No tak. Katar katarem ale perfumerie kuszą, aby zajrzeć do nich choć na krótką chwilę. Co też robiłam w czwartek oraz wczoraj. Obwąchałam przy okazji kilka zapachów, o których chciałabym napisać dosłownie słówko. Bardzo pobieżnie oraz z ogromnym marginesem błędu, niemniej jednak pokusa okazała się zbyt silna. ;)
Więc, bardzo proszę, nie traktujcie moich opinii poważniej, niż na to zasługują. :]
Balmain, Extatic
Na początku koszmarny banał, kwiatowo-owocowy ulep z quasiorientalnym podszyciem, później delikatnieje, jaśnieje i robi się ciekawszy. Sympatyczny drzewny jaśmin z subtelnym na subtelnym, pyłkowo-zamszowym tle, nowoczesny floriental jak się patrzy.
Polubiłam, choć pewnie pełnoprawnego testu pachnidło się nie doczeka. Niemniej jednak: sprawdźcie, co Wam szkodzi! ;)
Skład:
gruszka nashi, osmantus, róża, orchidea Sharry Baby, irys, jaśmin, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, amyris, skóra
Escada, Born in Paradise
Limitowanki Escady w interpretacji perfumoholików stoją tylko jedno oczko wyżej niż Lacoste, zapachy celebryckie oraz Avon. Tak głosi stereotyp. Który, w mojej skromnej opinii, ma ogromną rację bytu. ;> Jednak nie wolno pozwalać mu nad sobą dominować; warto czasem przeprosić się z nielubianymi markami, bo a nuż omija nas coś ciekawego?
Na przykład takie Born in Paradise: słodki, skoncentrowany syrop, koktajl na bazie mleka kokosowego oraz soku z ananasa, ożywiony lekkością gujawy oraz arbuza, z czymś wyraźnie kwaskowym w tle. Sympatyczny materiał na kompletnie niezobowiązującą wakacyjną znajomość, nie tylko dla fanów drinka piña colada! ;)
Jak na tę markę, rzecz zdecydowanie warta uwagi.
Skład:
gujawa, zielone jabłko, arbuz, mleko kokosowe, ananas, drewno sandałow, drewno cedrowe, białe piżmo
Estée Lauder, Modern Muse
Miał być przebój na wiele lat, jest magiczny eliksir o właściwościach usypiających. Takie nic. Taaaka nuuuuudaa! ;P Kwiatki istnieją tu głównie na papierze, również sztuczny pseudoorient łka po cichu w kącie. Całkowity brak osobowości, wypracowanej samodzielnie ani nawet zapożyczonej. Nie.
Classic level? Estée Lauder, robicie to źle.
Ogromnie żal mi zmarnowanej okazji.
Ekhm, skład:
jaśmin, mandarynka, wiciokrzew, jaśmin wielkolistny, tuberoza, lilia oraz inne akordy kwiatowe, akordy drzewne, dwa rodzaje paczuli, drewno ambrowe (?), łagodne piżmo, wanilia
Jimmy Choo, Flash London Club
:przeciąga się i ziewa:
Aaaaa...! O, to już?! Trzeba opisać ten zapach? Wybaczcie ale kompletnie go przespałam. Kom-plet-nie. :P
Niby wąchałam, nawet podwinęłam rękaw swetra żeby psiknąć tym w okolice łokcia ale teraz nie potrafię Wam niczego powiedzieć. Marniutka moc, trwałość bardzo podobna. Zaś sama konstrukcja nut... wyparowała mi z głowy, co chyba mówi o niej wystarczająco dużo. :>
Skład:
liczi, bergamotka, tuberoza oraz inne białe kwiaty, jasne drewna oraz piżmo
Masakï Matsushïma, Aqua Earth
Jedni twierdzą, że to uniseks, inni - że perfumy męskie. Co za różnica; i tak nosić będzie, kto zechce. Jak zwykle zresztą. :)
Dla mnie ta woda to sympatyczny, niekoniecznie słodki oraz mało banalny zielony świeżak, z lekko gorzkimi cytrusami oraz soczystym, chłodnym neroli na pierwszych miejscach. Kroku dotrzymuje im wyraźne choć łagodne, gładziutkie cedrowe deski, na których ktoś rozłożył dosłownie parę listków mięty i obsypał je pączkami owocujących gałązek czarnej porzeczki (których zresztą także nie ma zbyt wielu). Gdzieś w tle prawie naturalistyczne nuty morskie [wiecie, driftwood, glony, sól etc.] łączą się cedrem oraz cytrusowo-nerolowym akordem głównym a wszystko to nie wiadomo jakim cudem układa się na skórze w energetyczny, ciepły płaszcz.
Potęga reklamy? Wątpię, ponieważ przed i podczas szybkiego testu Aqua Earth nie miałam z nią nawet pobieżnej styczności. Zatem twórcom chyba udało się osiągnąć zamierzony cel. :)
Skład:
pomarańcza, tangerynka, cytryna, czarna porzeczka, mięta, akord wody morskiej, neroli, drewno cedrowe, paczuli
Paco Rabanne, Invictus
Uwaga: pasztet alert! ;P
Nie no, model na fotografii nie wygląda znowu tak źle; to w reklamie stanowił widok średnio atrakcyjny by nie rzec, że mało apetyczny. ;] Jednak to nie on powinien robić wrażenie - ani nie kiczowaty flakon - ale sam zapach, tworzony przez prawdziwą plejadę perfumiarskich gwiazd, z Dominikiem Ropion i Olivierem Polge na czele. Tu jednak nie wyszło. Ponieważ każde z twórców ma na swoim koncie także porażające gnioty, cieszące się wszelako popularnością wśród mas, podczas prac nad Invictusem widocznie kazano im obrać właśnie taki kierunek.
W efekcie otrzymaliśmy dzieło mocne, duszące, zapychające moje nozdrza mieszaniną najbardziej popularnych... środków do czyszczenia kuchni i łazienek. :P Chemiczne cytrusy z wyraźną nutką chloru, morski odświeżacz powietrza do toalet oraz niby-kwiatowy, "przyjemny i świeży" płyn do płukania tkanin. Agresywny oraz trwały jak one same.
Borze szumiący, co za porażka. A idź se facet wygrywać zawody w sprzątaniu na czas i nie zawracaj mi więcej głowy.
Skład:
mandarynka, grejpfrut, akord morski, liść laurowy, jaśmin, paczuli, drewno gwajakowe, mech dębowy, szara (???) ambra
___
Dziś u mnie Cuir de Russie marki L. T. Piver.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balmain. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balmain. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 lutego 2014
poniedziałek, 16 września 2013
Zboczyłam z drogi (na chwilkę)
Niedawno zarzekałam się, że moja noga jeszcze przez długi czas w żadnej z galeriowych, sieciówkowych perfumerii nie postanie. I co? Wystarczyło, że konieczność uzupełnienia zapasów ulubionych kosmetyków pielęgnacyjnych zapędziła mnie do Douglasa a nie byłam w stanie oprzeć się pokusie, by przy okazji obwąchać to i owo. :D
Zresztą czekało na mnie [i tylko na mnie, przecież to oczywiste ;) ] kilka nowości, spośród których najbardziej godnymi opisu wydawały się:
Giorgio Armani, Si
Dobry zapach, stworzony przez ludzi mądrych oraz zdolnych. Czuć lata pracy, włożone w jego powstanie.
Kaszmirowa miękkość oraz niski stopień dosłowności słodkich paczulowych akordów czynią z Si pachnidło wprost stworzone na jesienne oraz zimowe miesiące. Nosi się je z przyjemnością, pozwalając wodzie miękko otulić naszą sylwetkę. Od złamanej zieleni liści porzeczki aż po różano-paczulowo-waniliowo-drzewną [przysięgam, że wyczułam także śliwkę!] bazę mamy do czynienia z kompozycją tyleż staranną co poprawną; jak wspomniałam: czuć lata pracy, sporą liczbę odrzuconych soczków oraz równie dużą ilość poprawek formuły już zaakceptowanej. Wszystko po to, by tu przyciąć, tam zaokrąglić słowem: zadowolić dosłownie każdą klientkę. Co w końcu dało efekt poprawny politycznie, konwencjonalnie piękny ale nazbyt zachowawczy.
Dodatkowo klimatem oraz kolorystyką [istniejącą w mojej głowie, rzecz jasna] przypomina Si kilka innych pachnideł niszowych oraz butikowych: od Midnight Poison Diora przez Lady Vengeance od Juliette Has a Gun aż po Mon Parfum Chéri Annick Goutal i Réjouissance marki Yes for Lov. Od Coco Noir przez pierwsze perfumy Bottegi Venety oraz elementy Boxueuses z pałacowej linii Lutensa aż po Nouez-Moi marki House of Sillage. Było już wiele razy. Choć może niekoniecznie dzięki takiemu właśnie zestawowi nut. :)
Skład:
liście czarnej porzeczki, frezja, róża majowa, wanilia, paczuli, ambroksan, akordy drzewne
Balmain, Monsieur Balmain
Zapach do poznania. Oraz polubienia. Szczególnie wśród miłośników staroświeckiej, wielowymiarowej męskiej klasyki. :) Tym bardziej, że reformulacja wygładziła trochę Pana Balmain, ubrała go w strój o klasycznym stroju lecz z nowocześniejszych, oddychających materiałów oraz bez cienia litości zgoliła mu baczki. ;) Co oczywiście odjęło mu autentyczności jednak pozwoliło rozwinąć się apetycznym, fenomenalnie przestrzennym nutom cytrusów, niemal całkowicie pozbawionym słodyczy. Przyprawy z kminkiem na czele w nowej wersji pachnidła pełnią rolę pomocniczą, zręcznie wyprowadzając wodę z co bardziej banalnych rejonów; gdzieś na drugim planie, przy głębokim wdechu z przepony pojawia się intrygująca ziołowo-muszkatowa goryczka. Akordy drzewne stanowią jasne, starannie wypolerowane tło dla opisynaych już składników, piżmo i ambra, jeżeli są, to syntetyczne. Utrzymują mieszankę na skórze, pozwalając temu na poły zdziczałemu i salonowemu tworowi wybrzmieć do końca, głosem równie czystym oraz dźwięcznym, co na samym początku. Nawet jeżeli ze zrozumiałych powodów znacznie cichszym. :)
Świetny, znakomity zapach!
[Uwaga, na półkach Douglasa stoi również popularny Carbone, zatem droga do testów bez konieczności zakupu próbki online stoi otworem. ;) Tak tylko piszę, jakby kto był ciekaw].
Skład:
gorzka pomarańcza, cytryna, bergamotka, mięta, rozmaryn, tymianek, imbir, pieprz, kminek, gałka muszkatołowa, róża, drewno sandałowe, mech dębowy, szałwia, wetyweria, ambra, piżmo
Dsquared², Potion Blue Cadet
Ojej! Pan z fotografii reklamowej całkiem ładny, zapach - wprost przeciwnie. ;] Znów czuję, jak wzbiera we mnie chęć ziewania. Ileż to już razy było? I ileż jeszcze będzie? Kiedy znów zaatakują mnie chemiczne cytrusy w towarzystwie świeżych cedrowych szczap (damskie Light Blue niniejszym kłania się w pas) oraz słodko-przestrzennej, niby-to-aromatycznej oranżadki?
Seria Wood tej samej marki, Luna Rossa Prady, Homme od Guerlain czy Dior Homme Sport to tylko kilka pierwszych z brzegu skojarzeń. O ile dwa pierwsze są raczej zaszczytne, bo nawiązują do wód może zupełnie obcych mojemu gustowi, za to poprawnych oraz całkiem przyjemnych, dwa kolejne sugerują kompletną zbędność Potion Blue Cadet. Choć zapach stworzono w myśl najbardziej szlachetnych zasad współczesnego olfaktorycznego marketingu, mnie męczy ponadprzeciętnie. Głównie swoją... przeciętnością. ;) Oraz sillage, zdecydowanie zbyt zamaszystym.
Skład:
mandarynka, bergamotka, grejpfrut, liście czarnej porzeczki, balsam jodłowy, szczwół plamisty, drewno cedrowe, bób tonka, piżmo
Rouge Bunny Rouge, Incantation
Największym zaskoczeniem na Douglasowych półkach okazały się dla mnie perfumy marki Rouge Bunny Rouge, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czy możliwa jest super-hiper głęboka nisza w świątyni perfum nudnych oraz zachowawczych? Oczywiście, że nie! ;) RBR okazało się kolejną marką kosmetyków kolorowych, która zapragnęła dopieścić swoje klientki perfumami. MAC i Benefit, szykuje Wam się godna konkurencja! ;)
Od wód Benefitu nawet godniejsza, bowiem wszystkie poznane przez mnie pachnidła [nie obwąchałam jedynie Chatoyant, gdyż zastałam doszczętnie osuszony tester; może filia dostała już wcześniej używany...?], chociaż dalekie od moich gustów, prezentują wysoki poziom. Incantation na przykład w początkach kusi jasną ale zadziorną eugenolowo-kwiatową nutą, by dopiero pod wpływem ludzkiego ciepła ujawnić obecność sporej ilości figowego soku.
Które jeszcze później okazują się sokiem zgniecionymi w dłoni figowymi listkami oraz gałązkami. Ich figlarna, bardzo niedosłowna gorycz w ciekawy sposób łączy się z pikanterią kolendry oraz głębią woni róży stulistnej. Jeszcze później mamy syntetyczne (i przyjemne) jasne drewna, złocisty, mało słodki wosk [jak to on.. :) ] oraz białopiżmowe ciepło. Zapach wart poznania acz niezbyt trwały.
Skład:
czarna porzeczka, cytrusy, figa, kolendra, kardamon, kwiat pomarańczy, róża, wetyweria, drewno cedrowe, białe piżmo, wosk
Rouge Bunny Rouge, Lilt
O ile Incantation figa zaledwie współtworzyła, tutaj ma szansę zabłysnąć pełnym blaskiem. I świeci, jako żywo - świeci! Jak to tylko figa potrafi, blaskiem pastelowo-mlecznym lecz oślepiającym; soczyście zielona a jednocześnie kokosowa, obramowana aksamitną brzoskwiniową słodyczą z jednej strony a przejrzyście zielonym lecz szybko schnącym ostrym trawiastym akordem z drugiej.
Co ciekawe, kiedy tylko przeminie deserowo-owocowa słodycz otwarcia, zauważam tę wibrującą zieleń przechodzącą z czasem w... aromat muchozolu, tego zapamiętanego z dzieciństwa, nie perfumowanych muchobójców z lat późniejszych. :D Szczęśliwie wyraźniejszą na papierku testowym aniżeli na skórze, jednak aż nadto sugerującą, że Lilt nie jest zapachem całkiem dla mnie. Choć przecież wybitnie niszowe brzmienie dodało mu całkiem sporo punktów na mojej prywatnej skali fajności perfum. ;) Niemniej jednak dziękuję. Boję się zatrucia oparami. ;)
Skład:
liść figi oraz inne akordy zielone, fiołek, brzoskwinia, kokos, wetyweria, piżmo
Rouge Bunny Rouge, Vespers
Nie wątpię, że w tym przypadku zasugerowałam się nazwą, jednak nie mogę pominąć milczeniem odkrycia, że ów zapach z powodzeniem mogłaby nosić współczesna wersja Vesper Lynd, tak z powieści Fleminga, jak i z jej kinowej wersji: udręczona kobieta w klinczu wyjątkowo paskudnej gry wywiadów. [Choć prawdę mówiąc do domniemanego pierwowzoru Vesper, Krystyny Skarbek, pasuje niespecjalnie. Przynajmniej w moim wyobrażeniu]. Z jednej strony pojawia się świeżość i niewinność, skryta pod postacią wiosennych kwiatów (plus róża) oraz soczystego, słodkiego, chrupkiego jabłka, z drugiej mamy świeżo zmieloną na proszek, brunatną imbirowo-cynamonowo-pieprzową masalę, unoszącą się ponad zimnymi, igiełkowo-ziemistymi sokami wyciśniętymi z fiołkowych liści. Obydwie frakcje ścierają się ponad standardową, raczej nudną bazą z jasnego drewna oraz czyściutkiego piżmowego puderku. Nawet zjawiający się na pograniczu serca i bazy zredukowany waniliowy budyń nie zdołał przechylić szali zwycięstwa na którąkolwiek stronę. Upupiona, dziewczyńska kobiecość w lekkim wydaniu nie potrafi ani ustąpić chmurze korzeni wraz z lekko paliwowym fiołkiem ani jej sobie podporządkować. I na odwrót. Jedynym wyjściem wydaje się chyba tylko przedwczesna śmierć zapachu.
Vespers to bodaj najbardziej motywujące mój umysł, najmniej wtórne a przy tym standardowo kobiece perfumy wodno-ozonowe, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. Biorąc pod uwagę niski wskaźnik banalności dokonań marki, nie wróżę jej na polskim rynku sukcesu. ;> A już zwłaszcza - nie dzięki sieciówkowym perfumeriom z galerii handlowych, gdzie najlepiej sprzedają się przeciętność oraz nijakość. Szkoda.
Skład:
czarny pieprz, cynamon, liście oraz kwiaty (?) fiołka, bergamotka, konwalia, róża, zielone jabłko, drewno sandałowe, drewno cedrowe, piżmo, wanilia
Przybyłam. Zobaczyłam. Wbrew pozorom zwyciężyłam. ;) Zapoznałam się z nowościami, więc teraz mogę w spokoju dalej pławić się w niebanalnym pięknie niszy albo innych perfumowych dziwadeł. I tylko Balmain oraz Rouge Bunny Rouge żal...! :)
___
Dziś Onda od Vero Proumo, czyste perfumy.
Zresztą czekało na mnie [i tylko na mnie, przecież to oczywiste ;) ] kilka nowości, spośród których najbardziej godnymi opisu wydawały się:
Giorgio Armani, Si
Dobry zapach, stworzony przez ludzi mądrych oraz zdolnych. Czuć lata pracy, włożone w jego powstanie.
Kaszmirowa miękkość oraz niski stopień dosłowności słodkich paczulowych akordów czynią z Si pachnidło wprost stworzone na jesienne oraz zimowe miesiące. Nosi się je z przyjemnością, pozwalając wodzie miękko otulić naszą sylwetkę. Od złamanej zieleni liści porzeczki aż po różano-paczulowo-waniliowo-drzewną [przysięgam, że wyczułam także śliwkę!] bazę mamy do czynienia z kompozycją tyleż staranną co poprawną; jak wspomniałam: czuć lata pracy, sporą liczbę odrzuconych soczków oraz równie dużą ilość poprawek formuły już zaakceptowanej. Wszystko po to, by tu przyciąć, tam zaokrąglić słowem: zadowolić dosłownie każdą klientkę. Co w końcu dało efekt poprawny politycznie, konwencjonalnie piękny ale nazbyt zachowawczy.
Dodatkowo klimatem oraz kolorystyką [istniejącą w mojej głowie, rzecz jasna] przypomina Si kilka innych pachnideł niszowych oraz butikowych: od Midnight Poison Diora przez Lady Vengeance od Juliette Has a Gun aż po Mon Parfum Chéri Annick Goutal i Réjouissance marki Yes for Lov. Od Coco Noir przez pierwsze perfumy Bottegi Venety oraz elementy Boxueuses z pałacowej linii Lutensa aż po Nouez-Moi marki House of Sillage. Było już wiele razy. Choć może niekoniecznie dzięki takiemu właśnie zestawowi nut. :)
Skład:
liście czarnej porzeczki, frezja, róża majowa, wanilia, paczuli, ambroksan, akordy drzewne
Balmain, Monsieur Balmain
Zapach do poznania. Oraz polubienia. Szczególnie wśród miłośników staroświeckiej, wielowymiarowej męskiej klasyki. :) Tym bardziej, że reformulacja wygładziła trochę Pana Balmain, ubrała go w strój o klasycznym stroju lecz z nowocześniejszych, oddychających materiałów oraz bez cienia litości zgoliła mu baczki. ;) Co oczywiście odjęło mu autentyczności jednak pozwoliło rozwinąć się apetycznym, fenomenalnie przestrzennym nutom cytrusów, niemal całkowicie pozbawionym słodyczy. Przyprawy z kminkiem na czele w nowej wersji pachnidła pełnią rolę pomocniczą, zręcznie wyprowadzając wodę z co bardziej banalnych rejonów; gdzieś na drugim planie, przy głębokim wdechu z przepony pojawia się intrygująca ziołowo-muszkatowa goryczka. Akordy drzewne stanowią jasne, starannie wypolerowane tło dla opisynaych już składników, piżmo i ambra, jeżeli są, to syntetyczne. Utrzymują mieszankę na skórze, pozwalając temu na poły zdziczałemu i salonowemu tworowi wybrzmieć do końca, głosem równie czystym oraz dźwięcznym, co na samym początku. Nawet jeżeli ze zrozumiałych powodów znacznie cichszym. :)
Świetny, znakomity zapach!
[Uwaga, na półkach Douglasa stoi również popularny Carbone, zatem droga do testów bez konieczności zakupu próbki online stoi otworem. ;) Tak tylko piszę, jakby kto był ciekaw].
Skład:
gorzka pomarańcza, cytryna, bergamotka, mięta, rozmaryn, tymianek, imbir, pieprz, kminek, gałka muszkatołowa, róża, drewno sandałowe, mech dębowy, szałwia, wetyweria, ambra, piżmo
Dsquared², Potion Blue Cadet
Ojej! Pan z fotografii reklamowej całkiem ładny, zapach - wprost przeciwnie. ;] Znów czuję, jak wzbiera we mnie chęć ziewania. Ileż to już razy było? I ileż jeszcze będzie? Kiedy znów zaatakują mnie chemiczne cytrusy w towarzystwie świeżych cedrowych szczap (damskie Light Blue niniejszym kłania się w pas) oraz słodko-przestrzennej, niby-to-aromatycznej oranżadki?
Seria Wood tej samej marki, Luna Rossa Prady, Homme od Guerlain czy Dior Homme Sport to tylko kilka pierwszych z brzegu skojarzeń. O ile dwa pierwsze są raczej zaszczytne, bo nawiązują do wód może zupełnie obcych mojemu gustowi, za to poprawnych oraz całkiem przyjemnych, dwa kolejne sugerują kompletną zbędność Potion Blue Cadet. Choć zapach stworzono w myśl najbardziej szlachetnych zasad współczesnego olfaktorycznego marketingu, mnie męczy ponadprzeciętnie. Głównie swoją... przeciętnością. ;) Oraz sillage, zdecydowanie zbyt zamaszystym.
Skład:
mandarynka, bergamotka, grejpfrut, liście czarnej porzeczki, balsam jodłowy, szczwół plamisty, drewno cedrowe, bób tonka, piżmo
Rouge Bunny Rouge, Incantation
Największym zaskoczeniem na Douglasowych półkach okazały się dla mnie perfumy marki Rouge Bunny Rouge, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czy możliwa jest super-hiper głęboka nisza w świątyni perfum nudnych oraz zachowawczych? Oczywiście, że nie! ;) RBR okazało się kolejną marką kosmetyków kolorowych, która zapragnęła dopieścić swoje klientki perfumami. MAC i Benefit, szykuje Wam się godna konkurencja! ;)
Od wód Benefitu nawet godniejsza, bowiem wszystkie poznane przez mnie pachnidła [nie obwąchałam jedynie Chatoyant, gdyż zastałam doszczętnie osuszony tester; może filia dostała już wcześniej używany...?], chociaż dalekie od moich gustów, prezentują wysoki poziom. Incantation na przykład w początkach kusi jasną ale zadziorną eugenolowo-kwiatową nutą, by dopiero pod wpływem ludzkiego ciepła ujawnić obecność sporej ilości figowego soku.
Które jeszcze później okazują się sokiem zgniecionymi w dłoni figowymi listkami oraz gałązkami. Ich figlarna, bardzo niedosłowna gorycz w ciekawy sposób łączy się z pikanterią kolendry oraz głębią woni róży stulistnej. Jeszcze później mamy syntetyczne (i przyjemne) jasne drewna, złocisty, mało słodki wosk [jak to on.. :) ] oraz białopiżmowe ciepło. Zapach wart poznania acz niezbyt trwały.
Skład:
czarna porzeczka, cytrusy, figa, kolendra, kardamon, kwiat pomarańczy, róża, wetyweria, drewno cedrowe, białe piżmo, wosk
Rouge Bunny Rouge, Lilt
O ile Incantation figa zaledwie współtworzyła, tutaj ma szansę zabłysnąć pełnym blaskiem. I świeci, jako żywo - świeci! Jak to tylko figa potrafi, blaskiem pastelowo-mlecznym lecz oślepiającym; soczyście zielona a jednocześnie kokosowa, obramowana aksamitną brzoskwiniową słodyczą z jednej strony a przejrzyście zielonym lecz szybko schnącym ostrym trawiastym akordem z drugiej.
Co ciekawe, kiedy tylko przeminie deserowo-owocowa słodycz otwarcia, zauważam tę wibrującą zieleń przechodzącą z czasem w... aromat muchozolu, tego zapamiętanego z dzieciństwa, nie perfumowanych muchobójców z lat późniejszych. :D Szczęśliwie wyraźniejszą na papierku testowym aniżeli na skórze, jednak aż nadto sugerującą, że Lilt nie jest zapachem całkiem dla mnie. Choć przecież wybitnie niszowe brzmienie dodało mu całkiem sporo punktów na mojej prywatnej skali fajności perfum. ;) Niemniej jednak dziękuję. Boję się zatrucia oparami. ;)
Skład:
liść figi oraz inne akordy zielone, fiołek, brzoskwinia, kokos, wetyweria, piżmo
Rouge Bunny Rouge, Vespers
Nie wątpię, że w tym przypadku zasugerowałam się nazwą, jednak nie mogę pominąć milczeniem odkrycia, że ów zapach z powodzeniem mogłaby nosić współczesna wersja Vesper Lynd, tak z powieści Fleminga, jak i z jej kinowej wersji: udręczona kobieta w klinczu wyjątkowo paskudnej gry wywiadów. [Choć prawdę mówiąc do domniemanego pierwowzoru Vesper, Krystyny Skarbek, pasuje niespecjalnie. Przynajmniej w moim wyobrażeniu]. Z jednej strony pojawia się świeżość i niewinność, skryta pod postacią wiosennych kwiatów (plus róża) oraz soczystego, słodkiego, chrupkiego jabłka, z drugiej mamy świeżo zmieloną na proszek, brunatną imbirowo-cynamonowo-pieprzową masalę, unoszącą się ponad zimnymi, igiełkowo-ziemistymi sokami wyciśniętymi z fiołkowych liści. Obydwie frakcje ścierają się ponad standardową, raczej nudną bazą z jasnego drewna oraz czyściutkiego piżmowego puderku. Nawet zjawiający się na pograniczu serca i bazy zredukowany waniliowy budyń nie zdołał przechylić szali zwycięstwa na którąkolwiek stronę. Upupiona, dziewczyńska kobiecość w lekkim wydaniu nie potrafi ani ustąpić chmurze korzeni wraz z lekko paliwowym fiołkiem ani jej sobie podporządkować. I na odwrót. Jedynym wyjściem wydaje się chyba tylko przedwczesna śmierć zapachu.
Vespers to bodaj najbardziej motywujące mój umysł, najmniej wtórne a przy tym standardowo kobiece perfumy wodno-ozonowe, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. Biorąc pod uwagę niski wskaźnik banalności dokonań marki, nie wróżę jej na polskim rynku sukcesu. ;> A już zwłaszcza - nie dzięki sieciówkowym perfumeriom z galerii handlowych, gdzie najlepiej sprzedają się przeciętność oraz nijakość. Szkoda.
Skład:
czarny pieprz, cynamon, liście oraz kwiaty (?) fiołka, bergamotka, konwalia, róża, zielone jabłko, drewno sandałowe, drewno cedrowe, piżmo, wanilia
Przybyłam. Zobaczyłam. Wbrew pozorom zwyciężyłam. ;) Zapoznałam się z nowościami, więc teraz mogę w spokoju dalej pławić się w niebanalnym pięknie niszy albo innych perfumowych dziwadeł. I tylko Balmain oraz Rouge Bunny Rouge żal...! :)
___
Dziś Onda od Vero Proumo, czyste perfumy.
Etykiety:
Armani,
aromatyczne,
Balmain,
drzewne,
Dsquared²,
kwiatowe,
orientalne,
perfumy,
Rouge Bunny Rouge,
świeże
sobota, 12 maja 2012
Przystanek Podgórze, cz. 3
Po zaprzeszłych już częściach pierwszej i drugiej, przyszedł czas na szybki powrót do serii zapachów paliwowo-motoryzacyjnych. :) Lecz dlaczego szybki?
A jakiż inny mógłby być przy takich skojarzeniach? ;)
Na dziś przygotowałam dla Was recenzję aromatu bardzo wyrazistego, ostrego i kierującego moje myśli jednoznacznie ku szeroko pojmowanym klimatom motoryzacyjno-technicznym, lecz w tej samej chwili zaskakująco delikatnego, wpadającego w akordy krystalicznej słodyczy. Dlatego też przywodzącego mi na myśl klimat, jaki dekady temu musiał towarzyszyć pierwszym wyścigom samochodowym. Nie tyle napęczniałej, zglobalizowanej komerchy, ile podszytej ambicją dobrej zabawy; fakt, że nierzadko kosztownej, ale jednak wynikłej z pasji, nie zaś tylko cynicznie ją wykorzystującej. :> Zapach, dzięki któremu mogłabym nawet polubić sporty motorowe... gdyby dane mi było przyjść na świat w pierwszych trzech dekadach dwudziestego wieku. ;) O co chodzi?
O Carbone od Balmain.
Widzę go bowiem mniej więcej tak:
Carbone zaciekawia kilkoma cechami naraz: nienarzucającą się siłą, krystalicznością, optymizmem, kapką zdrowej adrenaliny jak również ostrym przemysłowym akcentem, złamanym jednak lekką, acz niekulinarną słodyczą.
To sympatyczny, wrzynający się w przegrody nosowe "żywiczniak", operujący ciekawym kontrastem między ostrą, igiełkową szklistością irysowej woni, podbitej lekko przydymioną wetywerią (wyobraźcie sobie, proszę, Encre Noire PH Eau Fraîche ;) ) a tradycyjnym ciepłem żywic, balsamiczną plastycznością elemi, olibanum, mirry, zamszową delikatnością benzoesu. Gdzie świeżość miesza się z głębią w sposób taki, iż każdy z poszczególnych elementów traci swoją przyrodzoną cechę po to tylko, by całość mogła zagrać w jednym tempie. Aby stworzyć pachnidło w stylu wyrazistym a jednak mało typowym. Może nie całkiem łamiącym konwencję, lecz żywo z nią dyskutującym, zwodzącym i wprost roziskrzonym nienagannym, lekkim poczuciem humoru. Doprawionym emocjami i adrenaliną; jednak bez przesady - piszę wszak o czasach, kiedy w tego typu imprezach naprawdę liczyła się dobra zabawa. No i prestiż społeczny. ;) Jednak nie sława czy pieniądze [gdyż je ówcześni wzięci automobiliści najczęściej posiadali i bez swojego hobby ;) ].
W Carbone pojawiają się też i wspomniane akordy paliwa: ropy czy nafty [chwilami myślałam nawet o Ignacym Łukasiewiczu :) ]. Mam wrażenie, że wynikają przede wszystkim z "ostrzejszej" strony wymienionych składników, z niebagatelną rolą fiołkowych liści. Niczym w, legendarnym już, klasycznym Fahrenheicie od Diora. Jednak najważniejszą cechą omawianego aromatu wydaje się idealne dostrojenie wszelkich akordów, doskonała jednolitość, która z silnych, wyrazistych składowych czyni zupełnie nową jakość. Znakomicie układającą się na ludzkiej skórze, co nie bez znaczenia. ;) Żywą oraz ekspansywną. Prącą przed siebie, śmiało przecinającą powietrzne prądy. Bo dla prawdziwego automobilisty (lub automobilistki) najważniejsza jest przygoda. :)
Reklama wizualna w mojej opinii jest naprawdę nijaka. Balmain stać na coś znacznie ciekawszego, niż drący mordę przystojniak. ;)
Rok produkcji i nos: 2010, Nathalie Lorson
Przeznaczenie: zapach typu uniseks; dość ostry i o sporym sillage. Raczej na dzień. Może powodować migreny [jak u mnie w tej chwili; ;) ale może być to winą stresu, na jaki dziś byłam narażona, więc nie daję nawet 50% pewności co do powtórzenia złego odbioru Carbone].
Trwałość: od dziesięciu do około czternastu-piętnastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: czarny pieprz, elemi, bluszcz
Nuta serca: czarna figa, wetyweria, liście fiołka
Nuta bazy: kadzidło, benzoes, piżmo (chyba białe lub inne pudrowo-lekkie)
___
Dziś Qessence Missalów. Dalej się podoba. :>
P.S.
Dwie pierwsze ilustracje to dzieła czeskiego malarza o nazwisku Vaclav Zapadlik, pasjonata motoryzacji w stylu retro. :) Ich źródła to, odpowiednio:
1. http://bacbaphi.com.vn/entertainment/showthread.php?339873-%C4%90%E1%BB%99c-%C4%91%C3%A1o-v%E1%BB%9Bi-xe-%C4%91ua-qua-tranh-v%E1%BA%BD
2. http://www.germancarforum.com/community/threads/vaclac-zapadliks-mercedes-benz-drawings.25971/
A jakiż inny mógłby być przy takich skojarzeniach? ;)
Na dziś przygotowałam dla Was recenzję aromatu bardzo wyrazistego, ostrego i kierującego moje myśli jednoznacznie ku szeroko pojmowanym klimatom motoryzacyjno-technicznym, lecz w tej samej chwili zaskakująco delikatnego, wpadającego w akordy krystalicznej słodyczy. Dlatego też przywodzącego mi na myśl klimat, jaki dekady temu musiał towarzyszyć pierwszym wyścigom samochodowym. Nie tyle napęczniałej, zglobalizowanej komerchy, ile podszytej ambicją dobrej zabawy; fakt, że nierzadko kosztownej, ale jednak wynikłej z pasji, nie zaś tylko cynicznie ją wykorzystującej. :> Zapach, dzięki któremu mogłabym nawet polubić sporty motorowe... gdyby dane mi było przyjść na świat w pierwszych trzech dekadach dwudziestego wieku. ;) O co chodzi?
O Carbone od Balmain.
Widzę go bowiem mniej więcej tak:
"Pewnej porcji sportowych wrażeń, choć przede wszystkim popularnej rozrywki, dostarczały automobilowe turnieje, zwane z angielska ghymkanami. Znane w Polsce od 1923 roku, już w założeniu były imprezą masową, w której (...) mógł uczestniczyć każdy właściciel samochodu. Ghymkany urządzano zwykle w parkach, czasem na stadionach sportowych (...).
Zabawa, mająca wykazać zręczność kierowcy i walory pojazdu, polegała na wykonaniu kilkunastu ewolucji. A oto niektóre z nich: objazd przodem i tyłem ósemki wytyczonej chorągiewkami, strzelanie z jadącego samochodu do baloników, przejazd przez pomost z jajkiem na łyżce trzymanej w jednej ręce, celowanie kartoflami do naczyń z wodą, przejazd po wąskiej desce jednym kołem tak, aby wystrzelił umieszczony pod nią nabój [!]. W tych automobilowych igrzyskach uczestniczyli często, dodając splendoru imprezie, znani kierowcy sportowi. Dla zwykłego śmiertelnika była to więc okazja do zmierzenia się z najlepszymi. Nierzadko ghymkanom towarzyszyły równie widowiskowe konkursy piękności samochodów. Tu oceniano już tylko nadwozie - jego linię, jakość wykonania, kolor - słowem, szyk i elegancję. Największą szansę na nagrodę miały auta nieseryjne (...). Limuzyny, kabriolety, karety, roadstery i torpeda stawały do konkursu udekorowane girlandami kwiatów. Za kierownicą siadały równie piękne i eleganckie właścicielki rywalizujących ze sobą aut. Zdarzało się, że decyzja konkursowego jury miała charakter propagandowy - tak było na przykład w 1931 roku, gdy miano najpiękniejszego samochodu zdobył polski CWS, walczący w trudnych latach recesji gospodarczej o utrzymanie się na motoryzacyjnym rynku".
Maja i Jan Łozińscy, W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2012, s.223-225.
Carbone zaciekawia kilkoma cechami naraz: nienarzucającą się siłą, krystalicznością, optymizmem, kapką zdrowej adrenaliny jak również ostrym przemysłowym akcentem, złamanym jednak lekką, acz niekulinarną słodyczą.
To sympatyczny, wrzynający się w przegrody nosowe "żywiczniak", operujący ciekawym kontrastem między ostrą, igiełkową szklistością irysowej woni, podbitej lekko przydymioną wetywerią (wyobraźcie sobie, proszę, Encre Noire PH Eau Fraîche ;) ) a tradycyjnym ciepłem żywic, balsamiczną plastycznością elemi, olibanum, mirry, zamszową delikatnością benzoesu. Gdzie świeżość miesza się z głębią w sposób taki, iż każdy z poszczególnych elementów traci swoją przyrodzoną cechę po to tylko, by całość mogła zagrać w jednym tempie. Aby stworzyć pachnidło w stylu wyrazistym a jednak mało typowym. Może nie całkiem łamiącym konwencję, lecz żywo z nią dyskutującym, zwodzącym i wprost roziskrzonym nienagannym, lekkim poczuciem humoru. Doprawionym emocjami i adrenaliną; jednak bez przesady - piszę wszak o czasach, kiedy w tego typu imprezach naprawdę liczyła się dobra zabawa. No i prestiż społeczny. ;) Jednak nie sława czy pieniądze [gdyż je ówcześni wzięci automobiliści najczęściej posiadali i bez swojego hobby ;) ].
W Carbone pojawiają się też i wspomniane akordy paliwa: ropy czy nafty [chwilami myślałam nawet o Ignacym Łukasiewiczu :) ]. Mam wrażenie, że wynikają przede wszystkim z "ostrzejszej" strony wymienionych składników, z niebagatelną rolą fiołkowych liści. Niczym w, legendarnym już, klasycznym Fahrenheicie od Diora. Jednak najważniejszą cechą omawianego aromatu wydaje się idealne dostrojenie wszelkich akordów, doskonała jednolitość, która z silnych, wyrazistych składowych czyni zupełnie nową jakość. Znakomicie układającą się na ludzkiej skórze, co nie bez znaczenia. ;) Żywą oraz ekspansywną. Prącą przed siebie, śmiało przecinającą powietrzne prądy. Bo dla prawdziwego automobilisty (lub automobilistki) najważniejsza jest przygoda. :)
Reklama wizualna w mojej opinii jest naprawdę nijaka. Balmain stać na coś znacznie ciekawszego, niż drący mordę przystojniak. ;)
Rok produkcji i nos: 2010, Nathalie Lorson
Przeznaczenie: zapach typu uniseks; dość ostry i o sporym sillage. Raczej na dzień. Może powodować migreny [jak u mnie w tej chwili; ;) ale może być to winą stresu, na jaki dziś byłam narażona, więc nie daję nawet 50% pewności co do powtórzenia złego odbioru Carbone].
Trwałość: od dziesięciu do około czternastu-piętnastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: czarny pieprz, elemi, bluszcz
Nuta serca: czarna figa, wetyweria, liście fiołka
Nuta bazy: kadzidło, benzoes, piżmo (chyba białe lub inne pudrowo-lekkie)
___
Dziś Qessence Missalów. Dalej się podoba. :>
P.S.
Dwie pierwsze ilustracje to dzieła czeskiego malarza o nazwisku Vaclav Zapadlik, pasjonata motoryzacji w stylu retro. :) Ich źródła to, odpowiednio:
1. http://bacbaphi.com.vn/entertainment/showthread.php?339873-%C4%90%E1%BB%99c-%C4%91%C3%A1o-v%E1%BB%9Bi-xe-%C4%91ua-qua-tranh-v%E1%BA%BD
2. http://www.germancarforum.com/community/threads/vaclac-zapadliks-mercedes-benz-drawings.25971/
Etykiety:
aromatyczne,
Balmain,
drzewne,
nisza,
perfumy
piątek, 27 stycznia 2012
Nie lubię, bo nie lubię
I już. Bez racjonalnego wyjaśnienia, boć same wody do makabrycznych nie należą. Więc czemu?
A dlaczego nie? ;>
Giorgio Armani, Sensi
Mocny, skoncentrowany kwiato-cytrusowiec na pstrej, lekko skórzanej bazie. Intensywny, delikatnie drzewny, dla osób twardo stąpających po ziemi. Czyli jasne, że spokojnie mogę przejść obok. :) Zostawiając Sensi realistkom i lwicom biznesu (na których będzie nawet wiarygodniejsze, gdyż nie przeszkadza w negocjacjach, trzymając się relatywnie blisko ciała).
Skład:
limonka, robinia akacjowa, jaśmin, pszenica, migdały, drewno różane, benzoes
Balmain, Balmya
Słodkie, pudrowe fiołki, nasycone aromatami egzotycznych kwiatów i owoców, na ciężkim, waniliowym budyniu. Jednak przede wszystkim pudrowe. Buduarowo-słodkie; w zimie nawet przyjemne, latem natomiast dzieło usiłuje zmęczyć wyżej podpisaną słodkim, rażąco dosłownym pudrem. Zapach soczysty, chociaż momentami zahacza o wątki płynów do czyszczenia armatury. ;) Średnio intensywny, trwałość także do rewelacyjnych nie należy.
A wspominałam o tym, że także pudrowy? ;)
Skład:
arcydzięgiel, bergamotka, liście fiołka, marakuja, jaśmin, wanilia, kawa, irys, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, czerwony pieprz
Majda Bekkali, Songe pour Elle
Mmm.. z dzisiejszych bohaterów to pachnidło najmocniej przypadło mi do gustu: jako żywy, ale też miękko-słodki, kobieco-transseksualny poemat. Gdyby przemówił do mnie mocniej, jego recenzję oparłabym na kanwie Orlanda Virginii Woolf. :) Jednak tego nie zrobię, chociaż wdzięczna cielesność, utkana z przypraw i żywic na schludnej oraz estetycznie zmysłowej bazie z ambry i kastoreum wprawnie kusi. Przede wszystkim dlatego, że Songe w miarę upływu czasu coraz silniej upodabnia się do Ambre Gris od Balmain. Sytuacji nie ratuje nawet dyskretny sillage oraz zadowalająca trwałość.
A do tego koszmarny wprost flakon! Nie.
Skład:
neroli, petit grain, liście czarnej jagody, elemi, kminek, kwiat pomarańczy, jaśmin, ylang-ylang, kadzidło, papirus, skóra, labdanum, biały cedr, inne nuty drzewne, kastoreum, piżmo
Sephora, Green Connection: Eau à Sensations Bien-être
Czyli Woda na Dobre Samopoczucie. :) Nazywa się tak, że aż żal nie przetestować!
Niestety, wcielając pragnienie w czyn stykam się z jednym z najmniej przyjemnych wcieleń perfumeryjnego paczuli, jakie dane mi było poznać. Piwnica czy raczej stara zatęchła szmata, oblana wodą odświeżającą. Trochę skóry, trochę tartacznych wiórów i góra nadgniłych cytrusów, co składowane jest w starej krypcie, zapomnianej przez bogów i ludzi.
Zauważyliście wyraz "krypta"? No właśnie. :) Mimo, że dana woda z cyklu GC rozczarowuje, jest w niej coś takiego... Coś, co każe zastanawiać się, co chwilkę wąchać, porównywać, szukać, poszturchiwać szare komórki. Pod jednym wszakże warunkiem: o ile aplikacja pachnidła była skąpa; w każdej innej sytuacji od toksycznej szmaty i zgniłych cytrusów nie ma ucieczki.
Dziwadło, co jest zarówno wadą, jak i zaletą.
Skład:
paczuli, drewno cedrowe, elemi
A dlaczego nie? ;>
Giorgio Armani, SensiMocny, skoncentrowany kwiato-cytrusowiec na pstrej, lekko skórzanej bazie. Intensywny, delikatnie drzewny, dla osób twardo stąpających po ziemi. Czyli jasne, że spokojnie mogę przejść obok. :) Zostawiając Sensi realistkom i lwicom biznesu (na których będzie nawet wiarygodniejsze, gdyż nie przeszkadza w negocjacjach, trzymając się relatywnie blisko ciała).
Skład:
limonka, robinia akacjowa, jaśmin, pszenica, migdały, drewno różane, benzoes
Balmain, BalmyaSłodkie, pudrowe fiołki, nasycone aromatami egzotycznych kwiatów i owoców, na ciężkim, waniliowym budyniu. Jednak przede wszystkim pudrowe. Buduarowo-słodkie; w zimie nawet przyjemne, latem natomiast dzieło usiłuje zmęczyć wyżej podpisaną słodkim, rażąco dosłownym pudrem. Zapach soczysty, chociaż momentami zahacza o wątki płynów do czyszczenia armatury. ;) Średnio intensywny, trwałość także do rewelacyjnych nie należy.
A wspominałam o tym, że także pudrowy? ;)
Skład:
arcydzięgiel, bergamotka, liście fiołka, marakuja, jaśmin, wanilia, kawa, irys, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, czerwony pieprz
Majda Bekkali, Songe pour ElleMmm.. z dzisiejszych bohaterów to pachnidło najmocniej przypadło mi do gustu: jako żywy, ale też miękko-słodki, kobieco-transseksualny poemat. Gdyby przemówił do mnie mocniej, jego recenzję oparłabym na kanwie Orlanda Virginii Woolf. :) Jednak tego nie zrobię, chociaż wdzięczna cielesność, utkana z przypraw i żywic na schludnej oraz estetycznie zmysłowej bazie z ambry i kastoreum wprawnie kusi. Przede wszystkim dlatego, że Songe w miarę upływu czasu coraz silniej upodabnia się do Ambre Gris od Balmain. Sytuacji nie ratuje nawet dyskretny sillage oraz zadowalająca trwałość.
A do tego koszmarny wprost flakon! Nie.
Skład:
neroli, petit grain, liście czarnej jagody, elemi, kminek, kwiat pomarańczy, jaśmin, ylang-ylang, kadzidło, papirus, skóra, labdanum, biały cedr, inne nuty drzewne, kastoreum, piżmo
Sephora, Green Connection: Eau à Sensations Bien-êtreCzyli Woda na Dobre Samopoczucie. :) Nazywa się tak, że aż żal nie przetestować!
Niestety, wcielając pragnienie w czyn stykam się z jednym z najmniej przyjemnych wcieleń perfumeryjnego paczuli, jakie dane mi było poznać. Piwnica czy raczej stara zatęchła szmata, oblana wodą odświeżającą. Trochę skóry, trochę tartacznych wiórów i góra nadgniłych cytrusów, co składowane jest w starej krypcie, zapomnianej przez bogów i ludzi.
Zauważyliście wyraz "krypta"? No właśnie. :) Mimo, że dana woda z cyklu GC rozczarowuje, jest w niej coś takiego... Coś, co każe zastanawiać się, co chwilkę wąchać, porównywać, szukać, poszturchiwać szare komórki. Pod jednym wszakże warunkiem: o ile aplikacja pachnidła była skąpa; w każdej innej sytuacji od toksycznej szmaty i zgniłych cytrusów nie ma ucieczki.
Dziwadło, co jest zarówno wadą, jak i zaletą.
Skład:
paczuli, drewno cedrowe, elemi
Etykiety:
Armani,
aromatyczne,
Balmain,
kwiatowe,
mainstream,
Majda Bekkali,
nisza,
orientalne,
owocowe,
perfumy,
Sephora
poniedziałek, 17 października 2011
Ambre Fatale
Wyjątkowo postaram się nie roztkliwiać (przesadnie) i w krótkich, żołnierskich słowach opowiedzieć Wam co nieco na temat Ambre Gris marki Balmain.
Taa... ;) Krótkich? Żołnierskich?
Jeśli w istocie, tłumaczyłoby to fakt, czemu na niwie militarnej Polska radzi sobie tak kiepsko. ;> [a może właśnie dobrze? Ideałem pacyfistki są przecież bezrobotni żołnierze. ;) Za to historyczka wie, iż bezrobotni żołnierze mają irytujący zwyczaj przesiadywania w monachijskich piwiarniach oraz kiszenia się w sosie żalu, złości i frustracji. Wszyscy wiemy, że przesiadywanie w piwiarniach Monachium prowadzi ku norymberskim zakazom i marszom z pochodniami, te zaś ku... I tak dalej. Słowem: nic dobrego z faktu bezrobocia żołnierzy nie wynika.
Uch. Dylemat moralny. ;> ]
Już dobrze; wracam do rzeczy.
Postanowiłam napisać o Szarej Ambrze nim w naszym pięknym kraju zdobędzie - zasłużoną, a jakże - popularność. Czemu?
Ponieważ jest tego warta.
Bo nie napisać o Ambre Gris to jak olać Leonarda da Vinci i zmieszać Mozarta z błotem. Nie uchodzi, po prostu nie uchodzi.
Nie można pominąć milczeniem tak nieodpartej, dosłownej, nieco słodkiej ambry. bardzo dosłownej, działającej na zmysły, ale też wysmakowanej. Eleganckiej tak w formie, jak i w przekazie.
Kompozycja otwiera się łatwą w noszeniu, ale trudną do rozszyfrowania mieszanką słodkawych żywic, delikatnych przypraw oraz waniliowej, subtelnie zwierzęcej ambry. Całość uderza prosto w nos, wwierca się w niego z zadziwiającą konsekwencją, w sposób tak bardzo charakterystyczny...
Mirra. Mirra z pieprzem: łagodnym, białym lub czerwonym. To one, w towarzystwie spotykanej raczej rzadko w perfumach [o Sables także muszę kiedyś napisać ;) ] kocanki, zwanej nieśmiertelnikiem. One to czynią słodką kompozycję głębszą, bardziej suchą a nawet nieco wytrawną. Żywą i barwną; wszak temu, co ma zwyczaj błyszczeć odrobina zmatowienia może tylko pomóc. :) Chwilę później do suchej trójcy - czwórcy, jeśli liczyć ambrę - dołącza ciężka, miodowa tuberoza. Na naszych oczach rozgrywa się triumfalny powrót słodyczy.
Ta znajduje przedłużenie w bazie, którą tworzy tuberoza, z czasem przechodząca płynnie w nieco dymne, kremowe drewno, kocanka, mirra oraz, co oczywiste, ambra. Pojawia się także nieco pudru, który szybko dołącza do drzewno-tuberozowego tandemu. Szara Ambra trwa długo, płynie po skórze niczym jedwabna satyna, wtapia się w naturalny zapach człowieka z niepokojącą łatwością. Staje się naturalna i przejrzysta, ciepła, stworzona by nią uwodzić. Jest piękna i niebezpieczna. Zbyt.
Trzeba bardzo uważać, by nie stać się Ambre Gris. Nie wolno pozwolić, by opętała nas i stłamsiła naturalny zapach nasz i całego otoczenia, by nie stała się groźną uzurpatorką.
Zapach potrafi opętać człowieka. A do tego dopuścić nie możemy.
AG to zapach piękny. Ma wszystko, czego potrzebują idealne perfumy: klasę, smak, zmysłowość, cielesność i eteryczność; jest wyczuwalna, choć nie przytłaczająca. Misterna oraz pełna artyzmu. Ambrowa od początku do końca, a więc bez mała archetypiczna. Starożytna wręcz.
Znakomita.
Tylko trzeba na nią uważać. Jak na wszystkie żywioły. ;)
Rok produkcji i nos: 2008, Guillaume Flavigny
Przeznaczenie: świetny, wysmakowany, daleki od wulgarności zapach dla kobiet (choć w moim odczuciu to uniseks); o dużym stopniu emanacji z oddali, tuż przy skropionej pachnidłem osobie jawi się jako znacznie dyskretniejszy. Ideał. :) Na wszelkie okazje, szczególnie te Naprawdę Ważne.
Trwałość: nieco poniżej dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna
Skład:
Nuta głowy: czerwony [czyli różowy ;) ] pieprz, cynamon
Nuta serca: mirra, kocanka, tuberoza
Nuta bazy: drewno gwajakowe, benzoes, białe piżmo, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Pierwsza ilustracja to Dym z szarej ambry (?) pędzla Johna Singera Sargenta; wzięłam ją STĄD.
Taa... ;) Krótkich? Żołnierskich?
Jeśli w istocie, tłumaczyłoby to fakt, czemu na niwie militarnej Polska radzi sobie tak kiepsko. ;> [a może właśnie dobrze? Ideałem pacyfistki są przecież bezrobotni żołnierze. ;) Za to historyczka wie, iż bezrobotni żołnierze mają irytujący zwyczaj przesiadywania w monachijskich piwiarniach oraz kiszenia się w sosie żalu, złości i frustracji. Wszyscy wiemy, że przesiadywanie w piwiarniach Monachium prowadzi ku norymberskim zakazom i marszom z pochodniami, te zaś ku... I tak dalej. Słowem: nic dobrego z faktu bezrobocia żołnierzy nie wynika.
Uch. Dylemat moralny. ;> ]
Już dobrze; wracam do rzeczy.Postanowiłam napisać o Szarej Ambrze nim w naszym pięknym kraju zdobędzie - zasłużoną, a jakże - popularność. Czemu?
Ponieważ jest tego warta.
Bo nie napisać o Ambre Gris to jak olać Leonarda da Vinci i zmieszać Mozarta z błotem. Nie uchodzi, po prostu nie uchodzi.
Nie można pominąć milczeniem tak nieodpartej, dosłownej, nieco słodkiej ambry. bardzo dosłownej, działającej na zmysły, ale też wysmakowanej. Eleganckiej tak w formie, jak i w przekazie.
Kompozycja otwiera się łatwą w noszeniu, ale trudną do rozszyfrowania mieszanką słodkawych żywic, delikatnych przypraw oraz waniliowej, subtelnie zwierzęcej ambry. Całość uderza prosto w nos, wwierca się w niego z zadziwiającą konsekwencją, w sposób tak bardzo charakterystyczny...
Mirra. Mirra z pieprzem: łagodnym, białym lub czerwonym. To one, w towarzystwie spotykanej raczej rzadko w perfumach [o Sables także muszę kiedyś napisać ;) ] kocanki, zwanej nieśmiertelnikiem. One to czynią słodką kompozycję głębszą, bardziej suchą a nawet nieco wytrawną. Żywą i barwną; wszak temu, co ma zwyczaj błyszczeć odrobina zmatowienia może tylko pomóc. :) Chwilę później do suchej trójcy - czwórcy, jeśli liczyć ambrę - dołącza ciężka, miodowa tuberoza. Na naszych oczach rozgrywa się triumfalny powrót słodyczy.
Ta znajduje przedłużenie w bazie, którą tworzy tuberoza, z czasem przechodząca płynnie w nieco dymne, kremowe drewno, kocanka, mirra oraz, co oczywiste, ambra. Pojawia się także nieco pudru, który szybko dołącza do drzewno-tuberozowego tandemu. Szara Ambra trwa długo, płynie po skórze niczym jedwabna satyna, wtapia się w naturalny zapach człowieka z niepokojącą łatwością. Staje się naturalna i przejrzysta, ciepła, stworzona by nią uwodzić. Jest piękna i niebezpieczna. Zbyt.
Trzeba bardzo uważać, by nie stać się Ambre Gris. Nie wolno pozwolić, by opętała nas i stłamsiła naturalny zapach nasz i całego otoczenia, by nie stała się groźną uzurpatorką.
Zapach potrafi opętać człowieka. A do tego dopuścić nie możemy.
AG to zapach piękny. Ma wszystko, czego potrzebują idealne perfumy: klasę, smak, zmysłowość, cielesność i eteryczność; jest wyczuwalna, choć nie przytłaczająca. Misterna oraz pełna artyzmu. Ambrowa od początku do końca, a więc bez mała archetypiczna. Starożytna wręcz.
Znakomita.
Tylko trzeba na nią uważać. Jak na wszystkie żywioły. ;)
Rok produkcji i nos: 2008, Guillaume FlavignyPrzeznaczenie: świetny, wysmakowany, daleki od wulgarności zapach dla kobiet (choć w moim odczuciu to uniseks); o dużym stopniu emanacji z oddali, tuż przy skropionej pachnidłem osobie jawi się jako znacznie dyskretniejszy. Ideał. :) Na wszelkie okazje, szczególnie te Naprawdę Ważne.
Trwałość: nieco poniżej dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna
Skład:
Nuta głowy: czerwony [czyli różowy ;) ] pieprz, cynamon
Nuta serca: mirra, kocanka, tuberoza
Nuta bazy: drewno gwajakowe, benzoes, białe piżmo, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Pierwsza ilustracja to Dym z szarej ambry (?) pędzla Johna Singera Sargenta; wzięłam ją STĄD.
Etykiety:
Balmain,
drzewne,
mainstream,
orientalne,
perfumy
Subskrybuj:
Posty (Atom)














