Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Estée Lauder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Estée Lauder. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2015

Drapieżniczka

Oj, czasu to ja ostatnio nie mam w nadmiarze! ;) Dziś zaglądam do swoich recenzenckich notatek, skąd o swoim istnieniu i urodzie przypomina mi kilka pachnideł zdecydowanie wartych zrecenzowania.

Na przykład Tuberose Gardenia z butikowej linii marki Estée Lauder, zapach który kawałek czasu temu poznałam dzięki uprzejmości będącej jego miłośniczką Justyny Neyman. Ju, dzięki po raz kolejny! :)

Poznanie takiej zielonej i kwiatowej, jadowitej nocnej drapieżniczki to zawsze jest cenne przeżycie, warte zapamiętania.


Tuberose Gardenia powstała jako hołd dla zmysłowych, odurzających oraz bardzo kobiecych białych kwiatów; dla słodkiej gardenii, dla niepozornego z wyglądu, pyszniącego się o świcie jaśminu, dla urzekającego kwiatu pomarańczy, dla szlachetnej białej linii, dla prostolinijnego bzu oraz przede wszystkim - dla satrapki tuberozy, wiodącej prym w bodaj każdym kwiatowo-perfumowym towarzystwie, więc również i tutaj. Nie bez znaczenia pozostaje dodatek lekkiego, skrzącego się neroli w otwarciu oraz rozgrzewającego, tak zmysłowego że aż przerysowanego goździka z miękką, łagodzącą orchideą waniliową w bazie. To dzięki nim wszystkim omawiane pachnidło okazuje się dosłownym, porażająco urodziwym hołdem dla wielokwiatowych, potężnych kobiecych zapachów sprzed lat. Mega-kobiecych, nad-kobiecych, ultra-kobiecych aż do mutacji genetycznych i grzebania w chromosomach włącznie. ;)

Tuberose Gardenia przypomina mi absurdalnie przerysowane, w dwustu procentach seksowne i obowiązkowo tajemnicze kobiety fatalne z filmów noir. Lub ich komiksowe odpowiedniczki, na dobre już zakorzenione w świecie kultury popularnej: podgryzane przez genetycznie zmodyfikowane zwierzęta, będące ofiarami eksperymentów szalonych naukowców czy w ogóle przybyłe z dalekich planet. Z tą różnicą, że zaklęte w zapach, więc - identycznie jak ludzkie femmes fatales - wyposażone jednocześnie w siłę w standardowym męskim rozumieniu oraz wyraźną nadreprezentację trzeciorzędowych cech płciowych. ;) Ponadwymiarowe, obłędnie pachnące kwiaty, obficie broczące słodkim, lepkim nektarem a osadzone na końcach długich, elastycznych i żylastych (?) jadowicie zielonych łodyg, poskręcanych ponad wszelką przyzwoitość z innymi roślinami oraz sobą nawzajem, obowiązkowo mięsożerne i trujące.
Niemożliwe do zignorowania ale śmiertelnie niebezpieczne dla kogoś, kto będzie na tyle nierozważny i postanowi popodziwiać je z bliska. :] Fantazja (wiecznego) chłopca o seksownej dominie, tym razem w wydaniu vintage. A że kobiety wciąż spoglądają na siebie [tzn. w lustro ale i na siebie nawzajem] męskimi oczyma, więc nic dziwnego, że wizja femme fatale ucieleśnionej w Tuberose Gardenia wciąż potrafi być dla nas niebywale atrakcyjna. Naprawdę trudno nam się dziwić.

Wszak któraż z nas nie zamarzyła kiedyś, by być taką właśnie filmowo-komiksową drapieżniczką? ;)



Rok produkcji i nos(y): 2007, ktoś z Firmenich we współpracy w Aerin Lauder

Przeznaczenie: pachnidło skierowane przede wszystkim do kobiet, charakteryzujące się nieprzeciętną projekcją - początkowo zamaszystą i zostawiającą olbrzymi ślad zapachowy, później ograniczającą swój zasięg do kilku-kilkunastu centymetrów ponad ludzkie ciało, skupione w niezwykle gęstą, nieomal namacalną aurę. Przy okazji chciałabym potwierdzić podobieństwo TG oraz Do Son marki Diptyque; jeżeli nie rodzeństwo, z pewnością jest to bliskie kuzynostwo, zbliżone do siebie zarówno genami [czyli zapachem ;) ], jak charakterami.
Omawiana kompozycja pasuje na wszelkie okazje Bardzo Oficjalne i wieczorowe, gdy chcielibyśmy pachnieć wyraziście oraz z klasą albo kiedy potrzebujemy silnego olfaktorycznego kamuflażu (względnie zbroi). ;) Natomiast w zwykły dzień pracy, szczególnie w małym pomieszczeniu, każda ilość ponad jedną kroplę może okazać się kłopotliwa dla współpracowników. Lepiej więc uważać.

Trwałość: od około dziesięciu godzin w chłodnym powietrzu do prawie doby w cieple. I mam tu na myśli wodę perfumowaną, nie ekstrakt!

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: neroli, palisander, bez
Nuta serca: gardenia, tuberoza, jaśmin, biała lilia, kwiat pomarańczy
Nuta bazy: goździk (kwiat), wanilia
___
Dziś noszę Opus IV marki Amouage. A co! ;)

P.S.
Pierwsza ilustracja przedstawia jedną z części serii Femme Fatale, w której australijski grafik Rhys Cooper przedstawił znane z popkultury niebezpieczne piękności, nadając im twarze współczesnych aktorek. Na powyższym rysunku widzicie znaną z Gry o tron Natalie Dormer jako Trujący Bluszcz [hm... to postać ze świata stworzonego w serii o Batmanie czy może raczej Supermanie? Nigdy nie byłam dobra z komiksologii...], wypożyczona bezpośrednio STĄD.

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Oud po świętach

O raju, oud w Dubaju!

...czyli, w odróżnieniu od bohaterów ostatnich dwu recenzji, w miejscu dla siebie idealnym: nie dość, że arabskim, to jeszcze kosztownym oraz dosłownie spektakularnym. ;)


Absolutne szczyty nowobogackiego kiczu oraz gigantomanii na wschodnią modłę, to jest absurdalnie, całkowicie bezwstydnej? Z pewnością. Poza nimi jednak coś, co naprawdę robi wrażenie na odwiedzających lub chociaż przeglądających dubajskie fotografie [inna sprawa, czy jest to wrażenie pozytywne i do jakiego stopnia podlane sosem z sarkazmu ;> ]. Ostatecznie trudno nie zrobić wielkich oczu na widok archipelagów wysepek, układających się w kształt palmowych liści lub stoku narciarskiego w olbrzymiej hali na terenie pustynnego, zwrotnikowego miasta. :] Lub innych megalomańskich nowotworów, których z pewnością nie powstydziłby się niejeden Nowy Ruski, gdyby dane mu było żyć w gorącym klimacie.

A jednak z Dubajem kojarzę pewne perfumy, aczkolwiek jest to nawiązanie dosyć luźne i raczej umowne, zrodzone ze skojarzenia: "nowoczesne arabskie miasto świateł nocą".  W takim miejscu mój umysł chętnie poczułby Wood Mystique marki Estée Lauder, perfumy stworzone specjalnie na bliskowschodnie rynki, chociaż można je niekiedy znaleźć w co bardziej uczęszczanych butikach Europy Zachodniej czy USA.
Jak więc pachnie ów nocny Dubaj?


Cóż, nie da się ukryć, że na pierwszy niuch wydaje się bardzo ciekawy; na drugi i trzeci również. ;) Początkowo gęsty i słodki, aż klejący od jasnych, dziewczęcych w odbiorze soków, różano-malinowy, bezpretensjonalny, gładki, wykończony deserowością karmelowego benzoesu oraz jaśminu wielkolistnego z ledwie zaznaczoną drzewną ostrością gdzieś w tle. Chwilę później owocowa bezpośredniość znika, pozostawiając po sobie gęstą, esencjonalną różę oraz ciepłe, nadtopione żywice, do których dołącza wreszcie najważniejszy składnik mieszaniny: oud. W wydaniu srebrzystym, suchym, lizolowym oraz trochę metalicznym pozwala się wygładzić oraz rozjaśnić, opleść różanymi ramionami i ogrzać żarem wirujących w powietrzu przypraw, głównie szafranu oraz pieprzu. Gdzieś tam pojawiają się jeszcze pojedyncze, laboratoryjnie wyselekcjonowane i wybielone, pojedyncze nutki kwiatów, zbyt enigmatycznie jednak, abym mogła je nazwać.
Ramę całej tej przeplatanki stanowi mięciutkie i suche, pyłkowe paczuli o podejrzanie kakaowym wydźwięku. ;) Oraz nieśmiałe, jasne drewna. I trochę pojedynczych strużek jasnoszarego dymu z kadzielnic, z całą pewnością nie pochodzącego z olibanum ani żadnego innego głośnego kadzidła; pewnie oud ze skarmelizowanym cukrem benzoesu i kaszmerano-cedrem wyciągają z róży oraz przypraw wszystko, co w nich najcięższego oraz najbardziej skomplikowanego.
A na samiuteńkim dnie drzemie sobie spokojnie białe, niemal już całkowicie wyblakłe i rozmoczone niczym kartka papieru, piżmo. :)

Dziwny jakiś ten zapach. Niby ładny, skomplikowany, interesujący ale jakoś nie całkiem konsekwentny, neurotyczny. Skutecznie uniemożliwiający skupienie, co chyba widać po kształcie niniejszej recenzji. ;) Dzieje się dużo, jest to warte uwagi ale... no właśnie. Sama nie wiem, co. :]

Tyle mogę powiedzieć, że Wood Mystique zatrzymało się gdzieś w połowie drogi między Rose Anonyme Atelier Cologne a Narciso od Narciso Rodrigueza. Że te pachnidła wcale nie są do siebie podobne?
I w tym tkwi sęk, moi Drodzy, w tym tkwi sęk... ;)


Rok produkcji i nos: 2011, ??

Przeznaczenie: spokojny i dyskretny uniseks dla miłośników nowoczesnych, raczej abstrakcyjnych wcieleń drewna agarowego (acz w obowiązkowym duecie z różą ;) ).
Zdecydowanie bliski skórze i niechętnie ujawniający światu swoją obecność, więc idealny w sytuacjach zawodowych tudzież wszelkich innych, wymagających dyskrecji. Lecz i chwile mniej formalne potrafiłby umilić. :) Dobry na każdą porę roku.

Trwałość: niezbyt imponująca, ponieważ trzymająca się granic między pięcioma a ośmioma czy dziewięcioma godzinami

Grupa olfaktoryczna: orientalno-kwiatowa (i oczywiście drzewna)

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, biała piwonie, hydrolat różany
Nuta serca: różana infuzja, róża stulistna, jaśmin wielkolistny, mimoza, kłącze irysa, ylang-ylang
Nuta bazy: paczuli, benzoes, skóra, drewno cedrowe, malina, oud


P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/449585975273079684/ [Autor: Juha Öörni]
2. http://imgur.com/a/2jtOG#hlHgOHt

niedziela, 9 lutego 2014

Nie-recenzje, ciąg dalszy

No tak. Katar katarem ale perfumerie kuszą, aby zajrzeć do nich choć na krótką chwilę. Co też robiłam w czwartek oraz wczoraj. Obwąchałam przy okazji kilka zapachów, o których chciałabym napisać dosłownie słówko. Bardzo pobieżnie oraz z ogromnym marginesem błędu, niemniej jednak pokusa okazała się zbyt silna. ;)
Więc, bardzo proszę, nie traktujcie moich opinii poważniej, niż na to zasługują. :]


Balmain, Extatic

Na początku koszmarny banał, kwiatowo-owocowy ulep z quasiorientalnym podszyciem, później delikatnieje, jaśnieje i robi się ciekawszy. Sympatyczny drzewny jaśmin z subtelnym na subtelnym, pyłkowo-zamszowym tle, nowoczesny floriental jak się patrzy.
Polubiłam, choć pewnie pełnoprawnego testu pachnidło się nie doczeka. Niemniej jednak: sprawdźcie, co Wam szkodzi! ;)

Skład:
gruszka nashi, osmantus, róża, orchidea Sharry Baby, irys, jaśmin, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, amyris, skóra


Escada, Born in Paradise

Limitowanki Escady w interpretacji perfumoholików stoją tylko jedno oczko wyżej niż Lacoste, zapachy celebryckie oraz Avon. Tak głosi stereotyp. Który, w mojej skromnej opinii, ma ogromną rację bytu. ;> Jednak nie wolno pozwalać mu nad sobą dominować; warto czasem przeprosić się z nielubianymi markami, bo a nuż omija nas coś ciekawego?
Na przykład takie Born in Paradise: słodki, skoncentrowany syrop, koktajl na bazie mleka kokosowego oraz soku z ananasa, ożywiony lekkością gujawy oraz arbuza, z czymś wyraźnie kwaskowym w tle. Sympatyczny materiał na kompletnie niezobowiązującą wakacyjną znajomość, nie tylko dla fanów drinka piña colada! ;)
Jak na tę markę, rzecz zdecydowanie warta uwagi.

Skład:
gujawa, zielone jabłko, arbuz, mleko kokosowe, ananas, drewno sandałow, drewno cedrowe, białe piżmo


Estée Lauder, Modern Muse

Miał być przebój na wiele lat, jest magiczny eliksir o właściwościach usypiających. Takie nic. Taaaka nuuuuudaa! ;P Kwiatki istnieją tu głównie na papierze, również sztuczny pseudoorient łka po cichu w kącie. Całkowity brak osobowości, wypracowanej samodzielnie ani nawet zapożyczonej. Nie.
Classic level? Estée Lauder, robicie to źle.
Ogromnie żal mi zmarnowanej okazji.

Ekhm, skład:
jaśmin, mandarynka, wiciokrzew, jaśmin wielkolistny, tuberoza, lilia oraz inne akordy kwiatowe, akordy drzewne, dwa rodzaje paczuli, drewno ambrowe (?), łagodne piżmo, wanilia


Jimmy Choo, Flash London Club

:przeciąga się i ziewa:
Aaaaa...! O, to już?! Trzeba opisać ten zapach? Wybaczcie ale kompletnie go przespałam. Kom-plet-nie. :P
Niby wąchałam, nawet podwinęłam rękaw swetra żeby psiknąć tym w okolice łokcia ale teraz nie potrafię Wam niczego powiedzieć. Marniutka moc, trwałość bardzo podobna. Zaś sama konstrukcja nut... wyparowała mi z głowy, co chyba mówi o niej wystarczająco dużo. :>

Skład:
liczi, bergamotka, tuberoza oraz inne białe kwiaty, jasne drewna oraz piżmo


Masakï Matsushïma, Aqua Earth

Jedni twierdzą, że to uniseks, inni - że perfumy męskie. Co za różnica; i tak nosić będzie, kto zechce. Jak zwykle zresztą. :)
Dla mnie ta woda to sympatyczny, niekoniecznie słodki oraz mało banalny zielony świeżak, z lekko gorzkimi cytrusami oraz soczystym, chłodnym neroli na pierwszych miejscach. Kroku dotrzymuje im wyraźne choć łagodne, gładziutkie cedrowe deski, na których ktoś rozłożył dosłownie parę listków mięty i obsypał je pączkami owocujących gałązek czarnej porzeczki (których zresztą także nie ma zbyt wielu). Gdzieś w tle prawie naturalistyczne nuty morskie [wiecie, driftwood, glony, sól etc.] łączą się cedrem oraz cytrusowo-nerolowym akordem głównym a wszystko to nie wiadomo jakim cudem układa się na skórze w energetyczny, ciepły płaszcz.
Potęga reklamy? Wątpię, ponieważ przed i podczas szybkiego testu Aqua Earth nie miałam z nią nawet pobieżnej styczności. Zatem twórcom chyba udało się osiągnąć zamierzony cel. :)

Skład:
pomarańcza, tangerynka, cytryna, czarna porzeczka, mięta, akord wody morskiej, neroli, drewno cedrowe, paczuli


Paco Rabanne, Invictus

Uwaga: pasztet alert! ;P
Nie no, model na fotografii nie wygląda znowu tak źle; to w reklamie stanowił widok średnio atrakcyjny by nie rzec, że mało apetyczny. ;] Jednak to nie on powinien robić wrażenie - ani nie kiczowaty flakon - ale sam zapach, tworzony przez prawdziwą plejadę perfumiarskich gwiazd, z Dominikiem Ropion i Olivierem Polge na czele. Tu jednak nie wyszło. Ponieważ każde z twórców ma na swoim koncie także porażające gnioty, cieszące się wszelako popularnością wśród mas, podczas prac nad Invictusem widocznie kazano im obrać właśnie taki kierunek.
W efekcie otrzymaliśmy dzieło mocne, duszące, zapychające moje nozdrza mieszaniną najbardziej popularnych... środków do czyszczenia kuchni i łazienek. :P Chemiczne cytrusy z wyraźną nutką chloru, morski odświeżacz powietrza do toalet oraz niby-kwiatowy, "przyjemny i świeży" płyn do płukania tkanin. Agresywny oraz trwały jak one same.
Borze szumiący, co za porażka. A idź se facet wygrywać zawody w sprzątaniu na czas i nie zawracaj mi więcej głowy.

Skład:
mandarynka, grejpfrut, akord morski, liść laurowy, jaśmin, paczuli, drewno gwajakowe, mech dębowy, szara (???) ambra

___
Dziś u mnie Cuir de Russie marki L. T. Piver.

sobota, 8 czerwca 2013

Wspomnień czar

Jestem osobą biegnąca za uciekającym czasem.
Ostatnio spóźniłam się na Światowy Dzień Książki, natomiast wczoraj zdałam sobie sprawę, że gdzieś bokiem minął mi pierwszoczerwcowy Międzynarodowy Dzień Dziecka. Na który przecież zaplanowałam tematyczną notkę wspominkową o moich pierwszych "dorosłych" perfumach. No trudno. Skoro ów dzień przepłynął gdzieś koło mnie, dziś postaram się jedynie nawiązać do jednego z nie-opisanych zapachów. :)

Zamierzam bowiem pochylić się nad dwiema kompozycjami, które okazały się pachnieć podobnie do nieodżałowanej Glorii marki Cacharel. Przy czym podobieństwo to jest bardziej umowne niż ewidentne (nie wykluczam nawet, że istnieje tylko w mojej głowie), ułożone wokół charakterystycznego dotąd tylko dla Glorii wrażenia roślinnej, pudrowo-musującej, nieco mineralnej słodyczy. Trochę jakbyście wąchali wszystkie te witaminy w pastylkach które, wrzucone do wody, rozpuszczają się z sykiem a pite smakują matową, chemiczną słodyczą. :) Tak kiedyś pachniała Gloria [choć nie zawsze i nie do końca; jeszcze o tym napiszę; za jakiś czas], tak obecnie pachną Dolce Riso od Calé Fragranze d'Autore oraz Amber Ylang Ylang z Prywatnej Kolekcji marki Estée Lauder.

Wszystkie trzy zapachy łączy również roślinna, wściekle różowa aura; co prawdę mówiąc jest uroczym oraz przedziwnym kontrastem wobec chemicznej słodyczy rozpuszczalnego wapna czy witaminy B. ;) Lecz cóż poradzić? Perfumy należy brać takimi, jakimi się ukazują - szczególnie wtedy, gdy ich ważnym elementem składowym są nasze wspomnienia.

O moich dzisiejszych bohaterach jednak wspomnień nie mam. I chyba nie zdołam ich uzbierać, ponieważ czas podobnych kompozycji dla mnie już minął. Mówiąc wprost: no, nie zachwyciły.

Dolce Riso na przykład rzeczywiście może pachnieć ryżowym deserem, doprawianym kilkoma szczyptami korzennych przypraw i podanym w towarzystwie wieloowocowej konfitury, której głównymi składnikami są kandyzowane plastry mango, marcepan, cytrusy oraz zarodki pszenicy, wszystkie porządnie osłodzone wanilią oraz pojedynczymi frakcjami jasnego miodu. Całość ułożono na masywnym i jasno-cedrowym, troszkę cierpkim postumencie, następnie oprószono pudrem z białego piżma.
Zaiste, ciekawe połączenie. Dzięki akordom zbożowym oraz gorzkim, dzięki cierpkiej świeżości drewna z cytrusami i miodem twórca pachnidła sprytnie uniknął banału oraz mdlącego przesłodzenia. Dla mnie jednak jego dzieło jest zbyt jednoznaczne i toporne.
Dolce Riso to Gloria w wydaniu intense, z chemicznym musowaniem i przepychanką słodyczy z goryczą w miejsce miękkości i jasnej słodyczy bazy. Zbyt monotonna, zbyt prosta, mało zmieniająca się w czasie, zatem i męcząca.
Trochę szkoda.

Amber Ylang Ylang okazało się nieco inną "interpretacją" signature scent piętnastoletniej wiedźmy. :) Powiedzmy, że tym razem mam do czynienia z Glorią w modnym kilka wiosen temu wcieleniu eliksirowym [pamiętacie eliksirowego Angela i Aliena, trzy diorowskie Trucizny, Hypnose od Lancôme czy Amor Amor Tentation?], pogłębiającym akordy roślinnego musowania z otwarcia, korzenno-alkoholowe niuanse rozwinięcia oraz ambrowo-drzewne ciepło bazy. Znacznie przyjemniejszym od poprzedniego puntu na liście.
Z uwerturą seledynowo-słodziutką dzięki ylang-ylang, sprytnie złamaną akordem świeżego, taninowego geranium oraz matową jasnością bergamotki. Co niemal od razu staje się półprzejrzystą zasłoną, zza której coraz śmielej wyziera esencjonalna róża (ukazana identycznie, jak w Glorii), otoczona przez ciepłe przyprawy oraz akordy drzewne: aromatyczne balsamy, sandałowcowe drzazgi, ciepłą ambrową - czy raczej bursztynową - chmurę. W miarę upływu czasu akordy ambrowe i drzewne stabilizują się, nabierając większej głębi albo ściślej zespalając z ludzką skórą. Pojawia się delikatne wspomnienie po jakimś wytrawnym alkoholu (brandy? średnio udany koniak? może calvados?), wplecione między żywiczne, sandałowcowe oraz ambrowo-korzenne nuty a z czasem całkowicie przykryte słodyczą, wynikającą już nie z tytułowego kwiatu lecz z waniliowych lasek, suchych oraz ciemnych.
Wszystko to układa się na ciele w ciężkich splotach, otula je szczelnie acz niekoniecznie przywiera do ludzkiej skóry. Jest ciekawe ale - no cóż, Glorią nie jest. :] Dlatego trochę męczy mnie swoim ciężarem, konwencjonalnie "kobiecym" pięknem, brakiem finezji; w zasadzie trudno powiedzieć, czym. :) A może tylko się czepiam?


Ostatecznie czasu nie da rady cofnąć [prawdę mówiąc, nie bardzo miałabym na to chęć :) ]. Nie jestem tą nastoletnią dziewczynką, którą bez trudu oczarowywał słodki puder Glorii, Flower od Kenzo czy Far Away Avonu. Ich czas już minął, czego nie mogą zmienić współczesne skojarzenia.
Lecz obiecuję wrócić jeszcze do swoich późnodziecięcych pachnideł. Co prawda ich sample do następnego Dnia Dziecka z pewnością nie dotrwają ale dlaczego nie miałabym zrobić sobie recenzenckiego prezentu za kilka miesięcy? Przecież urodziny mam już w grudniu! ;)


Calé Fragranze d'Autore, Dolce Riso

Rok produkcji i nos: 2008, Silvio Levi

Przeznaczenie: zapach uniseksualny oraz bliskoskórny, z czasem niemal sklejający się z nią.
Na okazje, eee... jakie zechcecie. ;)

Trwałość: nie większa, niż pięcio- sześciogodzinna (z czego połowę spędzimy z nosem przy skórze)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa


Skład:

Nuta głowy: bergamotka, jabłko, bylica
Nuta serca: ryż, pszenica, pieprz
Nuta bazy: wanilia, bób tonka, piżmo


Estée Lauder, Private Collection: Amber Ylang Ylang

Rok produkcji i nos: 2008, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet; układający się wokół ciała w przyjemną, kilkunastocentrymetrową aurę, oczywiście z czasem coraz bliższy skórze.
Na okazje formalne (choć nie tylko).

Trwałość: od siedmiu do przeszło dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, ylang-ylang, geranium
Nuta serca: bułgarska róża, kadzidło, cynamon
Nuta bazy: wanilia, drewno sandałowe, ambra
___
Dziś Le Parfum Denis Durand Couture od M. Micallef.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.featherofme.com/justin-gaffrey-sculptures-of-paint/

wtorek, 21 sierpnia 2012

Sport

Perfumy do uprawiania sportu - współcześnie banał nad banały a dla marek fantastyczny sposób na to, by "zarobić ale się nie narobić". ;) Jednak czterdzieści lat temu pomysł na takowe pachnidło wielu wydawał się niesłychany. Mimo to zdrowy rozum podpowiada nam, że "ktoś musiał być pierwszy"! I był; a właściwie była. Właśnie czterdzieści lat temu. Wizjonerka Estée Lauder, wypuszczająca na rynek perfumy o "bezpiecznej" nazwie Alliage.
Czy przypuszczała, że jej pomysł tak się rozrośnie? :)


Alliage, czyli z francuskiego po prostu Mieszanka, reklamowane było jako "pierwszy na świecie zapach do uprawiania sportu. Tylko kobieta mogła go stworzyć" czy też "Niepodobny do niczego na świecie". Wówczas była to zresztą stuprocentowa prawda. Ponieważ pachnidła dla kobiet aktywnych, pozbawione ciężkiego, orientalno-aldehydowego płaszcza nie należały do często spotykanych. Anonimowy zleceniobiorca Pani Lauder postawił (lub postawiła) na czystość, zieleń oraz chłodne podmuchy świeżej, ożywczej bryzy. Taka miała być Mieszanka. I była. Czterdzieści lat temu.
Współczesna interpretacja pachnidła od tej sprzed ponad trzech dekad różni się tak, jak omawiany aromat od znanych nam obecnie kolejnych wcieleń niezawodnego Men Fresh Light Sport. ;)

Przede wszystkim to, co ówcześnie okazało się chwytliwym olfaktorycznym odzwierciedleniem aktywnego trybu życia, dzisiejsze użytkowniczki (szczególnie młodsze) określiłyby jako "babciny śmierdziuch na nabożeństwo" lub coś równie soczystego. Cóż poradzić? Obiegową prawdę, że gorsza moneta wypiera lepszą znali już starożytni Fenicjanie. ;) Do tego dochodzi instrumentalne traktowanie sztuki perfumiarskiej oraz zwyczajny brak wyrobienia zmysłu węchu i mamy, co mamy.
Lecz, co najbardziej ciekawe, Alliage w dalszym ciągu pachnie orzeźwiająco oraz zielono, z wpisanymi w strukturę zapachu prostolinijną wesołością i prawdziwym zastrzykiem energii. Czyli w dalszym ciągu się sprawdza. I to jak! :)
Taką świeżość mogłabym nosić dużo częściej. ;>

Omawiany zapach bowiem w istocie pasuje nie tylko do działalności ściśle sportowej ale też do trybu życia po prostu aktywnego oraz zdrowego, do nowoczesnych kobiet, którym nieobca była zarówno kariera zawodowa (niekoniecznie stereotypowo kobieca), jak i popołudniowe treningi czy weekendowe wypady poza miasto, na łono natury. Dziś takie życie stało się równie oczywiste, co perfumy "sportowe", więc i w tym przypadku zniknął innowacyjny potencjał Alliage.
Co nie znaczy, że sama Alliage przestała pasować do takiego właśnie wizerunku! Ona w dalszym ciągu jest sobą, mimo upływu lat niezmienna. I być może to stało się powodem małej obecnie popularności aromatu. Na szczęście Estée Lauder jako marka perfumeryjna relatywnie rzadko podejmuje decyzję o całkowitym i nieodwołalnym wycofaniu zapachu z produkcji. Dzięki czemu i my możemy cieszyć się gorzkawą rześkością Mieszanki. :)


Która okazuje się bardziej gorzka niż Memoir Man od Amouage, bardziej świeża niż niejeden wykastrowany cytrusoczek oraz znacznie zieleńsza od Siberian Snow D.S & Durgi. Okazuje się przy okazji jednym z najbardziej suchych, mszysto-wetyweriowych pachnideł, jakie dane mi było poznać. To wszystko są niekwestionowane zalety.

W otwarciu kompozycja okazuje się wytrawna, cytrusowo szklista, przesycona wytrawnością cytryny i gałki muszkatołowej, później dryfuje w stronę intensywnego, podbitego zielenią przyprawowca. Posunięcie tak nietypowe, że aż odjechane. Super! :) Pojawiają się akcenty delikatnie słone, jakby morskie choć jestem pewna, iż nie wmieszano tu żadnych nowomodnych molekuł (najwyżej tańsze syntetyczne zamienniki naturalnych substancji), przeto morskość owa pochodzi gdzieś z gry nut z moją pamięcią. :) Zresztą charakterystyczny aromat morskich brzegów: glonów, drewna, odrobiny północnej stęchlizny to niemała zasługa mchu dębowego oraz wetywerii w stylu guerlainowskim, które splecione z cytryną, nutami morskimi i przyprawowymi, podbite słodkawym akordem żywicy sosnowej (a może mirry czy odrobinki benzoesu?) dają całość suchą, złożoną a jednak prostą. Oraz ujmującą, przeznaczoną dla dorosłych kobiet. Bywa, że pojawia się odrobina piołunowej goryczki, nigdy jednak nie staje się czymś więcej, jak elementem tła.
W bazie dominuje sucha, pełna słońca oraz retro-piękna pasta z mchu, wetywerii, gałki muszkatołowej z odrobiną kminku (albo jeszcze mniejszą ilością kminu), świeżo pociętego na aromatyczne deski drewna cedrowego i jednego z "tutejszych" iglaków, jak również odrobinę pudrowa, staroświecka ziołowa goryczka (czuję tymianek). Pojawiają się luźne skojarzenia z Eau Sauvage Diora czy wspomnianym Vetiver marki Guerlain, rozjaśnionymi kobiecą miękkością Chanelowej Dziewiętnastki. Nie ulega wątpliwości, że Alliage ma już swoje lata.
Lecz czy to ważne?

Dla mnie liczy się wyrazisty, silny charakter, indywidualizm oraz pewna uniseksualność pachnidła; także i ona zakrawała na precedens w perfumeryjnym świecie drugiej połowy XX wieku. Na długo przed CK One. :) Choćby z tego powodu warto rozejrzeć się za Alliage - zapachem, który przecierał szlaki wielu współczesnym trendom. A na dokładkę okazał się od ich dzisiejszych flagowców o kilka długości lepszy.

Rok produkcji i nos: 1972, Francis Camail

Przeznaczenie: zapach teoretycznie dla kobiet, lecz dziś mam go za rasowy uniseks z akordami stereotypowo męskimi. Bliski skórze jednak bez trudu wyczuwalny. Nie tylko na czas uprawiania sportu tudzież wycieczkę. ;) Bezpiecznie nieformalny i całodobowy.

Trwałość: w granicach ośmiu-dziesięciu godzin, czasem odrobinę dłużej

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa

Skład:

Nuta głowy: brzoskwinia, cytrusy, nuty zielone
Nuta serca: palisander, gałka muszkatołowa, kminek, galbanum, tymianek, jaśmin, bylica, sosna
Nuta bazy: wetyweria, drewno cedrowe, mirra, mech dębowy, piżmo
___
Dziś noszę Gucci Pour Homme II.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Koniec wieku dziewiętnastego

"Dlaczego po stu latach od katastrofy ludzie wkładają tyle pieniędzy, nowoczesnej techniki i wysiłku w cmentarzysko stali drzemiące ponad trzy kilometry pod powierzchnią oceanu? Dlaczego rozbudza naszą wyobraźnię jak niewiele innych miejsc na świecie? Dla wielu osób powab Titanica bierze się z faktu, że statek i jego kres da się opisać jedynie w superlatywach (...): statek największy i najmocniejszy, woda najgłębsza i najzimniejsza. Innych fascynują ludzkie historie. Titanic tonął dwie godziny i 40 minut, co dało czas na rozegranie się 2208 dramatów, gdy światła na statku wciąż się świeciły. Ponoć pewien tchórz dostał się do szalupy ratunkowej w damskim przebraniu. Większość jednak wykazała się honorem, wielu - bohaterstwem. Kapitan pozostał na statku, orkiestra grała, telegrafiści wysyłali sygnał SOS. Do końca. Większość pasażerów nie sprzeniewierzyła się edwardiańskiemu wychowaniu. (...)
Z Titanikiem prócz ludzkich historii poszło na dno jeszcze coś: wiara w porządek, postęp techniczny, lepszą przyszłość. Wkrótce, w miarę jak Europa parła ku wojnie, zastąpione zostały przez lęki dobrze znane i dzisiejszemu światu. - Katastrofa Titanica była pęknięciem bańki mydlanej - powiedział (...) James Cameron. - W pierwszych latach XX w. panowało poczucie sukcesu, optymizmu. Winda! Samochód! Samolot! Radio!
Cuda. I nagle to wszystko runęło".
Hampton Sides, Niewidziany Titanic w: National Geographic Polska, nr 4 (151) 2012, s.51.

Katastrofa Titanica, Niezatapialnego poległego w pierwszej ze swych bitew z przyrodą, szybko stała sie symbolem. Z perspektywy czasów późniejszych: symbolem epoki symbolicznej. Dokładnie takiej, jaką opisano w przytoczonym wyżej tekście. Lat nadziei, że może wreszcie - po tylu wiekach bezmyślnego masowego zarzynania siebie nawzajem, w perspektywie rozwoju nauki i techniki, w obliczu postępującego oświecenia całych zachodnioeuropejskich społeczeństw - można mieć nadzieję na okres harmonii oraz pomyślności. A wystarczyły nieco ponad dwa lata, by okazało się, iż żadne z wymienionych życzeń nie miało racjonalnych podstaw. Że pragnienie mordu w imię "wyższych idei" zamiast usnąć snem stuletnim, udało się tylko na poobiednią drzemkę, że nauka i technika z powodzeniem mogą służyć doskonaleniu machiny wojennej, odczłowieczaniu zabijania na skalę trudną do wyobrażenia, że blask płonących stosów nie rozświetla mroków ludzkiej duszy (parafrazując dykteryjkę Stanisława Jerzego Leca).
Zatonięcie Titanica symbolizowało ludzką naiwność. Piękną, do głębi humanistyczną, lecz - jak się okazało - błędną. Bolesną tak, jak ciężkim do zniesienia potrafi być tylko zawiedzenie nadziei najbardziej intymnych.


Lecz epoka poprzedzająca wybuch pierwszej wojny światowej stanowiła także preludium do zmian społecznych na ogromną skalę, którym po zakończeniu bojów nie dało się już zaprzeczać. Demokratyzacja społeczeństwa, emancypacja kobiet czy po-inflacyjne zubożenie na stałe przeistoczyły krajobraz życia publicznego i domowego. O tych czasach zmiany na mapie Europy opowiadają nam równie dobrze, co modowa rewolucja Coco Chanel i ogromna popularność Habanity od Molinard. Bogatsi o świadomość tego szybko zauważymy, iż mania wielkości armatora Titanica czy poszczególnych pasażerów pierwszej klasy, jak również śmiesznie mała ilość szalup, dyktująca załodze konieczność skazania na śmierć większości podróżnych z klasy trzeciej (w zamian za bogatych i wpływowych) stanowiły jeden z ostatnich aktów Starego Porządku zachodniego świata. Okrutną i majestatyczną śmierć ładu społecznego zasadzonego na predestynacji.
Ponieważ tak naprawdę, choć wiek dziewiętnasty umarł w okopach Verdun i Sommy, jego agonia rozpoczęła się na Titanicu. Jakkolwiek trzeba było ogromnej przenikliwości, by zdawać sobie z tego sprawę.


Jeden zapach opowiada mi tę historię. A raczej: opowiada mi o historii. Okazuje się stopklatką, zatrzymującą obraz świata tuż przed katastrofą. W miejsce czasów, kiedy powstał nań pomysł, kompozycja przywodzi mi na myśl plastyczne, choć niekoniecznie kuszące, wizje świata arystokratyczno-burżuazyjnej części ówczesnej Europy. Wyraziste lecz nie krzykliwe. Tak przekonane o słuszności własnego postępowania i wyższości na resztą świata, że zwyczajnie nie sposób zarzucić im snobizmu. Nie ma jak, skoro ich świadomość kształtują poglądy pokoleń poprzedników. Nie można mówić o pomyłce, jeżeli myląca się osoba nie ma o niej pojęcia.
Świat piękny i nierealny. Nieświadom tego, iż wyrok na nim już zapadł.
Jasmine White Moss z prywatnej kolekcji marki Estée Lauder. Czyste perfumy. Jaśmin, mech, cytrusy oraz nuty drzewne. Wszystko jasne, utrzymane w łagodnych odcieniach bieli, zieleni i złota. Do tego zaskakująco zgodne z ówczesnymi trendami. :) Nade wszystko jednak: zastanawiające, zagadkowe, "inne".


Choć raczej nie z racji swojej dziwności, niszowego braku pokory. W Jasmine White Moss zastanawia kontrast między dwoma przejawami ducha pachnidła: samą kompozycją zapachową, zestawioną w całość stroniącą od burz i kontrowersji, spokojną lecz wyrazistą a jego mocą, doprawdy mało edwardiańską, a już na pewno - nie wiktoriańską. :) Tej zaś nie sposób zignorować, ona wydaje się być zapowiedzią czasów, które dopiero mają nadejść.
Z początku ostry, niezbyt słodki i niekoniecznie kwiatowy, składa się mój dzisiejszy bohater z nut cytrusowych oraz żywicznych, na poły skórzastych i zielonych, rozjaśniających świat wokoło w sposób daleki od ckliwej tandety. Przy pozornej oschłości nie sposób zarzucić mu braku specyficznego humoru. Przejawia się on w orzeźwiającym, łamiącym dzisiejsze schematy musowaniu, ożywczej bryzie, omywającej pięćsetletnie zielone dywany oraz niewiele młodsze założenia ogrodowe, których te są fundamentem. Za pomocą bergamotki i galbanum, zmąconych kuszącą ziemistą nutą fiołka, fundujący nam cudowną grę miękkiego światła z delikatnym cieniem.
Także później, gdy dodatkowi kwiatów nie sposób zaprzeczyć; gdy kompozycja staje się cięższa, ułożona wokół galbanum, jaśminu i ylang-ylang, kiedy wzrasta szyprowa suchość pękających bąbelków gazu w szampanie, popijanym porą bardziej już wieczorową. Chwilami wybija się nuta kwiatu pomarańczy, jednak nie dzieje się to zbyt często. Prym wiodą teraz lekko pudrowy jaśmin i inne upojne kwiaty, podporządkowane ostatkom nut otwarcia oraz głębokim, mszystym nutom drzewnym. Przede wszystkim mchowi dębowemu i wetywerii, potraktowanej podobnie, co w przypadku Nu edp (tylko silniej poskromionemu); lekkie, wysubtelniające tchnienie paczuli stanowi o cieple bazowej głębi Jasmine White Moss.
Wizja, towarzysząca testom omawianego aromatu, trwa przy mnie od pierwszych chwil. Jest silna i naprawdę trudno byłoby od niej uciec. Tak, jak trudno podjąć decyzję, czy lepiej jest z tonącego okrętu uciec czy pozostać nań do samego końca.


Czasem żadna z decyzji nie jest słuszna, żadna nie zyska pełnej akceptacji. Ba! Bywa, iż żadnej nie potrafimy sami należycie pojąć, by bronić jej przed światem. A jednak od podjęcia decyzji w żaden sposób nie możemy uciec. Dlatego każda będzie zła.
Tragizm; chyba tak właśnie należy go definiować. W nim zawiera się cała kulturowa spuścizna RMS Titanic. O świecie, który do tragicznych decyzji zmuszono, opowiada również Jasmine White Moss, zapach ostatnich spokojnych dni. Cudownego snu, który jeszcze nie wie, iż wkrótce zostanie przerwany. Przynajmniej na jakiś czas. ;)

Wszyscy na pokładzie? No to odpływamy! Taka podróż, Szanowni Państwo, zdarza się tylko raz w życiu.


Rok produkcji i nos: (na podstawie receptur Estée Lauder z lat 80. XX w.) 2009, Jean-Marc Chaillan we współpracy z Aerin Lauder

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet; krystaliczny i dosyć łatwy do "uniesienia"; na wszelkie okazje, choć stosowne wydają się te bardziej oficjalne.

Trwałość: testowałam czyste perfumy i w tym przypadku nie mam żadnych zastrzeżeń - co najmniej piętnastogodzinna :)

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-szyprowa

Skład:

Nuta głowy: pąk czarnej porzeczki, galbanum, bergamotka
Nuta serca: jaśmin wielkolistny (czyli sambac), jaśmin lekarski, irys, fiołek, ylang-ylang, kwiat pomarańczy
Nuta bazy: biały mech (?), paczuli, wetyweria

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://weheartit.com/entry/2334342
2. http://weheartit.com/entry/2323552/via/milkdrop
3. http://bettermost.net/forum/index.php?topic=48536.0
4. http://www.dailylife.com.au/dl-people/celebrity-news/the-latest-downton-abbey-news-20120409-1wk1p.html
5. http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114873,11502657,Luksusowa_podroz_szlakiem_Titanica_w_stulecie_zatoniecia.html

poniedziałek, 28 marca 2011

Najwspanialszy

Najwspanialszy, najszlachetniejszy, najwytworniejszy, najczcigodniejszy, największy... jedyny.
Ów iście monarszo-absolutystyczny spis pochlebstw przychodzi mi na myśl za każdym razem, gdy skrapiam się Cinnabarem od Estée Lauder. Lecz wcale nie dlatego, że odnoszę się doń z czołobitną estymą, tylko... z grzeczności. Bo to on, Cynober, ma o sobie nadzwyczaj wysokie mniemanie. I bardzo mu z tym do twarzy. :)
Królewska rdza.


Budząca respekt, tworząca dystans, jednocześnie zimna i gotowa zabić w amoku. Iwan Groźny. A może ktoś z długiego szeregu chińskich cesarzy - władców absolutnych? Cinnabar nie pertraktuje, nie słucha posłów, nie bierze jeńców. Cinnabar śmiało pędzi "na czołówkę" i - wygrywa.

Uch, jak ja go uwielbiam! :) Kocham jego moc, podmuchy gorącego powietrza, trudny charakter, krzykliwość; ubóstwiam buńczuczne, niekończące się demonstracje siły. Jakąś pierwotną, wyrafinowaną moc. Estymę maskującą mordercze zamiary. Pragnienie krwi.
Początkowo nie miałam pomysłu na recenzję, planowałam zilustrować ją fotografiami szkarłatnego cynobru, w stanie czystym i po przetworzeniu. Lecz kiedy włączyłam płytę z Dwudziestoma trzema fantazjami Eustachego du Caurroy, przepadłam. Mój duch niemal automatycznie przeniósł się do szesnastowiecznej Francji. A przecież nie był to cichy i spokojny kraj. Nic z tego!


W Polsce trwał sławny Złoty Wiek, epoka postępu, rozsądku, nauki. Tolerancji religijnej. Dla "starej" części kontynentu, z Pierwszą Córą Rzymu na czele, Litwa z Koroną były ziemią dziką, dziwaczną i zacofaną; nawet z nas żartowano: "jeśli jesteś innowiercą i pewnego dnia obudzisz się, a w swej miejscowości nie znajdziesz żadnych współwyznawców, wówczas jedź do najbliższego miasta. Jeśli tam nie spotkasz nikogo ze swoich, udaj się do stolicy, jak reszta wszelkiego tałatajstwa. Lecz jeśli twych braci w wierze zabraknie w stolicy, na pewno znajdziesz ich w Polsce; ale jeżeli i tam ich nie będzie, znaczy, że twoja religia nigdy nie istniała"*. Ostrzegałam - dziki kraj. ;)
Protestantyzm we Francji miał się dużo, dużo gorzej. Tam tolerancja religijna, niechby i nominalna, była fikcją. Rzeź w Noc św. Bartłomieja nie wzięła się z niczego, była czymś więcej, niźli chłodną, polityczną kalkulacją Katarzyny Medycejskiej, jej syna, Karola IX oraz księcia Gwizjusza. Masakra hugenotów, rozpoczęta w Paryżu między 23 a 24 sierpnia 1572 roku, rozciągnęła się na cały kraj i ostatecznie pochłonęła około dwudziestu tysięcy istnień ludzkich.
Jej preludium rozegrało się zaledwie sześć dni po ślubie królewskiej siostry, Małgorzaty, z hugenockim królem Nawarry, Henrykiem. Małgorzata de Valois. Małgorzata z Nawarry. Królowa Margot.

Słynna z, wykraczającego daleko ponad przeciętność, apetytu erotycznego; inteligentna, piękna, kłótliwa, ambitna, niemal aspołeczna; lubująca się w luksusach i intrygach skandalistka, wciąż rozmieniała się na drobne. Po oficjalnym unieważnieniu jej (wyjątkowo burzliwego, nawet jak na ówczesne warunki polityczne) małżeństwa żyła na skraju ubóstwa. Po pewnym czasie jednak postanowiła pojednać się z mężem, wówczas królem Francji, i jego drugą żoną. Po powrocie do Paryża stała się znana jako mecenaska artystów, opiekunka ubogich oraz... wychowawczyni wszystkich dzieci byłego męża.
Zmarła 27 maja 1615 roku, w wieku sześćdziesięciu dwóch lat. Podobno do ostatnich dni gorliwie wznosząca modły do Erosa, niezmiennie rozmiłowana w ślicznych chłopcach.
Prawdziwie wyniosła, zapatrzona w siebie, barwna. Ostatnia z Walezjuszy.
"Moja" twarz Cinnabar.


[Szukałam tej ilustracji w wydaniu nie-okładkowym, bezskutecznie.]
Woń to doprawdy potężna. Nie na dzisiejsze czasy. Uderzająca w nozdrza, podstępnie atakująca płuca, a bywa, że i wyciskająca z oczu łzy. Ale nie zamierzam przestać jej używać, za nic! ;) Gzie jeszcze znajdę tak pozbawioną zahamowań, pierwotną i w pełni "naturalną" moc?
Bo o ile Bandit jest impresją na temat wojny nowoczesnej, industrialno-atomowo-zmechanizowanej, Cinnabar pozostaje dziką, okrutną, niemal sadystyczną rzezią w dawnym stylu. Dworskie intrygi w takt muzyki i ciepła krew wrogów obmywająca nasze twarze. Budzące grozę odzwierciedlenie tego, ile (ilu?) człowiek może zniszczyć własnoręcznie, wyłącznie dzięki sile własnej woli i - własnych mięśni. Oto Cynober.
Nie ma w nim miejsca na prostotę czy tępą brutalność. Oto prawdziwie demoniczna sztuka - przeinaczona ars moriendi.

Trudno o zapachu wywołującym tak silne wizje napisać coś konkretnego. Zbyt jest potężny, zbyt wielowymiarowy i wieloskładnikowy. Mroczny, orientalny, kadzidlany, przyprawowy i pudrowy jednocześnie. Głęboki, nieokiełznany, dziki w ten, jedyny w swoim rodzaju, dworski sposób. Majestatyczny.
Wyczuwam lekkie tchnienie owoców, odurzające kwiaty, nieco przypraw. Te ostatnie z czasem nabierają znaczenia, zmieniając się w istną burzę pyłowa, dusząc chmurą burego cynamonu, czekoladowych goździków, kardamonu i pieprzu; dołącza do nich kadzidło, co czyni kompozycję podobną do Baume du Doge od Eau d'Italie. Z czasem kadzidła jest coraz więcej, lecz myliłby się ktoś sądzący, iż ma ono wiele wspólnego z uroczystościami u Notre-Dame de Paris. Nie, kadzidło z Cinnabar jest jakiekolwiek, byle nie katolickie. Religia w tej scenie nienawiści otrzymała rolę pokornej służki.
Zaczyna się cicho, z klasą, by po pewnym czasie ukazać swą niszczycielską twarz: pojawia się i "zwęglona" wetyweria, i sypki puder z paczuli, poharatany na drzazgi sandałowiec, cieknąca strugą wanilia, rozpłatane aromatyczne balsamy, których swąd zagłusza woń każdego ogrodu, puchnąca ambra.
Podobno o świcie 24 sierpnia 1572 roku wody Sekwany miały kolor szkarłatny...

Lecz w kompozycji pojawia się także wątek miękki, bardziej litościwy, ludzki. Margot straciła kochanka, młodego protestanckiego szlachcica [fakt historyczny; info dla tych, którzy pamiętają film z 1994 ;) ], ale zdołała ocalić życie swego męża. W czasie, gdy siepacze jej matki dokonywali czystki, młoda królowa próbowała zdać egzamin z człowieczeństwa. Nie z powodu jakichś szczytnych idei, ale "bo tak się złożyło", po prostu.
Dokładne w taki sam sposób broni się Cinnabar.
Po prostu.


Rok produkcji i nos: 1978, ??

Przeznaczenie: zapach teoretycznie damski, lecz współcześnie na męskiej skórze nie budzi najmniejszych zastrzeżeń. No i jest silniejszą, bardziej charakterną wersją męskiego Gold od Amouage. Poważnie. :) Uwaga na emanację!

Trwałość: od ośmiu do blisko piętnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka, brzoskwinia, przyprawy (w tym goździki), kwiat pomarańczy
Nuta serca: goździk, róża, lilia, jaśmin, tuberoza, cynamon
Nuta bazy: drewno sandałowe, wanilia, wetyweria, paczuli, ambra, balsam tolu, olibanum, benzoes
___
Dziś noszę Cardinal od Heeley'a.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://webloged.com/wikipediafeaturedpictures/cinnabar/
2. http://adhocclassicism.blogspot.com/2010/11/top-15-historical-movies.html
3. http://scandalouswoman.blogspot.com/2010/07/scandalous-women-on-film-queen-margot.html

piątek, 4 lutego 2011

Różany krem...?


Bo skoro już czymś pachnę... :)

Sensuous
, słynny Ciasteczkowy Potwór, puchata, jasna, leciutka, śmietankowa pianka na dziecięcej porcji pitnej czekolady, tak miękka, jak to tylko możliwe, doczekała się ciekawszego bliźniaka. I dobrze! Ponieważ oryginał, jakkolwiek uroczy, niesztampowy a w swojej klasie bez mała nowatorski (drewno! w roli głównej! w kobiecych! głównonurtowych! perfumach), to niestety na tyle błogi i układny, że w najbliższej przyszłości nie ma szans na moje dłuższe zainteresowanie. A wystarczyło odrobinę podrasować formułę, dokręcić śrubki, delikatnie docisnąć pedał gazu i już mam, psikam, wącham. I się uśmiecham. :) Sensuous Noir.

Gwoli ścisłości: to w dalszym ciągu jest aksamitny czy mleczny sandałowiec, gładki i puchaty jednocześnie. Jedyną różnicę stanowi róża. Cudna, mięsista, nasycona zapachami całego kwiatu: od korzeni, przez łodygi, kolce, liście, po płatki. I to właśnie jej nowe, lepsze (w subiektywnym odczuciu) Sensuous zawdzięcza całą swoją moc.

Sensuous nadal gładkie, kaszmirowe, ale bardziej śmietanowo-kwiatowe, zmysłowe. O tym charakterystycznym, ekstatyczno-korzenno-konfiturowym, lekko zielonym różanym poblasku. Z początku podbity pieprzem, lekkimi przyprawami, jaśminem; delikatny i otulający. Sandałowiec, drewno gwajakowe, szykowna róża, otumaniająca bezpardonowym urokiem lilia oraz paczuli to druga odsłona kompozycji.
Jednak czym byłby omawiany zapach bez ambry, tej słodkiej, gęstej, miodowej? Bez zakrzepłej żywicy benzoesowej (może ona i sztuczna, ale czy to musi być wada?), bez spokojnej, dość potulnej wanilii, bez lekkiego muśnięcia orzeźwiającej woni sosnowych desek? To dzięki nim Sensuous Noir staje się tak charakterystyczne, doskonale przemyślane, dopracowane w najmniejszych szczegółach.

Dzięki nim rozgaszcza się na skórze w sposób nieomal oczywisty, bez najmniejszych obiekcji, jakoś tak... naturalnie. Stopniowo zmieniając amplitudę drgań od spokojnej, obłej drzewnej kremistości po silne, gorące skoki korzennej różyczki oraz jej żywiczno-kwiatowych kolegów i z powrotem, i w kółko. Dając całość ani rześką, ani zmysłową, ani słodką; a przecież złożoną jednocześnie z trzech wymienionych elementów wspieranych przez tuzin niewymienionych. :)
Opartą na ciągłej zmianie. Wciągającą niczym analiza mentalności zrodzonej podczas wiary w kołowy upływ czasu. Wiecznie mieniącą się. Trochę męczącą, trochę zachwycającą. Nigdy średnią. Zawsze fascynującą. O ile Eau Duelle żyje sobie „po prostu”, trochę jak mała celtycka wróżka ze skrzydełkami czy zwierzątko, Sensuous Noir zdaje się być w pełni świadome swego jestestwa, bardziej ludzkie. Nie doskonałe, ale zwyczajnie pełne.
Coś jak wymarzona wizja samej/samego siebie. Raczej mało prawdopodobna, ale jakże sympatyczna. ;)

Rok produkcji i nos: 2010, ??

Przeznaczenie: ciepły, bezpieczny, choć niepozbawiony pazura zapach dla kobiet. Kapitalny na wszelkie możliwe okazje, byle w niewielkim gronie. Na męskiej skórze nabiera bardziej drzewnego, „kanciastego” charakteru, stając się różą niezbyt grzeczną.

Trwałość: wolałabym dłużej; ale i tak SN wytrzymuje na mnie do sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: pieprz, przyprawy, róża, jaśmin
Nuta serca: drewno gwajakowe, sosna [? Pewności nie mam, ale coś w tym stylu na pewno], inne nuty drzewne, paczuli, lilia
Nuta bazy: ambra, benzoes, wanilia, miód

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://images.mooseyscountrygarden.com/gardening-journals/garden-journal-06/
2. http://www.studiobotanika.com/product-info.php?Bourgeau_Rose-pid277.html

piątek, 14 maja 2010

Ludowość nieudomowiona


Jako, że nieżyt nosa poszedł sobie precz, postanowiłam napisać o dwóch kolejnych, ważnych dla mnie, zapachach. Tych z cyklu "kocham i już!" :) Pierwszym jest White Linen, sygnowany przez Estée Lauder; nie wiedzieć czemu, na polskim rynku obecny sporadycznie i wybiórczo [we Wrocławiu - spośród ok. czterdziestu ewentualnych punktów sprzedaży (wliczając w to wszystkie duże drogerie itp.) - znajduje się w stałej ofercie tylko jednej perfumerii sieciowej w popularnej handlowej galerii]. Także na polskojęzycznej stronie firmy brak o WL jakiejkolwiek wzmianki. ...ale od czego mamy perfumerie internetowe? :)

White Linen to aromat skrajnie odmienny od swojego młodszego rodzeństwa z serii Pure White Linen. Podczas, gdy rodzice rozpieścili małe trojaczki do granic wytrzymałości, upodabniając je do pozornie "milusich" i uroczych domowych pupilków, które w zawsze czystych, niepomiętych i niepoplamionych ubrankach, na prośbę dorosłych recytują przed zołzowatą ciocią w kostiumiku z bazaru i tapetą na twarzy oraz jej niedomytym, obleśnym małżonkiem w koszuli "nawilżonej" plamami potu jakiś dziecięcy wierszyk, uśmiechając się słodko a przymilnie, starszy brat patrzy na całe to przedstawienie spode łba, dusi się w oparach fałszywej serdeczności, a przy tym intensywnie zastanawia, jakby tu niepostrzeżenie dać nogę...


Tak więc WL pozostaje zapachem nieco "dzikim", trudnym do okiełznania, choć nigdy w sposób egzotyczny czy drzewno-kadzidlany. Biały Len to aromat bardzo swojski, ciepły, nawet - co może zabrzmieć dziwnie - bardzo słowiański. Będąc mieszanką jednocześnie aldehydową i szyprową, a do tego tonącą w wyraźnych nutach piżma, ambry, sandałowca oraz drewna cedrowego, ma w sobie coś z, ostatnio coraz modniejszych, perfum - nie perfum; jest bardzo świeży, rzeczywiście przywodzi na myśl zapach lnu zaraz po praniu.

Zatem kojarzę White Linen z polską wsią sprzed drugiej wojny światowej (i starszą), o której można było powiedzieć wszystko, ale nie to, iż jest spokojna i wesoła - a więc beztroska. O, nie! Ta wieś to nie bukoliczne bajdurzenia Marii Antoniny ani idealistyczne wizje współczesnych "ludolubów", bawiących się w pseudofolklor; to krew, łzy i dużo, dużo potu. To całe dnie wypełnione ciężką pracą, wieczory spędzane w karczmie i w komorze. Nie ma tutaj miejsca na rozmowy o niczym ani na romantyczne marzycielstwo. Istnieją za to całe połacie mistycyzmu oraz, różnie pojmowanej, magii (choć nigdy zabobonu - ta magia ma konkretną genezę, cel i skutek).

Ważne miejsce w rozumowaniu dawnych mieszkańców polskiej wsi zajmują granice: między wsią a tym, co do niej przylega, a więc lasem, bagnami, rzekami, nawet drogą biegnącą przez wieś (w końcu tylko mały jej wycinek pozostaje "nasz"), między dniem i nocą, życiem i śmiercią, Nami a Innymi. Słowem: ówcześni kmiecie [?] bali się wszystkiego, co oddziela "przestrzeń własną, oswojoną, dobrą" od "przestrzeni obcej, nieokiełznanej, złej"; przerażeniem ale i fascynacją napełniało ich to, co niejasne, niedookreślone, niepewne i nieprzewidywalne. Zapachem owego "Czegoś" mógłby być właśnie White Linen, aromat Tajemnicy, prowokujący odważnych do przekroczenia granicy, do spotkania z niezrozumiałą i ekscytującą obcością... Zapach przygody. :)

Trudno powiedzieć, kiedy i w jaki sposób mijają kolejne nuty, bowiem zapach rozwija się tak harmonijnie, iż poszczególne elementy nakładają się na siebie, tworząc zadziwiająco spójną całość, trudną do rozebrania na czynniki pierwsze. Wiem tylko że pachnidło, na firmowej stronie internetowej skatalogowane jako "lush", takie jest w istocie; może nie tyle luksusowe, ile bujne, puszyste, bogate. WL na mojej skórze skrzy się i mieni, zachwycając niecodzienną wersją olfaktorycznej świeżości i oszczędzając nieprzyjemnych niespodzianek. Pozostaje zapachem nie do przecenienia; tym ciekawszym, że na ogół niespotykanym na polskich ciałach. :)


Rok produkcji i nos: 1978, Sophia Grojsman

Przeznaczenie: zapach zarówno dzienny, jak i wieczorowy, dla (nielicznych) miłośników szyprów, aldehydów oraz niekonwencjonalnej świeżości. :)

Trwałość: im cieplej, tym dłuższa; zimą około dziewięciu godzin, latem - blisko dobowa

Grupa olfaktoryczna: trudna do określenia. Może tak: kwiatowo-szyprowo-aldehydowa

Skład:

Nuta głowy: bułgarska róża, jaśmin, konwalia, aldehydy
Nuta serca: irys, kłącze irysa, goździk [ja wyczuwam także miód]
Nuta bazy: mech dębowy, wetyweria, piżmo, ambra, drewno cedrowe, sandałowiec
___
Noszę Organzę od Givenchy. :)

P.S.
Fot. nr 2 pochodzi ze strony Sidzina - zostań na dłużej (KLIK), a powstało w tamtejszym skansenie.
Fot. nr 3 jest mojego autorstwa, a wykonana została w Orawskim Parku Etnograficznym w Zubrzycy Górnej (TUTAJ TEŻ KLIK) w 2007 roku.