Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valentino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Valentino. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 czerwca 2014

Mam mem

A właściwie memy. :D Kiedyś na fejsbukowym profilu bloga zwierzyłam się ze stworzenia pierwszego mema w życiu. Od tego czasu, siedząc cicho jak mysz pod miotłą, wysmażyłam jeszcze kilka następnych. ;>
Dziś nadszedł dzień ich publikacji.

Właśnie w taki złośliwy sposób, chciałabym wypowiedzieć się na temat kilku nowopowstałych zapachów z mainstreamowych perfumerii, z których dwa są dobre (choć kompletnie nie w moim guście) natomiast jeden mocno średni ale trzymający poziom. Reszta niestety całkiem zasłużyła na tęgie lanie.
Dziś będzie skrajnie nieobiektywnie; bo przecież czyją opinię miałabym wyrażać, jeżeli nie swoją własną?
Do dzieła więc! :]


Armani, Code Ice


Panu z fotografii dokooptowałam najlepszego przyjaciela, najbardziej oddanego druha, najwierniejszego naśladowcę a może nawet brata. Tak, brata bliźniaka wręcz. Przyjrzyjcie się uważnie: w tych oczach ujawnia się rodzinne podobieństwo! ;P


Zapach po nic i dla nikogo. Niby wieczorowy ale tak marny i nudny, że naprawdę starałam się nie usnąć podczas testu. Nieważny ciekawy pomysł, nieważny kunszt rzemieślniczy. Ważne, żeby "perfum" snuł się w powietrzu jeszcze parę godzin po tym, gdy jego użytkownik pewnym krokiem plejboja z bożej łaski udał się na dyskotekę w remizie strażackiej. Tym właśnie pachną te perfumy.
Sorry, chłopaki: life is brutal and full of zasadzkas, jeżeli mogę pozwolić sobie na suchar. :]

Skład:
cytryna, mięta, imbir, geranium, lawenda, nuty drzewne
[...a to wszystko guzik prawda]


Bottega Veneta, Essence Aromatique


Następne pachnidło jest dyskretne, świeże i łagodne, inteligentnie nawiązujące do klasyki perfumiarstwa. Świetliste oraz pełne niewymuszonego wdzięku. Naprawdę.
Nic dziwnego, że Ferdek Kiepski ma poważne kłopoty z jego zrozumieniem:


Delikatne, bielone drewno, powidok różanego potpourri oraz ciekawe akordy przypraw o delikatnej słonej nucie (niby korzenne ale jakby świeże, suszone na drewnie wyłowionym z morza) sprawiają, że najnowsze dzieło marki, której dotąd nie zdarzyło się pokpić sprawy wypuszczając marne perfumy, spokojnie może zostać uznane za efektowny ale nie narzucający się uniseks. [Uff, długie zdanie. ;) ] W gatunku "perfum na lato" bywa dużo, dużo gorzej.

Skład:
kolendra, bergamotka, biała róża, bób tonka, wanilia, drewno sandałowe, paczuli


Boucheron, Place Vendôme


To miał być zapach na lata, kolejny okręt flagowy marki. Wyszła raczej dziurawa łajba. Szkoda, bo miałam nadzieję na przyjemny, nowoczesny damski soczek z lubianymi kwiatami w  rolach głównych.


Mam wrażenie, że markom kończą się pomysły na zapachy "eleganckie i seksowne". Byłoby oczywiście zupełnie inaczej, gdyby za decyzją o profilu kolejnych premierowych pachnideł stał ktoś, kto naprawdę się na tym zna. Ktoś wierzący, że wymogi rynku i Prawdziwą Sztukę da się pogodzić. Ktoś, kogo jakość nowych kompozycji marki naprawdę obchodzi. Najwyraźniej w siedzibie Inter Parfums, patrona perfum Boucheron [ale też na przykład Balmain, Lanvin czy Van Cleef & Arpels], tacy ludzie ostatnimi laty konsekwentnie wywalani są na zbity pysk. :]
Place Vendôme najlepszym przykładem. Miał być szlachetny szypr o świetle a wyszła dziesiąta woda po zapachach marki Elie Saab, stworzona z "kunsztem" równym Lady Million od Paco R.
Tu o rzemiośle już dawno zapomniano, że o sztuce ledwie wspomnę. Panie Cresp, Pani Lorson - wstyd!

Skład:
tangerynka, różowy pieprz, kwiat pomarańczy, róża, piwonia, jaśmin, miód, praliny, benzoes, drewno cedrowe


Hermès, Terre Eau Très Fraîche


Ha! Teraz to polecą iskry a na moją głowę gromy. :> No ale co miałam zrobić, jak zareagować inaczej, skoro szczerze rozbawiła mnie sama idea doświeżenia i dodelikatnienia klasycznego zapachu? Ellena nie tworzy jasnych perfum czy słonecznych krajobrazów - on prześwietla kliszę fotograficzną. :P Trudno się dziwić, że zasłużył na własnego pieseła.


A teraz poważnie: to wcale nie jest zły zapach. Naprawdę nie; identycznie, jak oryginalne Terre. Mamy do czynienia z rzeczywiście fajnym, orzeźwiającym cytrusowym aromatem [śliczny cedrat!]. Nieprzesłodzonym, lekko wytrawnym dzięki czemu od razu stawiającym na nogi. Z chłodnym powiewem wiatru prosto od morza.
Gdyby to była lemoniada, taka z dużą ilością lodu i liśćmi mięty w środku, brałabym w ciemno i cieszyła się nią w upalne lato. ;) Perfum jednak nie chcę.

Skład:
pomarańcza oraz inne akordy cytrusowe, akordy wodne, geranium, paczuli, cedr oraz inne nuty drzewne


Valentino, Uomo


To ten średniak w stawce. :) Sympatyczny, utrzymany w lubianym przeze mnie kawiarnianym nurcie perfum męskich; wdzięczny ale niestety trochę toporny. Co mówi Wam przecież miłośniczka olfaktorycznej dosłowności!
Tiaa, Morfeusz także nie może się nadziwić:


Mimo wszystko wolę jednak pozostać w Matriksie. :D Choć Uomo rozpoczyna się klasyczną musującą oranżadką w męskim wydaniu, to szybko zbacza w stronę ciepłych woni pysznych kulinarnych używek. Pojawia się i kakao, i kawa w stylu Rochas Man, i nugat na mirtowo-wawrzynowej świeżości a w bazie ocienione suszące się deski. Byłoby całkiem okej, gdyby nie fakt ewidentnej, wręcz bijącej po oczach syntetyczności jadalnianych akordów wody. Niby to normalne, trudno spodziewać się czegokolwiek innego ale jednak mnie drażni. Właściwie sama już nie wiem, czy daleka woń szkolnego laboratorium chemicznego to wytwór mojej wyobraźni, czy naprawdę kołacze się gdzieś po bazie?

Skład:
mirt, bergamotka, czekolada, orzechy laskowe, palone ziarna kawy, drewno cedrowe, skóra


Viktor & Rolf, Bonbon

Tym razem nie mam chęci pisać wiele. Po prostu nie ma o czym: zapach głośny, mocny i o niczym. Tysięczna oranżadka na rynku, z pewnością nie ostatnia. Milionowa góra, która urodziła mysz. Ech!


Skład:
brzoskwinia, pomarańcza, mandarynka, kwiat pomarańczy, jaśmin wielkolistny, karmel, drewno sandałowe, drewno cedrowe, drewno gwajakowe, akord ambrowy
___
Dziś był/a Orlando od Jardins D'Écrivains.

czwartek, 23 lutego 2012

Zabłądzić na polowaniu, by odnaleźć...

...i kiedy byłam już niemal przekonana co do nijakości produktów pewnej marki, Michał zrobił mi nielichego psikusa, przesyłając pewną niezwykłej urody próbkę. ;)

Dotychczasowe doświadczenia z pachnącymi produktami marki Valentino nauczyły mnie, by do kolejnych podchodzić z mocno ograniczonym zaufaniem. Skoro więc w moje ręce dostało się kolejne pachnidło od włoskiego kreatora mody (a właściwie od koncernu Puig :) ), nie oczekiwałam po nim zbyt wiele. Ot, następny idealniutki przyjemnniaczek, podlizujący się każdemu w promieniu trzydziestu kilometrów, skrojony pod jak najszersze gusta, nudny jak nie wiem co. Tyle, że męski. :) Postanowiłam przetestować zawartość prędzej z kurtuazji niźli zainteresowania.
Czy koniecznie muszę pisać, że moją pychę ukarano? ;) Że dostałam porządną nauczkę?
Ponieważ Vendetta Uomo, nieprodukowane już dobro od Valentino, okazała się być inna, zupełnie inna.

Oczywiście, w końcu to retro. Dzisiejsi decydenci (oraz barany doświadczalne ;> ) w życiu nie wyraziliby zgody na wypuszczenie do sklepów czegoś tak dalece "innego", przyjemnego, obdarzonego specyficznym charakterem. Nawet jeśli oficjalnie pachnidło nie niesie ze sobą żadnych niebezpiecznych treści. ;) Wszak jest tylko typowo męskim, garniturowym skóro-paprociowcem. No właśnie. :) Problem w tym, że oficjalne spisy nut nie oddają istoty Zemsty.

Która zaiste aromatem jest niezwykłym. Stworzonym zgodnie z duchem epoki, czyli poskładanym z wielu części, starannie utartych na jednolitą masę, z której wybijają się jeno co silniejsze komponenty. Przede wszystkim dziełem spokojnym, aromatycznym, nie narzucającym się, zbudowanym wokół nut ziołowo-przyprawowych, drzewnych oraz cielesnych. Eleganckich i wysmakowanych a jednak idealnie dopasowanych do warunków zapomnianej drewnianej chatki, skrytej gdzieś w gęstym borze. Książę z bajki zgubił się na polowaniu czy zaszył przed światem i udaje sługę Baby Jagi? ;) Coś w tym stylu.


Vendetta od pierwszych chwil udowadnia, iż nazwa bywa myląca. Albowiem mamy do czynienia z pachnidłem życzliwym a nawet chętnym do współpracy. Już w otwarciu staroświeckim, bergamotkowo-skórzanym, kolendrowo-cynamonowym tudzież lawendowo-bazyliowym. Lecz równie dobrze przejrzystym i suchym, leśnym, gęstym od słodkiej świerkowej żywicy, sklejającej palce oraz od namiętności, pięknej i czystej acz z pewnością mało skromnej.
Zapach to słodki, jakkolwiek nie we współczesnym rozumieniu, nie ulepowaty; trudno szukać weń cukrowej waty, karmelu, czekolady, fermentujących owocków cytrusowych i innych tego typu przyjemności. Zamiast nich pojawia się ambra, jaśmin rozegrany mało typowo (kto pamięta słodkie pieczywo z Miroir des Envies?), bób tonka, paczuli suche i nie-piwniczne oraz labdanum, które wspomniana wyżej masa łamie, pogłębiając w przyrodzonej ciepłocie. :)
Jest cedr i mech dębowy, skóra wraz z całkiem sporym dodatkiem żywic; ich jednak niewielka część zostaje w końcu spalona w trybularzu.
Jest pięknie; nie zawsze cicho lecz nic nie dzieje się bez przyczyny, niczego nie ma w nadmiarze.

I dlatego zanotowałam całkowity brak historii mrocznych i krwawych, nie usłyszałam nawet zdania z opowieści o próżnym zacietrzewieniu bądź maczystowskim stroszeniu piórek. Nic z tych rzeczy. Vendetta okazała się kompozycją ciepłą, drzewną, aromatyczno-skórzaną, zmysłową, jakby stworzoną na długie, bezsenne noce. Jednym z najmilszych memu powonieniu męskich szyprów.
Wiele cech dzieli z Caractère od Daniela Hechtera. I już wiem, dlaczego Michał przesłał mi akurat ten zapach. ;) Dzięki, kolego!

Rok produkcji i nos: 1991, Edouard Fléchier

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach, ale pasuje także kobietom - miłośniczkom nut drzewnych, cielesnych oraz ziołowych. :) O dosyć znacznej projekcji, chociaż otoczenia nie męczy wcale; na wszelkie okazje.

Trwałość: około siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa (oraz drzewna i skórzana :D )

Skład:

Nuta głowy: aldehydy, nuty zielone, bazylia, kolendra, cytryna, bergamotka
Nuta serca: geranium, cynamon, paczuli, jaśmin, śliwka, drewno cedrowe, wetyweria
Nuta bazy: labdanum, skóra, mech dębowy, ambra, piżmo, bób tonka, benzoes
___
W tej chwili noszę Vintage Patchouly od DSH.

P.S.
Źródło ważniejszych ilustracji – DeviantArt:
1. Shelter In The Woods autorstwa Freacore.
2. Hut in the woods autorstwa Kocostunder.

wtorek, 10 stycznia 2012

Wspomnienia galerianki

Chociaż nie zamierzam pisać o tym, o czym myślicie. :) Wspomnienia także nie będą zbyt odległe. Ot, wczoraj i dziś odwiedziłam w przelocie jedną z wrocławskich galerii handlowych oraz znajdujące się weń perfumerie dwóch wiodących sieci. I oto, czego tam doświadczyłam (na sześciu przykładach):

Dsquared2, Potion

Ziołowo-przyprawowe, mocne kadzidło; ostre, wyraziste, chwilami nawet agresywne. O dokładnie rozpisanej nucie pieprzu, podbitego paczulową różą. Całość jest drzewna, przyjemnie zmysłowa, dosyć trwała. Jakkolwiek niekoniecznie oryginalna, ponieważ nie mogę przestać myśleć, iż Potion przemija niemal identycznie do Ikon marki Zirh. Zapach starszy wysładza się, młodszy natomiast pudruje. Wówczas też zaczyna męczyć jego syntetyczność, jakaś papierowa poświata. Pocieszam się, że jest to cecha charakterystyczna dla skóry kobiecej. :)

Skład:
mięta, tymianek, dzięgiel, cynamon, pieprz, goryczka, róża, drewno kaszmirowe, ambra, piżmo, paczuli


Karl Lagerfeld, Karleidoscope

Teoretycznie miły, lekki, nieco zielonkawy kwiatowiec na gładziutkiej drzewno-cielesnej bazie. Za zieloność odpowiada sympatyczny, aksamitno-ziemisty fiołek, podbity promieniami słońca skierowanymi na słodkie nuty frezji oraz anyżku. Z czasem kompozycja mięknie, staje się bardziej słodka, pudrowa, paczulowo-bogata, aż do... tak! Do rozsławionej na Pracownianych łamach nuty oranżady. ;) Rety, po tak cudnym otwarciu - znowu intensywne musowanie. I cóż z tego, że ewidentnie dobrej jakości?
Tym razem sobie daruję, lecz Was zachęcam do testów. ;)

Skład:
dzięgiel, frezja, heliotrop, fiołek, bób tonka, benzoes, piżmo, paczuli


Ted Lapidus, White Soul

...czyli więcej oranżady, szczególnie w otwarciu. Później kompozycja nieco delikatnieje, lecz i tak zaczyna mnie męczyć. Żal wzmaga się, kiedy patrzę na nuty.
Dziełko obiektywnie całkiem poprawne, zdatne do częstego użytku.
W osobie Lapidusdowego pachnidła mamy także żywy dowód na to, że kontekst ma kolosalne znaczenie w naszym odbiorze świata. Bo dlaczego - DLACZEGO - nie poznałam White Soul tuż po premierze w 2010?? ;)

Skład:
morela, mandarynka, śliwka, nagietek, kwiat pomarańczy, heliotrop, szafran, bób tonka, benzoes, labdanum, ambra


Ted Lapidus, Black Soul

Niealfabetycznie postawiłam literę W przed B. Nie bez powodu. Podobnie jak w powyższym przypadku, także męska wersja (z 2009 roku) wprawiła mnie w niejakie zakłopotanie. Bez wdawania się w szczegóły: wdzięczna, kusząca drzewną strukturą, słodkawa i musująca jak w amoku, w rzeczywistości okazuje się uzupełniać młodszą siostrę. Co oznacza, że trafiłam na jeszcze jedną oranżadę, tym razem doprawioną "po męsku": cynamonem, kardamonem, szczyptą gałki muszkatołowej oraz tłustymi nutami egzotycznego drewna. W tle co nieco skóry. I to wszystko układa się w oranżadę o bliżej nieokreślonym smaku. Znowu.
Znowu.

Skład:
neroli, bergamotka, szafran, cynamon, kardamon, mięta, balsam tolutański, drewno gwajakowe, drewno cedrowe, nuty żywiczne, piżmo


Loewe, Solo

Skoro łamać porządek alfabetyczny, to na całego! :)
Kompozycja firmowana twarzą osoby o mało konwencjonalnym (jak na światek reklamy lajfstajlowej) wyglądzie odzwierciedla nurt współcześnie raczej kontrowersyjny. Jest bowiem tak mocna i trudna do przeoczenia, że to aż dziwne. ;> Wyrazista, przemożna, wwiercająca się w przegrody nosowe aż do granic sadyzmu. A przy tym jasna, w miarę klasyczna, wdzięczna i dźwięczna. Hiszpańska do cna, czyli przedstawiająca cytrusy pozbawione słodyczy i innych przygładzających je ozdobników, orzeźwiająca w sposób niebanalny, bo na ostro.
Oraz bardzo "noszalna", na wszelkie możliwe okazje.
P.S.
Nie piszę o wersji Absoluto. Tej bałabym się tknąć. ;)

Skład:
lawenda, tymianek, bergamotka, cytryna, mandarynka, gałka muszkatołowa, różowy pieprz, cynamon, kminek, nuty drzewne


Valentino, Valentina

Komu było mało przecukrzonej oranżady, tutaj ma jeszcze jedną porcję. ;>
Miękka, słodka, pudrowa, usiłująca wdzięczyć się do każdego, kto choć na chwilę zawiesi nad nią nos. Ponieważ jest i lekka, i świeżuteńka, i słodka a nawet delikatnie drzewna, rzecz jasna w sposób jasny i śmietankowy. Kwiaty także mają za zadanie przypodobać się każdemu. Krótko mówiąc: banał.
Co nie zmienia faktu, że i tak jest to bodaj najlepsza kompozycja od Valentino, jaką miałam okazję poznać. W sumie przygnębiające, jak sobie rozmyślam.

Skład:
bergamotka, biała trufla, tuberoza, kwiat pomarańczy, jaśmin, poziomka, drewno cedrowe, ambra
___
Dziś Szulc Pierwszy. ;)

środa, 28 grudnia 2011

W kilku zdaniach - raz jeszcze

Słodkie, kobiece, urocze - ot, pachnidła jakich wiele. Z jednym wyjątkiem. A na koniec refleksja.
Do rzeczy:

Boucheron, B

Niewinny, gładki, "śliczny, liryczny i apetyczny..." ;) Jassne.
Pudrowe, słodko-kwiatowe pachnidełko, dosyć banalne, a z pewnością bezpieczne. Dla osób, które boją się zwrócić na siebie uwagę. Mimo to jestem w stanie zaakceptować B w swoim otoczeniu, zapewne z powodu głębokiej nuty paczulowo-przyprawowej na śmietankowym stelażu, dzięki którym bibułkowa różyczka unika styczności z szalejącą groteską upupionej kobiecości.

Skład:
różowy pieprz, osmantus, róża, kwiat pomarańczy, paczuli, drewno cedrowe, drewno sandałowe


M.Micallef, Special Edition

A otóż wspomniany wyjątek [nie na tyle jednak, by doczekał się indywidualnej recenzji]: wszechstronne, słodko-owocowe, wwiercające się w nos nowoczesne aldehydy, inaczej limitowanej wody od Martine M. nie potrafię określić. :) Te "nowoczesne aldehydy" przyplątały się do mnie i twardo siedzą gdzieś w zwojach mózgowych i za nic sobie mają spisy nut, w myśl których winnam oczekiwać raczej ozonowo-kfiatuszkowego banału. Tymczasem nic z tego! :)
Trwałość średnia, emanacja zaskakująco pozytywna, całość w bazie leciutko pudrowa, miękko-orientalna, skrystalizowana w cukier ale wciąż daleko - choć wyraźnie - skoligacona z dawnymi klasykami.
Ogólnie duży plus. :)

Skład:
czerwone owoce jagodowe, jabłko, melon, woda różana (to wyjaśnia cukier), róża, drewno sandałowe, piżmo


Valentino, Rock'n'Rose

Nieco wyżej wspomniałam o upupionej kobiecości: oto ona w pełnej krasie.
Śliczna, słodka dzieweczka po lobotomii wspartej kilkuletnią kuracją elektrowstrząsami: gwarantuję, że jej piękna główka (tudzież reszta ciałka) już nigdy nie skala się ani myślą, ani działaniem. Niczym gumowa lala z otwartymi ustami, tyle że ciepła i elastyczna. ;>
Tych, którzy ją tak urządzili najchętniej widziałabym wysmarowanych świńską krwią oraz porzuconych nago w piwnicy pełnej wygłodniałych szczurów. Co i tak nie byłoby wystarczającą karą: może przedtem jakaś mała kastracyjka? ;>

Okej, już poskramiam krwiożercze zapędy. Po prostu nie rozumiem, jak można było wmówić w kobiety, że są tak niewiele warte, że nie mają własnej siły ni własnego głosu? Że powinny zachwycać się leciuśkimi perfumikami, już na starcie pomyślanymi jako tanie, badziewne ochłapy, bezczelnie jawny sposób na złowienie frajera?
Plastik, papier i tanie barwniki. Troszkę słodyczy, pudru i pseudo-kwiatów rodem z nagrobnych bukietów, nic takiego. Konstrukcja Rock'n'Rose obraża podstawowe skojarzenie z nazwą oraz tytułowe kwiaty.
Nigdy więcej.

Skład:
bergamotka, czarna porzeczka, gardenia, kwiat pomarańczy, konwalia, róża, heliotrop, wanilia, piżmo, drewno sandałowe, inne nuty drzewne


Van Cleef & Arpels, Oriens

Czas uspokoić trochę rozedrgane nerwy. ;)
Przesympatyczny twór spod znaku jubilerów znanych z dobrej ręki do pachnideł na taką okazję nada się znakomicie. :) Nawet jako kolejne wcielenie paczulowej oranżadki, mrocznych czekoladowo-owocowych landrynek, słodkich jak-nie-wiem-co.
Myślę, że ujął mnie jako kolejny nowoczesny, a więc tradycyjnie smakowity, szypr, utkany na bazie malin, porzeczek, jaśminu oraz słodkiego paczuli, którego występowanie już dawno przestało ograniczać się do Angela. Ponadto wyczuwam soczysty ozon, słodkie płatki gardenii a w bazie pobrzmiewa cukierniczy (chociaż pełen wystudiowanego uroku) nugat. Ładny z cukrowym paczuli i bukietem laboratoryjnych kwiatów.
A ponadto dosyć trwały.

Skład:
mandarynka, czarna porzeczka, malina, jaśmin, konwalia, nuty wodne, nuty słoneczne (hę?), białe drewno (?), drewno sandałowe, paczuli, wanilia, pralinki, ambra


Na koniec zaś obiecana myśl.
O erotyce w reklamie powiedziano, napisano, wygłoszono i wykrzyczano już bodaj wszystko. W tej chwili chcę jedynie dorzucić mały kamyczek do feministycznego ogródka. Zastanawiam się, kto w zamyśle ma kupować takie na przykład Rock'n'Rose? Mężczyźni swoim kobietom? Kobiety homoseksualne sobie lub swoim partnerkom? A może uzależnione od lektury portalu Pudelek bądź gazety Party dziewoje, trawione zazdrością o wyfotoszopowane ciała celebrytek?
Czyli: do kogo właściwie skierowany jest plakat promujący mizerię Valentino?
I że co? Goła dupa wszystko sprzeda?

Jeśli tak, domagam się większej ilości nagich męskich ciał w reklamach perfum dla panów! Hej, co jest? Golizna rodem z M7 YSL czy Ikona Zirh to stanowczo za mało! :))
Gimmie more! :D
___
Dziś noszę wspomniane Special Edition.

sobota, 17 grudnia 2011

W kilku zdaniach i na szybko

Jak w tytule. Bo chcę (pisać) i nie chcę (marudzić).

Fridge by yDe, Don't Follow Me...

Spokojnie, nie zamierzam. ;)
Jedna z pierwszych polskich marek perfumiarskich, niszowo-organiczna Fridge powoli nabiera rozmachu. Póki co zamierzam zająć się ich wcześniejszymi kompozycjami.
Nie śledź mnie w zamierzeniu ma być afrodyzjakiem. Nie wykluczam, choć na pierwszy rzut oka (nosa?) trudno w to uwierzyć. Lecz ostry, wilgotny i ciemny przyprawowiec potrafi wykrzesać z siebie taką moc, że pewnie starczyłoby jej na kilka przyjemnie spędzonych godzin... :)
O ile nie przeszkadza nam kminkowa "stara szmata", wypływająca coraz to z paczulowo-wetyweriowych oraz korzennych odmętów.
Moc ograniczona, trwałość też czemuś nie zachwyca. ;)

Skład:
bergamotka, róża, goździk, kminek, drewno sandałowe oraz "egzotyczny rzadki kwiat, którego nazwy niestety nie zdradzimy bo to tajemnica yDe...." [tiaaa]


Fridge by yDe, Lost Passenger

Romantyczna nazwa dla przyjemnego pachnidła.
Suchy, słoneczny, nieco kwaskowaty wetyweriowiec dla "nowoczesnych romantyków". :)
Pozornie chłodny i wycofany, ale kiedy się wwąchać.. Wówczas ukazuje się przyjemne paprociowo-szyprowe serce, ze skórzaną bergamotką i lekko pikantnym cedrem; chwilami nawet daje się uchwycić wątłego słodkiego ducha [zgodnie z tekstem promocyjnym, który przeczytałam dopiero teraz, co piszę dla jasności].
Bardzo przyzwoite, dosyć bliskie skórze pachnidło. Wysokiej klasy, choć niekoniecznie oryginalne.

Skład:
czarna porzeczka, wetyweria, wanilia, drewno cedrowe, mech dębowy


José Eisenberg, J'Ose

Lawenda, kawa, łagodne nuty drzewne, ambra. Coś Wam to przypomina? Szczególnie zestawienie kawy z lawendą? ;) New Haarlem szczęśliwie jest nieco bardziej dosłowny i skreślony inną ręką. J'Ose, mimo że zdaje się pełnymi garściami czerpać z przyjemnie relaksujacej kompozycji, i tak trafia w mój gust. Słodko jesienny, łagodnie orientalny, chwilami tytoniowo zielony, z niezbyt potulnym charakterkiem - staje się wymarzonym zapachem na ponure, słotne i wietrzne dni. Tak myślę.
Niespecjalny sillage oraz spokojna, kilkugodzinna trwałość tylko utwierdzają pozycję J'Ose jako "bezpiecznie niekonwencjonalnego" towarzysza na nudny dzień w pracy oraz szalony wieczór wśród roztańczonych przyjaciół. Na przykład. :) Dla obu płci.

Skład:
cytryna Amalfi, mięta (?), bylica, lawenda, kawa, drewno cedrowe, siano, paczuli, ambra, piżmo


Valentino, V

Rety, co za nudy! O V piszę tylko dlatego, że próbka dosłownie wpadła mi w dłoń podczas wieczornego grzebania w pudle. ;)
Oto, Drodzy moi, czysta, cicha, idealnie przezroczysta nuda. Kolejny zapach, który powstał nie-wiadomo-dlaczego, a jeszcze doczekał się dwóch wariacji (trzech, jeśli liczyć V pour Homme). Słodkie owoce z probówki, równie bezczelne erzace kwiatów na taniodrogeryjnej paście przypominającej najbardziej romantyczne sny niezapomnianej Heli, żony Mariana z cyklu skeczy kabaretu Koń Polski ["Marian, kochasz mnie jeszcze?" "... ... ... Nnooo." ;D ]. Pasta owa jest jasna, pseudoorientalna, słodziutka bez przesady, płaska. Tak musi pachnieć w domu Mostowiaków w Grabinie. ;>

Skład:
mandarynka, grejpfrut, liście porzeczki, gruszka, frezja, pomarańcza, frangipani, róża, drewno cedrowe, drewno sandałowe, wanilia, piżmo, ambra
___
Rano była Special Edition marki M. Micallef a teraz.. Heat od Beyoncé. I jest przyjemnie. :)