Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M.Micallef. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą M.Micallef. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 stycznia 2016

Mędrcy ze Wschodu, Zachodu, Południa i Północy


"W samo święto Trzech Króli, [Wawrzuś] wmieszany (...) w tłumie, słuchał uwag i żartów, wtrącał się do rozmowy, wszędzie go było pełno.
- Dwóch ino królów widzę. Gdzież trzeci? - spytała młoda wysoka mieszczka, bogato strojna, drugiej starszej, również złotymi łańcuchami obwieszonej, w prześlicznym czepcu, misternie perłami szytym.
- A stoi na samym przedzie i hełmu przed Paniątkiem uchyla.
- Co? Ten Murzyn obmierzły? Zębiska wyszczerzył... Ja zrozumiałam, że to sługa jest którego  z tamtych.
- Ale! Nie widzicie to, że koronę ma złotą na hełmie i zbroicę takoż wyzłacaną? Król jest, ino czarny.
- Prawda, prawda, nawet w pieśni stoi, że »Kasper z gorącego jechał kraju«.
- Ano widzicie - wmieszał się do rozmowy poważny jakiś człek, w sutej kierei, lisami podbitej. - Zbawiciel najmiłosierniejszy dopuszcza do siebie wszelakie stany i ludy, przygarnia nędzarza i koronata; nie czarną skórą się brzydzi ino czarną duszą.
- Słusznie prawicie, panie Marcinie; wasze słowa niczym kazanie ojca Bonifacego".
Antonina Domańska, Historia żółtej ciżemki, wyd. Świat Książki, Warszawa 1995, s.143-144
Chociaż powyższy tekst wydaje się być daleki od politycznej poprawności (a nawet nieświadomie rasistowski), należy mieć na względzie to, że powstał w roku 1913 a opowiada o czasach jeszcze wcześniejszych, a mianowicie o okolicach roku 1490, kiedy obowiązujące nas kanony współżycia społecznego oraz wzajemnego szacunku raczej nie obowiązywały. :] No i co najważniejsze: cytat z Historii żółtej ciżemki idealnie pasuje nie tylko do dzisiejszego dnia, lecz również do perfum, którymi chciałabym go uczcić.

Czym więc pachniałby ów trzeci - albo pierwszy, zależy jak liczyć - król, mędrzec z Afryki? Podobno Martine Micallef oraz Geoffrey Nejman jakiś czas temu poznali właściwą odpowiedź. ;)
Przed Państwem Akowa, perfumy pachnące dniem Trzech Króli oraz późnym średniowieczem jednocześnie. :)


Akowa to aromat, który można wyczuć w historycznych budowlach (od Kościoła Mariackiego w Krakowie oraz Starego Ratusza we Wrocławiu począwszy), w naprawdę starych książkach, w muzeach, kryjących bezcenne zbiory rzeźb czy obrazów, w powietrzu, przesyconym śladami ducha lat dawno minionych. To ten charakterystyczny, narkotyczny zapach kurzu, grzybów, pleśni oraz niewysłowionej głębi i słodyczy, której teoretycznie w takim otoczeniu trudno się spodziewać - ale która pasuje do historycznego miejsca, jak nigdzie indziej. A jednocześnie idealny wszędzie, ponieważ Akowa wydaje się nie oglądać, na takie szczegóły, jak czas powstania czy położenie geograficzne zabytku. Jest nim, jest jego duszą.
Tajemnicą Historii, tej pisanej przez "H" wielkie, mniejsze oraz zupełnie małe. ;) Życiem samym w sobie. Lub nawet życiem, śmiercią oraz ponownych odrodzeniem. I tak dalej. ;)
Akowa naprawdę silnie wpływa na moją wenę. ;>

Jak kolejne wcielenie słynnej proustowskiej magdalenki omawiane pachnidło trafiło prosto do mojego serca, okazawszy się niemal doskonałym wonnym odzwierciedleniem... nawet nie jestem pewna, czego. Tak dawne jest to wspomnienie, tak bardzo już zatarte ale przecież wciąż obecne w mojej głowie oraz trwale zapisane w duszy. Jednego jestem pewna: dotyczyło jednocześnie zapachu, rodzącej się pasji historycznej, krakowskiego Ołtarza Mariackiego, moich Dziadków ze strony Mamy oraz... lęku [zapewne strachu małego dziecka, wywołanego zetknięciem ze średniowieczną estetyką oraz kunsztem Wita Stwosza w odtwarzaniu realistycznych - często brzydkich, pokracznych, zniekształconych trybem życia czy chorobami - sylwetek ówczesnych krakowsko-jerozolimskich ;) mieszczan]. Lecz na pewno nie chodziło o moje pierwsze osobiste zetknięcie z Kościołem Mariackim i jego największą chlubą; do niego doszło, kiedy miałam już siedem lat a towarzyszyła mi moja Mama oraz jedna z ówczesnych koleżanek. Przy czym wspomnienia tamtego dnia są już wyraźne a idąc przez krakowski rynek doskonale wiedziałam, dokąd się udaję, co tam zobaczę i jak to coś jest ważne.

Dlatego, chociaż nie mam co do tego nawet dziesięciu procent pewności, przyjmijmy taką wersję wydarzeń: mała wiedźma, może trzy-, może czteroletnia, zostawiona pod opieką Dziadków dorwała jakiś stary album o sztuce albo przewodnik po Krakowie i przeglądając go zwróciła szczególną uwagę na ołtarz Wita Stwosza. :) Zapewne wtedy któreś z czcigodnych przodków, zauważywszy moje zainteresowanie fotografiami, opowiedziało mi co nieco na temat zabytku.
Tak, fascynacja to silny narkotyk, równie silny jak wspomnienia... oraz sztuka, skoro jej geniuszowi potrafiło ulec nawet całkowicie nieświadome dziecko. ;)

Jesienią 2015 roku okazało się natomiast, że wszystkie one pachną dla mnie jak Akowa.


Ciekawie jest pisać o kompozycji wyzwalającej tak wielki ładunek emocjonalny, skupiającej wokół siebie strzępy wspomnień czy myśli. Wszak to właśnie tutaj, w abstrakcyjnym - bo nieistniejącym - wnętrzu Akowy mieszają się aromat starych książek, łagodne drzewne drzazgi, laktoniczny, naznaczony niezwykłym kadzidłem roślinny kurz oraz pojedyncze szczypty bliżej niezidentyfikowanych zamorskich przypraw, wszystkie skąpane w pierzastych i fascynująco pięknych głębokich wodach destylatu z kwiatu pomarańczy (troszkę, jak we Fleur d'Oranger Lutensa).
Właśnie te ostatnie unoszą nas wprost do serca kompozycji, którym niepodzielnie włada dobra, miłosierna i potężna Matka Natura, Wielka Bogini, Maryja... jakimkolwiek nazwać ją imieniem, jej dusza pachnie dla mnie tak samo: ciepłem i ciemnością, najbardziej przyjazną i błogą siłą świata, bezpiecznym okryciem spokojnej nocy w kochających ramionach. Powrotem do najwcześniejszych lat dzieciństwa. Jedynym, co naprawdę niezwyciężone - miłością.

Tak, wiem, jak w Waszych uszach może brzmieć powyższy tekst; "znowu się czegoś naćpała i z siłą wodospadu leci strumieniem świadomości". ;P Kiedy jednak odłożycie na bok niepotrzebny w tej chwili, wymuszenie dorosły irytujący sceptycyzm zrozumiecie, że mam rację. ;) I że Akowa w sercu naprawdę pachnie spotkaniem z dawczynią wszelkiego życia, panią niebios i matką bogów. Tutaj suche ale wciąż żywe trawy ze spokojem kładą się na żyznych połaciach ciemnej, pylistej, słodkiej ziemi. Tutaj kwiaty rosną już jako esencjonalne, olejkowe i skrzące się potpourri, zaś wiatr niesie aromaty łagodnych żywic czy pikantnych przypraw, w zależności od własnego humoru. Ten krajobraz żyje; jest jak przysłowiowa wizja całego życia w źrenicy zasypiającej Marii z krakowskiego ołtarza Stwosza. Już daleka ale wciąż własna.
Kraina jedności przeciwieństw, całkowitej harmonii. Łono pradawnej bogini o potężnym, hebanowym ciele. Istoty o tysiącu imion ale niezmiennym sercu oraz duszy.


Zresztą w najgłębszych czeluściach Akowy ciała, ludzkiej energii, życia i nieerotycznej zmysłowości znajdziemy najwięcej, pyszniących się w łagodnym akantowym zwoju przyjaznego przyrodzie, ekologicznego akordu ambrowego z delikatnym drzewnym piżmem. W roślinnej arabesce żywic, traw, mchu czy też owej tajemniczej fasolki, którą podczas podróży do Afryki miał znaleźć Geoffrey Nejman [pewnie ukrytą gdzieś w kopalniach króla Salomona, między proszkiem z rogu jednorożca, Arką Przymierza oraz Świętym Graalem, których wcale a wcale nie zakosił Indiana Jones :P ]. Skrytą w cieniu, z rzadka rozświetlanym złocistymi, miękkimi warkoczami promieni słonecznych. W ciszy oraz intymności. Gdzieś w najgłębszej tajemnicy, schowaną za mgłą zbyt dawnych wspomnień. Właśnie tam możemy odnaleźć Ją.
Mistyczną jedność człowieka ze światem oraz bóstwami, które wyznaje najpiękniej i najpełniej, jak potrafi.

Nie jest więc Akowa mężczyzną, chociaż właśnie to sugerował wstęp do niniejszego tekstu. Jednak nie jest też do końca kobietą. Myślę, że duch omawianego pachnidła nie posiada płci, jak anioły. Z pewnością nie jest do tego wystarczająco małostkowy. :)
Nie pochodzi też z Afryki - tak, jak nie pochodzi z Krakowa. Jest zewsząd. Mówi w każdym możliwym języku i zna wszystkie szlaki po tym łez padole. ;) Wie wszystko i wszystko rozumie, chociaż niekoniecznie wszystko pochwala (jak na prawdziwie mądrą istotę ludzką... lub kochającą matkę przystało).
Nie ma skóry czarnej ani też białej, żółtej, śniadej tudzież niebieskiej w zieloną pepitkę. Jest każdego możliwego koloru oraz kształtu. Bo przecież one mają w nas najmniejsze znaczenie, chociaż wielu jednostkom małym i złym wydaje się inaczej. Lecz ich opinia jest tu kompletnie bezużyteczna.
Jednak, co najważniejsze, ten wspaniały duch nie wyznaje żadnej konkretnej religii, tym samym czcząc każdą z nich... lub raczej wszystko to, co w ludzkich wierzeniach najlepsze i najcenniejsze.

Oto nasza najwspanialsza utopia. :) Ta, do której wszyscy powinniśmy dążyć.


Rok produkcji i nos(y): 2015, Jean-Claude Astier oraz Geoffrey Nejman

Przeznaczenie: zapach nie wiedzieć czemu dedykowany mężczyznom, co jest oczywistą bzdurą. Dla mnie Akowa to spokojny, wyważony i - jak napisałam - pozbawiony przynależności płciowej - dyskretny uniseks. Ciepły i intymny, niosący ukojenie, więc pasujący do tych okazji, w których chcielibyśmy dodać sobie odwagi, pewności siebie albo spokoju. Zresztą ostatni ze stanów ducha jest ciągle w cenie, szczególnie ostatnimi czasy, zatem Akowa, środek przenoszący w zupełnie inny świat, błogi i nierzeczywisty, może okazać się szczególnie cenna. :D
Oczywiście żartuję, jednak umiarkowana projekcja i skłonność do tworzenia gęstej ale wąskiej aury wokół uperfumowanej osoby czynią perfumy wprost idealnymi towarzyszami wszelkich okazji oficjalnych i Bardzo Ważnych, dziennych ale też wieczorowych. No po prostu ideał. ;)

Trwałość: bardzo dobra, ponieważ zamykająca się w granicach dziesięciu godzin wyraźnego trwania w małym lub jeszcze mniejszym oddaleniu od skóry oraz dalszych kilka spokojnego, stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, kwiat pomarańczy
Nuta serca: liść figowca, kakao, "tajemniczy składnik X" o afrykańskim i roślinnym pochodzeniu
Nuta bazy: wanilia, paczuli, wetyweria, akordy piżmowy oraz ambrowy
___
Dziś noszę Chloé, vintage od Karla Lagerfelda.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Gwiazda betlejemska, akwarela autorstwa prerafaelity Edwarda Burne-Jonesa, znaleziona TUTAJ.
2. https://www.flickr.com/photos/jenniferboyer/6602041409/ [Autorka: Jennifer Boyer]
3. https://www.flickr.com/photos/jenniferboyer/6601952435/ [Autorka: Jennifer Boyer]
4. https://www.flickr.com/photos/jenniferboyer/6601924195/ [Autorką  również jest Jennifer Boyer]

środa, 29 października 2014

Geotermalne paczuli

Skoro jesień, będzie recenzja kolejnego paczulowego zapachu. Przecież one pasują do tej pory roku wybitnie, ujawniając tkwiący weń niemały potencjał pachnidła uniwersalnego i bezpiecznego. Nic tak jak one nie udowadnia, że aromaty ziemi i obumierającej przyrody potrafią znakomicie rozgrzać, ochoczo ale bez ostentacji dodając nam energii.
Szczególnie, kiedy występują w postaci tak ciepłej, miękkiej i przyjaznej, jak Patchouli marki M. Micallef.


Nosząc te perfumy mam wrażenie obcowania ze światem trochę z baśni a trochę z dziewiętnastowiecznych rosyjskich powieści. Czas płynie powoli, zgodnie z rytmem wyznaczanym zmianą pór roku i nawet, jeżeli ów sielankowy krajobraz zakłóci wybuch silnych ludzkich emocji, wielka radość lub jeszcze większy dramat, i tak rozpłyną się w bezkresie odwiecznej potęgi przyrody. Jakby nigdy nic się nie stało - choć z pozoru w życiu ludzi zmieniło się wszystko.
Lecz kimże są ludzie? Niczym dla Ziemi istotnym.

Bywa jednak, że Patchouli jest dla mnie silnie naelektryzowanym wełnianym swetrem który, wkładany przez głowę, pozostawia wokół niej idealną aureolę sterczących pojedynczych włosów. ;) Trzeba je zatem okiełznać a później napić się naprawdę mocnej, czarnej gorzkiej herbaty. W końcu jest późna jesień, trzeba dbać o dopieszczanie ciała i ducha, odpowiednie ich rozgrzanie i nasłonecznienie nieśmiałym, złotym blaskiem późnojesiennego słońca.

Powidok, widmowe pachnidło, urywki wspomnień z poprzedniego wcielenia.
A może po prostu sen? ;)

Rok produkcji i nos: 2006, Jean-Claude Astier

Przeznaczenie: bardzo dobrze wymyślony uniseks, wyraźnie zaznaczający swoją obecność ale raczej przez samego ducha mieszanki, aniżeli mocą; aura w zasadzie jest raczej skromna, od początku pulsująca najwyżej parę centymetrów nad ludzką skórą. Co oznacza, że perfumy przypadną do gustu każdemu paczulolubowi, mogącemu używać ich nawet podczas oficjalnych spotkań lub innych Ważnych Okazji. :)
Byle nie podczas upałów, wtedy Patchouli - jak większość jej krewniaków - może nieźle wymęczyć osoby mniej zaprawione w bojach.

Trwałość: przeszło dwunastogodzinna (dochodzi nawet do osiemnastu czy dwudziestu i potrafi bez szczególnych uszczerbków przetrwać prysznic).

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: liście fiołka
Nuta serca: kłącze irysa, paczuli, wetyweria, drewno cedrowe, heliotrop
Nuta bazy: labdanum, wanilia, benzoes, balsam tolutański, skóra
___
Dziś Prométhée Oliviera Durbano.

P.S.
Pierwsza ilustracja to dzieło brytyjskiego malarza doby romantyzmu, Johna Atkinsona Grimshawa o tytule Dwór jesienią, zaczerpnięte bezpośrednio STĄD.

piątek, 28 marca 2014

Kobiety i ich przedmioty

Jest taki rodzaj krążących po internecie zdjęć: młoda, atrakcyjna dziewczyna w towarzystwie raczej niezbyt apetycznego starszego mężczyzny chlupie się w ciepłych falach błękitnego morza; albo fotografia ślubna, gdzie oboje małżonków dzieli, lekko licząc, różnica czterdziestu paru lat (choć pewnie bliżej pięćdziesięciu i chyba nie muszę dodawać, kto jest starszą osobą w tym stadle ;) ). Oraz tysiąc pięćset innych, im podobnych ilustracji, opatrzonych komentarzem w stylu: "transakcja wiązana" lub bardziej dosadnie: "bogaty i cyniczny czy bogaty i naiwny?" albo wręcz czymś tak chamskim, że nie mam najmniejszej ochoty przytaczać.
Nie trzeba nawet głęboko grzebać w rozrzuconych po Sieci ilustracjach, by natknąć się na coś takiego. W teorii nauk społecznych na całość tego zjawiska istnieje jedno konkretne określenie: podwójne standardy.

Bo kim jest taka dziewczyna? Wyrachowaną dziwką, która odczeka kilka lat w mniejszym lub większym znoju, by przez następnych kilkanaście (kilkadziesiąt) pławić się w luksusie? Niegrzeszącą rozumem, naiwną dziunią sądzącą, że taka gra jest warta świeczki? Idiotką, która wymyśliła sobie łatwy sposób na życie i zarabia tyłkiem u starego ale kasiastego? Jeszcze jakoś inaczej? I dlaczego te baby zawsze lecą na bogatych??? ;>

Oto podwójne standardy w czystej postaci: oskarżamy kobietę o coś, w rzeczywistości kompletnie niezainteresowani jej argumentacją i srożymy się, że oto ONA, ta zła, nie umie sprostać naszym wymaganiom. :> Zgłaszamy wobec kogoś sprzeczne żądania, wymagamy ich realizacji a następnie bez litości rozliczamy z niewłaściwego/niekompletnego/niezadowalającego wykonania zadań.
Utwierdzając w sobie i własnym otoczeniu jedyną słuszność patriarchalnego porządku świata oczekujemy, że dziewczęta będą posłuszne naszym wyobrażeniom ale jednocześnie mamy im za złe, że nie chcą lub nie potrafią zapomnieć lekcji, jaką naszej płci zapewniło ostatnich kilka stuleci.


Ponieważ dopiero w dwudziestym wieku - nie bez dramatycznych protestów konserwatywnych krzykaczy - kobiety przestały wypatrywać małżeństwa jako jedynej możliwej szansy na jakąkolwiek samodzielność [a nie chodziło tylko o swobodę wracania do domu po nocy ale też głośnego wyrażania własnych myśli - o ile mąż pozwoli - czy wręcz ubierania się w to, co chcą i jedzenia tego, na co mają ochotę]. Dopiero niedawno ślub z odpowiednio zamożnym mężczyzną przestał być dla nas jedyną szansą na comiesięczną pensję, ubezpieczenie zdrowotne a w perspektywie: na zapewniającą spokojną starość emeryturę.
Dlaczego kobietom przez ostatnie stulecia tak bardzo zależało na bogatym mężu? Właśnie dlatego!

Więc teraz nie oczekujcie, że Wasze konserwatywnie chowane córki, siostry czy znajome zapomną o najważniejszym typie inwestycji własnych babek! W końcu chodzi im dokładnie o to samo, co damom i chłopkom z osiemnastego czy dziewiętnastego wieku: bezpieczną przyszłość.

Naturalną konsekwencją przymusu tworzenia więzi międzyludzkich w oparciu o aspekt materialny jest kobieca słabość do ładnych przedmiotów. Ładnych i cennych szczególnie. Chodzi nie tylko o biżuterię, drogie ubrania czy szpanerski wystój mieszkania ale w ogóle o wszystko, co ładne, śliczne, urocze.
W świecie, w którym tak mało zależało od nas, gdzie niewłaściwie wybrany Pan Mąż - lekkomyślny, bez głowy do interesów, hazardzista, alkoholik, notoryczny bawidamek czy tyran - oznaczał zaprzepaszczenie jedynej szansy w życiu i codzienną walkę o godny byt, gdzie tyle zależało od przypadku, umiejętnego filtrowania informacji, gdzie często ślepy traf [plus rozsądny i kochający dotychczasowy męski opiekun] decydował o prywatnym zwycięstwie kobiet nad chaosem i niepewnością - w takim świecie ładne przedmioty umożliwiały wytchnienie jak również zapewniały o bezpieczeństwie ich posiadaczki. Tak wyglądało jedno ze źródeł nurtu estetycznego, znanego dziś jako glamour.
Natomiast to, co urocze, cute, jak np. małe dzieci czy zwierzątka, pozwalało zamkniętym we własnych salonach damom na budowanie złudzenia, że są za kogoś odpowiedzialne i od nich zależy czyjś los; tworzyło kobietom namiastkę pełnego życia społecznego za pomocą zjawiska cuteness, czyli słodyczy, wdzięku [to już wiadomo, dlaczego dorastające córeczki pań z towarzystwa koniecznie musiały być słodkie, niewinne oraz pełne wdzięku ;> ].

Odprysk tego świata wciąż żyje w naszych głowach i żyć będzie, jak długo kobiety będą przejawiały skłonność do glamour oraz fotografii małych zwierzątek. ;) Nie zmieni się to, dopóki będą powstawać pierścionki z brylantami oraz suknie wieczorowe, dopóki perfumy będą uważane przede wszystkim za symbol luksusu i kobiecej zmysłowości, dopóki huta w Murano oraz rodzina Swarovski będą produkować kryształowe lustra czy żyrandole; dopóki róże będą różowe, szczenięta i kocięta małe, puchate i nieporadne, dopóki krem z bitej śmietany z owocami będzie pyszny a zachody słońca poruszające.
Kobiece doświadczanie świata jest zbyt wyraziste i zbyt powszechne, byśmy mogli pozwolić sobie na jego ignorowanie czy deprecjonowanie. Tego nie da się już zmienić. Bo i po co? :) Kultura wrosła w Naturę i zrosła się z nią w jednolitą całość, niemożliwą do rozdzielenia na części składowe. Śliczne i barwne warte jest najwyższej uwagi. Także w wydaniu pachnącym.
Mon Parfum Cristal marki M.Micallef najlepszym przykładem. :D


Te perfumy są pełne wdzięku, blasku oraz kobiecego szyku tak bardzo, jak to tylko możliwe. To falbanki, koronki i brokat na pastelowym jedwabiu, to kapkejki o wyglądzie cukierniczych klejnotów oraz idealne zbilansowanie barw w dodatkach zdobiących łazienkę. ;D Mon Parfum Cristal to pachnidło urocze oraz najzwyczajniej w świecie śliczne. :)
Można mu oczywiście zarzucić, że jest łatwe lub przeładowane czy zbyt neurotyczne - ale po pierwsze nie będzie to prawdą a po drugie okaże się dowodem na nasze całkowite niezrozumienie konwencji zapachu. Przyjemny dla oka, pieszczący zmysły blichtr glamour jest przecież niezbywalną częścią Mon Parfum Cristal, zapachu kuszącego wyrazistością oraz bezpretensjonalnym urokiem. :) Kiedy już od pierwszych chwil czujemy iskrzącą się słodycz, krem waniliowy ze skorupką skarmelizowanego cukru, otoczony przez przyjazną, rozgrzewającą chmurkę cynamonu oraz różowego pieprzu - bez którego mieszanka nie miałaby nawet połowy przyrodzonego charakterku - wiadomo, że perfumy powstały przede wszystkim po to, żeby dawać radość. Prowokować do uśmiechu, otulać ciało niczym płaszcz z najszlachetniejszego aksamitu. ;)

Później robi się jeszcze przyjemniej; najbardziej dosłowna część słodyczy oddala się za kulisy, aby ustąpić miejsca królowej kwiatów. Ponieważ w swoim sercu Mon Parfum Cristal to wariacja na temat esencjonalnej róży z rozłożystego, wiekowego krzewu [czy róża w ogóle może przeżyć tak długo? Wie ktoś?] o jasnoróżowych płatkach, które po zasuszeniu zmieniają barwę na brunatno-herbacianą. Co je tak przyciemnia? Cynamon. To dzięki niemu kwiat, a wraz z nim całe pachnidło, staje się gęstszy, bardziej suchy, ostrzejszy i dojrzały. Zahacza o klimaty nowoczesnego ale wyrafinowanego szypru; po beztroskim podlotku z otwarcia nie ma już prawie śladu. Zmienił się lecz nie wyrzekł swoich korzeni.

One wracają w bazie, jaśniejące cukrowo-waniliowym pudrem z białego piżma i wanilii, otulone skorupką benzoesu i skontrastowane dwugłosem cynamonu i róży, które przypominają już bardziej potpourri aniżeli żywy kwiat z szarlotkową przyprawą w tle. ;) W każdym razie mieszanina na powrót wysładza się łagodnieje, okala ludzkie ciało niczym półprzejrzysty, rozwiany woal. Zauważam również syntetyczne miękkie akordy drzewne w towarzystwie "czegoś w typie" ambroksanu oraz zieloniutkiej słodyczy bobu tonka, podległej wszelako ważniejszym dla kompozycji waniliowym oparom. Tak, ten akord ambrowy, wzbogacony przez różano-cynamonowe suszki oraz wanilię z białym piżmem okazuje się niezwykle przyjemny. :) Nasza dziewiętnastowieczna bohaterka niepostrzeżenie wkroczyła w wiek matronalny, w życiu małżeńskim spędziła już więcej czasu aniżeli wcześniej pod czujną kuratelą rodziców, urodziła dzieci, odbyła kilka wojaży, zorganizowała mnóstwo spotkań towarzyskich, aktywnym udziałem wspiera co roku kilka kwest a tego ranka dowiedziała się, że właśnie po raz drugi została babcią. :)
Żyje w swoim wygodnym świecie i może nie wie zbyt wiele o swoich najbliższych sąsiadach z wiejskich domów, może kompletnie nie rozumie ich mentalności ale przecież chce - i uchodzi - za dobrą panią. Na swój sposób jest szczęśliwa.

Mon Parfum Cristal odchodzi po wielu godzinach jednostajnej, spokojnej bazy, wolnej od trosk i większych zawirowań. Najpierw potpourri, zredukowane już bliżej nieokreślonej, gęstej korzennej chmurki a potem, stopniowo, cała słodko-pudrowo-ambrowa reszta.
Dobranoc szanownej pani dziedziczce, dobranoc wszystkim marzycielkom! :)


Rok produkcji i nos: 2013, Jean-Claude Astier

Przeznaczenie: pachnidło stworzone dla kobiet i wyraźnie dopasowane do naszych gustów, uśrednione pod "wzorzec kobiety" - ale to nie jest wada, tylko świetna znajomość rynku. :)
Charakteryzuje się znaczną mocą oraz śladem, jego zapach potrafi zapełnić cały pokój. Z czasem oczywiście sillage zmienia się w aurę, której gęstość oraz mięsistość i żywy charakter raczej uniemożliwiają mi "zwyczajowy" tekst o słabnięciu. ;) Ono ma miejsce dopiero w najgłębszej bazie, po wielu godzinach harmonijnego pożycia. ;)
Na okazje Bardzo Ważne, formalne oraz takie, w których chcecie poczuć się, jak dwustuprocentowa kobieta ze skłonnością do glamour i cuteness. ;)

Trwałość: przeszło dwunastogodzinna jednak nigdy nie przekraczająca trzech czwartych doby.

Grupa olfaktoryczna: gourmand-kwiatowa (i szyprowa, przynajmniej chwilami ;) )

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, cynamon
Nuta serca: bułgarska róża, wanilia
Nuta bazy: białe piżmo, akord ambrowy, toffi
___
Dziś noszę Eau de Guerlain marki wiadomo-jakiej. :D

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Oświadczyny to obraz dziewiętnastowiecznego szwedzkiego malarza, zaczerpnięty bezpośrednio STĄD. Polubiłam go za nietypową perspektywę tytułowej sceny.
2. Kolaż mojego autorstwa; jego poszczególne elementy podebrałam bezpośrednio z:
[patrząc od góry o od lewej strony]
http://www.flickr.com/photos/photomarv57/5017265066/
http://southernweddings.com/2012/04/18/garden-party-texas-wedding-by-the-nichols/
http://500px.com/photo/11485447
http://www.pinterest.com/pin/557461260095425050/
http://www.objetivocupcake.com/2011_12_01_archive.html
http://www.veranda.com/outdoor-garden/umberto-pasti-morocco-garden-1-8
http://www.pinterest.com/pin/2955555978769488/
http://www.archdaily.com/379147/frozen-time-installation-dorell-ghotmeh-tane-architects/
http://justcallmegrace.tumblr.com/page/11

piątek, 28 czerwca 2013

Igraszka z konwencją

Z modą początków XX wieku oraz z zapachem ciężkich, raczej wieczorowych perfum. Jak świat sprzed kilku dekad rozumie i interpretuje człowiek naszych czasów...

Jedno jest pewne: Denis Durand mistrzem igły nie jest. :> Większość jego projektów mam za przekombinowaną albo zupełnie niestrawną; przynajmniej suknie ślubne oraz wieczorowe.
Jedynymi propozycjami, na które spoglądam z przyjemnością, są dwie poniższe [acz nie bez zastrzeżeń]:


Na szczęście stworzenie perfum zlecił marce swoich znajomych, Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Dzięki temu posunięciu zyskaliśmy przyjemne, gęste, wielopoziomowe pachnidło. :) Prowokujące szczery uśmiech, ponieważ bardzo "moje".

To, co czuję przede wszystkim to rozleniwiająca, arcyprzyjemna mieszanina ciężkich składników. Mięsista, balsamiczna róża miesza się z cielesnym oraz puchnącym kastoreum o kształcie miodowo-labdanowych, efektownych zwojów. Zlewają się w całość ciężką i głęboką, bardzo żywo kojarzącą się z Rose Musc marki Sonoma Scent Studio.
I byłabym zarzuciła dziełu o iście tasiemcowej nazwie Le Parfum Denis Durand Couture pewną niezamierzoną wtórność, gdyby nie jego dalszy rozwój. A mianowicie zestalenie się, stopniowe zasychanie oraz powolne zastępowanie róży pikantnymi nutami drzewnymi (głównie naturalistycznym sandałowcem w stylu Sandalo od Etro, w dużo mniejszym stopniu kapką żywicy agarowej), owiewanymi drobną strużką jakiegoś ciemnego, tłustego kadzidła. Którego jest jednak na tyle mało, że nie jest w stanie zająć jakiegokolwiek wyraźniejszego stanowiska. Trwa sobie po prostu, jako rama, dodatkowo przyprószone szczyptą egzotycznych przypraw (czarnego pieprzu, gałki muszkatołowej, goździków, cynamonu; choć dwa ostatnie składniki występują w ilości dosłownie "na końcu noża" :) ).
Im dłużej omawiana mieszanka przebywa na skórze, tym trudniej chwytać i nazywać poszczególne akordy, ponieważ te dla zachowania ciepła zbijają się w brunatną, woskową kulkę. W bazie wyczuwam już tylko żywice i drzazgi oraz kastoreum, podtrzymywane przy życiu za pomocą miękkiego, ledwie zauważalnie słodkiego czy pudrowego stelażu z jasnego piżma, ambry, odrobiny wanilii. Wszystko to unosi się spokojnie w ciepłej, ciemnej a nieograniczonej przestrzeni wypełnionej pikantnym korzennym powidokiem.

Le Parfum Denis Durand Couture to zapach staranie przemyślany. Mocny ale niezdolny do agresji, jednoznacznie kobiecy choć składają się nań akordy, których większości trudno dziś szukać po damskiej stronie "zwyczajnych" perfumerii [a i po męskiej zdarzają się już coraz rzadziej].
Jak przyjemnie jest zanurzyć się w oparach dzieła, które prowokuje do nieustannego wysiłku umysłowego (i radości zmysłowej)! :) Takie perfumy to prawdziwa gratka dla kogoś, kto kocha złożone, wieloskładnikowe Orientale.
Spróbujcie koniecznie. :)


Rok produkcji i nos: 2013, Jean-Claude Astier

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach lecz, jak pisałam piętro wyżej, duża ilość ciężkich i 'neutralnych dżenderowo' składników umożliwia śmiałe testy także męskiej części populacji. :)
O bajecznej emanacji, aromat zostawia za sobą długi ślad, by dopiero w ostatnich stadiach rozwoju zmienić się w swobodną aurę o intensywnym kolorze. I to nawet w ilości kilku krople wylanych na gołe ciało [aż strach pomyśleć, jaką siłę rażenia zapewnia aplikacja prosto z flakonu! ;) ]. Co jednak daje się znieść nawet podczas cieplejszych dni, gdyż...

Trwałość: LPDDC nie jest dziełem długowiecznym, jak zresztą większość zapachów M. Micallef. Mija pięć lub sześć godzin i po skomplikowanej, wschodniej szacie nie zostaje nawet ślad.

Grupa olfaktoryczna: orientalna

Skład:

Nuta głowy: tangerynka, cynamon
Nuta serca: bułgarska róża, kastoreum, oud i miód ;)
Nuta bazy: paczuli, ambra, białe piżmo, drewno sandałowe
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z podlinkowanej w tekście internetowej strony projektanta.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Maruderzy

...mojego pudła z próbkami. Czyli perfumy, które nie bardzo chcą do mnie przemówić i które na swoje trzy minuty (bo niestety nie pięć) czekają już zbyt długo.
W czterech skromnych odsłonach:

Frapin, Speakeasy

Żywy i pachnący dowód, iż Marc-Antonio Corticchiato nawet poza swoją autorską marką (czyli Parfum d'Empire) jest w stanie tworzyć perfumy przyjemne, charakterystyczne oraz zapadające w pamięć.
Sucha, szlachetna oraz najnormalniej w świecie przyjemna mieszanka akordów aromatycznych, drzewnych oraz jadalnianych; słodkich, balsamicznych a także cielesnych pospołu. Z otwarciem nieco ostrym, alkoholowym [cóż, nieważne w jak ładne słowa to ująć, nie da się ukryć, że w tej fazie Speakeasy zwyczajnie zalatuje bimbrem! :D ], prędko jednak rozmajonym dodatkami świeżo-skórzasto-ziołowymi: bergamotką, pomarańczą, cytryną oraz miętą. Do których szybciuteńko dołącza suchy tytoń oraz piękna kocanka. A po nich następuje trudny do ujęcia w słowa - acz doskonale zbilansowany - korowód miękkich drzazg, słodkawej skóry, zielonej tonkowej słodyczy oraz bezpiecznej, nienachalnie zmysłowej cielesności.
Gdzie wszystkie nuty tańczą wokół ludzkiej sylwetki, okalając ją bogatą aurą. Trwałość też powyżej średniej.
Mniam! :)

Skład:
rum, limonka, pomarańcza, mięta, geranium, kocanka, skóra, tytoń, bób tonka, styraks, piżmo, labdanum


Huitième Art Parfums, Ambre Céruléen

Ambra miękka, słodka bez przesady, ciepła - oraz roślinna. Powinna zatem przypaść mi do gustu, bowiem właśnie brak jawnych elementów cielesno-zmysłowych zapewnia jej unikalność; od ciepłej, bliżej niekreślonej i miękkiej słodyczy otwarcia, bo głęboki, migdałowo-żywiczny opoponaks w bazie, z rzadka tylko "przybrudzony" pojedynczymi frakcjami ciemnego sandałowca.
Lecz Ambra Błękitna Jak Niebo [kto mi poradzi, jak przetłumaczyć przymiotnik z nazwy? ;) ], tak przyjazna i pozbawiona ciężaru, okazuje się zbyt minimalistyczna jak na moje potrzeby.
Pewnie dlatego znika ze skóry w przeciągu trzech lub czterech godzin. Szkoda...

Skład:
drewno sandałowe, opoponaks, bób tonka, werbena cytrynowa, nuty pudrowe


M. Micallef, Art Collection Vanille: Vanille Marine

Nie spodziewałam się po niej wiele - i dokładnie tyle otrzymałam. :D
Ot, chemiczny puderek, łączący w sobie śmietankowo-pylistą, zatykającą słodycz wanilii z nutami morskimi oraz mimozą. Od czasu do czasu uperfumowanego osobnika dźgnie co prawda pojedyncza cytrusowa szpileczka, lecz czymże ona będzie wobec powodzi zatykającego, opętańczo słodkiego pudru do ciała! Do tego ubabranego woniami butwiejących desek i glonów wyrzuconych na plażę któregoś z mórz południowych (fakt, w bazie pojawia się odrobina drewienek).
Ten dziwak to za dużo nawet jak na mnie. ;)
Ma moc - i nic poza nią. ;]

Skład:
czarna porzeczka (???), cytryna, wanilia, białe kwiaty, nuty morskie oraz drzewne, piżmo, benzoes


SoOud, Hajj Parfum Nektar

Oooooch, tego mi było trzeba! :) Upajającej odtrutki po niewypale Micallef.
Hajj to dzieło, które nie bardzo wiem, jakim słowem mogłabym scharakteryzować. Waham się pomiędzy "hedonistyczne" a "wyśmienite". Powiedzmy więc, że jest takie i takie jednocześnie. :] Gdyż Hajj to, moi Drodzy, rozkosz dla zmysłów. Moja prywatna perfumomaniacka grzeszna przyjemność [tłumacząc z angielskiego].
Cóż w nim takiego wyjątkowego? Może niebanalne ujęcie słodyczy, ziołowej oraz miodowej jednocześnie? Bardzo niedosłownej, zmąconej akcentami ciemnej skóry, suchej wetywerii, egzotycznych balsamów; świeżego i upojnego zarazem osmantusa oraz niezbyt silnych acz przyjemnie "haczących" o mój nos, lekko pikantnych przypraw. Dzieło im dłużej siedzące na człowieku, tym mniej jadalne i świeże a bardziej zbliżające się ku ziemi, tak aromatem jak i duchem. Jednocześnie intelektualne oraz zmysłowe. Piękne.
I mocne tak, że aż brakuje mi tchu.
Zapach, którym prawdziwie można się zauroczyć.

Skład:
bergamotka, kandyzowana mandarynka, anyż, imbir, osmantus, paczuli, drewno różane, paczuli, lukrecja, balsam tolutański, iście tytoniu, wetyweria


Jeśli chodzi o perfumy, to byłoby na tyle. :)

* * *

Poza tematem właściwym natomiast chciałabym ogłosić, że za chwilę nastąpi przerwa w nadawaniu programu. Tym razem jednak celowa. ;) Wybywam z domu, moi Drodzy.
Do najbliższego spotkania (już w maju)!

BTW, czy Wam też zawsze najtrudniej jest podjąć decyzję, jakie perfumy zabrać w podróż? ;)
___
A dziś wieczorem - Berkana marki Torre of Tuscany - śliczny zapach!

sobota, 9 marca 2013

Ponadczasowy styl, szyty na miarę epoki

Wygląda na to, że pierwszy oddech wiosny dosłownie zwalił mnie z nóg. ;) I potrzebowałam całego tygodnia, aby się podnieść.
Na szczęście już jestem z powrotem, z całym naręczem recenzenckich przemyśleń oraz skojarzeń zapachowych.

Na pierwszy ogień - perfumy konwencjonalnie eleganckie, zwracające uwagę, szykowne oraz bez dwóch zdań urodziwe. Nawiązujące do klasyki męskiego perfumiarstwa, wyśmienite nowoczesne fougère; starannie wystylizowane, świadomie kreujące własny imaż oraz - za jego pośrednictwem - swój wizerunek w oczach innych.
Zapach, który mnie przywodzi na myśl obraz mężczyzny młodego i ślicznego (lub "tylko" przystojnego ;) ), świetnie wiedzącego, jak przedstawić siebie w możliwie najkorzystniejszym świetle jeszcze zanim cokolwiek powie. Osobnika "zimnokrwiście wyrafinowanego" i eleganckiego, jednak nie dandysa-niewolnika mody. Kogoś, kto na rodzimym polskim gruncie dopiero wyrabia sobie pozycję, wprawiając w zakłopotanie niejednego przedstawiciela płci własnej oraz równie sporo przedstawicielek przeciwnej: nowoczesnego dżentelmena. Człowieka z premedytacją przeciwstawiającego się normom postsocjalistycznej "nowej świeckiej tradycji", każącej panom nie zawracać sobie głowy swoim wyglądem [a tych, dla których własny strój czy zdrowy, harmonijny wygląd mają znaczenie deprecjonować]. Słowem - tych mężczyzn, którzy ze zdumiewającą starannością przywracają do życia styl przedwojennych dżentelmenów, dla których schludny i elegancki wygląd był głównie wizytówką piękna wewnętrznego [a przynajmniej zręcznie takowe sugerowały ;) ] oraz dbałości o cały otaczający ich świat.

Że jednak mamy do czynienia z człowiekiem XXI wieku, który nie wyobraża sobie świata bez elektronicznych gadżetów, potrafi zaakceptować zmiany wynikłe z równouprawnienia kobiet zaś innych przedstawicieli własnego gatunku poznaje głównie dzięki internetowi, zatem i perfumy dla kogoś takiego powinny być bezwzględnie nowoczesne. Żadnych dosadnych gęstości, żadnego szarpania trzewi, żadnego cywetu i piżma, ciągnących się za nosicielem kilometrową chmurą. Najważniejsze są umiar i dyskrecja. Pachnidło, które nie będzie w stanie zdominować noszącej je osoby.

Zeszłoroczna - acz z ostatnich miesięcy roku - nowość marki M. Micallef, Style. Nawet nazwa zapachu okazuje się dobrana starannie. ;)
Bo też i sam Styl rozegrano umiejętne, tworząc pachnidło o przebiegu łatwym do przewidzenia, dla maniaka chyba nawet zbyt oczywistym. ;) Lecz osobom niezafascynowanym perfumami, pragnącym przede wszystkim użyteczności, nie powinno to przeszkadzać. Kompozycja klasyczna, stonowana, gładkolica; zauważalna acz dyskretna; chcąca się wyróżniać lecz jak ognia unikająca ostentacji.

Jeśli zaś pojawi się wrażenie jej przestylizowania, jestem pewna, że będzie wynikać wyłącznie z naszego, zaburzonego półwieczem socjalizmu (oraz późniejszego stylistycznego bezhołowia), rozumienia kalekiej rzeczywistości oraz nikłego stopnia tolerancji dla szeroko pojmowanej odmienności.

Kiedy spojrzymy na omawiane pachnidło bez powyższego bagażu złych doświadczeń okaże się, że mamy do czynienia z kolejnym przykładem wysmakowanego, pełnego wdzięku nowoczesnego paprociowca. Z gatunku tych, które zgodnie z zamysłem twórców mają służyć nosicielowi, nigdy na odwrót. :) Zaś z artystycznego punktu widzenia - bardzo udaną współczesną reinterpretacją dawnych wzorców.
Gdyż Style okazuje się być potomkiem szacownych aromatycznych klasyków, w rodzaju Antaeusa od Chanel czy Habit Rouge marki Guerlain. Lecz znacznie od nich nowocześniejszym, bardziej spolegliwym (nie mylić z potulnym!).

Otwiera się akordem suchym, srebrzystym i przewianym, goryczkowo-cytrusowym, niedosłownie świeżym. Co  wynika z udanego mariażu przypraw, głównie gałki muszkatołowej i bliżej niezidentyfikowanych eugenolowych nutek, z niezbyt wytrawną, esencjonalną lawendą, złamaną miękką, jasną oraz raczej metaforyczną niż oczywistą kwiatową słodyczą. A wszystko to przepleciono gorzkimi, strzelistymi promieniami cytrynowej jasności.
W miarę upływu czasu kompozycja cichnie, staje się bardziej sucha, na pierwszy plan wybijająca przyprawy oraz czarodziejski kwiatowy miks. Wiotki, oniryczny, kaszmirowy woal; a obecność tego akurat akordu staje się zapowiedzią kolejnego, drzewnego stadium; lecz o nim za chwilę. najpierw powinnam zająć się cynamonem, który na tym etapie obejmuje prowadzenie. Miękkim, puchatym, miłym w dotyku niczym płaszcz ze szlachetnej wełny, gdzieś pod powierzchnią kryjącym odrobinę ludzkiego ciepła, zmieszanego z goryczą muszkatu oraz lawendy ale przecież i tak rodzącym swobodne skojarzenie ze słynnym Musc Ravageur.

Lecz w Stylu próżno szukać charakterystycznych cech Malle'owej i Roucelowej mieszaniny, obecny jest prędzej ich wątły powidok. Podobnie, jak innego ikonicznego pachnidła; tym razem selektywnego choć otoczonego (złą) sławą równie zwierzęcej zmysłowości, dla kontrastu podanej w nimbie świeżości. Chodzi mi o Kourosa marki Yves Saint Laurent. Tak, właśnie tego Kourosa. :] Gdyż i jego widmo wypływa czasem spomiędzy ciepłych i suchych słodko-gorzkości omawianej wody. Dzieje się tak wówczas, gdy w bazie powraca słoneczne zimno otwarcia, ów srebrny wiatr - i łączy się z piżmem oraz sandałowcem utrzymanym w oczywistej manierze vintage, dając całość podejrzanie bliską czystości cytrusów, wetywerii, paczuli oraz cywetu ["czystość cywetu", czy to przypadkiem nie oksymoron? ;) ]. Tak dzieje się dokładnie w połowie testów Style. Inaczej wygląda baza, kiedy suchość przyprawowej kurzawy pogłębiana jest przez drewno sandałowe oraz przyjemne i równie staroświeckie paczuli do tego stopnia, że aż ożywają ukryte w głębinach cenne żywice, które nagle zaczynają wydzielać szary, całkiem gęsty dym. Olibanum, odrobina mirry, wytrawne elemi lub jeden z dwóch najpopularniejszych balsamów (a może oba?); wszystkie pomieszane z nutami ziół i lawendy, podejrzanie bliskie innemu Klasykowi przez duże K, Encens et Lavande Lutensa, jeszcze jednemu probierzowi olfaktorycznej paprociowości.
Za to w głębokiej bazie cichną wszelkie zgrzyty, zanikają gorzkie nuty. Tu już nikt nie broni jasnemu piżmowemu pudrowi niejadalnie się zesłodzić, paczuli zmienić się w coś pomiędzy zadbaną piwnicą starego domu (żadnej wilgoci na ścianach) a czekoladą, zaś żywicom stygnąć powoli w objęciach ciemnego, lekko kaszmeranowego sandałowego puzderka. Bo też i bazie Style najbliżej do uniseksu rozumianego jako stan całkowitej równowagi miedzy pierwiastkiem męskim a żeńskim. Oczywiście, w rozumieniu stereotypowym. ;)
Mnie w cieszeniu się towarzystwem Stylu nie przeszkodzi nikt i nic.

Rok produkcji i nos: 2012, Jean-Claude Astier

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn.
O mocy łatwo wyczuwalnej, choć projekcji ograniczonej. Ze spokojną aurą zamiast sillage.
Na wszelkie okazje, nie tylko dla nowoczesnych elegantów (choć im pasuje chyba najbardziej :) ).

Trwałość: ech, te pachnidła od Micallef i Nejmana! ;) W porywach do sześciu godzin.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: cytryna, gałka muszkatołowa, kardamon, cynamon
Nuta serca: jaśmin, konwalia, lawenda
Nuta bazy: piżmo, paczuli, drewno sandałowe, kadzidło
___
Dziś Dark Aoud od Montale.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://polluteyourbritches.tumblr.com/post/11636416362
2. http://pinterest.com/pin/446067538062104042/

czwartek, 11 października 2012

Nieprzesadnie

Nieprzesadnie długie będą dzisiejsze notki o zapachach; ot, kolejny zbiór luźnych impresji.

 Comme des Garçons, Play: Green

Zielsko, zielsko i jeszcze raz zielsko. :)
Sympatycznie ziołowe, nasycone sokami różnorakich rośli, podnoszących smak potrawy, zdecydowanie liczniejszych, niż deklarowane w składzie bazylia z miętą. A może wrażanie owo wynika z gry wspomnianych składników z limonką, wetywerią oraz kilkoma jagódkami jałowca? W każdym razie woń po paru minutach robi się kwaskowata, zaś po dalszych kilkunastu, kilkudziestu powoli zesładza się oraz pokrywa ciepłym, roślinnym pudrem. Wszystko dlatego, by przetrwać na skórze dalsze dwie godziny, nie dłużej.
Ciekawe, niesztampowe, mocne choć mało odkrywcze. Za to fajne. :) Lubię Green.

Skład:
drewno cedrowe, limonka, jaśmin, bazylia, mięta, jagody jałowca, wetyweria, nasiona piżmianu, orzechy pistacjowe


Fragonard, Rêve Indien

Zapach, który poznałam dzięki wspólnym zakupom Poli (dzięki, Polu! :) ), zaintrygowanej rzekomym podobieństwem  Rêve Indien do jednego z wielkich klasyków Guerlaina, Shalimara. Które to perfumy uwielbiam, zatem i dzieła Fragonardowego nie mogłam pominąć. ;)
Szybko okazało się więc, że w Indyjskim Śnie Shalimar jest... przykryty zwalistą a charakterystyczną mieszanką zapachów, jaką znamy z tzw. India shopów. Głęboką, jednocześnie sandałowo-paczulowo-przyprawową, pomieszaną z aromatem palisandru, przejmującą i głośną; w całości złożoną z taniutkich olejków eterycznych.
Rozpylcie Shalimar w zaprzyjaźnionym India shopie a otrzymacie Rêve Indien.
Mnie to się bardzo podoba! :D Zdecydowanie nie żałuję zakupu odlewki - z której jednak korzystać będę oszczędnie, gdyż moc toto ma pioruńską. ;)

Skład:
bergamotka, cytryna, jaśmin, róża, irys, ambra, wanilia (oraz wiele, wiele innych wonności)


M. Micallef, Royal Muska

Wieść niesie, że tak pachniały Amazonki. ;) Jeżeli w istocie, to chyba jakieś inne, nie te znane z greckiej mitologii: funkcjonujące w ramach żeńskiej agogi, waleczne, urządzające "erotyczne napady" na pobliskie osiedla, dla komfortu władania mieczem odcinające sobie prawą pierś, w końcu bez cienia sentymentu pozbawiające życia swoich nowo narodzonych synów. Nie, na pewno inne.
Te mityczne amazonki nie mogły pachnieć jak ciepła, "pełnokształtna" młoda włoska mamma. ;) Może nieco rozmemłana tudzież przytłoczona monotonią codzienności, jednak kto z nas jest bez winy etc. ;) W związku z czym stwierdzam, że słodko-pudrowe, kwiatowe i obłe Royal Muska to po prostu łagodniejsza wersja Bal d'Afrique od Byredo. Czyli jeszcze jedna ciekawsza wariacja na temat klasycznej już [o okrutny losie, mizerię promujący!] damskiej Euphorii Kleina.
Tylko tyle i aż tyle.
Ładne choć nie "moje". Stanowczo.

Skład:
ylang-ylang, róża, nuty owocowe oraz drzewne, benzoes, piżmo


Mazzolari, Ambra

Składnik tytułowy zinterpretowano tu przede wszystkim w kontekście li tylko nośnika dla akordów lekkich, krystalicznie czystych, cytrusowo optymistycznych. Od słodziutkiej mandarynki przez mięsisty cedrat do obecnie rzadko spotykanej, wyłącznie cytrusowej bergamotki (żadne tam pseudo-pudry czy skóry) ambra stanowi tylko i wyłącznie dopełnienie dla podmiotów cytrusowych a później kwiatowych, z lekkim ubarwieniem w postaci świeżego, nieostrego imbirowego soku [jak oni tego dokonali?? To rumianek tak przeinaczył imbir - czy może jaśmin...?].
Jakaś cielesność pojawia się dopiero w bazie, kiedy zamiast ambry ukazują się labdanum z wanilią, wplecione w świeże cytrusowo-kwiatowe akordy.
Ładne, bezpretensjonalne perfumy. Doceniam, choć nie na tyle, by pragnąć własnego flakonu.

Skład:
tangerynka, bergamotka, rumianek, imbir, ylang-ylang, jaśmin, drewno sandałowe, wanilia, paczuli, ambra, labdanum


Na razie wystarczy. Cztery zapachy to i tak sporo. :)
___
Dziś Aube Pashmina z cyklu Huitième Art Parfums.

środa, 28 grudnia 2011

W kilku zdaniach - raz jeszcze

Słodkie, kobiece, urocze - ot, pachnidła jakich wiele. Z jednym wyjątkiem. A na koniec refleksja.
Do rzeczy:

Boucheron, B

Niewinny, gładki, "śliczny, liryczny i apetyczny..." ;) Jassne.
Pudrowe, słodko-kwiatowe pachnidełko, dosyć banalne, a z pewnością bezpieczne. Dla osób, które boją się zwrócić na siebie uwagę. Mimo to jestem w stanie zaakceptować B w swoim otoczeniu, zapewne z powodu głębokiej nuty paczulowo-przyprawowej na śmietankowym stelażu, dzięki którym bibułkowa różyczka unika styczności z szalejącą groteską upupionej kobiecości.

Skład:
różowy pieprz, osmantus, róża, kwiat pomarańczy, paczuli, drewno cedrowe, drewno sandałowe


M.Micallef, Special Edition

A otóż wspomniany wyjątek [nie na tyle jednak, by doczekał się indywidualnej recenzji]: wszechstronne, słodko-owocowe, wwiercające się w nos nowoczesne aldehydy, inaczej limitowanej wody od Martine M. nie potrafię określić. :) Te "nowoczesne aldehydy" przyplątały się do mnie i twardo siedzą gdzieś w zwojach mózgowych i za nic sobie mają spisy nut, w myśl których winnam oczekiwać raczej ozonowo-kfiatuszkowego banału. Tymczasem nic z tego! :)
Trwałość średnia, emanacja zaskakująco pozytywna, całość w bazie leciutko pudrowa, miękko-orientalna, skrystalizowana w cukier ale wciąż daleko - choć wyraźnie - skoligacona z dawnymi klasykami.
Ogólnie duży plus. :)

Skład:
czerwone owoce jagodowe, jabłko, melon, woda różana (to wyjaśnia cukier), róża, drewno sandałowe, piżmo


Valentino, Rock'n'Rose

Nieco wyżej wspomniałam o upupionej kobiecości: oto ona w pełnej krasie.
Śliczna, słodka dzieweczka po lobotomii wspartej kilkuletnią kuracją elektrowstrząsami: gwarantuję, że jej piękna główka (tudzież reszta ciałka) już nigdy nie skala się ani myślą, ani działaniem. Niczym gumowa lala z otwartymi ustami, tyle że ciepła i elastyczna. ;>
Tych, którzy ją tak urządzili najchętniej widziałabym wysmarowanych świńską krwią oraz porzuconych nago w piwnicy pełnej wygłodniałych szczurów. Co i tak nie byłoby wystarczającą karą: może przedtem jakaś mała kastracyjka? ;>

Okej, już poskramiam krwiożercze zapędy. Po prostu nie rozumiem, jak można było wmówić w kobiety, że są tak niewiele warte, że nie mają własnej siły ni własnego głosu? Że powinny zachwycać się leciuśkimi perfumikami, już na starcie pomyślanymi jako tanie, badziewne ochłapy, bezczelnie jawny sposób na złowienie frajera?
Plastik, papier i tanie barwniki. Troszkę słodyczy, pudru i pseudo-kwiatów rodem z nagrobnych bukietów, nic takiego. Konstrukcja Rock'n'Rose obraża podstawowe skojarzenie z nazwą oraz tytułowe kwiaty.
Nigdy więcej.

Skład:
bergamotka, czarna porzeczka, gardenia, kwiat pomarańczy, konwalia, róża, heliotrop, wanilia, piżmo, drewno sandałowe, inne nuty drzewne


Van Cleef & Arpels, Oriens

Czas uspokoić trochę rozedrgane nerwy. ;)
Przesympatyczny twór spod znaku jubilerów znanych z dobrej ręki do pachnideł na taką okazję nada się znakomicie. :) Nawet jako kolejne wcielenie paczulowej oranżadki, mrocznych czekoladowo-owocowych landrynek, słodkich jak-nie-wiem-co.
Myślę, że ujął mnie jako kolejny nowoczesny, a więc tradycyjnie smakowity, szypr, utkany na bazie malin, porzeczek, jaśminu oraz słodkiego paczuli, którego występowanie już dawno przestało ograniczać się do Angela. Ponadto wyczuwam soczysty ozon, słodkie płatki gardenii a w bazie pobrzmiewa cukierniczy (chociaż pełen wystudiowanego uroku) nugat. Ładny z cukrowym paczuli i bukietem laboratoryjnych kwiatów.
A ponadto dosyć trwały.

Skład:
mandarynka, czarna porzeczka, malina, jaśmin, konwalia, nuty wodne, nuty słoneczne (hę?), białe drewno (?), drewno sandałowe, paczuli, wanilia, pralinki, ambra


Na koniec zaś obiecana myśl.
O erotyce w reklamie powiedziano, napisano, wygłoszono i wykrzyczano już bodaj wszystko. W tej chwili chcę jedynie dorzucić mały kamyczek do feministycznego ogródka. Zastanawiam się, kto w zamyśle ma kupować takie na przykład Rock'n'Rose? Mężczyźni swoim kobietom? Kobiety homoseksualne sobie lub swoim partnerkom? A może uzależnione od lektury portalu Pudelek bądź gazety Party dziewoje, trawione zazdrością o wyfotoszopowane ciała celebrytek?
Czyli: do kogo właściwie skierowany jest plakat promujący mizerię Valentino?
I że co? Goła dupa wszystko sprzeda?

Jeśli tak, domagam się większej ilości nagich męskich ciał w reklamach perfum dla panów! Hej, co jest? Golizna rodem z M7 YSL czy Ikona Zirh to stanowczo za mało! :))
Gimmie more! :D
___
Dziś noszę wspomniane Special Edition.

sobota, 16 kwietnia 2011

Choroba ksenofobiczna

Staś na wiosnę miał wysypkę,
Doktor stwierdził lekką grypkę.
Potem rzekł: Prima Aprilis!
To nie grypa, lecz syfilis.


Ów uroczy wierszyk miał krążyć po Warszawie gdzieś na początku dwudziestego stulecia. :)


Przypomniał mi również o dość ciekawej historii. Otóż pewnego razu, w jednej z wrocławskich studenckich jadłodajni, miałam okazję podsłuchać rozmowę zakuwających przy stoliku studentek medycyny [przyznaję, że zdarza mi się to częściej, niżbym chciała :) Lecz jak tu nie podsłuchiwać, gdy wokół tyle ciekawych, jakkolwiek nie-plotkarskich, rozmów?]. Dziewczęta uczyły się historycznej teorii medycyny w Europie. Zapamiętałam, iż szczególnie, jak to głupkowaty drób ma we zwyczaju, rozchichotały się przy haśle „kiła”. Powoli dochodzę do sedna mojej opowieści. ;) Albowiem ze studenckich notatek dowiedziałam się, iż dolegliwość ta wywodzi się z Ameryki Środkowej jako, że przed drugą wyprawą Kolumba w 1493 roku nie stwierdza się ani jednego przypadku zachorowania [cóż, dzięki internetowi wiem, że to niekoniecznie prawda..]. Oraz, że remedium na weneryczne novum sprowadzano dokładnie z tych samych rejonów. To zgadzało się z moim stanem wiedzy: „podobne leczy podobne”. Zdziwiłam się natomiast słysząc, iż cudownym lekarstwem na „chorobę ksenofobiczną” [czemu ksenofobiczną, wyjaśnię za jakiś czas] miał być... kawałek drewna. Choć z drugiej strony, trudno odmówić podobnej logice konsekwencji – podobne leczy podobne. ;P Cudowne remedium nosiło nazwę „drzewo gwajakowe”. Całe zdarzenie miało miejsce na samym początku mojej przygody z perfumami, gdy nawet nie przypuszczałam, iż kiedyś sama będę chciała pachnidła ze wspomnianego „drzewa” używać. :)

Tymczasem nie dość, że mam dwie perfumowe miniatury, w których gwajak pełni główną rolę, to jeszcze obie bardzo sobie chwalę. [Dobrze, że nie należę do „świętojebliwych”, których odstrasza samo porównanie czy skojarzenie. ;) Gdyby tak było, nawet na krok nie zbliżyłabym się do pachnideł ambrowych, piżmowych, cywetowych, gwajakowych, agarowych, irysowych...] Dlatego dziś postanowiłam napisać o moich kochanych gwajakowych maluchach: Theoremie od Fendi oraz Gaïac marki M. Micallef.
Oba zapachy, pozornie proste, zachwycają bogactwem i złożonością kompozycji, pozornie słodkie i puchate, potrafią dać nieźle popalić, wżynając się w skórę nosiciela całą swą kanciastą pieprzową duszą. Z mistrzowska wprawą, klasą i urokiem godnym najszlachetniejszych łączą w sobie skrajności. A, tak się składa, w moim subiektywnym olfaktorycznym uniwersum jest to jedna z głównych zalet wybitnych perfum. Więc jak tu nie lubić mych dzisiejszych bohaterów? :)


Najpierw Gaïac.
W otwarciu jest zdecydowanie bardziej miękki, słodki i waniliowy, jakże różny od soczystej, ostrej i z lekka cytrusowej, przyprawowej Theoremy. Jest też bardziej statyczny, przysadzisty, ciężkawy; dosłowny w swej gwajakowości. No i upojny. Prostolinijny oraz apetyczny, niczym prostoduszne, nieświadome własnego uroku, pogodne i ładnie zbudowane chłopię. :)
Co innego Thea. W jej przypadku trudniej o pochopne sądy. Tym bardziej, że choć wiele stron perfumoholicznych odmawia jej uczestnictwa w gwajakowym szaleństwie, dla mnie jest ono więcej niż oczywiste. Cóż poradzić?
Po początkowej dawce ożywczych, dojrzałych cytrusów umiejętniej złamanej nutką różano-jaśminowej, śmietankowej słodyczy, mieszanina pędzi w kierunku woni drzewnych, acz w dalszym ciągu ostrych. Tu sandałowiec miesza się z kadzidłem, w wszystko pod kontrolą rosnącego w siłę „pieprzowego cukierka z wanilii”, jak jeden mój kolega określił woń drewna gwajakowego. ;) Jest słodko, drzewnie, przyprawowo i potoczyście, przy czym kompozycja nie traci niczego z początkowej lekkości i własnego stylu.

Lecz to nie wszystko. Bowiem ostatnia faza Gaïaca to napływ bardziej oczywistej drzewności, kadzidło ze szczyptą zwietrzałego pieprzu, jakaś półprzejrzysta namiastka przestrzeni. Budząca poważanie, szlachetna, niemal sakralna. Urodziwy chłopiec został księdzem, po czym „poszedł w purpuraty”. :) Trudno... Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest zbyt mocno przywiązany do celibatu. ;) Albo to nie tyle ksiądz, co pop, pastor, rabin.. W każdym razie bazę Micallefowego Gwajaku subiektywnie traktuję jako jego najlepsze, najbardziej zapadające w pamięć stadium. Wyważone wprost popisowo. Panie Nejman, znasz się Pan na swojej robocie!


W tym samym czasie Theorema gwałtownie nabiera bujnych kształtów i dosłownieje. Kadzidło ustępuje pola słodkiemu, ni to gładkiemu, ni chropowatemu gwajakowi; pokornie godzi się na rolę tła. Zaś mezoamerykańska słodycz zaczyna nurzać się w gęstej, waniliowo-pieprzowej ambrze. Z czasem oba główne składniki mieszają się ze sobą tak dokładnie, iż nie sposób postawić między nimi granic; gwajak jest ambrą, a ambra gwajakiem; pieprz jest wanilią, zaś wanilia – pieprzem. Totalne pomieszanie zmysłów, szał ciał. :) Nie widzę już żadnej różnicy między tym, co „obce”, orientalne, dzikie a tym, co „swoje”, tutejsze, oswojone. Jeden czort. Chyba zaczynam rozumieć ukryty sens kultowego programu Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika, czcigodnego przodka rodzimych telewizyjnych tworów krajoznawczych. ;) Jak myślicie, ów tytuł naprawdę miał ukryty sens? Bo jeśli patrzeć nań przez pryzmat Theoremy rychło okazuje się, iż pomiędzy „słodkim” a „ostrym”, „swoim” oraz „obcym” nie występują żadne istotne rozbieżności, że wszystko zamyka się w jednym, zaczarowanym kręgu nad miarę podobnych zwyczajów, wierzeń, legend i opowieści, emocji i atawizmów identycznych pod każdą szerokością geograficzną.
Jedyne, co naprawdę może nas podzielić, to stereotypy oraz choroby, na które „ci drudzy” nie są uodpornieni.


Tak było z kiłą z jednej oraz grypą z drugiej strony. :) Wszak nasza przejściowa dolegliwość dziesiątkowała rdzennych mieszkańców Haiti, Jamajki, Gwatemali, Portoryko, Gwadelupy...
Co zaś się tyczy wstydliwej przypadłości, którą dzielni odkrywcy przywlekli do swoich domów, to szybko zyskała ona miano choroby stereotypowo sprzężonej z wszelkiej maści bogaczami i arystokracją, słowem: z Wielkim Światem. Oraz z „obcymi”, tymi idiotami zamieszkującymi tereny po drugiej stronie naszej granicy. ;) Dlatego Francuzi zwali syfilis „chorobą włoską” bądź „angielską”, Włosi, Niemcy czy Polacy „chorobą francuską” zaś Rumuni bądź Rosjanie – „chorobą polską”; w Polsce słyszało się także o „chorobie niemieckiej”, natomiast w Turcji – o „chorobie chrześcijan”. Stąd moje ogólne określenie kiły mianem choroby ksenofobicznej, rozsiewanej „przez nich, tych takich i owakich”.

Z tej perspektywy nie dziwi zainteresowanie rzekomo cudownym drewnem, rzadkim i aromatycznym, nie bez kozery zwanym lignum vitae, drzewem życia. Uroczy eufemizm, nieprawdaż? Jak się ku niemu nie uśmiechnąć? Oczywiście z dzisiejszej perspektywy, kiedy niniejsza nazwa kojarzy nam się wyłącznie z miękkim, słodkawym aromatem, ciężkim, ale też żywym, wibrującym, swobodnym. Emanującym własną, indywidualną manierą, stylem znamionującym najwyższy smak. Upojnym i bardzo ludzkim, przyjaznym. Podobnie, jak dwie opisywane dziś mieszanki. :)

Wiecie, co jeszcze Wam wyznam? O ile dziesięciomililitrowa, wdzięczna buteleczka Gaïaca w pełni zadowala mnie ilością skrytego w niej płynu, to zmniejszającą się zawartość Theoremy odczuwam coraz boleśniej. Trzeba będzie zacząć grzebać po serwisach aukcyjnych w poszukiwaniu rozsądnej pojemności (od 50 ml w górę ;) ).
A czemu właśnie tak? Ponieważ Thea jest żywsza, bardziej wieloznaczna, skomplikowana. Utkana z krwawych legend Majów oraz ckliwych serenad literackich Hiszpanów, Don Juana i Don Kichota. Barwna i inspirująca, niczym koktajl genetyczny powstający od tysiącleci na styku pomniejszych kultur lub wielkich cywilizacji.


M. Micallef, Gaïac

Rok produkcji i nos: 1997, Geoffrey Nejman

Przeznaczenie: miły, dość bliskoskórny uniseks, który na męskiej skórze nabiera bardziej zadziornego, żwawszego charakteru. Co nie znaczy, że odrzuca kobiety; po prostu nasza skóra często nadmiernie go uspokaja i wygładza [czemu umiejętnie zapobiegła zdolna ręka twórczyni Thei ;) ], zmieniając w pachnidło ciepłe oraz aż nazbyt przymilne. W obu przypadkach rekomenduję Gaïaca na wszelkie okazje, choć stosowniejszy wydaje się na uroczyste i formalne; ale przecież nie jest to norma..

Trwałość: od pięciu do ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna (oraz waniliowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka
Nuta serca: goździk, jaśmin
Nuta bazy: wanilia, drewno gwajakowe



Fendi, Theorema

Rok produkcji i nos: 1998, Christine Nagel

Przeznaczenie: wyważony, choć zaskakujący zapach teoretycznie dla pań, ale nie widzę powodów, by mieli go unikać mężczyźni zaprzyjaźnieni z innym perfumeryjnymi interpretacjami drewna gwajakowego. Stopniowo zbliżający się do skóry; na dowolne okazje.

Trwałość: do dziesięciu lub jedenastu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: kwiat pomarańczy, jaśmin, cytrusy, dzika róża, palisander, gałka muszkatołowa, pieprz, kardamon
Nuta serca: goździk, róża, osmantus, cynamon, inne nuty przypraw
Nuta bazy: drewno gwajakowe, drewno sandałowe, paczuli, ambra, benzoes
___
Dziś noszę Royal English Leather marki Creed.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1.http://commons.wikimedia.org/wiki/File:D%C3%BCrerSyphilis1496.jpg
2. http://www.flickr.com/photos/47512780@N05/4453815493/
3. http://www.qwiki.com/q/#!/Pre-Columbian_era
4. http://www.dipity.com/emby2005/The_Conquest_of_the_New_World/

poniedziałek, 7 lutego 2011

Agar w sam raz do łóżka


Agar - cud, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. :) Piękny, żywy, plastyczny. Wyrazisty, wdzięczny, efektowny: czasem tak wyrafinowany, że aż onieśmielający, a często gorący, niemal cielesny, silnie działający na zmysły. Jedna z najcudniejszych okołoperfumiarskich ingrediencji i żywy dowód na to, że różne Ekscentryczne Molekuły mogą budzić żywe emocje, ale fascynuje oraz prawdziwie zachwyca tylko to, co silnie osadzone w historii i poparte wiekami tradycji. Przynajmniej mnie. ;)

Kompozytor zapachu, którym postanowiłam dzisiaj się zająć, sobie przypisuje przeszczepienie oudu na grunt zachodniego perfumiarstwa, mieniąc się bez mała "odkrywcą drewna agarowego". Czy istotnie, zdania są podzielone. Zresztą, niezbyt mnie to interesuje: pierwszy, drugi, piąty, zaszczepił czy nie zaszczepił - jaka to różnica? Szczególnie, iż ten konkretny zapach jest znany i stosowany już od wielu stuleci - tyle, że nie w Europie [więc, idąc postdziewiętnastowiecznym tropem, "poza Europą, czyli nigdzie" ;) ]. Dajmy sobie spokój z atawistyczną, niczym już nieuzasadnioną, pychą.
Ale pewnie znowu się czepiam... ;) Jakie to ma znaczenie dla odbioru Aoud ze stajni Martine Micallef? A właściwie Aoud Homme, bo zapach ostatnimi laty był się zawziął i postanowił przeprowadzić operację zmiany płci. Szkoda, że na tą niewłaściwą (bo nie moją ;P ). W końcu perfumy nie człowiek, nie muszą być skazane niemal w całości na dualistyczny podział: XX albo XY. Kompozycje zapachowe to, między wieloma innymi, wyzwanie, maleńka prowokacja i ogromna paleta możliwości swobodnego wyboru. I tylko od nas zależy, w jakim stopniu odważymy się je podjąć i przynajmniej rozpocząć próbę przekroczenia, pozornie sztywnych, granic.
Napisałam, co leży mi na wątrobie, więc mogę przejść do rzeczy. :)

Aoud Homme jest zapachem, co tu dużo mówić, pięknym; gładkim i aksamitnym. Rozpoczyna się silnym akordem różanym, zmieszanym z agarem z stosunku 1:1 i konsekwentnie utrzymującym się w stanie idealnej równowagi. W praktyce znacznie bardziej różany niż Rose Aoud tej samej marki. Oraz głęboki, wręcz przepastny; drzewny, delikatnie przyprawowy, stymulujący zmysł powonienia, co zresztą zdaje się być cechą charakterystyczną pachnidła, równie silną na wszystkich etapach rozwoju.

Po pewnym czasie kompozycja ogrzewa się, mięknie, staje się bardziej eteryczna i subtelna (a bywa, że także erotyczna :) ). Choć róża zostaje odsunięta w cień, na jej miejsce pojawia się ostry, iście orientalny sandałowiec oraz większa ilość przypraw - cynamonu, gałki muszkatołowej, kardamonu, może jeszcze drobna szczypta subtelnego, stanowczo nie-czarnego pieprzu. W tej odsłonie mieszanina jest jedną z najbardziej zmysłowych kompozycji na bazie oud, jaką dane mi było poznać.
Wrażenie nie znika i później, kiedy tytułowy składnik cichnie, przybliża się do skóry, miesza z niewielką ilością przyjemnego, pudrowego piżma oraz czymś w stylu szarej ambry. Choć, jeśli wierzyć spisowi nut, główną rolę powinno grać tu paczuli: gęste, cielesne, ciepłe. I chyba nawet tak jest; po prostu ów składnik jest tak naturalny, tak pięknie wtapia się w ludzką skórę, że łatwo może ujść mej uwadze. Lecz w sumie potwierdzam: paczuli jest obecne, w najgłębszym, najmniej przestrzennym wcieleniu o miodowych konotacjach.
A wszystko tak piękne, że aż dech zapiera.

Pomyliłam się. Te kilka miesięcy temu trzeba było zrobić na odwrót: kupić w ciemno flaszkę Aoud Homme, a Night Aoud jedynie drobną próbkę. Lecz co mi tam, nic straconego. ;) Bo przecież najlepiej mieć oba flakony. :)

Rok produkcji i nos: 1998, Geoffrey Nejman

Przeznaczenie: zapach pierwotnie uniseksualny, dziś zaszufladkowany jako męski, ale to przecież nieistotne. Pachnidło o dość znacznej emanacji, kapitalne na wszelkie możliwe okazje (choć lepiej nie przesadzać, coby się nie przejadło [a raczej przewąchało.. ;) ]); w ostatniej fazie przybliża się do skóry sugerując gorące, sensualne klimaty.

Trwałość: słaba strona większości dzieł Nejmana; na mojej skórze nie dłużej, niż sześc godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: róża
Nuta serca: gałka muszkatołowa, cynamon, sandałowiec, oud
Nuta bazy: białe piżmo, paczuli
___
Dziś noszę Black Aoud marki Montale [najwyraźniej mamy dzień agarowy :) ]. Nie macie pojęcia, jak mi w nim wygodnie!

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z http://www.asqgrp.com/En/html/index.html
Szczerze polecam wizytę na niniejszym portalu. :)

wtorek, 20 lipca 2010

Agar wieczorową porą

- Jutro, kiedy słońce się schowa, brunet wieczorową porą do ciebie zapuka...krew widzę! Ty go zabijesz!
- Ja?
- Nie chcesz, a zabijesz! Ukryj go!
- Co!?
- Nikomu nie mów! Nie dowie się nikt! Zakop!

...czyli niezapomniana przepowiednia z filmu Brunet wieczorową porą. :) Źródło cytatu TUTAJ.



Niniejszy post dotyczyć będzie sławnego i osławionego jednocześnie Night Aoud od M.Micallef. Śpieszę donieść, iż powyższy cytat ma charakter nieco przewrotny, gdyż zaraz po pierwszym zetknięciu z omawianym pachnidłem w mojej głowie zakołatała tylko jedna myśl: "No i gdzie ten koszmar??" Gdzie gabinet dentystyczny? Gdzie szpital nawiedzony? [no, może jakieś ciche jego wspomnienie przemyka po opłotkach, włosów na głowie jednak nie jeży]. Albowiem od początku do końca czuję się, jakbym trafiła do świata romantycznej, nieco mrocznej, ale jakże miłej dla oka, ucha czy nosa, gotyckiej opowieści z nieco pokracznym happy endem; któryś z filmów Bartona też spełnia moje kryteria.

Zamiast szpitalnych podziemi, zamieszkanych przez duchy pacjentów - ofiar nielegalnych eksperymentów poprzedniego kierownictwa placówki a odwiedzanych i kontrolowanych jedynie przez demonicznego woźnego czuję ciepłą wilgoć. Jeśli mamy do czynienia z piwnicą, to taką w starej, niezbyt okazałej rezydencji na obrzeżach wielkiego miasta w kraju postkolonialnym. Oud, do którego polski nos musi się przyzwyczajać, ma z reguły to do siebie, że po krótkim szoku albo zachwyca, albo odrzuca. O trzeciej drodze jeszcze nie słyszałam. Póki co, coraz śmielej zwracam się ku pierwszej opcji. :)


Odziana w Night Aoud czuję się, jakbym w Orient Expressie, bądź którymś z bardziej egzotycznych luksusowych pociągów, podróżowała po nieznanych mi ziemiach. Jednak to nie żądza wiedzy jest motywem działań mojego drugiego "ja"; obce, niezrozumiałe krainy zamieszkane przez poczciwych dzikusów niebywale nudzą tę retrosnobkę we mnie. Tym, co sprawia, iż rozpoczyna kolejne wojaże (czy wdaje się w kolejne romanse) jest chęć przełamania tabu, jakaś dojmująca pustka oraz niezaspokojona fascynacja sytuacją "bycia w podróży", tego zamieszania, tych emocji, tego pełnego wyczekiwania podniecenia: gdzie zawędruję? kogo tym razem poznam? czego się dowiem? Znudzenie i fascynacja; tak, to jest to.

Jak wspomniałam wyżej, od początku czuję gorącą wilgoć, parne powietrze, przez które są w stanie przebić się jedynie palące promienie słoneczne. Oraz oud, wielki, wszechpotężny, przemożny oud, zmieszany z wonią nieobranych cytrusów. Chwilę później, kiedy molekuły perfum na dobre wczepią się w moją skórę, kompozycja tężeje i cichnie, nabiera szlachetnego dystansu. Gałka muszkatołowa oraz gęste labdanum okazują się być idealnymi partnerami dla ujmującego ylang-ylang oraz wanilii. Ta ostatnia z czasem nabiera mocy, choć nie jest w stanie zdominować woni tytułowej; po prostu nadaje mieszance lekkości i pięknie komponuje się ze składnikami równie wyrazistymi, a jednak znacznie bardziej mrocznymi. Finał to akordy miękkiego sandałowca i ambry, z odświeżającym muśnięciem cedru. Oraz oud.
Wiecie, kogo ta kompozycja mi przypomina? To w dużym stopniu połączenie osobowości niespełnionych i nieszczęśliwych małżonków, Kitty i Waltera Fane z powieści Williama Somerseta Maughama, Malowany welon (oraz z jej ekranizacji :) ). Dwójka Europejczyków zagubiona w Wielkim Świecie, w prowincjonalnych Chinach i we własnych duszach.


Rok produkcji i nos: 2004, Geoffrey Nejman

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, świetny dla podkreślenia wyrazistych osobowości. :)

Trwałość: około dziesięciu, może dwunastu, godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:
[znowu w ciągu!]

ylang-ylang, gałka muszkatołowa, cytrusy, oud, wanilia, drewno sandałowe, paczuli, drewno cedrowe, ambra, labdanum

P.S.
Fof. nr 1 pochodzi z DeviantArta, nosi tytuł It's raining again, a jej twórcą jest użytkownik o pseudonimie HeyKtupq. Źródło TU.
Fot. nr 2 pochodzi z tego samego źródła, nosi tytuł Orient Express, a jej autor/ka to Wagner. Źródło TU.