Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prada. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 lutego 2013

Dużo nowego, często też dobrego ;)

Ostatnio miałam kilka chwil, by zwiedzić trzy perfumerie: po jednym oddziale Sephory i Douglasa oraz przesympatyczne, stylowe miejsce o nazwie Frivole Prestige we wrocławskim centrum handlowym Sky Tower.

Zebrało się trochę impresji do napisania. Więc żeby nie przedłużać, od razu przejdę do sedna. :)

Annayake, Tomo Fresh

Lekki, przestrzenny, drzewno-wodny aromat z czasem dryfujący w stronę lawendowo-żywicznych "zimnych ogni" [tak, mam na myśli dokładnie te małe fajerwerki na drucie; z tym, że chodzi bardziej o charakter wody niż nawiązania olfaktoryczne ;) ]. Z wybijającymi się co trochę akcentami soli acz nie na tyle wyraźnymi, by mogły mocniej mnie zainteresować.
Nowe fougère, w stylu Hommage à l'homme Lalique czy Luny Ramon Molvizar, coraz śmielej wkracza w naszą codzienność. To dobrze; co piszę pomimo świadomości, że Tomo Fresh mego serca nie zdobył.
Przy okazji nadmienię, że dostępny jest również jego "ciemniejszy" starszy brat, Tomo, jednak pusty tester leżał smętnie na półeczce z nowościami, więc można powiedzieć, że się rozminęliśmy.

Skład:
cytryna, pomarańcza,grejpfrut, słonecznik, lawenda, drewno tekowe, drewno gwajakowe, akordy drzewne, kadzidło, wanilia, ambra, piżmo, przyprawy


Annayake, Undo Pour Homme

Zapach dla zwycięzców i wojowników? W mojej opinii jest to tylko - tylko i aż - klasycznie męski choć nowoczesny w duchu, dosyć bezpieczny drzewno-świeżak; z czasem tracący drugi człon charakterystyki na rzecz wibrującego, jasnoszyprowego Orientu, gdzie główne role grają krystalicznie dobitna kolendra, gorzko-ostra, dyskretnie sucha gałka muszkatołowa, animalne frakcje lawendy oraz suszone młode listki herbaty; później dołącza do nich tytoń, mech dębowy (ależ sucho i przejrzyście! : ) oraz miękka, delikatnie słodka cielesność. Nie przeszkadza mi nawet fakt, iż mniej więcej w połowie rozwoju (czyli po ok. stu minutach) kompozycja zmydla się; szczęśliwie porzuca tę drogę zbyt szybko, bym mogła się nią rozczarować. ;)
W mojej opinii to świetny, ciekawie skonstruowany codzienny zapach; lub wieczorowy, o ile jego szczęśliwy nabywca ma konserwatywne poglądy na to, co wypada nosić za dnia. ;D

Skład:
cytryna, bergamotka, mandarynka, gałka muszkatołowa, kolendra, lawenda, zielona herbata, liście tytoniu, drewno cedrowe, mech dębowy, labdanum, piżmo


Balenciaga, Florabotanica

Początek to dużo jasnych, słodkawych kwiatów (w tym biała róża), z czasem rośnie podobieństwo do J'Adore. Czyli pojawia się nuta delikatniejszego płynu do zmywania naczyń, którą tak ukochałam. ;>  Później szczęśliwie dryfuje w stronę różanej konfitury z drzewnym pieprzem (duet wetywerii z miętą?) i jest znacznie lepiej. Czuć wspólne geny pachnidła z ostatnimi dokonaniami marki, Paris czy l'Essence. Plus za uniknięcie łatwej drogi "spaczulałej oranżadki".
Na skórze jednak blaknie, zmienia w rozmoczony wspomnianym wyżej płynem pergamin, marnieje. Szkoda.
Wierzę więc, że spełni pokładane weń nadzieje i spodoba się współczesnym nastolatkom. :>

Skład:
goździk (kwiat; nie wyczułam), róża, mięta, ambra, wetyweria


Cacharel, Catch... me

Choć trudno ją nazwać nowością, nawet na polskim rynku, dopiero niedawno udało mi się przetestować wodę.
I cóż? Ano całkiem nieźle. :)
Kandyzowane plasterki owoców cytrusowych oraz laboratoryjnie retuszowane kwiaty (z jaśminem wielkolistnym oraz optymistycznym, esencjonalnym kwiatem pomarańczy na czele) w miarę upływu czasu coraz głębiej zanurzają się w drażniącą mnie paczulową oranżadę - choć paczuli w składzie brak. Tym razem jednak nie czuję irytacji ale umiarkowaną radość.
Może to przez lekką, alchemicznie przewrotną naturalność pachnidła lub dzięki obecności akordu cukrowego oraz zimie? A może chodzi o fakt, że marka pogłębiła oraz udosłowniła przekaz zapoczątkowany niezbyt udaną Scarlett?
Grunt, że jestem zadowolona. Choć z trwałości już trochę mniej.

Skład:
mandarynka, petit grain, kwiat pomarańczy, jaśmin, mleczko migdałowe, ambra, akordy drzewne


Dolce & Gabbana, The One Desire

Kurczę! Gdybym wiedziała, że to kolejny flanker The One, pewnie darowałabym sobie testy (mam uraz do tej serii); tymczasem zostałam wystrychnięta na dudka, dzięki czemu miałam możliwość konfrontacji z własnymi uprzedzeniami. ;)
Okazało się, że nadal istnieją. :] Po raz kolejny dostałam bowiem dużo kwiatów podanych na świeżo, dla niepoznaki umoczonych w cukrowym syropie z elementami przejmująco niedosłownej owocowości liczi oraz tuberozowego miodu (i to wszystko, co z tuberozy udało mi się w Desire wywąchać). A i tak na koniec wyłazi z nich cytruskowy płyn do naczyń.
Nuda.

Skład:
bergamotka, mandarynka, liczi, konwalia, tuberoza, drewno sandałowe, karmel, ambra, wanilia


Dsquared², Potion for Women

W początkach łagodny, zielony kwiatowy puder. Stereotypowo damski oraz lekki, który po kilku chwilach zaczyna nabierać soczystości i - z poprawnego stawać się brzydkim (oczywiście subiektywnie), systematycznie zmierzającym w stronę niesławnej "wody spod kwiatów"; irytująco ozonowej, roślinnej, skażonej ledwie wyczuwalną nutą gnilną.
Szczęśliwie jeszcze później kompozycja ponownie schnie, zmieniając się w ostry, rozedrgany puder z irysów i piżma.
Ech, gdyby nie te zgniłki...! ;)
Wychodzi na to, że seria jednak nie jest dla mnie.

Skład:
jeżyna, bergamotka, fiołek, konwalia, róża, jaśmin, rabarbar (aha! to on bruździ! ;) ), paczuli, ambra, białe piżmo, wanilia


Gucci, Guilty Black

Akcji "zróbmy se hiciora!" edycja... która to już? Trzecia? Czwarta?
Na pewno równie marna jak poprzednie. :>
Nie chodzi nawet o zieloną, kwiatowo-przyprawową, cokolwiek ostrą masę lecz o fakt, w jaki sposób połączono klasyczne, mega-super (lub wiecznie) modne nuty, akordy, poszczególne wersy w całość, która w zamierzeniu ma pasować każdemu i do wszystkiego. Niestety, zamiast niepodważalnej uniwersalności osiągnięto efekt podejrzanie bliski popularnym w okresie PRL żartobliwym tabelkowym ściągom przemówień.
W dwóch słowach (oraz jednym łączniku) podsumuję: bida z nędzą. ;>

Skład:
liście kolendry, lawenda, kwiat pomarańczy, neroli, nuty zielone, drewno cedrowe, paczuli


Hermès, Jour d'Hermès

Rrumburrak! Barrrbarrra! Rrrabarrrrbarrrrr!
Zwłaszcza to trzecie, połączone z sokami zielonymi i energetycznymi. Świeży imbir, porzeczki (na szczęście czarne), jasne, suche drewna oraz świetliste białe kwiaty (neroli? elementy jaśminu? hiacynt?). Gdzieś pod spodem transparentna, ponadzmysłowa cielesność; dziwna. Lekka oraz niewątpliwie artystyczna.
Na mnie ordynarny kwach.
Ponoć do informacji prasowych na temat Dnia Ellena nie chciał podać żadnych wskazówek, z czego powstało nowe pachnidło. Doceniam ten gest, naprawdę.
Zastanawia mnie tylko, czy byłby w stanie rozpoznać swoje najmłodsze "dziecko", gdyby posłać mu próbkę uperfumowanej nim mojej skóry? ;> Przypuszczam, że wątpię. :]

Skład:
zgaduj-zgadula :D


Molinard, Fleur de Chocolat

Kakaowo-śmietankowo-karmelowy krem z owocami. Niezwykle sugestywny i apetyczny, bezwstydny poprawiacz nastroju w pochmurne dni. :)
Od początku wyrazisty, jednostajnie słodki, obrzydliwie smaczny. ;D Im dłużej go nosić, tym bardziej miękki, suchy, pudrowo-cielesny się staje; tym silniejszym okazuje się jego podobieństwo do Musc Maori. Akcenty karmelowych ciągutek zmieszanych z waniliowym pudrem (takim do ciała) natomiast każą pomyśleć o jednej z letnich edycji Angela; nie pamiętam, której. Bliskoskórność wody nie przeszkadza, podobnie, jak jej umiarkowana trwałość.
Tak czy siak optymizm w koncentracie. :)

Skład:
karmel, gorzka czekolada, wanilia


Prada, Luna Rossa

Czy tylko ja, patrząc na powiązaną z rzeczonym pachnidłem jednostkę pływającą, oczyma duszy widzę sławetną Łódkę Bols? ;) Skojarzenie wydaje się potwierdzać reklamujący najnowszy zapach Prady model, chłopię o czółku i oczach nieskalanych myślą - lub mętnych jak po spożyciu (no, prawie :) ).
Szczęśliwie perfumy bronią się same. Przejrzyste, proste, stworzone na delikatnej równowadze między wytrawnością ziół, głównie lawendy oraz szałwii, a roślinną słodyczą pomarańczy (która ponoć i tak jest gorzka ;) ), obu spokojnych, wyważonych, naturalnie przestrzennych dzięki dodatkowi mięty. Delikatnych. Także później, kiedy ujawnia się rodzaj cielesno-drzewnego ciepła; a może tkwiło w wodzie od początku, może to on, lekki, łagodnie optymistyczny ambroksan, odpowiada za elementy słodkie?
Może...?
Luna Rossa to świetne, Pradowo dyskretne pachnidło na każdą okazję; klasa sama dla siebie.

Skład:
gorzka pomarańcza, lawenda, mięta, szałwia, nasiona piżmianu, ambroksan
___
A poza tym: Wild Tobacco od Illuminum. Jak to dobrze mieć własny flakon z esencją Śródziemia! ;)


* * *

Na koniec krótka uwaga techniczna: przepraszam za zaniedbanie korespondencji mejlowej.
Miałam ostatnio sporo zajęć, na szczęście w najbliższe kilka dni czeka mnie laba. Dlatego też na Wasze listy odpisywać będę od jutra.
Mam nadzieję, że jeszcze zdążę z odpowiedziami. :)

piątek, 2 marca 2012

Trzy razy P

Czyli trzy wcielenia paczuli łagodnego, suchego, onirycznego. Pozbawionego słodyczy (jakkolwiek ta dopuszczalna jest jako pochodna nut sąsiednich ;) ), w jakimś stopniu zawieszonego między jawą a snem.


Wiem, że to okładka płyty, lecz stylistyką pasuje do moich wrażeń odnośnie Coromandel marki Chanel.
I już na dzień dobry pojawia się niespodzianka. Paczuli w składzie brak, mimo iż dodatek roślinki wydaje się oczywisty. Skupmy się jednak na samym pachnidle.
A jest na czym, bowiem dzieła tak spokojnego, pełnego naturalnej elegancji oraz dokładnie takiej dozy "dziwności", jaka jest niezbędna by zaznaczyć swój charakter lecz nie uchodzić za odmieńca nie spotyka się codziennie. Szykowne, nieco egzotyczne. Wschodni przepych wzięty w karby zachodniej estetyki. ;)

Coromandel złożono z nut ciepłych oraz miękkich, potulnie przyjmujących narzucany im kształt. "Innych" w ramach sztywnych, upraszczających bogactwo, odzierających ze zbędnego blichtru. Idealnie oddających to, czego na niwie mody użytkowej dokonała Chanel. :) Takich, których można nie lubić, lecz nie doceniać byłoby dowodem bolesnej ignorancji.
W takim kontekście znajduję "tutejsze" paczuli; okolone nutami drzewnymi: sandałowcem, cedrem, odrobiną wetywerii czy aromatycznych żywić, z których najsilniejszą jest skórzany benzoes, rozjaśnionych słodyczą wanilii oraz łagodnym ciepłem ambry. Wdzięczne, efemeryczne, poetyckie. Oraz niezbyt silne, co zresztą nie powinno dziwić w kontekście opisanych klimatów. ;)

Doprawdy, Coromandel w pełni zasługuje na nimb dzieła może nie wybitnego, lecz głośnego i cenionego.


Kolejnym zapachem z gatunku spokojnych paczulowców jest Prada Intense.
Kompozycja tak samo mało krzykliwa, ale ponadto: zmysłowa, nieco dekadencka, pełna. Erotyczna w sposób dyskretny, nie ociekający seksem. Wielowymiarowa, skomponowana z ingrediencji cennych oraz budzących sympatię. Gdzie główną rolę gra gęsta, czerwona róża, przyprawy, egzotyczne drewna czy żywice, ambra, cieknące labdanum oraz właśnie paczuli. Wszystko utarte na masę w miarę jednolitą, rozwija się od pikantnego mroku po upojną, "brudną" słodycz. Doskonałą po prostu. :)
A wszystko to utrzymane w duchu marki: szykowne, wyważone, pełne naturalnego wdzięku. Bogate a jednak nie budzące nawet cienia skojarzeń ze zbędną przesadą.

Prada Intense układa się wokół ciała w poświatę wyraźną acz nienachalną, tworzy aurę tajemnicy oraz radosnego spełnienia, dojrzałą i ciężką, jakkolwiek w sposób mało sztampowy.
Mnie zaś podoba się najbardziej ze wszystkich dzisiejszych propozycji. :)


Ostatnia w kolejce ustawiła się Czerń, Noir de Réminiscence. Uroczy dziwak. :)
Niezbyt słodki, przestrzenny, o ostrych kantach, odświeżony dodatkiem składników o zdolnościach inhalacyjnych: eukaliptusa, chmurki sproszkowanych przypraw tudzież oplatających sylwetkę, palonych żywic.

Z początku mocny, niezbyt przyjemny aromat wspomnianego eukaliptusa, gorzkiego elemi oraz łagodnych nut skórzanych łamie akord wilgotnej ziemi. To, moi Drodzy, fiołek. Do którego dołącza suche, pudrowe, gorzkie paczuli. Istotne są także elementy róży z nutami drzewnymi.
Dopiero pod koniec zjawia sie delikatna słodycz w stylu amaretto. A także nieco więcej kadzidła frankońskiego, lekkiego. Zbliżonego do Olibanum od Pro Fumum Roma czy Ouarzazate. Podbija je drewno sandałowe, cedr czy cyprys oraz odświeżone, krystaliczne paczuli. Ta faza odpowiada mi najbardziej. Tylko co z tego, skoro dwie poprzednie nie są mi miłe? ;)

Noir doceniam, ale nie pragnę. Za klimatem jak z Alicji w Krainie Czarów nie przepadam.



Chanel, Coromandel

Rok produkcji i nos(y): 2007, Jacques Polge oraz Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; bliskoskórny, więc niezbyt mocny. Na wszelkie okazje, dla każdego.

Trwałość: blisko dwunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

benzoes, kadzidło, nuty drzewne, ambra



Prada, Intense

Rok produkcji i nos: 2005, ??

Przeznaczenie: zapach damski, choć dobrze byłoby w nim i mężczyznom. Ciepły, zmysłowy oraz spokojny, niezbyt bliski skórze. Na okazje wszystkie.

Trwałość: od sześciu do blisko dziesięciu godzin (w porywach ale zawsze)

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: gorzka pomarańcza, bergamotka, mimoza, kwiat mandarynki
Nuta serca: róża, mimoza, paczuli, balsam peruwiański
Nuta bazy: drewno sandałowe, wanilia, bób tonka, piżmo, labdanum



Réminiscence, Noir

Rok produkcji i nos: 2009, Jacques Flori

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach, lecz spokojnie może być traktowany jako uniseks. O niezbyt dużej mocy a jednocześnie dosyć wyraźny, chwilami męczący (opinia w pełni subiektywna). Trudno ocenić, na jakie okazje Czerń byłaby najbardziej stosowna. Na pewno nie na pogrzeby.. ;)

Trwałość: około siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: eukaliptus, bergamotka, elemi
Nuta serca: róża, fiołek, paczuli, drewno sandałowe
Nuta bazy: inne akordy drzewne, opoponaks, labdanum, kadzidło frankońskie

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://blogs.yahoo.co.jp/kosmichesound/14589139.html
2. http://www.psychologies.ro/Dosar-Psihologie/Cuplu-Sexualitate/Fantezie-si-erotism-350446
3. http://www.djibnet.com/photo/bedandbreakfast/cinderella-s-silver-halloween-pumpkins-in-a-bed-of-pink-flowers-and-decorative-cabbage-roses-brass-bed-frame-mill-rose-inn-half-moon-bay-california-usa-2977619284.html

poniedziałek, 10 października 2011

Krótko i na temat

To prawda, ja też tak potrafię. ;)
Choćby dlatego, że coraz silniej uświadamiam sobie, iż nigdy nie zrecenzuję wszystkich zapachów, które bym chciała. Ogranicza mnie to, co wszystkich: brak czasu, energii, miejsca na ciele.. Dlatego ten wpis będzie na szybko. Trochę, jak bar typu fast food: wpadasz, mówisz, płacisz, dostajesz, zjadasz coś mniej lub bardziej smacznego i wypadasz dalej w świat. :)
Opinie pisane na kolanie, na chybcika, ale przecież równie "moje", co sążniste dygresyjne recenzje. ;) Zatem do dzieła!

Hermès, Voyage

Spokojny, zdystansowany i dosyć zimny przyprawowiec. Obiektywnie nie jest źle, szkoda tylko, że czuć w Podróży rękę pana Elleny. Z tego, jak wiadomo, nic dobrego wyjść nie może. ;> Przeto na mojej skórze nie słychać ślicznego kardamonu ani jałowca lecz wyłącznie czysty, niezapisany pergamin. I nic ponadto. Słabiutkie, dość nijakie dziwo.
Czym tu się emocjonować?? ;>

Skład:
cytryna Amalfi, kardamon, inne przyprawy, herbata, nuty kwiatowe i zielone, piżmo, nuty drzewne


Juliette Has a Gun, Miss Charming

Bezpieczny, dziewczyński słodziaczek. Proste, niewinne i pudrowe kwiaty zmieszane z owocami. W sam raz dla pań, które nie chcą wyróżniać się zapachowo. Właściwie od zalewu sezonowych Escad różni Miss Charming jedynie wysoki standard wykonania pachnidła oraz pewien upojny, prostolinijny optymizm. Nic dziwnego, wszak wieść niesie, że za zapachem stoi sam Francis Kurkdjian! :)

Skład:
dzikie owoce, marokańska róża, piżmo


Juliette Has a Gun, Lady Vengeance

Nico cięższa, bardziej zmysłowa krewna opisanej wyżej Uroczej Panny. Obłędnie różana i paczulowa, słodka w całkiem nieoczywisty sposób. Miękko oplatająca sylwetkę, bardzo ciepła, nieco pudrowa, bezpieczna w swym konwencjonalnym erotyzmie, jeszcze raz - bardzo kurkdjianowska. :) W sam raz dla osób, które cenią sobie wyszukaną elegancję oraz niezbyt nachalną zmysłowość. Tak, Panią Zemstą warto zainteresować się na dłużej... :)

Skład:
bułgarska róża, wanilia, paczuli


Lalique, Nilang (2011)

Starszej wersji zapachu nie znam, ale wąchając blotter nasączony Nilang pomyślałam: "To są jakieś żarty?!" Litości! Jeszcze jedna ostro-słodka wariacja na temat czekoladowej paczuli, podrasowanej owocową oranżadką. To później, bo na początku mamy do czynienia z bezczelnym zgapialstwem z Czekoladowego tria Il Profumo oraz... Angela Muglerowego. Tak tak! Męcząca jest ta zbieżność i zdecydowanie zbyt oczywista, by być przypadkową. Troszkę szkoda, bo Lalique to marka więcej, niż porządna.

Skład:
mandarynka, brzoskwinia, melon, lotos, borówka, jaśmin, frezja, goździki (przyprawa), paczuli, wanilia, ambra, piżmo


Lalique, White

Napisałam piętro wyżej, że cenię markę Lalique za wysoki poziom kompozycji zapachowych [z małymi wyjątkami, co prawda]. Oto świetny dowód na koncertową wprost jakość perfum marki. White to naprawdę świetne męskie pachnidło: wyraziste, choć nienachalne, wyrafinowane oraz dalekie od sztampy. Niezwykle kuszące, wielce urokliwe, bardzo mmm... ;)
Christine Nagel stworzyła perfumy błyszczące, energetyczne acz nie sportowe (ogromna zaleta!), idealnie wyważone. Dla prawdziwego dwudziestopierwszowiecznego dżentelmena. :)

Skład:
bergamotka, liście cytryny, tamaryndowiec, biały pieprz, gałka muszkatołowa, kardamon, fiołek, drewno cedrowe, ambra, piżmo


Laura Biagiotti, Venezia (2011)

Urocza, słodko-orientalna mikstura o nadzwyczaj kuszących właściwościach. Przed kupieniem flakonu zupełnie w ciemno, po samym tylko teście blotterowym, powstrzymywała mnie jedynie wizja debetu na koncie. :) Podobnie, jak w przypadku Nilang, również Venezię znam tylko z obecnego wcielenia. Rożnicą jest mój jednoznaczny zachwyt nad dziełem sygnowanym przez Biagiotti. Uwielbiam to odzwierciedlenie kręcącej w nosie woni śliwek wyjadanych cichcem z waniliowo-armaniakowej zalewy! :) Śliczne, proste, genialne. W sam raz na jesienne słoty oraz zimową depresję.

Skład:
śliwka, jaśmin, wanilia


Prada, Candy

Powtarzam raz jeszcze: tę kompozycję naprawdę mogli nazwać Infusion de Bensoin! :) Jest podobnie prosta, wyrafinowana, bez mała nobilitująca nosicielkę. Efektowna i wysmakowana niczym stroje wychodzące spod igły Miuccii Prady: znakomitej jakości, lekko cukierkowa, delikatnie oprószona pudrem, cielesna w sposób czysty. Candy jest urocze! :)
Na papierku. Niestety, moja skóra niemal wszystkie Prady zmienia w wody ciche, liche i nijakie; tak transparentne, że aż widmowe. Lub uproszcza to, co i tak jest proste, nawet arcydzieło sprowadzając ad absurdum. Smutne ale prawdziwe.

Skład:
benzoes, piżmo, karmel


Thierry Mugler, Angel Eau de toilette

Cóż mogę napisać? Prostsza, mniej wymagająca wersja oryginału. Wyzuta z jego programowej nieprzewidywalności, układna, w początkach przymilna, choć upojna niczym Eau de parfum, później znacznie bardziej lekka i jakby... krystaliczna? Cukrowo-pieprzowa, słodko-ostra z przewodnią nutą paczuli i kakao. W tle dodatek jakiegoś owocu jagodowego, niezbyt przeze mnie lubianego (dedukcja kieruje ku czerwonej lub białej porzeczce) i owoce laskowe, może nugat. Ładne, ale bez rewelacji. To nie jest TO, raczej się nie polubimy. Nieco mocniejsza Eau de Star i wsio. ;)

Skład:
różowy pieprz, bergamotka, czerwona porzeczka [bingo! ;) ], praliny, wanilia, drewno cedrowe, piżmo, paczuli

I tak to wygląda. :) Po wstępnych oględzinach do dalszych testów kwalifikują się (kolejność przypadkowa): Candy, Venezia i White. Natomiast listę oczekujących otwiera Lady Vengeance. O rozwoju sytuacji będę Was informować! ;)

wtorek, 28 września 2010

Między skrajnościami

Właściwie w dalszym ciągu nie wiem, jak odnieść się do Infusion d’Homme Prady: z jednej strony zapach mnie rozczarował, lekko zniechęcił, ale przecież jest w nim coś zastanawiająco niezwykłego! Trudna, dwoista woń.


Cała historia rozpoczyna się dziwacznym połączeniem łagodnych, mało inwazyjnych zamszowych akcentów z toną irysowego pudru, tłumiącego i przyduszającego cały świat swym jasnofiołkowym, sproszkowanym jestestwem. ;) W mojej głowie zaczyna wykluwać się wizja upudrowanego, uperuczonego, strojnego w jedwabie, atłasy i brokaty osiemnastowiecznego dandysa, który z czystą wodą nie styka się nawet podczas posiłków. ;) Człowieka głośnego, obcesowego, nieco zaborczego, irytującego – słowem: prostackiego. Postaci tak jaskrawej, że aż nierealnej. Karykaturalnie przerysowanej.
Ów osobnik zwykł spędzać całe dnie i noce na zabawach i rozrywkach wszelakich. Jest mu z tym tak wygodnie, że nawet nie zastanowi się, czy czegoś przypadkiem nie traci, czy aby coś mu nie umyka. Pozwala, aby atłasy i puder zagłuszyły jego osobowość; nie przejmuje się starymi zrzędami i kpi ze szkaradnych panien na wydaniu; wszystko, co nie jest łatwą rozrywką nuży go i męczy.
Kiedy czasem zza ubrudzonego irysowym pudrem kostiumu wyjrzy delikatny obłoczek kadzidła, mój bohater otrząsa się z obrzydzeniem i idzie się napić. ;) Kiedy, choć na moment, stery obejmuje wetyweria, dandys czym prędzej wzywa służącego, by ten przypudrował jego perukę. I udaje się do teatru: najpierw „w krzesła”, a później, po sztuce, za kulisy. :)


Jednak, wraz w upływem czasu i rozwojem Infusion d’Homme, opisana wyżej maska powoli zaczyna opadać; choć irys nadal dyktuje warunki, to spomiędzy jego płatków zaczyna unosić się dym: delikatnie, wąską strużką, bardzo dyskretnie, ale jednak. Suchy wetyweriowy papirus staje się nieco wyraźniejszy, by po krótkiej chwili zniknąć na zawsze; jeszcze krótszy jest akord cedrowy. To wszystko jednak wystarczy, by wstrętny puder ewoluował w prawdziwy kwiat, zerwany przed chwilą przez dłoń w ciemnej zamszowej rękawicy.
Aromat staje się... smutny (tak, to dobre słowo). Ponury, a może zrezygnowany. Pozbawiony nadziei. Wszystko dlatego, że mój dandys nareszcie dojrzał; po to, by zrozumieć, ze nic i nikt nie jest w stanie cofnąć czasu i że właśnie stracił wszystkie szanse na godne życie oraz prawdziwe spełnienie. Czy bezpowrotnie?
Przypuszczam, że tak.

Baza jest nadspodziewanie, nawet jak na wycofaną konstrukcję całości, miękka i dyskretna, w pewnym sensie mleczna. A raczej mleczno-kadzidlana. :) Do niezwykłego, ani dymnego, ani zimnego kadzidła dołącza ciche, wyszeptane wspomnienie po cedrowym drewnie oraz jakieś jeszcze drzewne akordy, niemożliwe do zdemaskowania (heban to czy cyprys?), nieomal rozpływające się w gęstej mgle. Niezrozumiałe, a jednak wciągające. W pewien sposób rozpaczliwe, choć też oczarowujące niecodzienną urodą. Niezbyt męczące, a jednak trudne. Dziwne. W dwójnasób – dziwne.

Stąd skojarzenie z Eugeniuszem Onieginem [na drugiej fotografii Ralph Fiennes, wcielający się w tę postać w jednej z ekranizacji poematu Puszkina]: bohaterem skomplikowanym, niejednoznacznym, w równym stopniu antypatycznym co skłaniającym czytelników do identyfikacji z nim. Żywym. I beznadziejnym.
Ot, człowiek.


Rok produkcji i nos: 2008, Daniela Andrier

Przeznaczenie: aromat stworzony jako męski, ale ciekawie układa się również na skórze kobiety. Spokojny, wyważony, elegancki – więc znakomicie sprawdzi się podczas wszystkich okazji formalnych, zawodowych i prywatnych.

Trwałość: w granicach dziesięciu godzin.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: irys pallida, neroli
Nuta serca: wetyweria, drewno cedrowe
Nuta bazy: kadzidło somalijskie, benzoes
___
Dziś noszę l’Air du Temps od Niny Ricci.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. 18th century blog. Fashion and culture from the 1700s. (KLIK) Na zdjęciu widnieje nie kto inny, jak Hugh Laurie, czyli książę Walii w trzeciej serii Czarnej Żmii. ;)
2. knightleyemma.wordpress.com/2009/12/21/onegin-1999 [recenzja filmu Oniegin].