No tak. Katar katarem ale perfumerie kuszą, aby zajrzeć do nich choć na krótką chwilę. Co też robiłam w czwartek oraz wczoraj. Obwąchałam przy okazji kilka zapachów, o których chciałabym napisać dosłownie słówko. Bardzo pobieżnie oraz z ogromnym marginesem błędu, niemniej jednak pokusa okazała się zbyt silna. ;)
Więc, bardzo proszę, nie traktujcie moich opinii poważniej, niż na to zasługują. :]
Balmain, Extatic
Na początku koszmarny banał, kwiatowo-owocowy ulep z quasiorientalnym podszyciem, później delikatnieje, jaśnieje i robi się ciekawszy. Sympatyczny drzewny jaśmin z subtelnym na subtelnym, pyłkowo-zamszowym tle, nowoczesny floriental jak się patrzy.
Polubiłam, choć pewnie pełnoprawnego testu pachnidło się nie doczeka. Niemniej jednak: sprawdźcie, co Wam szkodzi! ;)
Skład:
gruszka nashi, osmantus, róża, orchidea Sharry Baby, irys, jaśmin, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, amyris, skóra
Escada, Born in Paradise
Limitowanki Escady w interpretacji perfumoholików stoją tylko jedno oczko wyżej niż Lacoste, zapachy celebryckie oraz Avon. Tak głosi stereotyp. Który, w mojej skromnej opinii, ma ogromną rację bytu. ;> Jednak nie wolno pozwalać mu nad sobą dominować; warto czasem przeprosić się z nielubianymi markami, bo a nuż omija nas coś ciekawego?
Na przykład takie Born in Paradise: słodki, skoncentrowany syrop, koktajl na bazie mleka kokosowego oraz soku z ananasa, ożywiony lekkością gujawy oraz arbuza, z czymś wyraźnie kwaskowym w tle. Sympatyczny materiał na kompletnie niezobowiązującą wakacyjną znajomość, nie tylko dla fanów drinka piña colada! ;)
Jak na tę markę, rzecz zdecydowanie warta uwagi.
Skład:
gujawa, zielone jabłko, arbuz, mleko kokosowe, ananas, drewno sandałow, drewno cedrowe, białe piżmo
Estée Lauder, Modern Muse
Miał być przebój na wiele lat, jest magiczny eliksir o właściwościach usypiających. Takie nic. Taaaka nuuuuudaa! ;P Kwiatki istnieją tu głównie na papierze, również sztuczny pseudoorient łka po cichu w kącie. Całkowity brak osobowości, wypracowanej samodzielnie ani nawet zapożyczonej. Nie.
Classic level? Estée Lauder, robicie to źle.
Ogromnie żal mi zmarnowanej okazji.
Ekhm, skład:
jaśmin, mandarynka, wiciokrzew, jaśmin wielkolistny, tuberoza, lilia oraz inne akordy kwiatowe, akordy drzewne, dwa rodzaje paczuli, drewno ambrowe (?), łagodne piżmo, wanilia
Jimmy Choo, Flash London Club
:przeciąga się i ziewa:
Aaaaa...! O, to już?! Trzeba opisać ten zapach? Wybaczcie ale kompletnie go przespałam. Kom-plet-nie. :P
Niby wąchałam, nawet podwinęłam rękaw swetra żeby psiknąć tym w okolice łokcia ale teraz nie potrafię Wam niczego powiedzieć. Marniutka moc, trwałość bardzo podobna. Zaś sama konstrukcja nut... wyparowała mi z głowy, co chyba mówi o niej wystarczająco dużo. :>
Skład:
liczi, bergamotka, tuberoza oraz inne białe kwiaty, jasne drewna oraz piżmo
Masakï Matsushïma, Aqua Earth
Jedni twierdzą, że to uniseks, inni - że perfumy męskie. Co za różnica; i tak nosić będzie, kto zechce. Jak zwykle zresztą. :)
Dla mnie ta woda to sympatyczny, niekoniecznie słodki oraz mało banalny zielony świeżak, z lekko gorzkimi cytrusami oraz soczystym, chłodnym neroli na pierwszych miejscach. Kroku dotrzymuje im wyraźne choć łagodne, gładziutkie cedrowe deski, na których ktoś rozłożył dosłownie parę listków mięty i obsypał je pączkami owocujących gałązek czarnej porzeczki (których zresztą także nie ma zbyt wielu). Gdzieś w tle prawie naturalistyczne nuty morskie [wiecie, driftwood, glony, sól etc.] łączą się cedrem oraz cytrusowo-nerolowym akordem głównym a wszystko to nie wiadomo jakim cudem układa się na skórze w energetyczny, ciepły płaszcz.
Potęga reklamy? Wątpię, ponieważ przed i podczas szybkiego testu Aqua Earth nie miałam z nią nawet pobieżnej styczności. Zatem twórcom chyba udało się osiągnąć zamierzony cel. :)
Skład:
pomarańcza, tangerynka, cytryna, czarna porzeczka, mięta, akord wody morskiej, neroli, drewno cedrowe, paczuli
Paco Rabanne, Invictus
Uwaga: pasztet alert! ;P
Nie no, model na fotografii nie wygląda znowu tak źle; to w reklamie stanowił widok średnio atrakcyjny by nie rzec, że mało apetyczny. ;] Jednak to nie on powinien robić wrażenie - ani nie kiczowaty flakon - ale sam zapach, tworzony przez prawdziwą plejadę perfumiarskich gwiazd, z Dominikiem Ropion i Olivierem Polge na czele. Tu jednak nie wyszło. Ponieważ każde z twórców ma na swoim koncie także porażające gnioty, cieszące się wszelako popularnością wśród mas, podczas prac nad Invictusem widocznie kazano im obrać właśnie taki kierunek.
W efekcie otrzymaliśmy dzieło mocne, duszące, zapychające moje nozdrza mieszaniną najbardziej popularnych... środków do czyszczenia kuchni i łazienek. :P Chemiczne cytrusy z wyraźną nutką chloru, morski odświeżacz powietrza do toalet oraz niby-kwiatowy, "przyjemny i świeży" płyn do płukania tkanin. Agresywny oraz trwały jak one same.
Borze szumiący, co za porażka. A idź se facet wygrywać zawody w sprzątaniu na czas i nie zawracaj mi więcej głowy.
Skład:
mandarynka, grejpfrut, akord morski, liść laurowy, jaśmin, paczuli, drewno gwajakowe, mech dębowy, szara (???) ambra
___
Dziś u mnie Cuir de Russie marki L. T. Piver.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paco Rabanne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paco Rabanne. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 lutego 2014
poniedziałek, 21 maja 2012
Gra słów
Szybka, słodka, szalona i tak nowoczesna, że aż po-nowoczesna. :)
Duet Black XS L'Excès to dwa potężne, ocukrzone słodziaki. Tak przerysowane, że wręcz nie sposób traktować ich poważnie. ;) Lecz niech nie zwiodą Was pozory - to nie znaczy jeszcze, iż nie nadają się do użytku. Po prostu stworzono je z ewidentnym przymrużeniem oka.
I to nawet - a właściwie zwłaszcza - pomimo rockowego entourage'u.
Zacznę od bardziej wyrazistego L'Excès for Him.
Którego otwarcie poraża, w przenośni i dosłownie. Jest bowiem tak słodkie i gładkie, że wręcz ociera się o granicę konwencjonalnej męskości. Do tego działa z mocą prawdziwej bomby endorfinowej, kiedy gwałtowna detonacja (czytaj: pierwszy "niuch" pachnidła), szybko oblepia przegrody nosowe silnym stężeniem mieszanki ananasowo-poziomkowej, tak jasnej i optymistycznej, że potrzebuję chwili, by wyczuć podobieństwo do cukrowo-chtonicznego (skądinąd karaibskiego) pierwowzoru. Ono uwidacznia się w mieszance lawendy z paczuli, cedrem oraz akordami osłodzonych cytrusowych skórek. Z czasem typowa chropowata struktura klasycznego Black XS staje się coraz bardziej wyraźna; przejrzysta demoniczna słodycz ambry i zwęglonej wanilii z nadbudówką lawendowo-oranżadową (paczuli) bez trudu prowadzą mnie na znane ścieżki skojarzeniowe. :)
Najcudowniejszy jest początek męskiego Ekscesu. :)
W podobnym klimacie utrzymano wersję damską, Black XS L'Excès for Her. Gdzie otwarcie jest jakby bardziej czekoladowe, niż w wersji pierwotnej, słodsze (acz nie tak dosłownie, jak w przypadku kompozycji dla mężczyzn), skomponowane wokół kwiatów pomarańczowych. Przywodzi na myśl jednocześnie trochę delikatniejsze Fleurs d'Oranger Lutensa, Ange ou Démon Le Secret od Givenchy a nawet... le Mâle JPG!
Jest w damskim Eks-esie Ekscesie coś z każdej z wymienionych wód (oraz pewnie jeszcze z dwu tuzinów innych ;) ). Lecz na pierwszy plan wysuwa się wspomniane gęsta, ciemna czekolada oblewająca pęk ukwieconych gałęzi z drzewka pomarańczowego, zaś w chwilę później jest już puchato, ciepło i miło. Różano-jaśminowo, waniliowo; balsamicznie w stopniu tyleż drobnym, co zauważalnym. O nucie jaśminu dryfującej w stronę ciepło-karmelkową, trochę jak w przypadku Mon Jasmin Noir marki Bulgari. Z delikatnym akordem wodnym, który szczęśliwie znika jeszcze szybciej niż się pojawił. ;)
Woda bardzo przyjemna. Nawet, jeśli kompletnie nie zapadnie mi w pamięć (czego zresztą się spodziewam ;) ).
Za podsumowanie niech posłuży nam jedno stwierdzenie: obydwa Ekscesy są dla swoich protoplastów tym, czym likierowe wersje Muglerowych Anioła oraz Obcego. Albo kolejne eliksiry (choćby ze wspomnianego AoD). Tyle tylko, że bardziej odjechane. :) To wszystko.
Black XS L'Excès for Her
Rok produkcji i nos: 2012, Emilie Coppermann
Przeznaczenie: zapach dla kobiet; o ograniczonym sillage, za to dosyć wytrzymały, wyczuwalny nawet po dłuższym czasie. Idealnie całodobowy. ;)
Trwałość: niestety nie całodobowa. ;) W porywach do siedmiu-ośmiu godzin, co daje przecież całkiem niezły wynik. :)
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna
Skład:
Nuta głowy: pieprz (?), neroli
Nuta serca: jaśmin wielkolistny, róża, kwiat królowej nocy
Nuta bazy: wanilia, drewno kaszmirowe
Black XS L'Excès for Him
Rok produkcji i nos: 2012, Fabrice Pellegrin
Przeznaczenie: zapach teoretycznie męski, ale - podobnie jak w przypadku starszego brata - mam go raczej za doskonale wyważony uniseks. :) O porównywalnej mocy i wyrazistości; raczej wieczorowy, szczególnie latem.
Trwałość: w granicach dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczna
Skład:
Nuta głowy: cytryna amalfi, lawenda
Nuta serca: cypriol, czyli nagarmotha
Nuta bazy: paczuli, ambra
___
Dziś Wild Tobacco od Illuminum.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.julesfashion.com/2012/01/black-xs-lexces-le-nouveau-spot-de-paco.html
Duet Black XS L'Excès to dwa potężne, ocukrzone słodziaki. Tak przerysowane, że wręcz nie sposób traktować ich poważnie. ;) Lecz niech nie zwiodą Was pozory - to nie znaczy jeszcze, iż nie nadają się do użytku. Po prostu stworzono je z ewidentnym przymrużeniem oka.
I to nawet - a właściwie zwłaszcza - pomimo rockowego entourage'u.
Zacznę od bardziej wyrazistego L'Excès for Him.
Którego otwarcie poraża, w przenośni i dosłownie. Jest bowiem tak słodkie i gładkie, że wręcz ociera się o granicę konwencjonalnej męskości. Do tego działa z mocą prawdziwej bomby endorfinowej, kiedy gwałtowna detonacja (czytaj: pierwszy "niuch" pachnidła), szybko oblepia przegrody nosowe silnym stężeniem mieszanki ananasowo-poziomkowej, tak jasnej i optymistycznej, że potrzebuję chwili, by wyczuć podobieństwo do cukrowo-chtonicznego (skądinąd karaibskiego) pierwowzoru. Ono uwidacznia się w mieszance lawendy z paczuli, cedrem oraz akordami osłodzonych cytrusowych skórek. Z czasem typowa chropowata struktura klasycznego Black XS staje się coraz bardziej wyraźna; przejrzysta demoniczna słodycz ambry i zwęglonej wanilii z nadbudówką lawendowo-oranżadową (paczuli) bez trudu prowadzą mnie na znane ścieżki skojarzeniowe. :)
Najcudowniejszy jest początek męskiego Ekscesu. :)
W podobnym klimacie utrzymano wersję damską, Black XS L'Excès for Her. Gdzie otwarcie jest jakby bardziej czekoladowe, niż w wersji pierwotnej, słodsze (acz nie tak dosłownie, jak w przypadku kompozycji dla mężczyzn), skomponowane wokół kwiatów pomarańczowych. Przywodzi na myśl jednocześnie trochę delikatniejsze Fleurs d'Oranger Lutensa, Ange ou Démon Le Secret od Givenchy a nawet... le Mâle JPG!
Jest w damskim Eks-esie Ekscesie coś z każdej z wymienionych wód (oraz pewnie jeszcze z dwu tuzinów innych ;) ). Lecz na pierwszy plan wysuwa się wspomniane gęsta, ciemna czekolada oblewająca pęk ukwieconych gałęzi z drzewka pomarańczowego, zaś w chwilę później jest już puchato, ciepło i miło. Różano-jaśminowo, waniliowo; balsamicznie w stopniu tyleż drobnym, co zauważalnym. O nucie jaśminu dryfującej w stronę ciepło-karmelkową, trochę jak w przypadku Mon Jasmin Noir marki Bulgari. Z delikatnym akordem wodnym, który szczęśliwie znika jeszcze szybciej niż się pojawił. ;)
Woda bardzo przyjemna. Nawet, jeśli kompletnie nie zapadnie mi w pamięć (czego zresztą się spodziewam ;) ).
Za podsumowanie niech posłuży nam jedno stwierdzenie: obydwa Ekscesy są dla swoich protoplastów tym, czym likierowe wersje Muglerowych Anioła oraz Obcego. Albo kolejne eliksiry (choćby ze wspomnianego AoD). Tyle tylko, że bardziej odjechane. :) To wszystko.
Black XS L'Excès for Her
Rok produkcji i nos: 2012, Emilie Coppermann
Przeznaczenie: zapach dla kobiet; o ograniczonym sillage, za to dosyć wytrzymały, wyczuwalny nawet po dłuższym czasie. Idealnie całodobowy. ;)
Trwałość: niestety nie całodobowa. ;) W porywach do siedmiu-ośmiu godzin, co daje przecież całkiem niezły wynik. :)
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna
Skład:
Nuta głowy: pieprz (?), neroli
Nuta serca: jaśmin wielkolistny, róża, kwiat królowej nocy
Nuta bazy: wanilia, drewno kaszmirowe
Black XS L'Excès for Him
Rok produkcji i nos: 2012, Fabrice Pellegrin
Przeznaczenie: zapach teoretycznie męski, ale - podobnie jak w przypadku starszego brata - mam go raczej za doskonale wyważony uniseks. :) O porównywalnej mocy i wyrazistości; raczej wieczorowy, szczególnie latem.
Trwałość: w granicach dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczna
Skład:
Nuta głowy: cytryna amalfi, lawenda
Nuta serca: cypriol, czyli nagarmotha
Nuta bazy: paczuli, ambra
___
Dziś Wild Tobacco od Illuminum.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.julesfashion.com/2012/01/black-xs-lexces-le-nouveau-spot-de-paco.html
Etykiety:
aromatyczne,
kwiatowe,
mainstream,
orientalne,
Paco Rabanne,
perfumy
środa, 16 listopada 2011
Bo to, co nas podnieca
...to się nazywa kasa, jak śpiewała Maryla Rodowicz.
Pieniądz rządzi, pieniądz radzi, pieniądz nigdy Cię nie zdradzi! ;P
Dla pieniędzy człowiek zrobi wszystko. Nie popełnię chyba zbrodni dorzucając jeszcze jeden cytat, tym razem z Leca: "człowiek ma tę wyższość nad maszyną, że potrafi sam się sprzedać". ;) Oraz sprzedać wszystko każdemu.
Pół biedy, kiedy stara się przehandlować jakość oryginalną. Gorzej, jeśli zajmuje się podróbkami, mniej lub bardziej dosłownymi.
Dlatego dziś będziemy patrzeć na ręce a bić po łapach, lustrować długopisy, piórniki i oparcia krzesełek kolegów z przodu. :) Jako, że nie popieram ściągania. Ludzie, twórzcie co i jak chcecie, byle po swojemu!
W kilku zdaniach, gdyż owe zapachy na więcej nie zasługują (przynajmniej w mojej opinii).
Burberry, Body
Tegoroczna nowość.
Zaraz, zaraz. Tegoroczna? Toż to podkradzione i przepakowane J'Adore od Christiana Diora! Kubek w kubek identyczne; ta sama toksyczność, ten sam płyn do mycia naczyń, taki sam ból przy wąchaniu.
Zbyt łatwy dochód, jeśli weźmiemy pod uwagę, że oryginał, dziś już klasyk, miał dwanaście lat na wypracowanie swej pozycji.
A to w świecie współczesnego perfumiarstwa cała epoka, zaś podpinanie się pod nią pachnie kłamstwem. Nie przekonają mnie nawet różnice w nutach; nie w czasach uwolnionych laboratoryjnie molekuł.
Skład:
frezja, bylica, brzoskwinia, irys, róża, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, wanilia, piżmo, ambra
Calvin Klein, Euphoria
Multiplikujący się potwór. Jeśli odciąć mu łeb, w jego miejsce wyrastają trzy nowe.
Pseudoniewinność terroryzująca pół świata, trzymająca za pysk z siłą batiuszki Stalina. ;> Co mi przypomina?
Wszystko... i nic jednocześnie. ARO perfumiarskiego świata: krawaty wiąże, usuwa ciąże. Twórcza niczym wypracowanie skopiowane z Wikipedii, teczka zgranych klisz. Obecna dosłownie wszędzie.
Wielki Brat czuwa! ;)
Skład:
persymona, owoc granatu, akord bujnej zieleni (czymkolwiek by był), czarna orchidea, lotos, kwiat champaca, czarny fiołek, płynna ambra (?), akord kremowy, mahoń
[jak również oko ropuchy, język traszki, sproszkowane serce smoka oraz krew zapłodnionej pajęczycy ;> ]
Giorgio Armani, Acqua di Gioia
Bogowie, czego to nie przypomina!
Choć powstała w 2010 roku, każe nam przypomnieć sobie o setkach innych wód, z Acqua di Gio z 1995 roku na czele. Kolejna epoka w dziejach współczesnego przemysłu perfumiarskiego.
Niby jeszcze jedno - od przeszło dwu wieków - nawiązanie do klasycznej Eau de Cologne Fariny, niby nic nadzwyczajnego. Tylko dlaczego mam nieodpartą chęć wlać toto do herbaty i wypić? Miałabym jednocześnie grzaniec oraz substytut cytryny, która wczoraj się wzięła i zgniła. ;)
Patrzcie tylko, same zalety! ;>
Skład:
mięta, cytryna, różowy pieprz, piwonia, jaśmin, cukier, labdanum (??), drewno cedrowe
Moschino, I Love Love
Kto marzy o Light Blue Dolcego i Gabbany, lecz obawia się, że domowy budżet podobnego wydatku nie uniesie?
Właśnie takim osobom z pomocą przychodzi Moschino ze swoim Golemem, dla niepoznaki ochrzczonym prawdziwie absurdalnym mianem.
I Love Love [skręca mnie li tylko od samego wypowiadania nazwy ;) ] to zrzynka tak bezczelna, że Burberry może spać spokojnie. Gdzież tam ich Ciału do zimnorybiej podróbki Light Blue!
Choć nie trawię obu bestsellerowych kompozycji, a nawet nie jestem w stanie ich rozróżnić, wiem o trzyletniej różnicy między nimi. Rzecz jasna to Jasnoniebieski przecierał szlaki i wyrabiał sobie markę; I Love Love zjawił się "na gotowe".
[bez różnicy, że za obiema kompozycjami stoi ta sama osoba]
Skład:
grejpfrut, pomarańcza, cytryna, czerwona porzeczka, pieprz, pałka wodna (??), róża herbaciana, konwalia, drewno cedrowe, piżmo
Paco Rabanne, 1 Million
Jak splagiatować własną markę? Czy to w ogóle jest plagiat?
Kwestia dyskusyjna.
Choć w tym przypadku jakoś nie mam wątpliwości. Kiedy, po zaledwie dwóch latach, marka wypuszcza na rynek coś, co jest znacznie słodszą, bardziej toporną wersją innego pachnidła, wówczas pozbywam się obiekcji.
Wszak trzeba kuć żelazo, póki gorące. Komuś brzęk i szelest zbytnio uderzyły do głowy. ;>
Zdecydowanie wolę Black XS, choć nic w tym dziwnego; było wcześniej. ;)
Skład:
czerwona pomarańcza, cytryna, mięta, skóra, cynamon, paczuli, róża, nuty drzewne
Okej. Teraz przyszedł czas na notę redakcyjną. :)
Rozumiem, że poszczególne kompozycje mogą się podobać. Mają prawo, ponieważ istnieją.
Najważniejsze, byśmy to my czuli się w nich swobodnie, by nie krępowały naszych ruchów, niczym cudzy płaszcz podwędzony z szatni. ;) Jeśli tak się nie dzieje, można tylko się cieszyć.
Jednak mnie ów płaszcz uwiera. Głupio mi, że ktoś musi marznąć, bo mnie spodobał się materiał, kolor lub fason.
Najwyraźniej kariera w przemyśle perfumiarskim nie jest mi sądzona. ;>
___
Dziś noszę Delicate marki Boadicea the Victorious.
Mam jeszcze jedną sprawę. Żebyście przypadkiem nie sądzili, że mi przeszło! ;P
Dalej pamiętam o Centaurusie.
Tym razem naszej pomocy oczekuje Bohun:

Zastanawialiście się kiedyś, jaki los czeka Was na starość?
Dobrze, że ludzina ostatnio nie jest zbyt modna. :>
Pieniądz rządzi, pieniądz radzi, pieniądz nigdy Cię nie zdradzi! ;P
Dla pieniędzy człowiek zrobi wszystko. Nie popełnię chyba zbrodni dorzucając jeszcze jeden cytat, tym razem z Leca: "człowiek ma tę wyższość nad maszyną, że potrafi sam się sprzedać". ;) Oraz sprzedać wszystko każdemu.
Pół biedy, kiedy stara się przehandlować jakość oryginalną. Gorzej, jeśli zajmuje się podróbkami, mniej lub bardziej dosłownymi.
Dlatego dziś będziemy patrzeć na ręce a bić po łapach, lustrować długopisy, piórniki i oparcia krzesełek kolegów z przodu. :) Jako, że nie popieram ściągania. Ludzie, twórzcie co i jak chcecie, byle po swojemu!
W kilku zdaniach, gdyż owe zapachy na więcej nie zasługują (przynajmniej w mojej opinii).
Burberry, BodyTegoroczna nowość.
Zaraz, zaraz. Tegoroczna? Toż to podkradzione i przepakowane J'Adore od Christiana Diora! Kubek w kubek identyczne; ta sama toksyczność, ten sam płyn do mycia naczyń, taki sam ból przy wąchaniu.
Zbyt łatwy dochód, jeśli weźmiemy pod uwagę, że oryginał, dziś już klasyk, miał dwanaście lat na wypracowanie swej pozycji.
A to w świecie współczesnego perfumiarstwa cała epoka, zaś podpinanie się pod nią pachnie kłamstwem. Nie przekonają mnie nawet różnice w nutach; nie w czasach uwolnionych laboratoryjnie molekuł.
Skład:
frezja, bylica, brzoskwinia, irys, róża, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, wanilia, piżmo, ambra
Calvin Klein, EuphoriaMultiplikujący się potwór. Jeśli odciąć mu łeb, w jego miejsce wyrastają trzy nowe.
Pseudoniewinność terroryzująca pół świata, trzymająca za pysk z siłą batiuszki Stalina. ;> Co mi przypomina?
Wszystko... i nic jednocześnie. ARO perfumiarskiego świata: krawaty wiąże, usuwa ciąże. Twórcza niczym wypracowanie skopiowane z Wikipedii, teczka zgranych klisz. Obecna dosłownie wszędzie.
Wielki Brat czuwa! ;)
Skład:
persymona, owoc granatu, akord bujnej zieleni (czymkolwiek by był), czarna orchidea, lotos, kwiat champaca, czarny fiołek, płynna ambra (?), akord kremowy, mahoń
[jak również oko ropuchy, język traszki, sproszkowane serce smoka oraz krew zapłodnionej pajęczycy ;> ]
Giorgio Armani, Acqua di GioiaBogowie, czego to nie przypomina!
Choć powstała w 2010 roku, każe nam przypomnieć sobie o setkach innych wód, z Acqua di Gio z 1995 roku na czele. Kolejna epoka w dziejach współczesnego przemysłu perfumiarskiego.
Niby jeszcze jedno - od przeszło dwu wieków - nawiązanie do klasycznej Eau de Cologne Fariny, niby nic nadzwyczajnego. Tylko dlaczego mam nieodpartą chęć wlać toto do herbaty i wypić? Miałabym jednocześnie grzaniec oraz substytut cytryny, która wczoraj się wzięła i zgniła. ;)
Patrzcie tylko, same zalety! ;>
Skład:
mięta, cytryna, różowy pieprz, piwonia, jaśmin, cukier, labdanum (??), drewno cedrowe
Moschino, I Love LoveKto marzy o Light Blue Dolcego i Gabbany, lecz obawia się, że domowy budżet podobnego wydatku nie uniesie?
Właśnie takim osobom z pomocą przychodzi Moschino ze swoim Golemem, dla niepoznaki ochrzczonym prawdziwie absurdalnym mianem.
I Love Love [skręca mnie li tylko od samego wypowiadania nazwy ;) ] to zrzynka tak bezczelna, że Burberry może spać spokojnie. Gdzież tam ich Ciału do zimnorybiej podróbki Light Blue!
Choć nie trawię obu bestsellerowych kompozycji, a nawet nie jestem w stanie ich rozróżnić, wiem o trzyletniej różnicy między nimi. Rzecz jasna to Jasnoniebieski przecierał szlaki i wyrabiał sobie markę; I Love Love zjawił się "na gotowe".
[bez różnicy, że za obiema kompozycjami stoi ta sama osoba]
Skład:
grejpfrut, pomarańcza, cytryna, czerwona porzeczka, pieprz, pałka wodna (??), róża herbaciana, konwalia, drewno cedrowe, piżmo
Paco Rabanne, 1 MillionJak splagiatować własną markę? Czy to w ogóle jest plagiat?
Kwestia dyskusyjna.
Choć w tym przypadku jakoś nie mam wątpliwości. Kiedy, po zaledwie dwóch latach, marka wypuszcza na rynek coś, co jest znacznie słodszą, bardziej toporną wersją innego pachnidła, wówczas pozbywam się obiekcji.
Wszak trzeba kuć żelazo, póki gorące. Komuś brzęk i szelest zbytnio uderzyły do głowy. ;>
Zdecydowanie wolę Black XS, choć nic w tym dziwnego; było wcześniej. ;)
Skład:
czerwona pomarańcza, cytryna, mięta, skóra, cynamon, paczuli, róża, nuty drzewne
Okej. Teraz przyszedł czas na notę redakcyjną. :)
Rozumiem, że poszczególne kompozycje mogą się podobać. Mają prawo, ponieważ istnieją.
Najważniejsze, byśmy to my czuli się w nich swobodnie, by nie krępowały naszych ruchów, niczym cudzy płaszcz podwędzony z szatni. ;) Jeśli tak się nie dzieje, można tylko się cieszyć.
Jednak mnie ów płaszcz uwiera. Głupio mi, że ktoś musi marznąć, bo mnie spodobał się materiał, kolor lub fason.
Najwyraźniej kariera w przemyśle perfumiarskim nie jest mi sądzona. ;>
___
Dziś noszę Delicate marki Boadicea the Victorious.
* * *
Mam jeszcze jedną sprawę. Żebyście przypadkiem nie sądzili, że mi przeszło! ;P
Dalej pamiętam o Centaurusie.
Tym razem naszej pomocy oczekuje Bohun:

I przyszła. Bez uprzedzenia, bez pytania. O bezczelna! Wkradła się w tętent kopyt, wdarła się siwym włosem, i ciężkim oddechem. Nogi nagle zesztywniały, i siła nie ta, choć świst bata wiatr rozdziera jak za dawnych lat. Ona. „Starość”. Nieproszona, niechciana. Niespodziewana... jak zwykle - przyszła nie w porę. Jeszcze za wcześnie.. jeszcze tyle dni miało być przede mną, tyle wiosen na zielonej trawie, tyle życia...
A ona przyszła - i odebrała mi nadzieje. Nie ma starych zasług, przyjacielu. Nie liczy się nic co za mną. Nieważne kim byłem, ani komu służyłem. Nieistotne lata, które poświęciłem swym grzbietem i oddaniem. Wszak jednego nigdy zmienić nie zdołałem - pozostałem tylko zwierzęciem...
W Polsce setki koni wyjeżdża każdego dnia na rzeź. Te stare i spracowane po latach służenia człowiekowi wyrzucane są jak stare przedmioty - bo można na ich uboju jeszcze zarobić. Bo tak jest szybciej i ciszej. No i ekonomiczniej - bo starość się nie opłaca...
Bohun ma ponad 17 lat. Latami pracował w rekreacji wożąc turystów, w sezonie ciągnął bryczkę, a zimą rozwoził węgiel po domostwach. Ale według ludzkiej miary czego by Bohun nie zrobił - nie zasłużył na godną emeryturę. Na żadną.
Kasztan wygina dumnie głowę w nader dużym kantarze, który spada mu ze łba. Przestępuje z nogi na nogę. Na dole wielkie, żelazne kółko od łańcucha pobrzękuje w ciszy obory handlarza. Po nogami gnój. Cicho rży. Starość upokarza...
Możemy ocalić Bohuna i ofiarować mu godną emeryturę pośród ponad 300 ocalonych przez nas koni. Aby tego dokonać musimy zapłacić za jego życie 2100 zł do końca listopada
Zastanawialiście się kiedyś, jaki los czeka Was na starość?
Dobrze, że ludzina ostatnio nie jest zbyt modna. :>
Etykiety:
Armani,
aromatyczne,
Burberry,
Calvin Klein,
Centaurus,
kwiatowe,
mainstream,
Moschino,
owocowe,
Paco Rabanne,
perfumy,
świeże
środa, 24 listopada 2010
Wesele
Dziś spróbuję podjąć się odpowiedzi na pytanie: ilu potrzeba do tanga? ;) Na pierwszy ogień pójdą dwa zapachy, którymi dziś przyozdobiłam swoje przedramiona: Lady Million od Paco Rabanne oraz najnowszy perfumowy produkt Lanvin, Marry Me! Ale najpierw krótka zajawka.
Kojarzycie? Wesele w reż. Wojciecha Smarzowskiego to jeden z moich ulubionych filmów; podziwiam w nim wszystko - od konceptu na scenariusz, przez świetne zagranie z "filmem w filmie" i kapitalną grę aktorów, po szczegóły scenografii. Jednak najbardziej liczy się opowieść. Na poły realistyczna i abstrakcyjna, hiperboliczna historia małych ludzi i ich śmierdzących grzeszków, które nawarstwiają się i z czasem przeobrażają w okrutnie groteskowe fiasko.
A oprócz opowieści jest też klimat i cały, jak to się mówiło w szkole, "świat przedstawiony"; we wspomnianym filmie wzięty pod socjologiczno-psychologiczną lupę, analizowany bezlitosnym, chłodnym okiem bystrego obserwatora. W Weselu każdy może znaleźć coś, co go w tradycyjnych polskich przyjęciach ślubnych denerwuje, mierzi i doprowadza do szału: pannę młodą prowadzoną jak cielę do ołtarza, by jeden mężczyzna mógł ją oddać drugiemu [a w tym przypadku nie jest to jedynie pusty "piękny gest"!], gości weselnych, którzy mają poważne trudności z odróżnieniem eleganckiego - w założeniu - przyjęcia od grilla u szwagra, kiczowate ozdoby z całującymi się gołąbkami i bezczelną hegemonią baloników na czele, wszechobecny bigos, żenujące zabawy oczepinowe, tort przyozdobiony płonącymi racami [ale tu mogło być gorzej - bywa, że w ten sposób "wjeżdża" na salę pieczone prosię (z racami wbitymi w kark..)], egzaltowaną orkiestrę, serwującą gościom średniej klasy disco polo... Długo jeszcze można recytować. W każdym razie weselny horror vacui prezentowany jest w pełnej krasie. :) Zaś kamera, a może gra aktorska + makijaż (a najpewniej i jedno, i drugie, i trzecie) pokazuje nam facjaty w zadziwiający sposób zbieżne z wizerunkami hiszpańskiej rodziny królewskiej na obrazach Goi: uwypuklono ich najbrzydsze, najmniej przyciągające uwagę elementy. Twórcy filmu z przeciętnych w sumie twarzy zrobili iście gombrowiczowskie gęby.
Więc szybko skojarzyłam Wesele z moimi dzisiejszymi bohaterami. Bo przecież nie mam szczególnych uprzedzeń ani do kompozycji kwiatowych czy kwiatowo-owocowych, ani do głównego nurtu perfumeryjnego. Jak uroczystości weselne nie zawsze muszą schlebiać jarmarcznej estetyce i bardzo rzadko przeistaczają we własną parodię, tak wzmiankowane zapachy niekoniecznie muszą zachęcać do jak najszybszego skorzystania z toalety. :) Jednakże akurat tak właśnie się dzieje.
Pierwotnie byłam zdania, iż to Marry Me! jest "tą lepszą" kompozycją, a owocowo-fekalnej Lady Million nie byłam w stanie znieść. Jednak wystarczyło, by ulotniły się nuty głowy obu kompozycji, a moja opinia odwróciła się o 180 stopni. Gdy LM wycisza się, nabiera eteryczności i cytrusowo-jaśminowej namiastki klasy, pierwsza z mieszanek wpada w coraz bardziej gorączkowy amok: miota się po skórze, wrzeszczy, puszy się niemiłosiernie, ciągnąc za sobą długi, dość męczący ślad. Chyba każdy z nas miał kiedyś do czynienia z irytującymi, przekonanymi o własnym geniuszu krzykaczami opacznie pojmującymi termin "przebojowy"? Tak właśnie wygląda lanvinowska wizja oświadczyn. ;)
Baza LM to całkiem wyważony miks dziesiątej wody po ambrze z syntetycznym paczuli i lekką słodyczą, a wszystko to obramowano lekkim muśnięciem kwiatów. MM zaś wrzeszczy plastikową ambrą, nadgniłymi kwiatami oraz przejrzałą brzoskwinią położonymi w bezpośrednim sąsiedztwie urządzenia do produkcji waty cukrowej. Co najgorsze, trudno cholerstwu kazać się przymknąć.
Jasne, że doniosłych odkryć raczej się nie spodziewałam, ale TO przekroczyło nawet moje, dobrodusznie wyrozumiałe, oczekiwania. Lady Million jest bezsprzecznie syntetyczna, miałka i wtórna, ale jednak jakimś cudem utrzymuje się na powierzchni. Radzi sobie, choć jest tylko rzemieślniczą chałturą. Marry Me! to mieszanka bardziej dynamiczna, ekstrawertyczna, otwarta: tylko niech nas bogowie bronią przed taką otwartością! Cały dynamizm polega na tym, że te perfumy (z czysto estetycznego punktu widzenia) toną, choć wydaje im się, że szybują w górę. W końcu liczy się, by być w ruchu, czyż nie? ;)
Paco Rabanne, Lady Million
Rok produkcji i nos(y): 2010, Anne Flipo, Dominique Ropion, Beatrice Piquet
Przeznaczenie: zapach adresowany do kobiet (najwyraźniej w myśl zasady, że kobiety lubią samoudręczenie ;) )
Trwałość: do pięciu godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa
Skład:
Nuta głowy: neroli, cytryna, malina
Nuta serca: jaśmin, kwiat pomarańczy, gardenia
Nuta bazy: paczuli, biały miód, ambra
Lanvin, Marry Me!
Rok produkcji i nos: 2010, Antoine Maisondieu
Przeznaczenie: aromat adresowany do kobiet, tym razem z przekonaniem o ich "programowym" masochizmie; polecam także mężczyznom o skłonnościach samobójczych lub trenującym jako przyszli kamikadze. ;)
Trwałość: jakieś siedem do ośmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa
Skład:
Nuta głowy: gorzka pomarańcza, brzoskwinia, frezja
Nuta serca: magnolia róża, jaśmin
Nuta bazy: drewno cedrowe, ambra, piżmo
Podejrzewam, że istnieje też "trzeci do tanga" - obrzydliwie pozerski 212 VIP od Caroliny Herrera. Choć słyszałam już o tym zapachu, dziś po raz pierwszy miałam okazję zetknąć się z nim osobiście. Żałowałam, że nie mam trzeciej ręki [pozdrawiam Escritorę, której niedawno chodziły po głowie podobne myśli :) ]. Trudno, może kiedyś doń wrócę... podręczyć się. ;P
___
Dziś noszę to, o czym powyżej (ale zaraz idę się umyć).
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://amstern.salon24.pl/109215,pst-pst-wesele-na-tvp-pl
2. http://fdb.pl/osoba/26876-jerzy-rogalski
Kojarzycie? Wesele w reż. Wojciecha Smarzowskiego to jeden z moich ulubionych filmów; podziwiam w nim wszystko - od konceptu na scenariusz, przez świetne zagranie z "filmem w filmie" i kapitalną grę aktorów, po szczegóły scenografii. Jednak najbardziej liczy się opowieść. Na poły realistyczna i abstrakcyjna, hiperboliczna historia małych ludzi i ich śmierdzących grzeszków, które nawarstwiają się i z czasem przeobrażają w okrutnie groteskowe fiasko.
A oprócz opowieści jest też klimat i cały, jak to się mówiło w szkole, "świat przedstawiony"; we wspomnianym filmie wzięty pod socjologiczno-psychologiczną lupę, analizowany bezlitosnym, chłodnym okiem bystrego obserwatora. W Weselu każdy może znaleźć coś, co go w tradycyjnych polskich przyjęciach ślubnych denerwuje, mierzi i doprowadza do szału: pannę młodą prowadzoną jak cielę do ołtarza, by jeden mężczyzna mógł ją oddać drugiemu [a w tym przypadku nie jest to jedynie pusty "piękny gest"!], gości weselnych, którzy mają poważne trudności z odróżnieniem eleganckiego - w założeniu - przyjęcia od grilla u szwagra, kiczowate ozdoby z całującymi się gołąbkami i bezczelną hegemonią baloników na czele, wszechobecny bigos, żenujące zabawy oczepinowe, tort przyozdobiony płonącymi racami [ale tu mogło być gorzej - bywa, że w ten sposób "wjeżdża" na salę pieczone prosię (z racami wbitymi w kark..)], egzaltowaną orkiestrę, serwującą gościom średniej klasy disco polo... Długo jeszcze można recytować. W każdym razie weselny horror vacui prezentowany jest w pełnej krasie. :) Zaś kamera, a może gra aktorska + makijaż (a najpewniej i jedno, i drugie, i trzecie) pokazuje nam facjaty w zadziwiający sposób zbieżne z wizerunkami hiszpańskiej rodziny królewskiej na obrazach Goi: uwypuklono ich najbrzydsze, najmniej przyciągające uwagę elementy. Twórcy filmu z przeciętnych w sumie twarzy zrobili iście gombrowiczowskie gęby.
Więc szybko skojarzyłam Wesele z moimi dzisiejszymi bohaterami. Bo przecież nie mam szczególnych uprzedzeń ani do kompozycji kwiatowych czy kwiatowo-owocowych, ani do głównego nurtu perfumeryjnego. Jak uroczystości weselne nie zawsze muszą schlebiać jarmarcznej estetyce i bardzo rzadko przeistaczają we własną parodię, tak wzmiankowane zapachy niekoniecznie muszą zachęcać do jak najszybszego skorzystania z toalety. :) Jednakże akurat tak właśnie się dzieje.
Pierwotnie byłam zdania, iż to Marry Me! jest "tą lepszą" kompozycją, a owocowo-fekalnej Lady Million nie byłam w stanie znieść. Jednak wystarczyło, by ulotniły się nuty głowy obu kompozycji, a moja opinia odwróciła się o 180 stopni. Gdy LM wycisza się, nabiera eteryczności i cytrusowo-jaśminowej namiastki klasy, pierwsza z mieszanek wpada w coraz bardziej gorączkowy amok: miota się po skórze, wrzeszczy, puszy się niemiłosiernie, ciągnąc za sobą długi, dość męczący ślad. Chyba każdy z nas miał kiedyś do czynienia z irytującymi, przekonanymi o własnym geniuszu krzykaczami opacznie pojmującymi termin "przebojowy"? Tak właśnie wygląda lanvinowska wizja oświadczyn. ;)
Baza LM to całkiem wyważony miks dziesiątej wody po ambrze z syntetycznym paczuli i lekką słodyczą, a wszystko to obramowano lekkim muśnięciem kwiatów. MM zaś wrzeszczy plastikową ambrą, nadgniłymi kwiatami oraz przejrzałą brzoskwinią położonymi w bezpośrednim sąsiedztwie urządzenia do produkcji waty cukrowej. Co najgorsze, trudno cholerstwu kazać się przymknąć.
Jasne, że doniosłych odkryć raczej się nie spodziewałam, ale TO przekroczyło nawet moje, dobrodusznie wyrozumiałe, oczekiwania. Lady Million jest bezsprzecznie syntetyczna, miałka i wtórna, ale jednak jakimś cudem utrzymuje się na powierzchni. Radzi sobie, choć jest tylko rzemieślniczą chałturą. Marry Me! to mieszanka bardziej dynamiczna, ekstrawertyczna, otwarta: tylko niech nas bogowie bronią przed taką otwartością! Cały dynamizm polega na tym, że te perfumy (z czysto estetycznego punktu widzenia) toną, choć wydaje im się, że szybują w górę. W końcu liczy się, by być w ruchu, czyż nie? ;)
Paco Rabanne, Lady Million
Rok produkcji i nos(y): 2010, Anne Flipo, Dominique Ropion, Beatrice Piquet
Przeznaczenie: zapach adresowany do kobiet (najwyraźniej w myśl zasady, że kobiety lubią samoudręczenie ;) )
Trwałość: do pięciu godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa
Skład:
Nuta głowy: neroli, cytryna, malina
Nuta serca: jaśmin, kwiat pomarańczy, gardenia
Nuta bazy: paczuli, biały miód, ambra
Lanvin, Marry Me!
Rok produkcji i nos: 2010, Antoine Maisondieu
Przeznaczenie: aromat adresowany do kobiet, tym razem z przekonaniem o ich "programowym" masochizmie; polecam także mężczyznom o skłonnościach samobójczych lub trenującym jako przyszli kamikadze. ;)
Trwałość: jakieś siedem do ośmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa
Skład:
Nuta głowy: gorzka pomarańcza, brzoskwinia, frezja
Nuta serca: magnolia róża, jaśmin
Nuta bazy: drewno cedrowe, ambra, piżmo
Podejrzewam, że istnieje też "trzeci do tanga" - obrzydliwie pozerski 212 VIP od Caroliny Herrera. Choć słyszałam już o tym zapachu, dziś po raz pierwszy miałam okazję zetknąć się z nim osobiście. Żałowałam, że nie mam trzeciej ręki [pozdrawiam Escritorę, której niedawno chodziły po głowie podobne myśli :) ]. Trudno, może kiedyś doń wrócę... podręczyć się. ;P
___
Dziś noszę to, o czym powyżej (ale zaraz idę się umyć).
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://amstern.salon24.pl/109215,pst-pst-wesele-na-tvp-pl
2. http://fdb.pl/osoba/26876-jerzy-rogalski
Etykiety:
kwiatowe,
Lanvin,
mainstream,
owocowe,
Paco Rabanne,
perfumy
środa, 25 sierpnia 2010
Zmierzch na Karaibach
...to nie romantyczny widoczek z zachodzącym słońcem, oceanem i całującą się/przytuloną parą. Ani tym bardziej tamtejsza wersja koszmarka o "kolesiu, co się w kotlecie schabowym zakochał" [przyjaciółki Małej Siostrzyczki streszczenie Zmierzchu S. Meyer ;) ]. Niee, to zdecydowanie inna bajka...
Zaskoczę Was czy nie, kiedy wyznam, z czym kojarzę męską wersję Black XS od Paco Rabanne'a? Ciekawam bardzo. :)

Voodoo, santeria czy oxala, aby wymienić tylko te bardziej znane; Black XS to kapłan którejś z afroamerykańskich religii synkretycznych w ekstatycznym transie. Pijany boskim szałem, dzięki substancjom narkotycznym i mantrowemu bębnieniu wchodzi w stan opętania, pozwalając loa (duszom zmarłych o boskich konotacjach) wejść w swoje ciało.
Postronnemu obserwatorowi włosy na karku odstają od skóry pod kątem 90°, a po plecach biega pół mrowiska, gdy kapłan bądź kapłanka, spojrzy na nich strasznymi, niewidzącymi oczami i... uśmiechnie się. W sposób dziki, bezlitosny, kpiący. Zahipnotyzowani nie jesteśmy w stanie oderwać wzroku od tej strasznej, nieludzkiej twarzy, od oczu, które zaglądają prosto do naszej duszy i przeglądają nasze najmroczniejsze sekrety. Chcemy odwrócić wzrok, ale nie potrafimy, jesteśmy na to zbyt słabi. Bo nie my trzymamy w dłoni wszystkie atuty, nie od nas zależy rozwój tej gry; jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę tego dziwnego człowieka, który patrzy na nas tak, jakby sam Bóg zszedł na ziemię i zajrzał nam w czeluście duszy. Z wrażenia nie jesteśmy w stanie nawet oddychać. Po prostu tkwimy w jednej pozycji, skamieniali, uwięzieni kpiąco-lodowatym spojrzeniem kapłana czy kapłanki. Rozedrgani od emocji, pocimy się jak szczury, właściwie już żegnając się z życiem.
I wtedy w oczach opętanej osoby coś się zmienia: dziwny blask na chwilę gaśnie, mętnieje na tyle, byśmy zdołali raz mrugnąć powiekami. W ułamek sekundy później okazuje się, że gałki oczne kapłana wywędrowały gdzieś ku górze, a może do wewnątrz jego ciała, które posłusznie podąża za nimi, na nowo podejmując przerwany taniec.
Uff!
Wracamy zza grobu.
Chwila, która nam zdawała się być wiecznością, trwała może pięć sekund.
Choć kapłan już więcej się nami nie zainteresował, jakoś odechciewa nam się dalszych flirtów z nieznanymi kultami. Lepiej udać się z powrotem do klimatyzowanego hotelu.
Zainteresowanym voodoo oraz historią Karaibów (i całej reszcie także) polecam pewien znakomity, podzielony na dwie części artykuł o rozgrywaniu wielkiej polityki w sposób wyjątkowo niecny za pomocą kultu. Rzecz miała miejsce na Haiti w czasach, gdy złoty wiek tego kraju nieodwołalnie miał się ku końcowi... KLIK

Wracając do rzeczy, tym razem postaram skupić się już tylko na zapachu Black XS. ;)
Otóż mam wrażenie, iż perfumy te powstały przez odejmowanie jako, że z początku czuję w zasadzie wszystko [naprawdę WSZYSTKO], a z czasem liczba woni stopniowo się zawęża, aż do cichej, ciemnej i ciepłej bazy.
Z początku aromat jest żywy do nieskończoności, wibrujący w świetle stroboskopowym, ekstatycznie nieograniczony. Wszystko miesza się ze wszystkim, tworząc szalony, kolorowy wir, w którym zatracają się nawet granice między światłem i cieniem. I naprawdę nie mam pojęcia, co tu jest cytryną a co praliną, co przyprawami a co drewnami. ;) Wiem tylko, że mieszanka jest niezwykle żywa (o czym już wspomniałam) oraz gęsta. Bardzo gęsta, choć dość przejrzysta. I ciemna z rozbłyskami światła, rozjaśniającymi tu i ówdzie widnokrąg.
Piękne szaleństwo.
Z czasem mieszanka nieco słabnie, zabawa spuszcza z tonu, jednak nie na tyle, by zaryzykować jakiekolwiek przypuszczenia o rychłym jej końcu. Prawdopodobnie najpierw zniknęły gdzieś owoce, uwypuklając tolu, przyprawy i czekoladową słodycz. W tle natomiast czuć gęsty i ciężki mahoń oraz heban, a także jakąś niemal czarną żywicę i paczuli w jej piwnicznym odcieniu.
Ostatnia faza to przede wszystkim paczuli czekoladowa, zmieszana z drewnem hebanowym i lekko różanym palisandrem, silnie wsparta na przewiewnej, ale i tak zmysłowej ambrze. A to wszystko bywa czasami osnute delikatną, ledwie wyczuwalną kadzidlaną mgiełką.
Mieszanka niebezpieczna i zachwycająca. Wciągająca, by po pewnym czasie odepchnąć; zmienna i kapryśna. A jednak od dłuższego czasu nie potrafię się od niej uwolnić. Bo pięknie opływa moje ciało, bo pozostawia po sobie długą smugę, bo uwielbiam pachnieć jak skomplikowani, pełni niespodzianek mężczyźni. ;)
Coraz poważniej zastanawiam się nad zakupem, ponieważ im dłużej o niej myślę, tym silniej wsącza się w mój mózg, stopniowo mnie opętując.
Więc jeśli kiedyś, przypadkiem, spotkacie na swojej drodze dziwną brunetkę średniego wzrostu o oczach, które "wiedzą", wtedy możecie być pewni, że to ja, prosto po inhalacji ze stumililitrowego flakonu. ;)

Rok produkcji i nos: 2005, Olivier Cresp
Przeznaczenie: zapach programowo męski, ale spokojnie może zostać uznany za uniseks. Co jednak ujmy mu nie przynosi! Dla osób stanowczych, zdecydowanych, silnych. Kategorycznie zakazany dla maczo czy różowych panienek "w panterkę".
Trwałość: na mojej skórze znacznie lepsza zimą; w sumie - od sześciu do blisko szesnastu godzin
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: kalabryjska cytryna, owoc kalamanzi
Nuta serca: praliny, cynamon, balsam tolu, czarny kardamon
Nuta bazy: heban, palisander, paczuli, czarna ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej. :)
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. www.costumzee.com/tag/voodoo
2. DeviantArt; The Wizzard autorstwa sm00keh. KLIK
Zaskoczę Was czy nie, kiedy wyznam, z czym kojarzę męską wersję Black XS od Paco Rabanne'a? Ciekawam bardzo. :)

Voodoo, santeria czy oxala, aby wymienić tylko te bardziej znane; Black XS to kapłan którejś z afroamerykańskich religii synkretycznych w ekstatycznym transie. Pijany boskim szałem, dzięki substancjom narkotycznym i mantrowemu bębnieniu wchodzi w stan opętania, pozwalając loa (duszom zmarłych o boskich konotacjach) wejść w swoje ciało.
Postronnemu obserwatorowi włosy na karku odstają od skóry pod kątem 90°, a po plecach biega pół mrowiska, gdy kapłan bądź kapłanka, spojrzy na nich strasznymi, niewidzącymi oczami i... uśmiechnie się. W sposób dziki, bezlitosny, kpiący. Zahipnotyzowani nie jesteśmy w stanie oderwać wzroku od tej strasznej, nieludzkiej twarzy, od oczu, które zaglądają prosto do naszej duszy i przeglądają nasze najmroczniejsze sekrety. Chcemy odwrócić wzrok, ale nie potrafimy, jesteśmy na to zbyt słabi. Bo nie my trzymamy w dłoni wszystkie atuty, nie od nas zależy rozwój tej gry; jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę tego dziwnego człowieka, który patrzy na nas tak, jakby sam Bóg zszedł na ziemię i zajrzał nam w czeluście duszy. Z wrażenia nie jesteśmy w stanie nawet oddychać. Po prostu tkwimy w jednej pozycji, skamieniali, uwięzieni kpiąco-lodowatym spojrzeniem kapłana czy kapłanki. Rozedrgani od emocji, pocimy się jak szczury, właściwie już żegnając się z życiem.
I wtedy w oczach opętanej osoby coś się zmienia: dziwny blask na chwilę gaśnie, mętnieje na tyle, byśmy zdołali raz mrugnąć powiekami. W ułamek sekundy później okazuje się, że gałki oczne kapłana wywędrowały gdzieś ku górze, a może do wewnątrz jego ciała, które posłusznie podąża za nimi, na nowo podejmując przerwany taniec.
Uff!
Wracamy zza grobu.
Chwila, która nam zdawała się być wiecznością, trwała może pięć sekund.
Choć kapłan już więcej się nami nie zainteresował, jakoś odechciewa nam się dalszych flirtów z nieznanymi kultami. Lepiej udać się z powrotem do klimatyzowanego hotelu.
Zainteresowanym voodoo oraz historią Karaibów (i całej reszcie także) polecam pewien znakomity, podzielony na dwie części artykuł o rozgrywaniu wielkiej polityki w sposób wyjątkowo niecny za pomocą kultu. Rzecz miała miejsce na Haiti w czasach, gdy złoty wiek tego kraju nieodwołalnie miał się ku końcowi... KLIK

Wracając do rzeczy, tym razem postaram skupić się już tylko na zapachu Black XS. ;)
Otóż mam wrażenie, iż perfumy te powstały przez odejmowanie jako, że z początku czuję w zasadzie wszystko [naprawdę WSZYSTKO], a z czasem liczba woni stopniowo się zawęża, aż do cichej, ciemnej i ciepłej bazy.
Z początku aromat jest żywy do nieskończoności, wibrujący w świetle stroboskopowym, ekstatycznie nieograniczony. Wszystko miesza się ze wszystkim, tworząc szalony, kolorowy wir, w którym zatracają się nawet granice między światłem i cieniem. I naprawdę nie mam pojęcia, co tu jest cytryną a co praliną, co przyprawami a co drewnami. ;) Wiem tylko, że mieszanka jest niezwykle żywa (o czym już wspomniałam) oraz gęsta. Bardzo gęsta, choć dość przejrzysta. I ciemna z rozbłyskami światła, rozjaśniającymi tu i ówdzie widnokrąg.
Piękne szaleństwo.
Z czasem mieszanka nieco słabnie, zabawa spuszcza z tonu, jednak nie na tyle, by zaryzykować jakiekolwiek przypuszczenia o rychłym jej końcu. Prawdopodobnie najpierw zniknęły gdzieś owoce, uwypuklając tolu, przyprawy i czekoladową słodycz. W tle natomiast czuć gęsty i ciężki mahoń oraz heban, a także jakąś niemal czarną żywicę i paczuli w jej piwnicznym odcieniu.
Ostatnia faza to przede wszystkim paczuli czekoladowa, zmieszana z drewnem hebanowym i lekko różanym palisandrem, silnie wsparta na przewiewnej, ale i tak zmysłowej ambrze. A to wszystko bywa czasami osnute delikatną, ledwie wyczuwalną kadzidlaną mgiełką.
Mieszanka niebezpieczna i zachwycająca. Wciągająca, by po pewnym czasie odepchnąć; zmienna i kapryśna. A jednak od dłuższego czasu nie potrafię się od niej uwolnić. Bo pięknie opływa moje ciało, bo pozostawia po sobie długą smugę, bo uwielbiam pachnieć jak skomplikowani, pełni niespodzianek mężczyźni. ;)
Coraz poważniej zastanawiam się nad zakupem, ponieważ im dłużej o niej myślę, tym silniej wsącza się w mój mózg, stopniowo mnie opętując.
Więc jeśli kiedyś, przypadkiem, spotkacie na swojej drodze dziwną brunetkę średniego wzrostu o oczach, które "wiedzą", wtedy możecie być pewni, że to ja, prosto po inhalacji ze stumililitrowego flakonu. ;)

Rok produkcji i nos: 2005, Olivier Cresp
Przeznaczenie: zapach programowo męski, ale spokojnie może zostać uznany za uniseks. Co jednak ujmy mu nie przynosi! Dla osób stanowczych, zdecydowanych, silnych. Kategorycznie zakazany dla maczo czy różowych panienek "w panterkę".
Trwałość: na mojej skórze znacznie lepsza zimą; w sumie - od sześciu do blisko szesnastu godzin
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: kalabryjska cytryna, owoc kalamanzi
Nuta serca: praliny, cynamon, balsam tolu, czarny kardamon
Nuta bazy: heban, palisander, paczuli, czarna ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej. :)
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. www.costumzee.com/tag/voodoo
2. DeviantArt; The Wizzard autorstwa sm00keh. KLIK
Etykiety:
drzewne,
mainstream,
orientalne,
Paco Rabanne,
perfumy
Subskrybuj:
Posty (Atom)








