paczuli, pikantną wytrawność gałki muszkatołowej oraz dosłownie szczyptę suszonych ziół a przede wszystkim - wspaniałym rumem o wyraźnym aromacie dębowej beczki oraz syropu z cukru trzcinowego.
Zresztą im bliżej bazy, tym więcej słodyczy, przytulności tudzież stłumionych, cienistych pasteli. Wyczuwam sympatyczne, nowoczesne białe piżma o dominującej drzewnej nucie, ciepłą wanilię w laskach oraz powidok akordu suszonych owoców, który tak przyjemnie umościł się w pierwszym, podstawowym Straight to Heaven. :)

Splash of Lemon co prawda nie jest równie złożony oraz wyrafinowany jak on, jednak na pewno okazał się zdolny do stworzenia wokół uperfumowanej osoby takiej samej otoczki błogiego, leniwego komfortu. Aż chce się zalec gdzieś w cieniu na leżaczku, z chłodnym napojem w jednej ręce a wciągającą książką w drugiej i dosłownie niczego nie musieć. ;)
Teraz. Zaraz. Już. :D


Kolejna wariacji z serii zatytułowanej po prawnuczce Henriego Matisse'a, również malarce (która stoi za projektem flakonów omawianego właśnie tria), to Good Girl Gone Bad, Splash of Neroli, czyli złożenie akordów nazwanego podobnie pachnidła sprzed trzech lat, w które ktoś wsadził mikser i dokumentnie wymieszał wszystkie składniki. ;) Następnie czemuś przestraszył się własnego szachrajstwa i do kielicha blendera spontanicznie wlał jeszcze miarkę olejku z neroli mając nadzieję, że nikt się nie zorientuje. :> Albo zauważy przemeblowanie, jednak dzięki dodatkowi nowego akcentu zachwyci się powstałym dziełem i zamiast ukarać, nagrodzi mieszacza. ;)

No, cóż. Przy pierwszym, bardzo pobieżnym teście pachnideł to właśnie Splash of Neroli wzbudził we mnie najcieplejsze uczucia; jednak to nic niezwykłego, ponieważ uwielbiam neroli. :) Zauroczyło mnie otwarcie pachnidła, jakby zatrzymane w połowie drogi między zmysłowością Fleurs d'Oranger Lutensa a żywiołową bezpośredniością Neroli Portofino od Toma Forda. Lecz tytułowy kwiat znika z mojej skóry w dosłownie kilkadziesiąt sekund (jak to możliwe?), ujawniając czekającą w odwodzie mieszankę nut kwiatowych. Teoretycznie gęstych, zmysłowych i odurzających, w praktyce skutecznie przytłumionych syntetyczną drzewnością oraz pudrem. Nawet suchy i aromatyczny akord wetywerii w głębokiej bazie nie zdołał uratować dla mnie tej kompozycji.
Kwiatowa gęstwina pozostaje więc kwiatową gęstwiną... doświadczaną z daleka, wyłącznie za pośrednictwem fotografii. :]


Natomiast ostatni z aromatów, Bamboo Harmony okazał się - cóż za niespodzianka! - po prostu Bamboo Harmony, zapachem z roku 2012 poddanym reformulacji, w wyniku której z receptury zniknęła świeża roślinna duszność soków tytułowego bambusa oraz suchy, przyprawowo-mszysty pazur. Zamiast nich prym wiodą cytrusowe soki i niewielka ale zauważalna dawka neroli, zgodnie utopione w chłodnej białej herbacie.

Później przez chwilkę na skórze pojawia się daleki cień korzennej, sproszkowanej masali, siadającej na komfortowych akordach herbaciano-zielono-wodnych i to jest moment, w którym moje usta same składają się do uśmiechu, ponieważ nowe Bamboo Harmony nawet zaczyna mi się podobać. Później jednak pojawia się coś w stylu galangalu, zwanego tajskim imbirem, miesza się z jasną herbatą oraz abstrakcyjną już nutą kwiatową [to może być neroli, ale równie dobrze jaśmin wielkolistny czy mimoza; w każdym razie rzecz dość lekka i słodka] a następnie - zmienia w aromat świeżo spienionego płynu do zmywania naczyń. :D Jest tak jasno i czysto! ;P Detergent trzyma się mojej skóry i trzyma, ani myśląc z niej zejść a przy okazji każąc odświeżyć sobie traumatyczne wspomnienia związane z J'Adore Diora, którego w tej fazie rozwoju nowe Bamboo Harmony śmiało mogłoby zostać lżejszą i znacznie rozwodnioną wersją.
Dopiero po dobrych kilku godzinach pojawia się baza jasna i pyłkowa, naznaczona odrobiną goryczki, która nakazuje pomyśleć o mate, obecnym przecież w spisach nut obu wersji Bambusowej Harmonii. Może nawet wyczułam kokosowo-roślinną śmietankę z soków liścia figowego, która przemknęła po olfaktorycznym horyzoncie omawianej wody, jednak żadna z tych dwu nut nie zdołała przekonać mnie do pachnidła. Bamboo Harmony pozostaje więc dziełem bezsprzecznie zielonym i letnim, jednak do bycia wyjątkowym lub chociaż przyjemnym naprawdę bardzo mu daleko.


Zatem jeżeli chcecie poznać perfumy z Kilianowej kolekcji Sophie Matisse Art Edition, bardzo proszę! Na pewno warto, ponieważ cała trójka idealnie pasuje do upałów, powracających akurat nad Polskę: jest lekka, łatwa w użytkowaniu oraz zupełnie niezobowiązująca.
Jednak czy komukolwiek przyjdzie do głowy wyłożyć na zawartość któregokolwiek z pełnowymiarowych flakonów kwotę blisko sześciuset pięćdziesięciu złotych i zrobi to z powodów innych, niż prestiż związany z marką lub oryginalna buteleczka...? Ooo, tutaj pewności już nie mam.

Jadnak Wy możecie mieć inne zdanie! Jeżeli ktoś z czytających te słowa ma ochotę na set firmowych próbek Sophie Matisse Art Edition, niech zgłosi się w komentarzu. :) Kto pierwszy, ten lepszy!
[A zestaw prawie nie używany. ;P ]



Straight to Heaven, Splash of Lemon

Rok produkcji i nos: 2015, Sidonie Lancesseur [twórczyni pierwszego StH]

Przeznaczenie: zapach typowo uniseksualny, otaczający uperfumowaną osobę nieszczególnie głośną ale bardzo przyjemną, aksamitną oraz odprężającą aurą.
Na dosłownie wszystkie okazje.

Trwałość: w granicach sześciu czy siedmiu godzin, z czego ostatnich kilka to już głęboka baza, wyczuwana dopiero po przyłożeniu nosa do skóry.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna (oraz świeża)

Skład:

Nuta głowy: cytryna, bergamotka, rum
Nuta serca: paczuli, drewno cedrowe, róża (?), gałka muszkatołowa
Nuta bazy: akordy ambrowy i piżmowy, wanilia


Good Girl Gone Bad, Splash of Neroli

Rok produkcji i nos: 2015, Alberto Morllas [również autor receptury pierwszej Good Girl Gone Bad]

Przeznaczenie: mieszanina uniseksualna. jendak nie sądzę, żeby męska skóra potrafiła wyciągnąc zeń cokolwiek wartego uwagi. Chyba, że się mylę. ;) Tak czy inaczej jest to mieszanka bardzo spokojna i liniowa, nieskora do zostawiania za sobą śladów.
Powinna zatem sprawdzić się przy wszelkich okazjach oficjalnych.

Trwałość: maksymalnie dzisięciogodzinna (tu również przez co najmniej połowę czasu trudno wyczuć coś więcej, nie przybliżając nozdrzy do skóry).

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-szyprowa...? Dziwny jakiś ten szypr.

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, neroli
Nuta serca: tuberoza, róża, jaśmin
Nuta bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczuli


Bamboo Harmony

Rok produkcji i nos: 2015,  Calice Becker [rzecz jasna i ona była autorką poprzedniego zapachu marki o tej nazwie ;) ]

Przeznaczenie: także zapach dedykowany wszystkim istniejącym płciom, bardzo spokojny i o skromnej projekcji, po pewnym czasie zupełnie bliskoskórny, jakby wczepiony głęboko w ludzkie ciało.
Pasuje do wakacji na plaży albo... na zagranicznym zmywaku. :P A poważnie: gdziekolwiek zechcecie.

Trwałość: około sześcio-, ośmiogodzinna, przy czym - oczywiście - perfumy zapadają w śpiączkę po około połowie tego czasu.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, gorzka pomarańcza, neroli
Nuta serca: biała herbata, mimoza, przyprawy
Nuta bazy: mech dębowy, liść figowy, mate
___
Dziś noszę akurat opisane właśnie wcielenie Bamboo Harmony. I przy okazji wariacko cieszę się, że od kilku ładnych lat naczynia zmywa za mnie zmywarka. ;]

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.lvmh.ru/lvmh-news/news/exceptional-places-chateau-de-bagnolet-hennessy# [Autor: Gilles de Beauchêne]
2. http://galerie.platine.pl/dom-hennesy-dla-milosnikow-koniakow-g467102.html [Autor: Antoine Bagot]
3. http://www.hennessy.com/en-eu/news/6309-chateau-de-bagnolet [Autora fotografii nie udało sie zlokalizować]
4. http://theselby.com/galleries/collaborations/the-selby-x-hennessy-chateau-bagnolet-and-cognac-town-cognac-france/ [Autor: Todd Selby]

piątek, 26 czerwca 2015

Bajka o wczesnym lecie

Najpiękniej jest w Hiszpanii... Kiedy przekwitają drzewa pomarańczowe, swoją wonną magię rozpoczynają lipy. Dwa niebiańskie zapachy wiosny, w Polsce kojarzą się raczej letnio [a przynajmniej jeden, ponieważ - póki co, zważywszy na postępujące ocieplenie klimatu - u nas pomarańcze w naturze jakoś nie rosną ;) ]. I właśnie nadeszła ich pora.

Dlatego wpadłam na pomysł, aby opisać dziś perfumy, w których oba te zapachy udało się zestawić w pełną radości, prostą całość, optymistyczną ale na szczęście nie błahą. Zeta od Andy'ego Tauera.


Perfum opartych o narkotyczny, balsamiczno-ziołowy zapach kwiatu lipy powstało już wiele - z czego przynajmniej połowa naprawdę warto poznać: uroczo naturalne i lekkie Unter den Linden oraz Lindenblossom od April Aromatics, niewinne Clemency marki Humięcki & Graef, kobiece i zwiewne Un Parfum d'Ailleurs et Fleurs od The Different Company, wiosenny wietrzyk znad wielkomiejskiego parku w perfumach J.F. Schwarzlose Berlin o wdzięcznej i intuicyjnej nazwie 1A-33 czy eksplorujący dokładnie te same terytoria Central Park od Bond No 9, w końcu kwiatowy i słoneczny Honey Blossom marki Aftelier. Oraz całe mnóstwo innych, równie uroczych kompozycji (w tym wiele takich, których jeszcze nie miałam okazji poznać).

Jednak, chociaż nietrudno się zorientować, że połączenie kwiatu lipy z rozmaitymi aspektami cytrusów jest w mniej lub bardziej artystycznym perfumiarstwie częste, dla mnie to Zeta ma znaczenie szczególne. :) W końcu była chyba pierwszym pachnidłem z lipą w roli głównej, które miałam okazję poznać. Pamiętam, jak bardzo poraziła mnie jej uroda i zaskoczyła odkrywcza myśl, że perfumy o zapachu lipy w ogóle są możliwe! ;) Przy czym musicie wiedzieć, że woń lipy ma dla mnie znaczenie szczególne; już choćby z tego powodu, że upodabnia niżej podpisaną do Jana Kochanowskiego: oboje mamy własne, rozłożyste lipy, pd którymi wspaniale się wypoczywa. ;)

Zatem Zeta.


W pierwszych chwilach uroczo delikatna i "cieniście słoneczna" dzięki uwypukleniu krągłych, niewoskowanych cytrusów: odrobinę cierpkich bergamotek, energetycznych cytryn, słodkich pomarańczy oraz otoczeniu ich zapachem kwiatu ostatniej z wymienionych. :) Tak pachnie lato w pigułce; szczególnie, że zza nich stopniowo wyłania się aromat ogrodu mojej babci, w którym róże, słodka mimoza oraz wielka, rozłożysta lipa rosły tuz przy sobie w idealnej harmonii.
Wakacyjna rozkosz małego dziecka, które na tejże lipie przesiedziało niejedną zabawę w chowanego. ;)

Szybko też okazuje się, że róże usuwają się na dalszy plan, ustępując pola żywemu i ciepłemu zapachowi lipy, któremu nawet w ramach poznawania przez nos towarzyszy niskie, monotonne, uspokajające buczenie uwijających się w koronie drzewa pszczół. Z czasem nie jestem już w stanie odróżnić zapachu lipy od kwiatu pomarańczy, eksplorującemu wszak bardzo podobne olfaktoryczne terytoria - tak samo nęcącego, balsamicznego, odrobinkę ziołowego, delikatnie słodkiego... Lato w Polsce oraz wiosna w Hiszpanii zlewają się w moim umyśle w jedną relaksującą, harmonijną i błogą całość. :)
Z poczucia doskonałego szczęścia nie budzi mnie nawet baza Zety, gdzie z woni kwiatów uwalnia się więcej akordów ziołowych czy nawet kumarynowych, z tła wybijają się pojedyncze frakcje zapachu jasnego szlachetnego drewna (może faktycznie jest to sandałowiec, jak chce spis nut?) a ponad tym wszystkim, niczym roślinny odpowiednik pszczół, lata sobie gładki, lekko woskowy aromat irysowego masła, spinającego mieszankę w całość niczym cienka ale wyraźna rama. Gdzieniegdzie żywiej zagra pojedyncza nutka słodyczy, w moim umyśle będącej już, teraz zapowiedzią pysznego miodu, nad którym właśnie uwijają się pszczółki. ;) Lecz najważniejsze cały czas są zapachy kwiatów, zielonego listowia oraz żywego, pulsującego sokami drewna.

A także cytrusy, z których - dodawszy najpierw zerwane w bezpiecznym, oddalonym od dróg miejscu lipowe kwiecie - można przygotować pyszną, orzeźwiającą, zdrową i bezpretensjonalną lemoniadę. Słodzoną, rzecz jasna, miodem. :) Lipowym albo akacjowym, zbieranym krótko przed lipą.
No i widzicie! Właśnie podałam Wam przepis, jak na blogu kulinarnym. :D Tak na mnie działa zapach lipy: odpręża, rozwiązuje język i każe dzielić się radością.

Zeta od Tauera to jeden z jego najdoskonalszych substytutów.


Rok produkcji i nos: 2011, Andy Tauer
[Mieszanka w tej chwili nie jest już produkowana; jaka szkoda!]

Przeznaczenie: zapach ponoć dedykowany kobietom, jednak dla mnie jest to uniseks z samego środka skali; przede wszystkim dzięki wykorzystaniu składnika wciąż mocno niestereotypowego a więc niekoniecznie kojarzącego się z "typowo babskimi" kwieciuchami. :] Na męskiej skórze Zeta staje się bardziej cierpka i pyłkowa, skręca gdzieś w stronę naparu ze świeżych kwiatostanów drzewa, smakowo podkręconego zieloną herbatą. Też ślicznie. :)
Tak czy inaczej, omawiana kompozycja lubi trzymać się blisko skóry, tworząc wokół ludzkiej sylwetki wąską i zwiewną aurę, w związku z czym nadaje się idealnie na wszystkie okazje, kiedy wolelibyśmy aromat swoich perfum zatrzymać tylko dla siebie. Może być do biura, może na ślub koleżanki.

Trwałość: niespecjalna, bo około cztero- lub sześciogodzinna

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa (i jeszcze świeża, niech będzie! ;) )

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, pomarańcza, cytryna
Nuta serca: kwiat lipy, żółta róża, ylang-ylang, neroli, kwiat pomarańczy
Nuta bazy: drewno sandałowe, kłącze irysa, wanilia
___
Dziś noszę Opus IX od Amouage.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.thebestaromatherapy.com/angelic_fragrances.html [Autorka: Mary Kinlen]
2.http://www.designsponge.com/2012/07/behind-the-bar-melina-hammers-linden-blossom-cocktails.html [Autorka: Kristina Gill]

wtorek, 9 czerwca 2015

Retrozielone wakacje

Wakacje za pasem, typowo letni upał niestety dał już o sobie znać, więc wypadałoby zająć się perfumami przyjaznymi takiemu właśnie klimatowi. I choć nie jestem zwolenniczką zachowawczego dobierania perfum do określonych pór roku, jest jedna nuta zapachowa, która pięknieje przede wszystkim w zestawieniu z rozgrzanym letnim powietrzem - galbanum. Uwielbiam galbanum! :) Z dodatkiem tego akordu można mi sprzedać w zasadzie każde perfumy a przyjmę je z zachwytem i wdzięcznością.

Dziś jednak nie będziemy się nim zajmować. ;D
Dziś chciałabym zaprosić Was w krótką podróż w przeszłość, gdzie za wehikuł czasu posłuży nam mój około czterdziestoletni [identyczny, jak na TEJ fotografii, tylko w wydaniu eau de toilette] flakon klasycznego Ô de Lancôme.

Wolicie wizytę w kanadyjskiej części Wielkich Jezior czy może na Zielonej Wyspie? Uważacie, że Alpy są bardzie alpejskie w Szwajcarii czy w Austrii? A może marzy Wam się urlop w idyllicznych krajobrazach angielskiej wyspy Wight? ;) Lub w jakimkolwiek innym miejscu, do którego odwiedzin zachęcały kiedykolwiek stare plakaty? To nieistotne; najważniejsze jest, aby podczas wojaży było Wam zielono. :D


Żeby towarzyszyła Wam gęsta, iskrząca cytrusowa dosłowność w starym stylu, prawdziwe naręcze rozmaitych cytrusów stopniowo przechodzące w lekko przyprawowe, matowe ciepło Ziemi z lekkim tylko umajeniem w postaci aromatycznych kwiatów (według spisu nut będących jaśminem i wiciokrzewem ale na mojej skórze występujących jako miękka i niemal przejrzysta, łagodnie nektarowa aura). Oraz, żeby z czasem zanikła cicho a dyskretnie, zastąpiona przez wytrawność ziół, przemieszanych z ostatnimi akcentami cytrusów a także roztartymi w moździerzu nasionami kolendry.
Najpiękniejsza okazuje się jednak baza starego Ô: Sucha, mszystodębowa w ten zachwycający - naturalny, odwadniający wszystko, z czym się zetknie - sposób, okolona matową, nie aż tak inwazyjną ale równie charakterną wetywerią a następnie ustawiona na niepoliturowanym ale wystarczająco wiekowym, kolonialnym meblu z drewna sandałowego, którego ubytki z czasem zastępowano jak najbardziej tutejszą, kontynentalną dębiną. :)

Wszystkie te akordy z czasem mieszają się w sposób typowy dla retrozapachów, niemożliwy do podziału na poszczególny nuty, wszechogarniający. Idący do głowy jak najlepsze wino - albo raczej cydr, wszak pierwsze Ô to mieszanka lekka, letnia oraz naturalna [przede wszystkim w warstwie klimatycznej, w "duchu zapachu", nie w retorcie biochemika; chociaż to drugie oczywiście też należy wziąć po uwagę (na pewno w stopniu większym, niż współcześnie ;) )]. Jednocześnie nie jest omawiana kompozycja pachnidłem prostym czy niezobowiązującym - nie z perspektywy naszych czasów i tego, co obecnie gości na półkach perfumerii. Jej cytrusowo-zieloną świeżość, oczywistą wakacyjną lekkość otwarcia idealnie równoważą dalsze stadia rozwoju, kiedy pojawiają się nuty cięższe, wytrawne, w drugiej dekadzie XXI wieku akceptowalne niestety już tylko przez koneserów.
A przecież Ô de Lancôme wciąż potrafi się podobać! Dowodem niech będzie fakt, że mieszanina do dziś jest produkowana [aczkolwiek gdzieś na skraju nowego stulecia oraz dekadę później przeszła dwie poważne reformulacje; o wcześniejszych doniesień brak, choć z pewnością miały miejsce] a od jakiegoś czasu kroku dotrzymują jej lżejsze, nudniejsze i płytsze, bardziej nowoczesne flankery. Na ich tle nawet obecna wersja ÔdL wyróżnia się większą mocą, charakterem, klasą, niepodlizywaniem się mniej wyrobionemu użytkownikowi. Od zawartości mojego flakonu różni się jednak, jak all inclusive w Chorwacji od trekkingu po górach Kanady. ;)


Rok produkcji i nos: 1969, Robert Gonnon

Przeznaczenie: zapach dedykowany kobietom, jednak dzięki uniwersalnym nutom oraz ich niemałej mocy, szczególnie w wersji vintage, Ô bez najmniejszego ryzyka może uchodzić za uniseks z samego środka skali. [Nie zdziwiłabym się też, gdyby w jakimś ślepym teście niejeden perfumoholik płci męskiej rozwodził się nad samczym charakterem wody czy jej paprociowością ;) ].
Perfumy te, po początkowych kilkudziesięciu minutach odważnej chociaż ograniczającej się do kilkunastu centymetrów od ciała projekcji, dosłownie wtulają się w skórę i można je wyczuć tylko przybliżając do niej nos. Jednak to chyba zaleta, szczególnie dla osób postronnych w upalny dzień. ;)
Idealnie sprawdzą się w praktycznie każdych okolicznościach; mnie jednak w Ô najwygodniej w długie leniwe dni i wieczory, kiedy nie trzeba specjalnie dbać o wygląd ani martwić się o nic ważniejszego niż to, co zjemy na obiad/kolację/jutrzejsze śniadanie. ;) Zapach wakacyjnego lenistwa i sjesty.

Trwałość: wersja vintage utrzymuje się na mojej skórze od dziesięciu godzin do ponad pół doby (i blednąc stopniowo przez dalszych kilka godzin), Ô wyprodukowane po roku 2010 przeżywa średnio trzy lub cztery godziny krócej.

Grupa olfaktoryczna: świeżo-szyprowa

Skład:

Nuta głowy: tangerynka, bergamotka, cytryna
Nuta serca: bazylia, rozmaryn, kolendra, wiciokrzew, jaśmin
Nuta bazy: wetyweria, mech dębowy, drewno sandałowe, (dębina), labdanum
___
Dziś noszę Ma Griffe od Carven.

P.S.
Pierwsza ilustracja jest mojego autorstwa i powstała z dostępnych w Sieci reprodukcji starych plakatów z zielenia jako dominującą barwą. :)

czwartek, 28 maja 2015

Przeciętni nieprzeciętni

Czyli tacy trochę bardziej współcześni Zwyczajni niezwyczajni. :) Odarci ze złudzeń, w codziennym życiu stawiający na pragmatyzm ale mimo wszystko wciąż nie tracący nadziei. Na co?
Na to, czego akurat pragną najsilniej lub czego najbardziej im brakuje. ;)

Po prostu my.


Wstęp do niniejszego wpisu to czysty coelhizm ale bardzo pasuje mi do pewnych perfum. ;) Nie złośliwie ale z racji swojej banalnej, oczywistej prostoty. A mówiąc ściślej: płomyka idealizmu czy romantyzmu, który skrywany skrzętnie pod pozorem cynizmu, koniunkturalizmu czy przyziemności, wciąż się w nas tli.
Jakimś cudem zestawionego przez moją głowę z zapachem budzącym u niżej podpisanej absolutnie nieprzesadzoną życzliwą obojętność. Podobnie, jak osoba najsłynniejszej obecnie ale zaskakująco kontrowersyjnej polskiej modelki.

Przyznam, że zupełnie nie rozumiem, dlaczego Anja Rubik zdaje się tak bardzo polaryzować nastroje społeczne. Dlaczego w internecie albo ją uwielbiają bezgranicznie, każdorazowo mentalnie padając przed nią na kolana, albo zawistnie wypominają rzekomo nieodpowiedni [tzn. nieodpowiadający gustom wypominających, jak mniemam ;) ] kształt poszczególnych części jej ciała, tembr głosu, kolejne zobowiązania zawodowe czy co tam jeszcze. Dlaczego celebrytka - ani lepsza ani gorsza od swych braci i sióstr w lansowaniu na tle ścianek reklamowych - rodzi tak gwałtowne emocje? No nie rozumiem.
Lecz nie dziwię się sobie: być może zwyczajnie widziałam za mało Tap Szpadli i przejrzałam ledwie nikły promil ogółu kolorowych gazet, żeby pojąć fenomen Anji R. :) Bywa.

W tym miejscu zamierzam zająć się pierwszym zapachem, który wypromowano pod nazwiskiem rodzimej supermodelki [? Czy Anja jest supermodelką? Czy w ogóle istnieją jeszcze supermodelki, jak na przełomie lat 80. i 90. XX wieku?].
Do tego celu postanowiłam wykorzystać fotografie nietypowe, wykonane podczas planu zdjęciowego ale fizycznie w przerwie między kolejnymi ujęciami, pokazujące choć trochę "prawdziwej" Anji Rubik, wystukującej wiadomość tekstową albo żartującej z makijażystą. W końcu to trochę tak, jakby nas ktoś fotografował podczas pracowej przerwy na kawę lub papierosa, kiedy na krótką chwilę uwalniamy twarz z maski profesjonalisty. ;)
Bardziej po ludzku. Bardziej Original.


Jakkolwiek znalezienie własnego sposobu opisania zapachu było dla mnie trudne. Tak się bowiem złożyło, że moja skóra nie do końca "czuje" Original.
To, co na płatku kosmetycznym z salonu Inglota, wykorzystanym przeze mnie w charakterze niedoskonałego blottera (innych nie przewidują), okazuje się promiennym, jasnym, lekkim, białokwiatowo-dziewczęco-zielono-świeżym letnim umilaczem czasu, na mojej skórze szybko przechodzi od delikatnych ale ożywionych cytrusowo-pieprzowym tchnieniem, dosyć abstrakcyjnych kwiatów ku nutom jasnym, śmietankowo-białopiżmowo-żywicznym, nienachalnie słodkim i ledwie muśniętym liliową głębią. Uf, to było długie zdanie. ;)

Tam, gdzie zawartość improwizowanego blottera zdradza powiązania z (untitled) modowego ekscentryka i minimalisty Martina Margieli (przez szafiarki zwanego ponoć Maisonem Martinem Margielą ;> ), moja skóra widziałaby raczej dalekie resztki bazy Narciso od Narciso Rodrigueza, kolejnego projektanta opętanego obsesją geometryczności. W takim towarzystwie ustawiło się dla mnie Original Anji Rubik.
Bardzo słusznie. Ponieważ wszystkie trzy pachnidła charakteryzują prostota, jasność, nowoczesność czy niemal namacalna potrzeba "ucieczki od banału" [inna rzecz czy, jak już wiele razy bywało, indywidualizm teraźniejszości nie stanie się mainstreamem jutra i banałem pojutrza?].


W Original daje się wyczuć pewną wypracowaną postawę, rodzaj sztuczności, świadomej autokreacji. To, co ma uchodzić za naturalne jest w istocie efektem chłodnej kalkulacji anonimowego perfumiarza lub perfumiarki; tam, gdzie olfaktorycznie nieuświadomieni szukają elegancji czy zmysłowości ja widzę raczej zachowawczość i cyniczny błysk w oku stojącej "na ściance" Anji [przed napisaniem recenzji obejrzałam w necie dziesiątki jej fotografii i na wielu wykonanych podczas najróżniejszych iwentów zauważyłam właśnie takie chłodne, trochę złośliwe, trochę oceniające spojrzenie; nie wiem jednak, czy właściwie je zinterpretowałam]. I nawet delikatna świeżość zielonej herbaty zestawionej z bergamotką czy pomelo (?) nie jest w stanie ich zatuszować ale wręcz dodatkowo uwypukla.

Temu ironicznemu dystansowi odpowiada różowy pieprz oraz bukiet jasnych, młodych białych lilii a wraz z nimi jakby pojedyncze, oderwane frakcje kwiatu pomarańczy i... nieoczekiwaną hojną dawką irysowego masła: matowego, pyłkowego, kontrastowego wobec wszystkich innych, zdecydowanie krystalicznych nut. Zasada wobec mnogości odczynów kwaśnych, uciekając się do chemicznego porównania. ;)
Fantastyczne zagranie! Jednocześnie głęboko artystyczne [kontrast, prowokacja, dysonans i tak dalej ;) ], sugerujące nowoczesność mieszanki a więc też obliczone na przychylność współczesnych nabywczyń. Szczególnie, że nie prowokuje zachwiania spójności kompozycji, prędko schodząc na dalszy plan i jedynie uzupełniając pyszniącą się lilię w dyskretnym otoczeniu bliżej nieokreślonych białych kwiatów, cały czas jednak pozostając wyczuwalnym.
Na samym dnie natomiast pojawiają się nadtopione żywice; w większości słodkie jak benzoes ale potrafiące też zabłysnąć chłodną, suchą zielenią galbanum, ożywiającego wciąż całkiem mocną lilię. Na pewno zaś pojawia się białe piżmo; nowoczesne białe piżmo, żadne tam puchate i zatykające pudry sprzed dekady. Nie, tutaj wyczuwam akordy lekkich kwiatów i drzewnych drzazg, i czystą, pyłkowo-pierzastą słodycz. Trzeba dopiero wspomnianych słodkich żywic, by całość ociepliła się i zmieniła w jasny krem. Co przywodzi na myśl woń świeżo umytego ciała, obecną również w innej kompozycji zestawionej przez mój umysł ze światem wielkiej mody, tym razem nieco starszej: By for Women Dolcego i Gabbany.

Original to pachnidło urocze, pełne wdzięku, w modny sposób minimalistyczne. Na blotterze przekorne, prezentujące złośliwy charakterek, na mojej skórze bardziej ciche i wycofane, jakby lekko rozespane. Zawsze budzące pozytywne emocje. Tyle tylko, że... o niewielkiej intensywności.
Choć go doceniam, nie uważam soczku za dobry dla siebie. Dopóty, dopóki w kontakcie z moim ciałem nie zacznie pachnieć jak na watowym płatku. ;)


Rok produkcji i nos: 2014, ??
[Zapach powstał we współpracy z marką Inglot, więc za opracowaniem jego formuły stoją zapewne "ktosie" z korporacji produkującej substancje zapachowe do kosmetyków Inglot. Jak myślicie: IFF, Symrise czy Givaudan? ;) ]

Przeznaczenie: pachnidło stworzone z myślą o kobietach, jednak jego żywy i niekoniecznie stereotypowy charakter nieśmiało przesuwa woń w stronę uniseksu. Na pewno warto ją przetestować, chociaż jest bardzo bliska skórze ani nie przesadza z nadmierną projekcją, delikatnie mówiąc. ;) Wiem jednak, że wokół innych osób potrafi stworzyć przyjemną, wibrującą i niezbyt rozległą ale jednak wyraźną aurę.
Na wszystkie okazje, ze szczególnym uwzględnieniem dni ciepłych, kiedy Original może być bardziej wyraziste.

Trwałość: około siedmiu czy ośmiu godzin wyczuwalnego trwania i jeszcze kilka spokojnego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-świeża (i awansem aromatyczna ;) )

Skład:

Nuta głowy: zielona herbata, różowy pieprz (cytrusy)
Nuta serca: biała lilia (kwiat pomarańczy i inne białe kwiaty, masło irysowe)
Nuta bazy: akordy żywiczne i drzewne (białe piżmo)
___
Dziś noszę White marki Puredistace.

P.S.
Trzy pierwsze ilustracje to fragmenty sesji zdjęciowej na rzecz kampanii reklamowej marki Apart, której Anja Rubik jest ambasadorką. Wykonał je Marcin Tyszka a na mojego bloga trafiły bezpośrednio STĄD.

piątek, 15 maja 2015

Cztery lilie dworu


Tak naprawdę było ich więcej, niż cztery. Sporo więcej. Kobiet, które z powodu swego pochodzenia lub zawirowań historii (a najczęściej jednego i drugiego naraz ;) ) trwale zapisały się w dziejach ludzkości. Tych, które wieki temu były córkami, matkami, żonami lub kochankami władców, miały oddanych przyjaciół ale i bezwzględnych wrogów - lub też takich miał któryś z powiązanych z nimi mężczyzn a całą "zasługę" naszych bohaterek stanowiło bycie częścią otoczenia ówczesnych ludzi władzy.
Albo inaczej: nie godziły się na obcą ich naturze rolę biernych przedmiotów ale chciały same tworzyć świat wokół siebie, ustanawiać prawa, nadawać przywileje i karać tych, którzy na karę zasługiwali, co mogło nie przypaść do gustu możnym, nieprzyzwyczajonym do silnych kobiet u władzy. Lub też miały nieszczęście kochać zbyt mocno i cierpieć zbyt dotkliwie, i tęsknić za bliskością drugiej osoby zbyt rozpaczliwie.

Damy dworu, arystokratki, królowe... Choć żyły w średniowieczu albo renesansie, możecie być pewni, że kochały, nienawidziły, bały się, miały nadzieję, cieszyły się oraz cierpiały identycznie, jak my tu i teraz, Anno Domini 2015. [Rzecz jasna nic nie zmieniło się także w emocjonalności mężczyzn, jednak nie oni są najważniejszym tematem mojego dzisiejszego wpisu].


Dziś chciałabym napisać o czterech z nich. Czterech królewskich liliach, z których jedną spotkał los tak straszny, że współcześnie wprost nie do wyobrażenia, natomiast drugiej, równie nieszczęśliwej, ból po stracie ukochanej osoby zaćmił jakąkolwiek zdolność logicznego myślenia i ostatecznie zepchnął w otchłań szaleństwa.
Życie trzeciej wielu z nas mogłoby wydać się bardzo znajome: była bowiem emigrantką, której tęsknota za krajem nie przeszkodziła zaadaptować się do nowych warunków ale też adaptacja nie skłoniła do rezygnacji z samej siebie: z własnej tożsamości i tradycji, z własnego silnego charakteru oraz ambicji. Za co ze strony nowych poddanych czekało na nią jedynie głębokie niezrozumienie oraz niechęć. Szła przez życie, zmagając się ze światem, który nijak nie chciał być jej posłuszny.
I tylko ostatnia (ale nie chronologicznie) bohaterka mojej opowieści wiodła życie, które my śmiało moglibyśmy nazwać bajkowym. :) Choć początkowo los obchodził się z nią po macoszemu, nie szczędząc łez, zimna i głodu, chociaż nawet najżyczliwsi nie mogliby nazwać jej pięknością, choć spotkało ją niemało upokorzeń, w końcu znalazła swojego księcia z bajki. To znaczy króla. To znaczy nikogo nie musiała szukać ale jedynie poślubiła tego, którego powinna. To znaczy... Ech, wszystko w swoim czasie. :)

Cztery kobiety, cztery niezwykłe lilie. Dla każdej z nich najbardziej stosowna.


O pierwszej z moich bohaterek tak pisze Anna Moczulska, autorka niezrównanego bloga Kobiety i historia:

"(...) opowieść jest straszna. Główne role grają w niej młody polski królewicz i śliczna dwórka, do której młodzieniec ów poczuł miętę. On zostanie jednym z największych władców w historii Polski. Ona przez niego zginie. I zginie straszliwie - w hańbie i cierpieniu, nieludzko okaleczona, wystawiona na pośmiewisko jako dowód podłości i zdrady.

Dzieje się to w roku 1330. Na węgierski dwór królowej Elżbiety, z domu Łokietkówny, przyjeżdża jej młodszy brat, polski królewicz Kazimierz. Tatuś, Władysław Łokietek, wysłał tam swego dziewiętnastoletniego syna na krótkie wakacje, na których ten jednakowoż ma połączyć przyjemne z pożytecznym. Namówić potężnych sąsiadów do udziału w montowaniu koalicji antykrzyżackiej, a przy okazji nabyć trochę ogłady i liznąć wielkiego świata na wspaniałym, znakomitszym od wawelskiego, andegaweńskim dworze.

Kazimierz na Węgrzech zachowuje się tak, jak każdy dziewiętnastolatek spuszczony ze smyczy wymagającego ojca. Chce się zwyczajnie dobrze zabawić. W domu zostawił obowiązki i żonę, którą ojciec mu wybrał, kiedy Kazimierz był jeszcze małym Kaziem, miał ledwie 15 lat! (...) Na dworze siostry zjawia się sam i może do woli przebierać w pięknych pannach. A polski królewicz przyciąga kobiece spojrzenia. Jest przystojny - wysoki, smagły, czarnowłosy, bardzo jeszcze młody, a więc niewątpliwie mniej kudłaty i zarośnięty niż ten, którego znamy z portretów. Szybko wpada mu w oko Klara, piękna dwórka jego siostry. I wszystko wskazuje na to, że on jej też. Ale wcale nie tak łatwo namówić Klarę na schadzkę. Dziewczyna nie jest pierwszą lepszą - pochodzi ze znakomitego, magnackiego rodu Zachów, nauczono ją cenić swój dom i nazwisko, godnie się nosić, dbać o skromność i pilnować cnoty.

Jak jednak możecie się domyślać, im mocniej Klara się opiera, tym bardziej apetyt Kazimierza rośnie. I kiedy młodzieniec czuje, że nie wytrzyma już ani chwili dłużej, na scenę wkracza siostra naszego bohatera, królowa Elżbieta. Idzie w sukurs swemu usychającemu z pożądania braciszkowi i organizuje przemyślną schadzkę.

Królewicz leży w swojej komnacie, rzekomo złożony chorobą. Królowa w towarzystwie Klary idzie go odwiedzić i pod pierwszym lepszym pretekstem zostawia młodych sam na sam. Wtedy szybko się okazuje, że piękny Kazio nie jest złożony niemocą na tyle, by nie wziąć tego, na co ma ochotę. I kradnie Klarze wianek. Po dobroci czy gwałtem? O to do dziś spierają się historycy, ale czy to ma znaczenie? Nawet jeśli Klara też czuje do Kazimierza afekt, to zapewne się broni, jak każda ówczesna uczciwa panna. I zapewne broni się nieskutecznie..."
Źródło: Krew, królewicz i panna

Dość powiedzieć, że po powrocie Kazimierza do Polski, porzucona i zapomniana Klara miała poskarżyć się ojcu, który takiej zniewagi ze strony obu monarszych rodów, polskiego i węgierskiego, nie mógł puścić płazem. Zresztą który współczesny rodzic (płci dowolnej) puściłby płazem zgwałcenie własnego dziecka?
Historia mówi, że 17 kwietnia 1330 roku Felicjan Zach podczas zamkowej uczty dokonał zamachu na króla Węgier Karola Roberta oraz królową Elżbietę - a więc na siostrę i szwagra gwałciciela (a może "tylko" uwodziciela) swojej córki. Rzuciwszy się na władców z mieczem, dosięgnął nie króla - który ledwie draśnięty bohatersko schował się pod stołem - ale królową, odciąwszy jej cztery palce.
Zach nie opuścił już królewskich komnat, zabity przez podczaszego Elżbiety. Później zostaje poćwiartowany a poszczególne części jego ciała rozesłane ku przestrodze we wszystkie strony kraju, głowa natomiast zawieszona na bramie królewskiej siedziby.
A jego potomstwo?

"(...) synowie zostają pojmani i zabici w straszliwy sposób, wloką ich końmi po ulicach, póki nie skonają, a posieczone ciała rzucają psom na pożarcie. Jednak największą cenę za gniew swego ojca płaci Klara. On szczęśliwie szybko umiera, ją czeka kaźń.

Zostaje natychmiast wywleczona z tłumu ślicznych dwórek. Obcinają jej nos, wargi, palce u rąk i tak okaleczoną obwożą w klatce po wsiach i miasteczkach. Zanim umrze, Klara musi wyznawać urągającym jej tłumom, że słusznie ją ukarano za występek jej ojca przeciw najświętszemu majestatowi królów, że ona i jej ród cierpią zasłużenie. (...)

I tak kończy się tragiczna historia romansu królewicza Kazimierza i pięknej Klary. Do dziś poruszająca, budząca emocje, niejasna. W Polsce wciąż mamy z tą historią problem. Jest dla nas jak wyrzut sumienia. Nie możemy zaprzeczać, że miała miejsce, ale robimy wszystko, by się z niej wyłgać. Trudno nam przyznać, że nasz król Kazimierz, któremu w dodatku nadaliśmy przydomek Wielki, sprowokował taką krwawą jatkę!"
Źródło podlinkowane wyżej
Miłośników perfum może natomiast zainteresować rola, jaką w tej sprawie odegrała nasza własna pieszczoszka. Władczyni, dla której stworzono pierwsze w historii bestsellerowe perfumy, niepodzielnie władające olfaktorycznymi gustami Europy niemal aż do XVIII wieku i szalonej popularności Wody Kolońskiej.
Bo tak, słynną Larendogrę, Wodę Królowej Węgier, odtworzoną niedawno przez Pollenę Aromę, skomponowano dla tej samej Elżbiety Łokietkówny. :] Dla rajfurki swego własnego brata i pomocniczki w gwałcie, pałającej żądzą zemsty wobec prawdziwej ofiary zdarzenia.

Jednak nie o rozmarynowo-lawendowej nalewce zamierzam dziś pisać ale o liliach. Królewskich, potężnych, niewinnych i prawdziwie, dogłębnie smutnych.


Jaki zapach mógłby okazać się godnym uzupełnieniem historii o Klarze Zach? Opowieści straszliwej, chociaż mieszczącej się w kanonach średniowiecznego prawa. Jakie perfumy nie raziłyby niezręcznością w zestawieniu z horrorem?

Musiałyby być jednocześnie potężne, ogłuszająco urodziwe ale też duszące, nie zostawiające nawet skrawka przestrzeni wokół siebie, osaczające. Prawdziwie piękne, skomplikowane, słodkie na początku ale osuwające się w stronę goryczy. Przejmujące oraz, jak napisałam, bezgranicznie smutne.
Dokładnie tak brzmi dla mnie Lys Fume z butikowej kolekcji Toma Forda.

Tutaj początek jest niespodziewanie lekki i niewinny, zupełnie niezapowiadający dalszych dramatów. Jasny, seledynowy, przesiąknięty sokami młodych kwiatów i rozjaśniony miękkimi promieniami porannego słońca. Zanim lilia nie rozwinie płatków jej zapach jest zaledwie fantomowy a najważniejszą rolę gra pyłkowe, słodziutkie i dziewczęce ylang-ylang. Towarzyszą mu słodkie cytrusy i nawet przewijający się tu i ówdzie różowy pieprz nie może zaszkodzić idyllicznemu obrazkowi. Przeciwnie, dodaje mu charakteru, sugeruje żywy chociaż jeszcze nie całkiem uświadomiony temperament. Jest jak Klara, podejmująca pierwszy, niewinny flirt z polskim królewiczem.
Dopiero potem zrywa się gorący wiatr, przynoszący burzę. Jednak zanim do niej dojdzie, powietrze robi się upalne, ciężkie, nieznośne. Lilia coraz śmielej nabiera mocy, spychając do tyłu wszelka lekkość oraz niewinność. Towarzyszy jej gorący akcent sproszkowanych zamorskich przypraw, cielesność labdanum, balsamiczna głębia rumu - wszystkie silne, duszące, otumaniające swoim pięknem, odcinające dopływ powietrza do mózgu. :] Lubię takie perfumy, jednak gęstości i mocy Lys Fume z jakiegoś powodu się przestraszyłam.
Z osobliwą mieszanką grozy, fascynacji oraz zauroczenia obserwowałam, jak lilia pyszni się i rozkwita w otoczeniu goryczy gałki muszkatołowej i drzewnych balsamów, jak jeszcze silniej dręczy ją bylica, jak podkreśla wytrawność rumu oraz dębiny, jak zwodzi cielesna lekkość labdanum i słodycz ciemnej, niekulinarnej wanilii.

Jak bardzo dziwny, skomplikowany, niejasny wydaje się to zapach. Jak bardzo działa na emocje, nie zostawiając głowie wiele do chłodnego, rzeczowego zanalizowania. Jak mało wiem zarówno na temat Lys Fume, jak i Klary Zach. Ta pierwsza jest w zasadzie przepotężną, wielowymiarową, słodko-gorzko-orientalną leliją, ta druga zasłynęła z urody, zamieszania w zamach na parę królewską i kary, jaką zań poniosła.
Jednak czy naprawdę ją zgwałcono? Czy rzeczywiście dokonał tego Kazimierz? A może jedynie padł ofiarą wrażych plotek? Historia nie jest pewna. Historia wątpi, co jednocześnie zrozumiałe ale i budzące śmieszność [ponieważ polska historia jara się własną rzekomą bezkrwawością i usilnie szuka potwierdzenia, jaki to z nas Mesjasz Narodów. ;> Nawet, jeżeli miałoby to oznaczać rozpaczliwe przekraczanie kolejnych granic absurdu].

Historia nie zapomniała o Klarze Zach, ponieważ nie była w stanie; tak bardzo działa na nas opowieść o jej przerażającym losie. Od teraz będę łączyć ją z enigmatyczną zagadką zapachową, skrytą wewnątrz flakonu Lys Fume. Wierzę, że z szacunku dla bohaterki węgierskiej wyobraźni.

Moja kolejna opowieść niestety również nie należy do szczęśliwych.


Joanna przyszła na świat w rodzinie ludzi silnych, ambitnych i zdeterminowanych osiągnąć sukces. Średniowiecznych w sposobie myślenia ale nie bojących się wyzwań zupełnie nowej epoki - której zresztą sami dali jeden z początków, finansując zamorską wyprawę na drugi koniec świata, dowodzoną przez równie co oni ambitnego Genueńczyka. ;)

Joanna, trzecie z kolei dziecko zjednoczycieli Hiszpanii, Królów Katolickich, Ferdynanda Aragońskiego oraz Izabeli Kastylijskiej.
Joanna, infantka a po śmierci matki (i starszego rodzeństwa wraz z potomkami) królowa Kastylii.
Joanna, żona do szaleństwa zakochana w swoim mężu Filipie, przez ówczesnych nazwanego Pięknym.
Joanna, kobieta samotna i nieszczęśliwa, być może myląca namiętność z miłością i nie mogąca znieść myśli, że jej mąż podobnych epistemologicznych problemów nie ma. :]
Joanna, uzależniona od męża, opętana obsesją na jego punkcie ale też wykorzystywana, maltretowana, manipulowana i notorycznie zdradzana.
Joanna, będąca pionkiem na politycznej szachownicy, całe swoje życie rozgrywana przez innych.
Joanna nienawidząca innych kobiet (nawet zakonnic) jako rywalek do, ekhm... serca Filipa.
Joanna izolowana i celowo trzymana w politycznej nieświadomości; do dziś nie wiemy, czy obłęd ujawniał się u niej od dzieciństwa, czy może był reakcją  na późniejsze poczucie niezrozumienia przez świat.
Joanna w permanentnej depresji, niezdolna do podjęcia żadnej decyzji.
Joanna, za którą rządzą regenci: najpierw ojciec, potem mąż.
Joanna, owdowiała dziesięć lat po ślubie z obsesyjnie kochanym Filipem-kobieciarzem.
Joanna, która nie przyjmuje śmierci męża do wiadomości.

Paradoksalnie był to chyba jedyny raz w jej życiu, kiedy potrafiła wymusić na innych posłuszeństwo; mogło też stać się tak, że otoczenie królowej zwyczajnie nie przewidziało przebiegu ani konsekwencji reakcji Joanny na śmierć męża. Ta bowiem, nie wierząc w jego śmierć a może mając nadzieję na powrót Filipa zza grobu, zabroniła pochówku zwłok i nakazała dworzanom traktować je jak żywego człowieka: nosić w lektyce, sadzać na tronie i przy stole, kłaść do łoża, ubierać, rozbierać...
W końcu jednak podstępem namówiono Joannę na złożenie ciała Filipa do trumny i podróż do wybranego miejsca ostatniego spoczynku. Lecz mylili się ci, którzy sądzili, że uda się pochować męża królowej szybko i dyskretnie. Aura skandalu towarzyszyła nawet orszakowi żałobnemu, poruszającemu się w tę i nazad po Kastylii wyłącznie po zmierzchu, jak również tolerującemu niemalejącą obsesyjną zazdrość królowej o, od dawna przecież martwe, ciało męża. Od czasu do czasu, podczas dziennych postojów w męskich klasztorach, Joanna nakazywała otwarcie trumny aby móc nadal cieszyć się (?) Filipem.

Sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna i naprawdę trudno powiedzieć, jak by się skończyła, gdyby nie interweniował władca sąsiedniego królestwa a ojciec Joanny, Ferdynand, który wykorzystując niezręczną sytuację wkroczył do Kastylii i siłą odsunął córkę od władzy [tzn. oficjalnie "tylko" rządził w jej imieniu ale wiadomo, jak to musiało wyglądać w praktyce]. Uwięziona przez ojca w zamku w miejscowości Tordesillas, gdzie po wielu perypetiach ostatecznie złożono zwłoki Filipa, pozostawiona samej sobie popadła w obłęd, który już po narodzinach nowoczesnej psychiatrii na podstawie zachowanych opisów sklasyfikowano jako coś bardzo podobnego do schizofrenii. Niewykluczone, że tylko w tak desperacki sposób jej psyche potrafiła jakoś utrzymać się w całości.
Joanna I, nominalna pani Kastylii i Aragonii, pierwsza królowa zjednoczonej Hiszpanii. De facto zakładniczka ambicji najpierw rodziców, później tylko ojca, męża, ponownie ojca a na koniec syna, żyła i zmarła w murach zamku przy klasztorze w Tordesillas, gdzie na swoje zmartwychwstanie wciąż czekał jej ukochany mąż, Filip Piękny Habsburg.


Jaki zapach mógłby opowiedzieć nam cokolwiek o najważniejszym, najbardziej dramatycznym i budzącym żałość ale też najbardziej odrażającym etapie życia Joanny? Widzę tylko jednego kandydata.
Charogne marki État Libre d'Orange.

Zapach o tak znaczącej nazwie rozpoczyna się żywym, pikantnym uderzeniem świeżego soku imbirowego i pieprzu, zestawionych z jasną, pyłkową wanilią i czymś jeszcze (może kardamon?), składając się na charakterystyczną chemiczną woń syropu na kaszel albo przychodni pediatrycznej. Otwarcie jest, owszem, dziwne ale jak piszą w brukowcach: "nic nie zapowiadało tragedii". :]
Ta pojawia się nieco później, wraz ze znajdowanymi tu i ówdzie pyłkami kwiatów, osobliwie często lubiącymi okrywać starą, skórzaną galanterię, czasami nawet zamsz. Dopiero z tych kwiatów, wyrosłych na przedziwnej skórzanej glebie, irysowo-zamszowej, maślanej i metalicznej jednocześnie, wyrasta lilia. Pojawia się i... rośnie. Wciąż rośnie. Cały czas rośnie, ogrzewana promieniami słońca, otulona suchym, niemal parzącym powietrzem, wraz ze skórą i przyprawami wyciągająca z jaśminu cały jego indol a więc z upodobaniem otaczająca się woniami rodem z toalety publicznej. :> Lilia potężna i piękna, otoczona mnóstwem pyłkowej słodyczy, z zapałem wtłaczająca samą siebie w skórzany gorset mogłaby być majestatyczną.

Gdyby nie całe to otoczenie indolowo-skatolowe, od razu kojarzące się z ludzką zwierzęcością, z wydalaniem oraz słodkawą wonią rozkładu szczątków. Czy to w ogóle  może być godne towarzystwo dla czystej, białej lilii?? A dla wanilii?
Lilia oraz wanilia z Charogne zgodne uważają, że tak, jak najbardziej. Nie tylko może ale wręcz powinno. Bo gdzie będzie dla nich miejsce, jeśli nie przy skórze gnijącej w otoczeniu jaśminu, przypraw, kwiatu pomarańczy, gdzieś między piżmem, cywetem a labdanum. W oparach kadzidła, okalających Padlinę niczym cienka, srebrzysta rama.

Od euforii do rozpaczy, od zaprzeczenia po przygnębienie; przez toksyczny związek i chorobę psychiczną. Jest w tym zapachu gwałtowność całkowicie usprawiedliwiająca kontrowersyjny tytuł. Jest też jakaś obezwładniająca rozpacz i mimo wszystko godność, tłumacząca dobór składników.
Jest moc, obecna w Jasmine od Maison Dorin a przede wszystkim - w Oud 27 marki Le Labo, charakterologicznie zbliżonym do zbolałego, oszalałego, prawdziwie nieszczęśliwego Charogne.
Wspaniałe dzieło sztuki, które jednak trudno mi nosić na co dzień. Męczące do tego stopnia, że czas już porzucić wszystkie historie ponure i straszne.

Czas na zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. :) Wracamy do Polski.


"Wyobrażam sobie, co też ona musiała czuć w czasie swojej długiej drogi do Krakowa. Była pewno jednym kłębkiem nerwów! Dobrze wiedziała, jak będzie wyglądać ta chwila, kiedy już stanie przed młodym polskim królem. Zapewne on też, jak wielu wcześniej, wywali na nią oczy i będzie się gapić z otwartą gębą. Już czuła ten wzrok, ślizgający się po jej postaci, widziała to zdumienie, a potem, nie daj Boże, grymas wstrętu?

W takich chwilach - krótkich, bo nie umiała długo chować urazy - czuła złość na swego wuja. Może gdyby w dzieciństwie choć trochę o nią zadbał, nie byłaby taka niewydarzona. Jej kości rosłyby prosto i równo, a figura nie wygięłaby się w znak zapytania. Twarz nie byłaby tak komicznie wąska i długa. I ten groteskowy uśmiech! Nieszczęsna wada zgryzu sprawiała, że siekacze były ułożone niemal poziomo i wystawały z warg, choćby nie wiem jak starała się je zaciskać. I co on... Kazimierz... młody i podobno przystojny... co on powie, kiedy stanie przed nim taka narzeczona? Ucieknie w popłochu, a ją odeśle do domu? Nie, nie, wiedziała, że tego nie zrobi. Nie pozwoli mu dworność, ale przede wszystkim polityczny interes. Przecież Elżbieta jest habsburską cesarzówną, dobrą partią, o którą polski król sam zabiegał! W tym momencie budziła się jej rodowa duma, dodając trochę animuszu, ale duma kobieca... ech... ta leżała w gruzach.

Kiedy Elżbieta w końcu dociera na miejsce i staje przed narzeczonym, wszystko toczy się tak, jak w jej najczarniejszych snach. Wychodzi jej na spotkanie 27-latek, który pasuje do dziewczęcych marzeń: wysoki i szczupły, ciemnowłosy, o wąskiej twarzy i dużych, nieco skośnych czarnych oczach. Ona patrzy na niego z upodobaniem, ale on... Brwi nad jego czołem zbiegają się w równą kreskę, a przyjemna, miękka i śpiewna mowa, z której Elżbieta nie rozumie ani słowa, zaczyna nabierać twardych tonów. Dziewczyna widzi, że nie jest dobrze!

Kazimierz Jagiellończyk patrzy na Austriaczkę i czuje, jak ogarnia go furia. Teraz już rozumie, czemu wysłany na przeszpiegi Marcin Bielski, który miał mu obejrzeć narzeczoną, tak potem kręcił i opowiadał te swoje głodne kawałki. O tym, że jest »ni do kogo prawie podobna w twarzy i na wyroście«, a postać ma »różną niż wszyscy ludzie«. No ma! Każdy widzi to garbate metr sześćdziesiąt, wykręcone jak sosna na wietrze!

Królowi trudno zapanować nad emocjami. Ucieka do swoich komnat i nie opuszcza ich przez dwa dni. W końcu zwołuje doradców. Mówi im wprost, »że mu się oblubienica nie podoba« i prosi, »aby mu radę dali, bo jej za małżonkę mieć nie chce«. Oczywiście, żadnej innej rady nie dostanie, jak tę, że musi się do Elżbiety przekonać, bo dynastyczne  korzyści tego mariażu liczą się bardziej niż jego gust. Król sam to wie, sam o ten ożenek zabiegał i czuje, że wpadł w pułapkę. Po dwóch dniach zmagań ze sobą, z ciężkim sercem decyduje się wziąć brzydulę za żonę.

10 lutego 1454 roku 27-letni Kazimierz Jagiellończyk, od siedmiu lat król Polski, staje przed ołtarzem z 18-letnią Elżbietą Austriaczką (po staropolsku Rakuszanką). Wesele jest huczne, a uroczystości trwają całe osiem dni.".
Cytat po raz kolejny pochodzi z bloga A. Moczulskiej Kobiety i historia a dokładniej z tekstu o wymownym tytule: Kopciuszek. Dalsze losy

O następujących później miesiącach nie wiemy dosłownie nic. To nie były czasy, w których za stosowne uważało się plotkowanie o królewskich uczuciach. Szczególnie, kiedy te nie miały większego wpływu na sytuację kraju. Jednak jeżeli czytaliście uważnie dwie poprzednie opowieści wiecie już, że i w przypadku Elżbiety i Kazimierza historia wcale nie musiała mieć szczęśliwego przebiegu. Kurczę, zazwyczaj nie miała!
Miłość w królewskim stadle to była bajka dla plebsu a nie coś, co zdarzało się w rzeczywistości.

Dlatego tym przyjemniej patrzy nam się na ewenement, który jakimś cudem udało się wypracować władcom patronującym jednemu z najdostatniejszych i najspokojniejszych okresów w dziejach Polski. Kto wie, może Polacy już wtedy woleli rozwodzić się nad nieszczęściami i klęskami, przebieg sytuacji dobrych oraz radosnych zbywając lekceważącym machnięciem ręki...? ;)
Dziś bowiem wiedzę o happy endzie wysnuwamy z poszlak; mocnych ale jednak poszlak: ich pierwsze dziecko urodziło się dwa lata po ślubie a później, w odstępach od roku do trzech-czterech lat, przyszło na świat kolejnych dwanaścioro. Wiemy, że król radził się swojej żony w wielu kwestiach, z uwagą słuchając jej opinii [lecz czy się do nich stosował, historia już milczy ;) ]. Wiemy też, że para królewska nie lubiła rozstawać się na dłużej a dalsze podróże zawsze odbywała razem nawet, jeżeli władczyni ponownie spodziewała się dziecka. Jako jedna z nielicznych ówczesnych królowych Elżbieta nauczyła się biegle posługiwać językiem polskim, co też może być znaczące (i za co zyskała sympatię poddanych).

Nazwana matką królów, ponieważ nie tylko czterech jej synów zostało koronowanymi władcami, nie tylko dzięki niej Jagiellonowie stali się na chwilę bodaj drugą najpotężniejszą dynastią Europy ale też córki przez małżeństwa weszły do rodów książąt niemieckich, stając się z czasem przodkiniami dosłownie wszystkich dzisiejszych europejskich rodów panujących. Jeden z jej synów został biskupem z następnie kardynałem i prymasem Polski, inny świętym kościoła rzymskokatolickiego, miała więc Elżbieta świetne układy zarówno na ziemi, jak i w niebie. ;)
Przeżywszy męża o dwanaście lat, zmarła w roku 1505 w kraju pod panowaniem swego syna Aleksandra. W dokładnie tym samym czasie podpisującego się pod konstytucją znaną dziś jako Nihil novi i głoszącą: "Gdybyśmy cokolwiek przeciw wolnościom, przywilejom, swobodom i prawom Królestwa uczynili, uznajemy to ipso facto (łac. tym samym) za nieważne i żadne", uniemożliwiającą królowi podjęcie jakiejkolwiek nowej decyzji bez zgody izby poselskiej oraz senatu; wiążącą ręce władcy w świecie, który prostą drogą zmierzał ku absolutyzmowi.

Ta wiedza przyda Wam się w ostatniej części mojej królewsko-liliowej opowieści. :) Na razie jednak wróćmy do Elżbiety Rakuszanki.


Życie spokojne i szczęśliwe nie budzi w nas takich emocji, jak rozpacz i śmierć. A jednocześnie jest tym, o jakim wszyscy marzymy. Czymś spokojnym, dodającym otuchy, pozwalającym na złapanie oddechu w szalonym świecie. Ciepłą, trochę bajkową kołderką, którą moglibyśmy się otulić. ;)
Jakie perfumy tak pachną?
Lys Noir marki Isabey.

Tutaj brak jakichkolwiek koszmarów czy nawet żywszych emocji, zamiast których wyczuwam jednostajny, przyjazny spokój. Ciepło i matczyną błogość [choć uwaga, nie idealizujmy! W średniowieczu mamy nie tuliły swoich dzieci ani nie śpiewały im kołysanek, szczególnie te koronowane ;) ]. Taką bezpieczną, trochę nudną statyczność czy harmonię.
Od otwarcia aż po bazę Lys Noir pozostaje pyłkowa, ciepła, odrobinę pierzasta. Dyskretnie podgrzewana nutami drzewnymi czy przyprawowymi, cały czas będącymi jednak tylko tłem albo podporą dla silnego ale ujmującego przyjaznym charakterem kwiecia. W otwarciu mieszaniny najważniejsza wydaje się tuberoza, miodowa i prężna, rozjaśniona świetlistą wonią heliotropu. Później pojawia się skromny, wycofany narcyz i - co za niespodzianka! - razem z heliotropem spychają nieznoszącą sprzeciwu królowa białych kwiatów na drugi plan. :) Dzięki nim lilia ma szansę rozkwitnąć w pełnej krasie, biała i o zdumiewającej liczbie pąków. Towarzyszy jej heliotrop i tuberoza, z której pozostał już tylko słodkawy, lekko krystaliczny miodowy sznyt. Czyżby dobrowolnie uznała swoją porażkę? ;) Na to wygląda.
Kompozycja na mojej skórze nie zmienia się szczególnie, jest statyczna i stateczna, z czasem tylko coraz silniej opierająca się o nuty zamorskiego drewna i rozbielona pyłkiem jasnych piżm, otoczona kaszmirowym szalem z paczuli. Trochę zmęczona ale przecież szczęśliwa. Dyskretna. Pogodna. I wciąż żywa, nawet podczas spokojnego, niemal niezauważonego odchodzenia.

Lys Noir to baśń o spokojnym, dostatnim i satysfakcjonującym życiu. To lilia, która znalazła dla siebie idealne miejsce. A jak pachniałby ów kwiat, gdyby jego przesadzenie w mniej przyjazny północny grunt odbyło się w nie tak komfortowych warunkach? Gdyby ogrodnicy, zamiast dbać o niego, sarkali nań niezadowoleni?
O tym opowie kolejna historia.


Pamiętacie akapit o konstytucji Nihil novi, nakładającej kontrolę tego, co dziś nazwalibyśmy władzą ustawodawczą nad działaniami króla, który sam siebie postawił w roli strażnika tejże konstytucji? Czy pomijając kwestie reprezentacji innych stanów poza szlachtą nie brzmi to Wam podejrzanie współcześnie oraz demokratycznie? ;) Jeżeli brzmi, to bardzo dobrze, ponieważ właśnie byliście świadkami ustabilizowania demokracji szlacheckiej. :D

I teraz wyobraźcie sobie, że w tę naszą rzeczywistość niemal pełnej zależności władcy od składającej się na sejm reprezentacji obywateli, w to radykalne oderwanie władzy od prawa krwi oraz faktu rządzenia krajem od woli boskiej wchodzi nagle osoba zupełnie nieprzygotowana. Nierozumiejąca tego systemu, odmawiająca mu logiczności i prawa bytu. Bona Sforza d’Aragona, księżna Bari i Rosano, spadkobierczyni Królestwa Jerozolimy a później Królowa Polski, Wielka Księżna Litewska etc.etc.

Wychowana przecież w słonecznej Italii, potomkini kondotierów znanych z okrucieństwa i bezwzględności, daleka krewna Ludwika zwanego Maurem, będącego mecenasem Leonarda da Vinci oraz Katarzyny zwanej Tygrysicą z Forlì, toczącej boje z Kościołem i rodziną Borgiów. Wielu z nich było - lub pochodziło - od synów z nieprawego łoża, dopuszczanych jednak do nazwiska i zaszczytów. Dla Włochów liczyło się pokrewieństwo i władza nadana odgórnie, może kupiona za pieniądze czy wywalczona w bojach oraz skrytobójstwem ale tak naprawdę pochodząca z boskiego nadania. :] Jak ktoś żyjący w podobnym klimacie politycznym mógł docenić nowożytną próbę interpretacji idei demokratycznych?
Myślę jednak, że ówcześni koronni politycy mogli docenić świeżość spojrzenia swojej nowej królowej, w oparciu o jej doświadczenia dokonać rewizji chociażby kwestii finansów publicznych. W końcu o pieniądzach ród Sforza również wiedział niemało. ;)
Jednak Bona była kobietą, w dodatku nieprzeciętnie silną i ambitną. Kimś, kogo przyzwyczajeni do wizerunku królowej cichej, uległej i biernej, niewtrącającej się do polityki polscy możnowładcy nie mogli ani nie chcieli zaakceptować. Z czasem pałali do niej coraz silniejszą antypatią, nawet po upływie stuleci:

"Do dziś otacza ją w Polsce czarna legenda wrednej, despotycznej Włoszki, która w naszym bogobojnym kraju zaprowadza swoje cudzoziemskie porządki, wspomagając się trucizną. (...)

Ale nam tę truciznę wsączyli do umysłów nie dworscy plotkarze, ale głównie nasz wielki (tak przynajmniej się mówi) powieściopisarz Józef Ignacy Kraszewski. Nie zapominajmy, że dwa, trzy pokolenia temu myślenie o polskiej przeszłości kształtowały właśnie jego powieści (...). Wśród tych dzieł były i Dwie królowe, masowo czytane przez nasze babki i prababki. Bona jest w tej powieści postacią wyjątkowo obmierzłą. Łączy temperament bazarowej przekupy z naturą bezwzględnej, przewrotnej i zazdrosnej despotki, zdolnej posunąć się do każdej podłości w walce o polityczne wpływy. Sięga po swoje, nie przebierając w środkach. Nawet kosztem szczęścia własnych dzieci, nawet kosztem życia innych.

I tak, z pomocą trującej powieści pana Kraszewskiego, przypięliśmy łatkę trucicielki najwybitniejszej bodaj polskiej królowej. Dziś historycy próbują to usprawiedliwiać, argumentując, że silna osobowość Bony mogła w nas budzić lęk. Przybyła do Polski jako egzotyczna księżniczka, nieprzeciętnie piękna i bystra, w dodatku nie wahająca się robić użytku z własnej inteligencji. Owszem, potrafiła deklamować z pamięci Horacego i Cycerona, ale nie obchodził jej pusty blichtr dworskich spektakli. Była stworzona do rządzenia. I potrafiła zabrać się do rzeczy, na każdym polu walcząc o potęgę dynastii Jagiellonów, a co za tym idzie - Rzeczpospolitej. Zaludniała pustkowia, wznosiła mosty, młyny, tartaki, rozbudowywała miasta i twierdze. Lubiła mawiać: »U was dukaty leżą na gościńcach, schylić się jeno, ażeby je zebrać. Nikt nie chce? Tym lepiej dla mnie«. I zbierała te dukaty workami, zostawiając po sobie świetnie zadbane królewskie dobra, przynoszące wielkie pieniądze, dzięki którym mogła trzymać w szachu i niepokorną szlachtę, i obce mocarstwa. Jak wielkie to były sumy, świadczy polityczna awantura z ubiegłych wakacji - nasi politycy całkiem serio domagali się od Hiszpanii zwrotu pokaźnej pożyczki udzielonej przez Bonę królowi Filipowi II. Było tego 430 tys. złotych dukatów, z czego Hiszpan oddał ledwie dziesięć procent. A gdzie reszta?

Myślę, że Złoty Wiek Rzeczpospolitej, jak nazywamy czasy Zygmunta Starego, ten najlepszy okres naszej historii, w dużej części zawdzięczamy właśnie Bonie. Silnej, władczej, niebanalnej kobiecie, której ambicje budowały potęgę kraju. Ale dostrzegliśmy to dopiero teraz (choć czy nie taki jest los wybitnych postaci?), wcześniej woleliśmy jej przypinać łatkę trucicielki.

Ironią historii w tym wszystkim jest to, że raz w życiu Bony opowieść o truciźnie nie była plotką. Gdy na starość opuściła coraz bardziej wrogą jej Polskę i wróciła do swego Bari, truciznę podał jej podstępny dworzanin. Tam umarła i tam ją pochowano. Polacy nie chcieli jej na Wawelu".
Źródło: Kobiety i historia a konkretnie tekst pt.: Cztery kobiety znane z tego, czego nie zrobiły.

Jakie więc perfumy będą pasować tej przedziwnej, bardzo współczesnej - i bardzo mi bliskiej - władczyni? Tej kobiecie przybyłej z jednego szarego i niedoskonałego świata do drugiego, świadomej ich wad ale też umiejącej wykorzystać niedoskonałości i zalety?
Która lilia okaże się lilią Bony?


Podobnie jak w przypadku Charogne, dobór zapachu dla Włoszki okazał się bardzo prosty. Czy królowa o tak przejrzystym sercu i klarownym, jasnym dla świata charakterze mogłaby pachnieć czymś innym, niż Lys Méditerranée z cyklu Editions de Parfums Frédéric Malle? :)

Jakie inne perfumy pasowałyby do niej bardziej, niż lilia w pełnej glorii oraz chwale, lilia zjawiskowa oraz nie bojąca się niczego? Lilia silna siłą, której nie sposób się nauczyć, lilia tyleż kobieca i wdzięczna, co stanowcza. Od początku pełnokwiatowa ale i sprężysta, młoda, o twardej zielonej łodydze, ewidentnie rosnąca gdzieś obok piaszczystego brzegu Morza Śródziemnego. W słońcu oraz w wietrze niesionym od słonej wody i przynoszącym nad biały kwiat aromaty glonów, zbutwiałego drewna, soli; dodatkowo podkręcona woniami  zielonego, selerowego dzięgla czy niewielkim ale wyczuwalnym dodatkiem ostrego, świeżego soku imbirowego.
Nieco później Lilia Śródziemnomorska ociepla się i wygładza, powala nieznacznie otulić woniami innych białych kwiatów, odrobinką neroli, wodną słodyczą lotosu... Odpoczywa, cały czas jednak pozostając niekwestionowaną władczynią olfaktorycznego krajobrazu. :) Pozostaje silna aż do ostatnich tchnień bazy pachnidła, tym razem uspokojona i obielona pierzasto-pułkowym piżmem oraz złagodzona ciepłą, puchatą ale nie mizdrzącą się wanilią.

Tak mogłaby wyglądać starość Bony, gdyby ze strony Polaków spotkały ją akceptacja i zrozumienie ale też gdyby te spotkały się z pełną wzajemnością królowej. Byłaby to starość lilii, która wciąż nie czuje się idealnie w nowym ogrodzie ale mimo to cieszy się ze wszystkiego, co dane jej było przeżyć i czego mogła doświadczyć. Starość spokojna i pewna, pełna ciszy oraz dobroci. Starość osoby, która przeszła przez życie w zgodzie z sobą a teraz niczego nie musi się wstydzić, za nic żałować.
Starość, której każdy z nas życzyłby sobie oraz wszystkim, których kochamy.


Cztery lilie i cztery kobiety. Różne od siebie w przecież coś je łączy: pragnienie miłości, akceptacji czy posłuchu, nadzieja na poważne potraktowanie przez rozdających karty mężczyzn, określony cel w życiu (cóż, może za wyjątkiem Klary, której cel okazał się tak dramatyczny i brzemienny w skutki, że trudno mówić tu o świadomej realizacji z góry określonych działań).
Wszystkie chciały żyć na własnych zasadach, co udało się tylko jednej z nich. Kolejnej natomiast - połowicznie. O żadnej jednak nie sposób zapomnieć.

Podobnie traktuję też cztery opisane dziś zapachy, złączone nie tylko tym samym tematem przewodnim. We wszystkich bowiem do lilii dołączono nietypowe, odważne, silne składniki, nad którymi jednak potrafiła zapanować. Wszystkie też opowiedziały mi zdumiewające, wciągające historie.:)
Wprost nie do wiary, że naprawdę się wydarzyły!


Tom Ford, Jardin Noir: Lys Fume

Rok produkcji i nos: 2012, ??

Przeznaczenie: zapach sklasyfikowany jako uniseks i jestem w stanie w to uwierzyć: lilia tak duszna i alkoholowo-drzewno-przyprawowa na męskiej skórze nabiera ostrzejszych, bardziej paprociowych barw.
Zawsze jednak pozostaje pachnidłem silnym, tworzącym za uperfumowaną osobą długi sillage, z czasem redukujący się do żywej aury.
Na okazje raczej oficjalne, wieczorowe, klubowe i tak dalej. Jednak w mniejszej dawce może towarzyszyć również naszym dniom. :)

Trwałość: około dziesięciu-trzynastu godzin wybrzmiewania i jeszcze kilka skokowego (?) zaniku.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (i aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, mandarynka
Nuta serca: biała lilia, ylang-ylang, dawana, gałka muszkatołowa, kurkuma
Nuta bazy: rum na bazie cukru demerara, wanilia, labdanum, styraks, dębina, (drewno sandałowe)


État Libre d'Orange, Charogne

Rok produkcji i nos: 2007 lub 2008, Shyamala Maisondieu

Przeznaczenie: kolejny uniseks i to z samego środka skali. :) Przez swoją dziwność i ekscentryczną cielesność równie łatwo - równie dziwnie - układa się na skórze przedstawicieli co najmniej dwu płci. ;)
Trudno przypisać mi Charogne do konkretnej sytuacji cziy pory, ponieważ jest to zapach wymykający się podobnym praktycznym klasyfikacjom, przeznaczony przede wszystkim do artystycznej kontemplacji lub noszenia w bardzo specyficznych okolicznościach, które nie do końca potrafię sobie wyobrazić
Na pewno jest to pachnidło silne, chociaż z czasem coraz bliższe skórze, układające się miękko i wczepiające kurczowo, w zależności od stadium rozwoju.

Trwałość: około siedmiu czy ośmiu godzin plus kilka dalszych niemrawego, lewie wyczuwalnego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-skórzana

Skład:

imbir, różowy pieprz, kardamon, bergamotka, wanilia, skóra, jaśmin, ylang-ylang, lilia, osmantus, kadzidło, labdanum, styraks, nasiona piżmianu, piżmo


Isabey, Lys Noir

Rok produkcji i nos: 2014, ??
[Perfumy są ponoć nowoczesna reinterpretacja dzieła marki Isabey, produkowanego w jej "poprzednim życiu" od roku 1913. Prawdopodobnie jednak jest to zupełnie nowa kompozycja zapachowa, nienawiązująca do dawnego klasyka w niczym poza nazwą].

Przeznaczenie: pachnidło skierowane do kobiet, chociaż za testy z powodzeniem mogliby zabrać się również mężczyźni lubiący kwiatowe perfumy. Tu nawet tuberoza nie przeszkadza. ;)
O dosyć przyjaznej aurze, wyraźnej ale nie dominującej, ciepłej a z czasem coraz dyskretniejszej. Nadaje się na dowolnie wybrane przez Was okazje.

Trwałość: od sześciu czy siedmiu do prawie dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: czarny pieprz
Nuta serca: narcyz, tuberoza, heliotrop, lilia
Nuta bazy: mahoń, drewno sandałowe, paczuli, piżmo


Editions de Parfums Frédéric Malle, Lys Méditerranée

Rok produkcji i nos: 2000, Edouard Fléchier

Przeznaczenie: kolejny uniseks w stawce, z czym i tym razem muszę się zgodzić. :) Tym razem obraz "kobiecych" kwiatów dopełniają nuty morskie i przyprawowe, w nowoczesny sposób świeże, co razem składa się na całość klarowną i od początku do końca "czystą", bardzo naturalną.
Tym razem kompozycja jest już zupełnie bliska ciału, chociaż początkowo wiruje od niechcenia w jasnej, świetlistej aurze, by już po kilkunastu (albo kilkudziestu) minutach opaść bezpośrednio na skórę i stamtąd czarować tego, kto tylko przytknie do niej nos. :)
na dosłownie wszystkie okazje - poranne i wieczorowe, letnie i zimowe, oficjalne oraz całkowicie swobodne. Jak Wam wygodnie.

Trwałość: średnia, bo zalewie pięcio-, sześciogodzinna, jedynie w porywach osiągająca trochę lepszy wynik.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aromatyczna (oraz świeża)

Skład:

Nuta głowy: tygrysia lilia [? gatunek lilii? Alpinia? Hedychium?], konwalia, akordy morskie
Nuta serca: dzięgiel, kwiat pomarańczy, lilia wodna
Nuta bazy: wanilia, piżmo
___
Dziś noszę opisaną wyżej Lys Noir. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
 1. https://judithshaw.wordpress.com/tag/beauty-in-paris/ [Autorka fotografii: Judith Shaw]
 2. Historia Klary Zach I autorstwa Aladára Körösfői-Kriescha, zaczerpnięta STĄD.
 3. Historia Klary Zach II, również autorstwa Aladára Körösfői-Kriescha, zaczerpnięta STĄD.
 4. Pani Joanna Szalona, pędzla Francisco Pradilli Ortiza; obraz można znaleźć TUTAJ.
 5. Joanna Szalona uwięziona w Tordesillas, również pędzla Francisco Pradilli Ortiza; na blog trafiła STĄD.
 6. Ubiory w Polsce 1200-1795. Przez J. Matejkę, 1447-1492, ryc. 23, przedstawiająca Kazimierza Jagiellończyka z rodziną; do szczegółowego obejrzenia TU.
 7. Kopciuszek, ilustracja książkowa z roku 1865, wyszperana TUTAJ.
 8. Rekonstrukcja wyglądu królowej Bony w młodości, wykonana na podstawie drzeworytu z woluminu Decjusza, do podziwiania TU.
 9. Zawieszenie dzwonu Zygmunta, rzecz jasna pędzla Jana Matejki; obraz wypożyczony bezpośrednio STĄD.
10. http://krakow.fotopolska.eu/360063,foto.html?o=b64442&p=1 [Autorstwo: J. Rosikoń]