Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dsquared². Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dsquared². Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 września 2013

Zboczyłam z drogi (na chwilkę)

Niedawno zarzekałam się, że moja noga jeszcze przez długi czas w żadnej z galeriowych, sieciówkowych perfumerii nie postanie. I co? Wystarczyło, że konieczność uzupełnienia zapasów ulubionych kosmetyków pielęgnacyjnych zapędziła mnie do Douglasa a nie byłam w stanie oprzeć się pokusie, by przy okazji obwąchać to i owo. :D
Zresztą czekało na mnie [i tylko na mnie, przecież to oczywiste ;) ] kilka nowości, spośród których najbardziej godnymi opisu wydawały się:

Giorgio Armani, Si

Dobry zapach, stworzony przez ludzi mądrych oraz zdolnych. Czuć lata pracy, włożone w jego powstanie.
Kaszmirowa miękkość oraz niski stopień dosłowności słodkich paczulowych akordów czynią z Si pachnidło wprost stworzone na jesienne oraz zimowe miesiące. Nosi się je z przyjemnością, pozwalając wodzie miękko otulić naszą sylwetkę. Od złamanej zieleni liści porzeczki aż po różano-paczulowo-waniliowo-drzewną [przysięgam, że wyczułam także śliwkę!] bazę mamy do czynienia z kompozycją tyleż staranną co poprawną; jak wspomniałam: czuć lata pracy, sporą liczbę odrzuconych soczków oraz równie dużą ilość poprawek formuły już zaakceptowanej. Wszystko po to, by tu przyciąć, tam zaokrąglić słowem: zadowolić dosłownie każdą klientkę. Co w końcu dało efekt poprawny politycznie, konwencjonalnie piękny ale nazbyt zachowawczy.
Dodatkowo klimatem oraz kolorystyką [istniejącą w mojej głowie, rzecz jasna] przypomina Si kilka innych pachnideł niszowych oraz butikowych: od Midnight Poison Diora przez Lady Vengeance od Juliette Has a Gun aż po Mon Parfum Chéri Annick Goutal i Réjouissance marki Yes for Lov. Od Coco Noir przez pierwsze perfumy Bottegi Venety oraz elementy Boxueuses z pałacowej linii Lutensa aż po Nouez-Moi marki House of Sillage. Było już wiele razy. Choć może niekoniecznie dzięki takiemu właśnie zestawowi nut. :)

Skład:
liście czarnej porzeczki, frezja, róża majowa, wanilia, paczuli, ambroksan, akordy drzewne


Balmain, Monsieur Balmain

Zapach do poznania. Oraz polubienia. Szczególnie wśród miłośników staroświeckiej, wielowymiarowej męskiej klasyki. :) Tym bardziej, że reformulacja wygładziła trochę Pana Balmain, ubrała go w strój o klasycznym stroju lecz z nowocześniejszych, oddychających materiałów oraz bez cienia litości zgoliła mu baczki. ;) Co oczywiście odjęło mu autentyczności jednak pozwoliło rozwinąć się apetycznym, fenomenalnie przestrzennym nutom cytrusów, niemal całkowicie pozbawionym słodyczy. Przyprawy z kminkiem na czele w nowej wersji pachnidła pełnią rolę pomocniczą, zręcznie wyprowadzając wodę z co bardziej banalnych rejonów; gdzieś na drugim planie, przy głębokim wdechu z przepony pojawia się intrygująca ziołowo-muszkatowa goryczka. Akordy drzewne stanowią jasne, starannie wypolerowane tło dla opisynaych już składników, piżmo i ambra, jeżeli są, to syntetyczne. Utrzymują mieszankę na skórze, pozwalając temu na poły zdziczałemu i salonowemu tworowi wybrzmieć do końca, głosem równie czystym oraz dźwięcznym, co na samym początku. Nawet jeżeli ze zrozumiałych powodów znacznie cichszym. :)
Świetny, znakomity zapach!
[Uwaga, na półkach Douglasa stoi również popularny Carbone, zatem droga do testów bez konieczności zakupu próbki online stoi otworem. ;) Tak tylko piszę, jakby kto był ciekaw].

Skład:
gorzka pomarańcza, cytryna, bergamotka, mięta, rozmaryn, tymianek, imbir, pieprz, kminek, gałka muszkatołowa, róża, drewno sandałowe, mech dębowy, szałwia, wetyweria, ambra, piżmo


Dsquared², Potion Blue Cadet

Ojej! Pan z fotografii reklamowej całkiem ładny, zapach - wprost przeciwnie. ;] Znów czuję, jak wzbiera we mnie chęć ziewania. Ileż to już razy było? I ileż jeszcze będzie? Kiedy znów zaatakują mnie chemiczne cytrusy w towarzystwie świeżych cedrowych szczap (damskie Light Blue niniejszym kłania się w pas) oraz słodko-przestrzennej, niby-to-aromatycznej oranżadki?
Seria Wood tej samej marki, Luna Rossa Prady, Homme od Guerlain czy Dior Homme Sport to tylko kilka pierwszych z brzegu skojarzeń. O ile dwa pierwsze są raczej zaszczytne, bo nawiązują do wód może zupełnie obcych mojemu gustowi, za to poprawnych oraz całkiem przyjemnych, dwa kolejne sugerują kompletną zbędność Potion Blue Cadet. Choć zapach stworzono w myśl najbardziej szlachetnych zasad współczesnego olfaktorycznego marketingu, mnie męczy ponadprzeciętnie. Głównie swoją... przeciętnością. ;) Oraz sillage, zdecydowanie zbyt zamaszystym.

Skład:
mandarynka, bergamotka, grejpfrut, liście czarnej porzeczki, balsam jodłowy, szczwół plamisty, drewno cedrowe, bób tonka, piżmo


Rouge Bunny Rouge, Incantation

Największym zaskoczeniem na Douglasowych półkach okazały się dla mnie perfumy marki Rouge Bunny Rouge, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czy możliwa jest super-hiper głęboka nisza w świątyni perfum nudnych oraz zachowawczych? Oczywiście, że nie! ;) RBR okazało się kolejną marką kosmetyków kolorowych, która zapragnęła dopieścić swoje klientki perfumami. MAC i Benefit, szykuje Wam się godna konkurencja! ;)
Od wód Benefitu nawet godniejsza, bowiem wszystkie poznane przez mnie pachnidła [nie obwąchałam jedynie Chatoyant, gdyż zastałam doszczętnie osuszony tester; może filia dostała już wcześniej używany...?], chociaż dalekie od moich gustów, prezentują wysoki poziom. Incantation na przykład w początkach kusi jasną ale zadziorną eugenolowo-kwiatową nutą, by dopiero pod wpływem ludzkiego ciepła ujawnić obecność sporej ilości figowego soku.
Które jeszcze później okazują się sokiem zgniecionymi w dłoni figowymi listkami oraz gałązkami. Ich figlarna, bardzo niedosłowna gorycz w ciekawy sposób łączy się z pikanterią kolendry oraz głębią woni róży stulistnej. Jeszcze później mamy syntetyczne (i przyjemne) jasne drewna, złocisty, mało słodki wosk [jak to on.. :) ] oraz białopiżmowe ciepło. Zapach wart poznania acz niezbyt trwały.

Skład:
czarna porzeczka, cytrusy, figa, kolendra, kardamon, kwiat pomarańczy, róża, wetyweria, drewno cedrowe, białe piżmo, wosk


Rouge Bunny Rouge, Lilt

O ile Incantation figa zaledwie współtworzyła, tutaj ma szansę zabłysnąć pełnym blaskiem. I świeci, jako żywo - świeci! Jak to tylko figa potrafi, blaskiem pastelowo-mlecznym lecz oślepiającym; soczyście zielona a jednocześnie kokosowa, obramowana aksamitną brzoskwiniową słodyczą z jednej strony a przejrzyście zielonym lecz szybko schnącym ostrym trawiastym akordem z drugiej.
Co ciekawe, kiedy tylko przeminie deserowo-owocowa słodycz otwarcia, zauważam tę wibrującą zieleń przechodzącą z czasem w... aromat muchozolu, tego zapamiętanego z dzieciństwa, nie perfumowanych muchobójców z lat późniejszych. :D Szczęśliwie wyraźniejszą na papierku testowym aniżeli na skórze, jednak aż nadto sugerującą, że Lilt nie jest zapachem całkiem dla mnie. Choć przecież wybitnie niszowe brzmienie dodało mu całkiem sporo punktów na mojej prywatnej skali fajności perfum. ;) Niemniej jednak dziękuję. Boję się zatrucia oparami. ;)

Skład:
liść figi oraz inne akordy zielone, fiołek, brzoskwinia, kokos, wetyweria, piżmo


Rouge Bunny Rouge, Vespers

Nie wątpię, że w tym przypadku zasugerowałam się nazwą, jednak nie mogę pominąć milczeniem odkrycia, że ów zapach z powodzeniem mogłaby nosić współczesna wersja Vesper Lynd, tak z powieści Fleminga, jak i z jej kinowej wersji: udręczona kobieta w klinczu wyjątkowo paskudnej gry wywiadów. [Choć prawdę mówiąc do domniemanego pierwowzoru Vesper, Krystyny Skarbek, pasuje niespecjalnie. Przynajmniej w moim wyobrażeniu]. Z jednej strony pojawia się świeżość i niewinność, skryta pod postacią wiosennych kwiatów (plus róża) oraz soczystego, słodkiego, chrupkiego jabłka, z drugiej mamy świeżo zmieloną na proszek, brunatną imbirowo-cynamonowo-pieprzową masalę, unoszącą się ponad zimnymi, igiełkowo-ziemistymi sokami wyciśniętymi z fiołkowych liści. Obydwie frakcje ścierają się ponad standardową, raczej nudną bazą z jasnego drewna oraz czyściutkiego piżmowego puderku. Nawet zjawiający się na pograniczu serca i bazy zredukowany waniliowy budyń nie zdołał przechylić szali zwycięstwa na którąkolwiek stronę. Upupiona, dziewczyńska kobiecość w lekkim wydaniu nie potrafi ani ustąpić chmurze korzeni wraz z lekko paliwowym fiołkiem ani jej sobie podporządkować. I na odwrót. Jedynym wyjściem wydaje się chyba tylko przedwczesna śmierć zapachu.
Vespers to bodaj najbardziej motywujące mój umysł, najmniej wtórne a przy tym standardowo kobiece perfumy wodno-ozonowe, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. Biorąc pod uwagę niski wskaźnik banalności dokonań marki, nie wróżę jej na polskim rynku sukcesu. ;> A już zwłaszcza - nie dzięki sieciówkowym perfumeriom z galerii handlowych, gdzie najlepiej sprzedają się przeciętność oraz nijakość. Szkoda.

Skład:
czarny pieprz, cynamon, liście oraz kwiaty (?) fiołka, bergamotka, konwalia, róża, zielone jabłko, drewno sandałowe, drewno cedrowe, piżmo, wanilia


Przybyłam. Zobaczyłam. Wbrew pozorom zwyciężyłam. ;) Zapoznałam się z nowościami, więc teraz mogę w spokoju dalej pławić się w niebanalnym pięknie niszy albo innych perfumowych dziwadeł. I tylko Balmain oraz Rouge Bunny Rouge żal...! :)
___
Dziś Onda od Vero Proumo, czyste perfumy.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Dużo nowego, często też dobrego ;)

Ostatnio miałam kilka chwil, by zwiedzić trzy perfumerie: po jednym oddziale Sephory i Douglasa oraz przesympatyczne, stylowe miejsce o nazwie Frivole Prestige we wrocławskim centrum handlowym Sky Tower.

Zebrało się trochę impresji do napisania. Więc żeby nie przedłużać, od razu przejdę do sedna. :)

Annayake, Tomo Fresh

Lekki, przestrzenny, drzewno-wodny aromat z czasem dryfujący w stronę lawendowo-żywicznych "zimnych ogni" [tak, mam na myśli dokładnie te małe fajerwerki na drucie; z tym, że chodzi bardziej o charakter wody niż nawiązania olfaktoryczne ;) ]. Z wybijającymi się co trochę akcentami soli acz nie na tyle wyraźnymi, by mogły mocniej mnie zainteresować.
Nowe fougère, w stylu Hommage à l'homme Lalique czy Luny Ramon Molvizar, coraz śmielej wkracza w naszą codzienność. To dobrze; co piszę pomimo świadomości, że Tomo Fresh mego serca nie zdobył.
Przy okazji nadmienię, że dostępny jest również jego "ciemniejszy" starszy brat, Tomo, jednak pusty tester leżał smętnie na półeczce z nowościami, więc można powiedzieć, że się rozminęliśmy.

Skład:
cytryna, pomarańcza,grejpfrut, słonecznik, lawenda, drewno tekowe, drewno gwajakowe, akordy drzewne, kadzidło, wanilia, ambra, piżmo, przyprawy


Annayake, Undo Pour Homme

Zapach dla zwycięzców i wojowników? W mojej opinii jest to tylko - tylko i aż - klasycznie męski choć nowoczesny w duchu, dosyć bezpieczny drzewno-świeżak; z czasem tracący drugi człon charakterystyki na rzecz wibrującego, jasnoszyprowego Orientu, gdzie główne role grają krystalicznie dobitna kolendra, gorzko-ostra, dyskretnie sucha gałka muszkatołowa, animalne frakcje lawendy oraz suszone młode listki herbaty; później dołącza do nich tytoń, mech dębowy (ależ sucho i przejrzyście! : ) oraz miękka, delikatnie słodka cielesność. Nie przeszkadza mi nawet fakt, iż mniej więcej w połowie rozwoju (czyli po ok. stu minutach) kompozycja zmydla się; szczęśliwie porzuca tę drogę zbyt szybko, bym mogła się nią rozczarować. ;)
W mojej opinii to świetny, ciekawie skonstruowany codzienny zapach; lub wieczorowy, o ile jego szczęśliwy nabywca ma konserwatywne poglądy na to, co wypada nosić za dnia. ;D

Skład:
cytryna, bergamotka, mandarynka, gałka muszkatołowa, kolendra, lawenda, zielona herbata, liście tytoniu, drewno cedrowe, mech dębowy, labdanum, piżmo


Balenciaga, Florabotanica

Początek to dużo jasnych, słodkawych kwiatów (w tym biała róża), z czasem rośnie podobieństwo do J'Adore. Czyli pojawia się nuta delikatniejszego płynu do zmywania naczyń, którą tak ukochałam. ;>  Później szczęśliwie dryfuje w stronę różanej konfitury z drzewnym pieprzem (duet wetywerii z miętą?) i jest znacznie lepiej. Czuć wspólne geny pachnidła z ostatnimi dokonaniami marki, Paris czy l'Essence. Plus za uniknięcie łatwej drogi "spaczulałej oranżadki".
Na skórze jednak blaknie, zmienia w rozmoczony wspomnianym wyżej płynem pergamin, marnieje. Szkoda.
Wierzę więc, że spełni pokładane weń nadzieje i spodoba się współczesnym nastolatkom. :>

Skład:
goździk (kwiat; nie wyczułam), róża, mięta, ambra, wetyweria


Cacharel, Catch... me

Choć trudno ją nazwać nowością, nawet na polskim rynku, dopiero niedawno udało mi się przetestować wodę.
I cóż? Ano całkiem nieźle. :)
Kandyzowane plasterki owoców cytrusowych oraz laboratoryjnie retuszowane kwiaty (z jaśminem wielkolistnym oraz optymistycznym, esencjonalnym kwiatem pomarańczy na czele) w miarę upływu czasu coraz głębiej zanurzają się w drażniącą mnie paczulową oranżadę - choć paczuli w składzie brak. Tym razem jednak nie czuję irytacji ale umiarkowaną radość.
Może to przez lekką, alchemicznie przewrotną naturalność pachnidła lub dzięki obecności akordu cukrowego oraz zimie? A może chodzi o fakt, że marka pogłębiła oraz udosłowniła przekaz zapoczątkowany niezbyt udaną Scarlett?
Grunt, że jestem zadowolona. Choć z trwałości już trochę mniej.

Skład:
mandarynka, petit grain, kwiat pomarańczy, jaśmin, mleczko migdałowe, ambra, akordy drzewne


Dolce & Gabbana, The One Desire

Kurczę! Gdybym wiedziała, że to kolejny flanker The One, pewnie darowałabym sobie testy (mam uraz do tej serii); tymczasem zostałam wystrychnięta na dudka, dzięki czemu miałam możliwość konfrontacji z własnymi uprzedzeniami. ;)
Okazało się, że nadal istnieją. :] Po raz kolejny dostałam bowiem dużo kwiatów podanych na świeżo, dla niepoznaki umoczonych w cukrowym syropie z elementami przejmująco niedosłownej owocowości liczi oraz tuberozowego miodu (i to wszystko, co z tuberozy udało mi się w Desire wywąchać). A i tak na koniec wyłazi z nich cytruskowy płyn do naczyń.
Nuda.

Skład:
bergamotka, mandarynka, liczi, konwalia, tuberoza, drewno sandałowe, karmel, ambra, wanilia


Dsquared², Potion for Women

W początkach łagodny, zielony kwiatowy puder. Stereotypowo damski oraz lekki, który po kilku chwilach zaczyna nabierać soczystości i - z poprawnego stawać się brzydkim (oczywiście subiektywnie), systematycznie zmierzającym w stronę niesławnej "wody spod kwiatów"; irytująco ozonowej, roślinnej, skażonej ledwie wyczuwalną nutą gnilną.
Szczęśliwie jeszcze później kompozycja ponownie schnie, zmieniając się w ostry, rozedrgany puder z irysów i piżma.
Ech, gdyby nie te zgniłki...! ;)
Wychodzi na to, że seria jednak nie jest dla mnie.

Skład:
jeżyna, bergamotka, fiołek, konwalia, róża, jaśmin, rabarbar (aha! to on bruździ! ;) ), paczuli, ambra, białe piżmo, wanilia


Gucci, Guilty Black

Akcji "zróbmy se hiciora!" edycja... która to już? Trzecia? Czwarta?
Na pewno równie marna jak poprzednie. :>
Nie chodzi nawet o zieloną, kwiatowo-przyprawową, cokolwiek ostrą masę lecz o fakt, w jaki sposób połączono klasyczne, mega-super (lub wiecznie) modne nuty, akordy, poszczególne wersy w całość, która w zamierzeniu ma pasować każdemu i do wszystkiego. Niestety, zamiast niepodważalnej uniwersalności osiągnięto efekt podejrzanie bliski popularnym w okresie PRL żartobliwym tabelkowym ściągom przemówień.
W dwóch słowach (oraz jednym łączniku) podsumuję: bida z nędzą. ;>

Skład:
liście kolendry, lawenda, kwiat pomarańczy, neroli, nuty zielone, drewno cedrowe, paczuli


Hermès, Jour d'Hermès

Rrumburrak! Barrrbarrra! Rrrabarrrrbarrrrr!
Zwłaszcza to trzecie, połączone z sokami zielonymi i energetycznymi. Świeży imbir, porzeczki (na szczęście czarne), jasne, suche drewna oraz świetliste białe kwiaty (neroli? elementy jaśminu? hiacynt?). Gdzieś pod spodem transparentna, ponadzmysłowa cielesność; dziwna. Lekka oraz niewątpliwie artystyczna.
Na mnie ordynarny kwach.
Ponoć do informacji prasowych na temat Dnia Ellena nie chciał podać żadnych wskazówek, z czego powstało nowe pachnidło. Doceniam ten gest, naprawdę.
Zastanawia mnie tylko, czy byłby w stanie rozpoznać swoje najmłodsze "dziecko", gdyby posłać mu próbkę uperfumowanej nim mojej skóry? ;> Przypuszczam, że wątpię. :]

Skład:
zgaduj-zgadula :D


Molinard, Fleur de Chocolat

Kakaowo-śmietankowo-karmelowy krem z owocami. Niezwykle sugestywny i apetyczny, bezwstydny poprawiacz nastroju w pochmurne dni. :)
Od początku wyrazisty, jednostajnie słodki, obrzydliwie smaczny. ;D Im dłużej go nosić, tym bardziej miękki, suchy, pudrowo-cielesny się staje; tym silniejszym okazuje się jego podobieństwo do Musc Maori. Akcenty karmelowych ciągutek zmieszanych z waniliowym pudrem (takim do ciała) natomiast każą pomyśleć o jednej z letnich edycji Angela; nie pamiętam, której. Bliskoskórność wody nie przeszkadza, podobnie, jak jej umiarkowana trwałość.
Tak czy siak optymizm w koncentracie. :)

Skład:
karmel, gorzka czekolada, wanilia


Prada, Luna Rossa

Czy tylko ja, patrząc na powiązaną z rzeczonym pachnidłem jednostkę pływającą, oczyma duszy widzę sławetną Łódkę Bols? ;) Skojarzenie wydaje się potwierdzać reklamujący najnowszy zapach Prady model, chłopię o czółku i oczach nieskalanych myślą - lub mętnych jak po spożyciu (no, prawie :) ).
Szczęśliwie perfumy bronią się same. Przejrzyste, proste, stworzone na delikatnej równowadze między wytrawnością ziół, głównie lawendy oraz szałwii, a roślinną słodyczą pomarańczy (która ponoć i tak jest gorzka ;) ), obu spokojnych, wyważonych, naturalnie przestrzennych dzięki dodatkowi mięty. Delikatnych. Także później, kiedy ujawnia się rodzaj cielesno-drzewnego ciepła; a może tkwiło w wodzie od początku, może to on, lekki, łagodnie optymistyczny ambroksan, odpowiada za elementy słodkie?
Może...?
Luna Rossa to świetne, Pradowo dyskretne pachnidło na każdą okazję; klasa sama dla siebie.

Skład:
gorzka pomarańcza, lawenda, mięta, szałwia, nasiona piżmianu, ambroksan
___
A poza tym: Wild Tobacco od Illuminum. Jak to dobrze mieć własny flakon z esencją Śródziemia! ;)


* * *

Na koniec krótka uwaga techniczna: przepraszam za zaniedbanie korespondencji mejlowej.
Miałam ostatnio sporo zajęć, na szczęście w najbliższe kilka dni czeka mnie laba. Dlatego też na Wasze listy odpisywać będę od jutra.
Mam nadzieję, że jeszcze zdążę z odpowiedziami. :)

wtorek, 10 stycznia 2012

Wspomnienia galerianki

Chociaż nie zamierzam pisać o tym, o czym myślicie. :) Wspomnienia także nie będą zbyt odległe. Ot, wczoraj i dziś odwiedziłam w przelocie jedną z wrocławskich galerii handlowych oraz znajdujące się weń perfumerie dwóch wiodących sieci. I oto, czego tam doświadczyłam (na sześciu przykładach):

Dsquared2, Potion

Ziołowo-przyprawowe, mocne kadzidło; ostre, wyraziste, chwilami nawet agresywne. O dokładnie rozpisanej nucie pieprzu, podbitego paczulową różą. Całość jest drzewna, przyjemnie zmysłowa, dosyć trwała. Jakkolwiek niekoniecznie oryginalna, ponieważ nie mogę przestać myśleć, iż Potion przemija niemal identycznie do Ikon marki Zirh. Zapach starszy wysładza się, młodszy natomiast pudruje. Wówczas też zaczyna męczyć jego syntetyczność, jakaś papierowa poświata. Pocieszam się, że jest to cecha charakterystyczna dla skóry kobiecej. :)

Skład:
mięta, tymianek, dzięgiel, cynamon, pieprz, goryczka, róża, drewno kaszmirowe, ambra, piżmo, paczuli


Karl Lagerfeld, Karleidoscope

Teoretycznie miły, lekki, nieco zielonkawy kwiatowiec na gładziutkiej drzewno-cielesnej bazie. Za zieloność odpowiada sympatyczny, aksamitno-ziemisty fiołek, podbity promieniami słońca skierowanymi na słodkie nuty frezji oraz anyżku. Z czasem kompozycja mięknie, staje się bardziej słodka, pudrowa, paczulowo-bogata, aż do... tak! Do rozsławionej na Pracownianych łamach nuty oranżady. ;) Rety, po tak cudnym otwarciu - znowu intensywne musowanie. I cóż z tego, że ewidentnie dobrej jakości?
Tym razem sobie daruję, lecz Was zachęcam do testów. ;)

Skład:
dzięgiel, frezja, heliotrop, fiołek, bób tonka, benzoes, piżmo, paczuli


Ted Lapidus, White Soul

...czyli więcej oranżady, szczególnie w otwarciu. Później kompozycja nieco delikatnieje, lecz i tak zaczyna mnie męczyć. Żal wzmaga się, kiedy patrzę na nuty.
Dziełko obiektywnie całkiem poprawne, zdatne do częstego użytku.
W osobie Lapidusdowego pachnidła mamy także żywy dowód na to, że kontekst ma kolosalne znaczenie w naszym odbiorze świata. Bo dlaczego - DLACZEGO - nie poznałam White Soul tuż po premierze w 2010?? ;)

Skład:
morela, mandarynka, śliwka, nagietek, kwiat pomarańczy, heliotrop, szafran, bób tonka, benzoes, labdanum, ambra


Ted Lapidus, Black Soul

Niealfabetycznie postawiłam literę W przed B. Nie bez powodu. Podobnie jak w powyższym przypadku, także męska wersja (z 2009 roku) wprawiła mnie w niejakie zakłopotanie. Bez wdawania się w szczegóły: wdzięczna, kusząca drzewną strukturą, słodkawa i musująca jak w amoku, w rzeczywistości okazuje się uzupełniać młodszą siostrę. Co oznacza, że trafiłam na jeszcze jedną oranżadę, tym razem doprawioną "po męsku": cynamonem, kardamonem, szczyptą gałki muszkatołowej oraz tłustymi nutami egzotycznego drewna. W tle co nieco skóry. I to wszystko układa się w oranżadę o bliżej nieokreślonym smaku. Znowu.
Znowu.

Skład:
neroli, bergamotka, szafran, cynamon, kardamon, mięta, balsam tolutański, drewno gwajakowe, drewno cedrowe, nuty żywiczne, piżmo


Loewe, Solo

Skoro łamać porządek alfabetyczny, to na całego! :)
Kompozycja firmowana twarzą osoby o mało konwencjonalnym (jak na światek reklamy lajfstajlowej) wyglądzie odzwierciedla nurt współcześnie raczej kontrowersyjny. Jest bowiem tak mocna i trudna do przeoczenia, że to aż dziwne. ;> Wyrazista, przemożna, wwiercająca się w przegrody nosowe aż do granic sadyzmu. A przy tym jasna, w miarę klasyczna, wdzięczna i dźwięczna. Hiszpańska do cna, czyli przedstawiająca cytrusy pozbawione słodyczy i innych przygładzających je ozdobników, orzeźwiająca w sposób niebanalny, bo na ostro.
Oraz bardzo "noszalna", na wszelkie możliwe okazje.
P.S.
Nie piszę o wersji Absoluto. Tej bałabym się tknąć. ;)

Skład:
lawenda, tymianek, bergamotka, cytryna, mandarynka, gałka muszkatołowa, różowy pieprz, cynamon, kminek, nuty drzewne


Valentino, Valentina

Komu było mało przecukrzonej oranżady, tutaj ma jeszcze jedną porcję. ;>
Miękka, słodka, pudrowa, usiłująca wdzięczyć się do każdego, kto choć na chwilę zawiesi nad nią nos. Ponieważ jest i lekka, i świeżuteńka, i słodka a nawet delikatnie drzewna, rzecz jasna w sposób jasny i śmietankowy. Kwiaty także mają za zadanie przypodobać się każdemu. Krótko mówiąc: banał.
Co nie zmienia faktu, że i tak jest to bodaj najlepsza kompozycja od Valentino, jaką miałam okazję poznać. W sumie przygnębiające, jak sobie rozmyślam.

Skład:
bergamotka, biała trufla, tuberoza, kwiat pomarańczy, jaśmin, poziomka, drewno cedrowe, ambra
___
Dziś Szulc Pierwszy. ;)

piątek, 29 kwietnia 2011

Spacer po lesie

W ramach odpoczynku od wszechogarniającego bombardowania niusami matrymonialnymi z Londynu, recenzja. :)

Przepadam za wszelkimi formami perfumiarskiego drewna: czy to kadzidła, czy soki wyciśnięte ze świeżych liści. Dlatego mojej uwadze nie mogły ujść poczynania marki Dsquared², piewców wszelkich olfaktorycznych wcieleń drewna i - pośrednio - piękna kanadyjskiej przyrody. Choć muszę przyznać, że po burzliwej przygodzie z She Wood do powrotu w objęcia perfum sygnowanych przez kanadyjskich bliźniaków, jakoś nie było mi śpieszno. Próbka męskiego odpowiednika wspomnianej wody zbierała kurz, a jeden znajomy flakon raczej odstraszał. ;) Do niedawna; dość wspomnieć, że ciekawość zwyciężyła i w końcu się przemogłam.
Zachwytu co prawda nie przejawiłam, ale muszę przyznać, iż powoli zaczynam zmieniać zdanie...


Czego nie osiągnęło nawet nad podziw świetne Velvet Forrest, udało się podstawowemu wariantowi męskiej serii Wood: wiedźma zabłądziła w lesie. ;) Choć, wbrew pozorom, nie trafiłam w dzikie ostępy lub chociaż swojskie chaszcze, tylko do zgeometryzowanego, usystematyzowanego, logicznego japońskiego zagajnika. Lecz mam swoiste déjà vu: dokładnie to samo przydarzyło się już wcześniej, w przypadku Rush for Men marki Gucci.
Wszystkiemu zawinił cedr, prężny, potężny i świeży. Misternie wpasowany w akordy ozonowe, łagodnie cielesne oraz te zbudowane na bazie spokojnych, niestereotypowych, delikatnie wycofanych kwiatów: lawendy w Rush oraz fiołka w przypadku He Wood.

I tak od początkowego ogólnego ocedrzenia organizmu, z lekka jeno złamanego dawką soczystej, słodko-metalicznej kwiecistości, kompozycja powoli przechodzi w cedr jasny, wysuszony na słońcu, zmieszany z żywą, elegancką, prawie-Guerlainową wetywerią. Pachnidło jest arcyproste, głębokie, optymistyczne. Nutka tajemnicy czai się tuż za progiem, a jednak nie ma śmiałości go przestąpić. :) Całość udana, aż miło - wysmakowana i elegancka. Szczególnie w ostatniej fazie, kiedy do nut drzewnych dołączają teoretycznie odzwierzęce ocieplacze, zmieniające głos jasny i czysty w cichy, cielesny pomruk. Kurczę, mnie samej chce się mruczeć! ;)
Mieszanka nabiera lekkiej słodyczy, miękkości, aksamitnego poblasku. Wtula się w ludzkie ciało i zasypia. A my razem z nią, nieco rozmarzeni i błogo uśmiechnięci.

Coś czuję, że czas na kolejną długaśną wizytę w którejś z sieciowych perfumerii. Wszak Dsquared jest marką perfumiarsko płodną. Nadeszła pora, by przeprosić się z resztą ich produktów.


Rok produkcji i nos: 2007, Daphné Bugey

Przeznaczenie: bardzo "ludziowy" zapach stworzony dla mężczyzn [tradycyjnie testy polecam również paniom; a wiem, że mogą być pozytywnie zaskoczone ;) ], miękki, ciepły, idealnie wyważony. Na Poważne Pertraktacje, jak i na randkę, do ślubu i do knajpy. Dość spokojny, choć nie bliskoskórny.

Trwałość: od ośmiu do ponad dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz wodna)

Skład:

Nuta głowy: liście fiołka, nuty wodne, fiołek
Nuta serca: drewno cedrowe, wetyweria
Nuta bazy: sosna, piżmo, ambra
___
Dziś noszę Casmir marki Chopard [i wcale nie jest taki, jak myślicie! ;) ].

niedziela, 8 sierpnia 2010

A co u Mostowiaków?

Chińcyki trzymają się mocno. ;) ...czyli słów parę o nieprzystawalności i trywializowaniu.


A cóż to jest aż tak trywialnego, by zestawić, w połączeniu iście mezaliansowym, najpopularniejszą polską telenowelę z Weselem?
Podstawowy wariant She Wood marki Dsquared² (w odróżnieniu od wersji Velvet Forest, która warta jest grzechu).

Kiedyś miałam do tego zapachu słabość, choć przyznam, że brak mi było i dużego rozeznania w świecie perfumeryjnej niszy. Nic więc dziwnego, iż perfumy z nieprzetłumaczalnym żartem językowym w nazwie potrafiły wzbudzić moje ciepłe uczucia. Z początku wydawały się ostre, by po chwili zacząć nurzać mnie w dusznej kwiatowości, wewnątrz lasu świeżo opłukanego deszczem. Dziś natomiast dziękuję duchom przodków, że wstrzymały mnie od zakupu całego flakonu. Gdyż niedawno w moje rączki wpadła próbka niniejszego pachnidła i - nie mogę wyjść z szoku.

Jak mogłam TO uznać za ładne? Za miłe? Odprężające? Oraz, przede wszystkim: zarówno składniki pochodzenia drzewnego, jak i kwiatowe, należy traktować z należnym im szacunkiem. Wiem, rzecz jasna, że czasem przypadek i nagły przebłysk geniuszu są w stanie sprawić, iż świat wkrótce usłyszy o kolejnym doniosłym odkryciu, ale - na Jowisza i Junonę! - nie można do retorty wlewać byle czego na "chybił-trafił", licząc na łut szczęścia. Nawet najbardziej pijany alchemik nie byłby zdolny do podobnej głupoty [choć zdesperowany, i owszem ;) ].
Tym co różni geniusza od desperata, jest świadomość własnych poczynań oraz zdolność przewidzenia największej liczby ich możliwych konsekwencji.

W przypadku She Wood brakuje zarówno świadomości, jak i zdolności. A już z pewnością - geniuszu. Zapach dla mas - prosty, komponowany na czas, pod ścisłą kuratelą księgowych Dsquared.
Nie potrafię oprzeć się pewnemu wrażeniu: otóż, jak mniemam, zdaniem twórców omawianego pachnidła kobieta w lesie nie wytrzymałaby nawet pięciu minut bez takiego oto przyrządu:



Pewnie kilka osób z ich zdaniem mogłoby się zgodzić - co do faktów szczególnie radosnych nie należy. Jasne, że "szpilki" nie są najodpowiedniejszym obuwiem do zdobywania Giewontu, ale przecież trudno myśleć za wszystkich; od idiotów nigdy się nie uwolnimy; zawsze będą się kręcić, choćby po obrzeżach naszego świata.

Jednak, jak się okazuje, mam w sobie nieprzebrane pokłady idealizmu, przeto obok She Wood spokojnie przejść nie potrafię. Syntetyczne kwiatki zmieszane z pokalanym chemią drewnem, nad którymi z początku czuwa modyfikowana genetycznie cytryna, doprawdy nie są tym, co tygrysy lubią najbardziej. Stworzone "na odwal się", bez żadnego wyraźnego pomysłu, nie potrafią niczym zaintrygować. Szkoda...
Ciekawe wydaje się w zasadzie tylko wrażenie wyraźnego różanego odcienia w bazie, być może spowodowane zmieszaniem woni jaśminu i heliotropu z cedrem oraz piżmem. Może. Jednak, czy dla samej nuty głębi warto kupować całą flachę? Moim zdaniem nie.

Godne uwagi jest także to, iż nie mam nic przeciwko dzisiejszej bohaterce na kimkolwiek z mojego otoczenia. Ten aromat mnie drażni, ale jest dość spokojny [a nawet statyczny, jak stary, zbyt nakrochmalony obrus] i dyskretny, więc nie potrafi zmęczyć postronnego wąchającego. :)
Co nie zmienia faktu, że - w mojej opinii - She Wood to nie ujmujący żart językowy, tylko werbalny szantaż (albo ironia, zależy jak spojrzeć).


Rok produkcji i nos: 2008, Daphne Bugey

Przeznaczenie: hm...? hmm...? na pewno dla kogoś, kto od perfum oczekuje potulności i spolegliwości.

Trwałość: nadspodziewanie dobra - od siedmiu do ponad dwunastu godzin.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: jaśmin, cytryna, neroli
Nuta serca: heliotrop, piżmo, fiołek (a raczej coś na kształt fiołka)
Nuta bazy: wetyweria, drewno cedrowe, ambra
___
Dziś noszę Soir de Lune od Sisley.

P.S.
Fot. nr 1 pochodzi ze strony aleseriale.pl/gid,5854,img,218792,page,11,fototemat.html?ticaid=6aab1
Fot. nr 2 przybyła z czeluści mojego twardego dysku, na który trafiła ta dawno, że nawet nie potrafię przypomnieć sobie jej źródła. :)