Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolce i Gabbana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dolce i Gabbana. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 kwietnia 2013

The Oldest New Look

Ostatnio wspomniałam, jak bardzo damskie By Dolcego i Gabbany kojarzy mi się z Prêt-à-porter Roberta Altmana, zjadliwą satyrą na świat wielkiej mody. Mogliście więc pomyśleć, iż perfumy nie przypadły mi do gustu, że uważam je za coś w najlepszym wypadku przeciętnego, próżnego i/lub przekombinowanego. Lecz tak nie jest - i w tym właśnie tkwi problem. :]
Zaś moje zapachowe przyzwyczajenia po raz kolejny wystawione zostały na próbę.



Mam wrażenie, iż współczesny odbiór zapachu (głównie przez miłośników perfum) różni się znacznie od opinii reszty klienteli; tych wszystkich, którzy chcieliby po prostu "ładnie pachnieć", przez których kolejne klasyczne kompozycje kastrowane są reformulacjami, dla których nie ma istotnej różnicy miedzy zapachem perfum a szamponu do włosów lub antyperspirantu. Przez których obydwa By zniknęły z perfumeryjnych półek.

Tymczasem omawiana kompozycja od szamponu do włosów jednak znacznie się różni. ;) Przynajmniej do pewnego momentu. Zadziwiając soczystozieloną oraz mleczna, przeciwną, kwiatowo-owocową pulpą otwarcia, tą mieszanką słodkich kwiatów, aczkolwiek stworzonych nie z natury tylko z dosyć jeszcze topornych syntetyków. Nie brzydkich jednak lecz takich, po których czuć brak doświadczenia w temacie, nie zawsze szczęśliwe posługiwanie się miksem słodyczy z nutami ozonowymi oraz laktonicznymi. Co razem przypomina trochę pierwsze polskie reklamy telewizyjne; wszystkie te "Z pewną nieśmiałością..." albo "Ojciec, prać?".
Kto jednak prześledzi Jutiubowe kanały z ww. spotami szybko zorientuje się, że te potwory bez trudu i dziś znajdują amatorów - nie tylko wśród skorych do naśmiewania się. Przecież ówczesne reklamy były może odrobinę nieporadne, lecz w wyraźny sposób pełne dobrych chęci; natomiast z dzisiejszej perspektywy po prostu urocze, no i intelektualnie stojące na wyższym poziomie niż spora część współczesnych nam potworków. ["Taka to a Taka przeszła do Plej"; (a dlaczego miałoby mnie to obchodzić?? O.O)] Podobnie w mojej opinii przedstawia się otwarcie By: soczyste, słodkawe, chemiczne w sposób jawny, lecz nie nieprzyjemny [Nie oszukujmy się, ludzie z połowy lat 90. en masse jeszcze nie nauczyli się bezbłędnie rozpoznawać syntetyków, nam zaś weszły w krew do tego stopnia, że stać nas na wyrozumiałość wobec pierwszych prób np. uczynienia calone cięższym, bardziej zmysłowym]. W miarę upływu czasu równoważone wibrującą goryczką pochodzenia roślinnego, aromatyczną i antyseptyczną jednocześnie. To przewiewna acz naturalistyczna lawenda oraz palone ziarna kawy klinem wbijają się w lekkość, mleczność i wodną słodycz otwarcia. Wraz z nimi ujawnia się skórzana bergamotka, sproszkowany imbir oraz spokojne, jasne nuty drzewne.
Które razem osadzają kompozycję na ziemi, dodając jej intrygującego blasku połączonego z drapiącą w gardle suchością.

Natomiast jeszcze później karty zaczyna rozdawać ciepło ludzkiego ciała. :)



Które jednak nie ma zamiaru zdominować zanurzonej weń dzięki perfumom postaci. Nie, ono pozostaje jakby "podwieszone" gdzieś nad nami czy wokół nas, tak dyskretne że wręcz transparentne. Stare a jednak nowe; nowe choć tak naprawdę stare. ;) Do szpiku kości prawdziwe lecz ujawniające się dopiero dzięki syntetycznej ułudzie perfum.
Jeśli w jakikolwiek sposób erotyczne, to wyłącznie z naszej winy - kiedy nie potrafimy na ludzką nagość spojrzeć inaczej, niż przez pryzmat seksualności.

Ciepło pojawia się w chwili, gdy suche i aromatyczne rozwinięcie kompozycji po raz kolejny zaczyna stawać się delikatne, miękkie oraz jasne. Kiedy spod drzew, lawendy oraz kawy po raz kolejny wydostaje się coś mlecznego, może nawet kwiatowego? I szybko pokrywa pudrem z białego piżma; tego ostatniego nie jest wcale dużo, za to okazuje się niezwykle wyrazisty tudzież naturalny.  Mieszając się z akordami bergamotki, nut drzewnych oraz pozostałościami lawendowo-kawowego duetu pudrowa i mleczna pastelowa jasność rzeczywiście zaczyna przypominać aromat starannie umytego, wytartego bawełnianym ręcznikiem ludzkiego (dokładnie: kobiecego) ciała. Czystego, pozornie pozbawionego wszelkich "brudnych" oraz perfumowych woni ale przecież pachnącego delikatnym mydłem oraz szamponem do włosów, może też trochę kremem do twarzy [przypomnijcie sobie niegdysiejszy aromat kremu Nivea w wąskim krążku z niebieską pokrywką, następnie podzielcie go przez cztery i weźcie jedną taką część], no i już powolutku wracającego do aromatów, które każdy z nas otrzymał od Matki Natury, typowych tylko dla naszego organizmu.
Baza to najpiękniejsze wcielenie By; najgłębsze, najbardziej intymne oraz naturalne. Zdające się kłaść nieśmiałe podwaliny pod popularny współcześnie trend "antyperfum", wód pachnących suszącym się na świeżym powietrzu praniem lub aurą małego dziecka zażywającego kąpieli. Lecz jednocześnie lepsze od nich wszystkich o kilka długości. Jestem przekonana co do tego, że to właśnie w By koncepcja ukazana została najpiękniej, prostolinijnie oraz dosłownie, bez powszechnego dziś protekcjonalnego mrugania okiem do klienta dystansującego się od klasycznych perfum. Idea wspaniała, wyprzedzająca swoje czasy.
Co pewnie było jednym z powodów, dla których omawiana mieszanka nie zagrzała miejsca w perfumeriach. A szkoda.

Ponieważ wyróżnia się jeszcze czymś: we współczesnym olfaktorycznym mainstreamie rzadko które perfumy najciekawsze ze swych oblicz zachowują na sam koniec, każąc czekać na nie przez kilka godzin. Współcześnie rynku nie stać na podobną lekkomyślność. Co dramatycznie odbija się na artystycznej jakości kolejnych premierowych kompozycji. Lecz to już zupełnie inna historia...

Agato, dziękuję za podzielenie się ze mną tym skarbem! :*


Rok produkcji i nos: 1997, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, choć mężczyznom testy nie powinny zaszkodzić.
O mocy niemałej, lecz też nie narzucającej się (podejrzewam, że w chwili premiery perfumy uważane były za dyskretne, co dziś już nie obowiązuje); z czasem powoli kładą się na ludzkiej skórze.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: od pięciu do przeszło ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-piżmowa (oraz kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: konwalia, cyklamen, bergamotka, klementynka, lawenda
Nuta serca: orchidea, lilia, fiołek, drewno cedrowe
Nuta bazy: drewno sandałowe, wanilia, imbir, kawa, piżmo
___
Dziś Cherry Musk marki Ramón Monegal.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Dużo nowego, często też dobrego ;)

Ostatnio miałam kilka chwil, by zwiedzić trzy perfumerie: po jednym oddziale Sephory i Douglasa oraz przesympatyczne, stylowe miejsce o nazwie Frivole Prestige we wrocławskim centrum handlowym Sky Tower.

Zebrało się trochę impresji do napisania. Więc żeby nie przedłużać, od razu przejdę do sedna. :)

Annayake, Tomo Fresh

Lekki, przestrzenny, drzewno-wodny aromat z czasem dryfujący w stronę lawendowo-żywicznych "zimnych ogni" [tak, mam na myśli dokładnie te małe fajerwerki na drucie; z tym, że chodzi bardziej o charakter wody niż nawiązania olfaktoryczne ;) ]. Z wybijającymi się co trochę akcentami soli acz nie na tyle wyraźnymi, by mogły mocniej mnie zainteresować.
Nowe fougère, w stylu Hommage à l'homme Lalique czy Luny Ramon Molvizar, coraz śmielej wkracza w naszą codzienność. To dobrze; co piszę pomimo świadomości, że Tomo Fresh mego serca nie zdobył.
Przy okazji nadmienię, że dostępny jest również jego "ciemniejszy" starszy brat, Tomo, jednak pusty tester leżał smętnie na półeczce z nowościami, więc można powiedzieć, że się rozminęliśmy.

Skład:
cytryna, pomarańcza,grejpfrut, słonecznik, lawenda, drewno tekowe, drewno gwajakowe, akordy drzewne, kadzidło, wanilia, ambra, piżmo, przyprawy


Annayake, Undo Pour Homme

Zapach dla zwycięzców i wojowników? W mojej opinii jest to tylko - tylko i aż - klasycznie męski choć nowoczesny w duchu, dosyć bezpieczny drzewno-świeżak; z czasem tracący drugi człon charakterystyki na rzecz wibrującego, jasnoszyprowego Orientu, gdzie główne role grają krystalicznie dobitna kolendra, gorzko-ostra, dyskretnie sucha gałka muszkatołowa, animalne frakcje lawendy oraz suszone młode listki herbaty; później dołącza do nich tytoń, mech dębowy (ależ sucho i przejrzyście! : ) oraz miękka, delikatnie słodka cielesność. Nie przeszkadza mi nawet fakt, iż mniej więcej w połowie rozwoju (czyli po ok. stu minutach) kompozycja zmydla się; szczęśliwie porzuca tę drogę zbyt szybko, bym mogła się nią rozczarować. ;)
W mojej opinii to świetny, ciekawie skonstruowany codzienny zapach; lub wieczorowy, o ile jego szczęśliwy nabywca ma konserwatywne poglądy na to, co wypada nosić za dnia. ;D

Skład:
cytryna, bergamotka, mandarynka, gałka muszkatołowa, kolendra, lawenda, zielona herbata, liście tytoniu, drewno cedrowe, mech dębowy, labdanum, piżmo


Balenciaga, Florabotanica

Początek to dużo jasnych, słodkawych kwiatów (w tym biała róża), z czasem rośnie podobieństwo do J'Adore. Czyli pojawia się nuta delikatniejszego płynu do zmywania naczyń, którą tak ukochałam. ;>  Później szczęśliwie dryfuje w stronę różanej konfitury z drzewnym pieprzem (duet wetywerii z miętą?) i jest znacznie lepiej. Czuć wspólne geny pachnidła z ostatnimi dokonaniami marki, Paris czy l'Essence. Plus za uniknięcie łatwej drogi "spaczulałej oranżadki".
Na skórze jednak blaknie, zmienia w rozmoczony wspomnianym wyżej płynem pergamin, marnieje. Szkoda.
Wierzę więc, że spełni pokładane weń nadzieje i spodoba się współczesnym nastolatkom. :>

Skład:
goździk (kwiat; nie wyczułam), róża, mięta, ambra, wetyweria


Cacharel, Catch... me

Choć trudno ją nazwać nowością, nawet na polskim rynku, dopiero niedawno udało mi się przetestować wodę.
I cóż? Ano całkiem nieźle. :)
Kandyzowane plasterki owoców cytrusowych oraz laboratoryjnie retuszowane kwiaty (z jaśminem wielkolistnym oraz optymistycznym, esencjonalnym kwiatem pomarańczy na czele) w miarę upływu czasu coraz głębiej zanurzają się w drażniącą mnie paczulową oranżadę - choć paczuli w składzie brak. Tym razem jednak nie czuję irytacji ale umiarkowaną radość.
Może to przez lekką, alchemicznie przewrotną naturalność pachnidła lub dzięki obecności akordu cukrowego oraz zimie? A może chodzi o fakt, że marka pogłębiła oraz udosłowniła przekaz zapoczątkowany niezbyt udaną Scarlett?
Grunt, że jestem zadowolona. Choć z trwałości już trochę mniej.

Skład:
mandarynka, petit grain, kwiat pomarańczy, jaśmin, mleczko migdałowe, ambra, akordy drzewne


Dolce & Gabbana, The One Desire

Kurczę! Gdybym wiedziała, że to kolejny flanker The One, pewnie darowałabym sobie testy (mam uraz do tej serii); tymczasem zostałam wystrychnięta na dudka, dzięki czemu miałam możliwość konfrontacji z własnymi uprzedzeniami. ;)
Okazało się, że nadal istnieją. :] Po raz kolejny dostałam bowiem dużo kwiatów podanych na świeżo, dla niepoznaki umoczonych w cukrowym syropie z elementami przejmująco niedosłownej owocowości liczi oraz tuberozowego miodu (i to wszystko, co z tuberozy udało mi się w Desire wywąchać). A i tak na koniec wyłazi z nich cytruskowy płyn do naczyń.
Nuda.

Skład:
bergamotka, mandarynka, liczi, konwalia, tuberoza, drewno sandałowe, karmel, ambra, wanilia


Dsquared², Potion for Women

W początkach łagodny, zielony kwiatowy puder. Stereotypowo damski oraz lekki, który po kilku chwilach zaczyna nabierać soczystości i - z poprawnego stawać się brzydkim (oczywiście subiektywnie), systematycznie zmierzającym w stronę niesławnej "wody spod kwiatów"; irytująco ozonowej, roślinnej, skażonej ledwie wyczuwalną nutą gnilną.
Szczęśliwie jeszcze później kompozycja ponownie schnie, zmieniając się w ostry, rozedrgany puder z irysów i piżma.
Ech, gdyby nie te zgniłki...! ;)
Wychodzi na to, że seria jednak nie jest dla mnie.

Skład:
jeżyna, bergamotka, fiołek, konwalia, róża, jaśmin, rabarbar (aha! to on bruździ! ;) ), paczuli, ambra, białe piżmo, wanilia


Gucci, Guilty Black

Akcji "zróbmy se hiciora!" edycja... która to już? Trzecia? Czwarta?
Na pewno równie marna jak poprzednie. :>
Nie chodzi nawet o zieloną, kwiatowo-przyprawową, cokolwiek ostrą masę lecz o fakt, w jaki sposób połączono klasyczne, mega-super (lub wiecznie) modne nuty, akordy, poszczególne wersy w całość, która w zamierzeniu ma pasować każdemu i do wszystkiego. Niestety, zamiast niepodważalnej uniwersalności osiągnięto efekt podejrzanie bliski popularnym w okresie PRL żartobliwym tabelkowym ściągom przemówień.
W dwóch słowach (oraz jednym łączniku) podsumuję: bida z nędzą. ;>

Skład:
liście kolendry, lawenda, kwiat pomarańczy, neroli, nuty zielone, drewno cedrowe, paczuli


Hermès, Jour d'Hermès

Rrumburrak! Barrrbarrra! Rrrabarrrrbarrrrr!
Zwłaszcza to trzecie, połączone z sokami zielonymi i energetycznymi. Świeży imbir, porzeczki (na szczęście czarne), jasne, suche drewna oraz świetliste białe kwiaty (neroli? elementy jaśminu? hiacynt?). Gdzieś pod spodem transparentna, ponadzmysłowa cielesność; dziwna. Lekka oraz niewątpliwie artystyczna.
Na mnie ordynarny kwach.
Ponoć do informacji prasowych na temat Dnia Ellena nie chciał podać żadnych wskazówek, z czego powstało nowe pachnidło. Doceniam ten gest, naprawdę.
Zastanawia mnie tylko, czy byłby w stanie rozpoznać swoje najmłodsze "dziecko", gdyby posłać mu próbkę uperfumowanej nim mojej skóry? ;> Przypuszczam, że wątpię. :]

Skład:
zgaduj-zgadula :D


Molinard, Fleur de Chocolat

Kakaowo-śmietankowo-karmelowy krem z owocami. Niezwykle sugestywny i apetyczny, bezwstydny poprawiacz nastroju w pochmurne dni. :)
Od początku wyrazisty, jednostajnie słodki, obrzydliwie smaczny. ;D Im dłużej go nosić, tym bardziej miękki, suchy, pudrowo-cielesny się staje; tym silniejszym okazuje się jego podobieństwo do Musc Maori. Akcenty karmelowych ciągutek zmieszanych z waniliowym pudrem (takim do ciała) natomiast każą pomyśleć o jednej z letnich edycji Angela; nie pamiętam, której. Bliskoskórność wody nie przeszkadza, podobnie, jak jej umiarkowana trwałość.
Tak czy siak optymizm w koncentracie. :)

Skład:
karmel, gorzka czekolada, wanilia


Prada, Luna Rossa

Czy tylko ja, patrząc na powiązaną z rzeczonym pachnidłem jednostkę pływającą, oczyma duszy widzę sławetną Łódkę Bols? ;) Skojarzenie wydaje się potwierdzać reklamujący najnowszy zapach Prady model, chłopię o czółku i oczach nieskalanych myślą - lub mętnych jak po spożyciu (no, prawie :) ).
Szczęśliwie perfumy bronią się same. Przejrzyste, proste, stworzone na delikatnej równowadze między wytrawnością ziół, głównie lawendy oraz szałwii, a roślinną słodyczą pomarańczy (która ponoć i tak jest gorzka ;) ), obu spokojnych, wyważonych, naturalnie przestrzennych dzięki dodatkowi mięty. Delikatnych. Także później, kiedy ujawnia się rodzaj cielesno-drzewnego ciepła; a może tkwiło w wodzie od początku, może to on, lekki, łagodnie optymistyczny ambroksan, odpowiada za elementy słodkie?
Może...?
Luna Rossa to świetne, Pradowo dyskretne pachnidło na każdą okazję; klasa sama dla siebie.

Skład:
gorzka pomarańcza, lawenda, mięta, szałwia, nasiona piżmianu, ambroksan
___
A poza tym: Wild Tobacco od Illuminum. Jak to dobrze mieć własny flakon z esencją Śródziemia! ;)


* * *

Na koniec krótka uwaga techniczna: przepraszam za zaniedbanie korespondencji mejlowej.
Miałam ostatnio sporo zajęć, na szczęście w najbliższe kilka dni czeka mnie laba. Dlatego też na Wasze listy odpisywać będę od jutra.
Mam nadzieję, że jeszcze zdążę z odpowiedziami. :)

poniedziałek, 14 listopada 2011

W korycie rzeki ;)

W ramach dalszego ciągu kilkuzdaniowych recenzji co nieco głównego nurtu perfumiarskiego. Znów wypada mi pochylić się nad pachnidłami łatwymi oraz powszechnie lubianymi; na ogół. Bo któż nie ceni przyjemnej, „ładnej” świeżości? ;)


Clinique, Happy

Przyjemna, ogólnie odświeżająca pasta. Cytrusy i kwiaty utarte na jednolitą masę. Dzieje się dużo, choć sztucznie: ozonowe soki owoców mieszają się z laboratoryjną odmianą róż, bzu lub konwalii, frezji i orchidei, a to wszystko na delikatnie pudrowej, pozbawionej uroku bazie. Mimo wszystko udało się stworzyć pachnidło całkiem zacne i faktycznie do cna wypełnione prostym (choć nie prostackim), niezobowiązującym optymizmem. :) Na pogodne dni lata.

Skład:

bergamotka, śliwka, jabłko, nuty ozonowe, orchidea, róża, konwalia, frezja, piżmo, ambra


Clinique, Happy Heart

Praktycznie to samo, co w poprzednim punkcie, wzbogacone o aromat ogórka. Bez zbędnej słodyczy, bez udziwniania, bez polotu.
Dla miłośników gatunku.
Podobno szypr, choć nie znajduję powodów do takowej klasyfikacji; ostatnio pisałam o „warunkach szyprowości”, a Happy Heart – na siłę – zaliczyć można tylko jeden: lekką jasność.

Skład:

mandarynka, ogórek, liście porzeczki, marchew, żółty pierwiosnek, hiacynt wodny, jasne drewno, sandałowiec


Dolce & Gabbana, Pour Homme

Dla mężczyzny?
Tak, dla mężczyzny, który nie boi się świata, nie boi się życia, nie boi się wyzwań, nie boi się swojej kobiety; boi się – „co ludzie powiedzą”. ;) Boi się docinających kumpli, niezadowolonego szefa, wydziwiającej teściowej. Boi się tak bardzo, że nawet perfumy dobiera tak, by nikogo nie zdenerwować; byle tylko nie sprowokować tego, iż pachnidło zostaje zauważone. Nienachalnie słodkie, drzewne, typowo aromatyczne jak również – całkowicie przewidywalne. Do tego płoche.
Miło, że D&G Pour Homme powstało, lecz fakt istnienia pachnidła nie zmienia dosłownie niczego. Dziełko ładne, ale to wszystko.

Skład:

cytryna, bergamotka, gorzka pomarańcza, mandarynka, neroli, lawenda, estragon, szałwia, kardamon, pieprz, irys, tytoń, drewno cedrowe, drewno sandałowe, kumaryna, bób tonka, piżmo


Geoffrey Beene, Signature

Czyli Geoffrey Beene od Geoffreya Beene’a. ;) Jedyna, dostępna w powszechnym handlu, kompozycja dla kobiet sygnowana nazwiskiem kreatora mody męskiej.
Bogata, świeża, nieco trudna mieszanka utkana wokół aldehydowo-zielonego, ziemistego geranium podpartego fiołkiem. :) Wyraźna jest również kolendra, sprzężona z akordami suszonych kwiatów, ubrudzonych lekko zwęgloną wetywerią oraz cichutkim cywetem (lub kastoreum).
Niesztampowa całość w starym, dobrym stylu. Interesująca jako dzieło sztuki, lecz jako przedmiot użytkowy – dla kogo?
Ani dla mnie, bo zbyt świeży, ani dla większości użytkowników, ponieważ ewidentnie niedzisiejszy. Miłośnicy vintage’owych świeżaków, mam coś dla Was! ;)

Skład:

bergamotka kolendra, nuty zielone, geranium, róża, fiołek, jaśmin, piżmo, drewno sandałowe, mech dębowy, cywet


Issey Miyake, L’Eau d’Issey

Intrygująca świeżość o mistrzowsko rozpisanej strukturze. Ma zadatki na klasyka.
Z początku miły, świeżo-kwiatowy, lśniący od miękkich promieni słońca, odbijających się w kropelkach porannej rosy. :) Lecz wkrótce poczyna sobie ostro, wpadając w klimaty parne, esencjonalne, w stylu lasu równikowego. Fleur de Liane i Demeterowe New Zealand w jednym. A wszystko – bardzo jasne i kobiece, niezbyt bliskie skórze.
Paradoksalnie, Woda Isseya jest kompozycją zimną. Transparentną niczym hegemonia bieli.
Mieszanina to kompletnie nie-moja, jednak piękna odmówić jej nie potrafię. :)

Skład:

melon, cyklamen, frezja, lotos, konwalia, lilia, goździk (kwiat), piwonia, ambra, piżmo, drewno cedrowe, drewno sandałowe


Laura Biagiotti, Roma Uomo

Najcieplejszy z moich dzisiejszych bohaterów, najbliższy memu sercu oraz – nie licząc L’Eau d’Issey – najlepiej skomponowany. Mamy do czynienia z bezspornie męską, daleką od bezpiecznej przewidywalności słodyczą ziół i przypraw korzennych. Wanilia w otoczeniu listków kolendry i wawrzynu, gwiazd anyżku, jagód jałowca oraz nut żywicznych. Wanilia w otulinie kremowych akordów drzew. Wanilia na fundamencie suchej, czystej cielesności, czułej jak też delikatnej. Gdzieś z oddali daje się wyczuć nawet subtelne wspomnienie pachnących cząsteczek zamszu.
Roma wciąga i kusi ku sobie, a mnie trudno się oprzeć. :) Kompozycja może nie wielka, choć z pewnością zacna, zrobiona przez ludzi dobrych i mądrych. ;)

Skład:

mandarynka, bergamotka, grejpfrut, galbanum, bazylia, liść laurowy, jałowiec, jodła, heliotrop, jaśmin, wanilia, paczuli, ambra, piżmo, drewno cedrowe, drewno sandałowe, drewno massoia, mech dębowy
___
Dziś noszę Palazzo od Fendi, w stężeniu wody toaletowej.

wtorek, 22 czerwca 2010

Horror w high-tech

Był kiedyś taki film: nowoczesny budynek nawiedzony przez żądne krwi zjawy. Więcej szczegółów nie pamiętam; w moim mózgu jedynie mrugnęła maleńka iskra, kiedy szukałam skojarzenia z zapachem na dziś. A będzie to jedna z tych kompozycji, których nadprzeciętność doceniam, ale ich samych strawić nie mogę. Żadną miarą i mimo najszczerszych chęci.


Uroczy domek, nieprawdaż? >;)
Kiedy tylko nań spojrzałam nabrałam pewności, że po prostu musi stać się ilustracją Light Blue Dolce & Gabbana. Zimny, szklany, nieprzyjazny gmach, który mieszkańców doprowadza do załamania nerwowego, zamiast dawać im schronienie. Żadnej intymności, żadnego ciepła, żadnego zrozumienia. Idealne odzwierciedlenie stosunków panujących wśród pracowników wielkich korporacji. Dwadzieścia pięć tysięcy procent bezwzględności. A ja, zdradzę Wam pewną tajemnicę, boję się bezwzględności i ascetyzmu, zwłaszcza w tandemie. Mnie to pachnidło męczy, dręczy i torturuje: uwielbiam spać - a ono uniemożliwia mi zamknięcie powiek, jestem hedonistką - tymczasem aromat płonie na mnie zimnym, gazowym, błękitnym ogniem, wypalając wszystko, co w życiu lubię najbardziej. Może jest i lekki, ale dla wyżej podpisanej cała nadmieniona lekkość pozostaje złudna i zgubna.


Trudno w tym przypadku silić się na obiektywizm, jednak warto Light Blue poświęcić kilka słów cieplejszych; dużo soczystych i gorzkich cytrusów, zielone jabłko tak bardzo eko, ze aż zęby bolą oraz długie, świeżo heblowane deski z drewna cedrowego tworzą obraz czegoś do cna prostego i naturalnego (aż dziw, że nie potrafię się doń przekonać). Kiedy słabną, drewno nabiera pieprzności, jednocześnie okazując się świetnym kompanem dla subtelnych, słodkich nut kwiatowych. Pojawia się także delikatny bambus, wprowadzający akcent świeżej egzotyki. Szkoda, że nieprzyjemne wrażenia wracają w trzeciej fazie, skutecznie uniemożliwiając mi przekonanie się do omawianych perfum. Całość jest z pewnością godna poznania i warta pokochania, a już na pewno docenienia; tylko co z tego, skoro mnie odstręcza?? To nie mój świat, nie mój klimat, nie moja rzeczywistość. Nie byłoby może aż tak źle, gdyby nie hektolitry bazarowych podrób Light Blue, którymi ochoczo zlewa się "kupa luda" oraz bezczelne, kilka poziomów gorsze falsyfikaty w rodzaju I Love Love Moschino. I gdyby nie moje, dalekie od sympatycznych, wspomnienia osoby, która LB uwielbiała i nosiła namiętnie. Wybaczcie, proszę, brak dystansu, ale tego typu klimaty tak dalece nie są moimi, iż - mimo naprawdę wielu prób - nie potrafię ich zrozumieć. Nie pomaga nawet fakt, że na jedna antypatyczną miłośniczkę najgłośniejszego zapachu panów D&G przypadają trzy naprawdę miłe. :)
Nie, nie, nie - ten zapach to nie ja.


Rok produkcji i nos: 2001, Olivier Cresp

Przeznaczenie: świeży zapach dla ludzi nowoczesnych i lubiących najtrudniejsze wyzwania; istnieje ryzyko "migreny poperfumowej" - przynajmniej w moim przypadku... :)

Trwałość: bardzo dobra, niestety ;) od siedmiu do ok. piętnastu godzin.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-owocowa

Skład:

Nuta głowy: cytryna sycylijska, zielone jabłko, kwiat dzwonka, drewno cedrowe
Nuta serca: bambus, biała róża, jaśmin
Nuta bazy: piżmo, ambra, drewno cedrowe
___
Noszę Vanilla Fields marki Coty. :)

P.S.
Fot. nr 1 pochodzi z www.uniquedaily.com
Fot. nr 2 natomiast - z ih2.redbubble.net/work.383466.6.flat,550x550,075,f.come-away-oh-human-child