Trochę ognia, trochę wody. Co nieco kadzidła i drugie tyle.. mydła. ;) Palisander z czerwonej serii Comme des Garçons.
Zapach, który łączy w sobie drewnianą, żywiczną gorycz, srebrzyste gorąco popiołu (czy wręcz tufu) oraz jasną, doskonałą czystość szarego mydła [Biały Jeleń lub marsylskie; niepotrzebne skreślić ;) ]. Wszystko to nie jest nawet ewidentnie czerwone. Właściwie to nie jestem pewna, na ile "czerwień" Palisandru wynika z faktycznych właściwości wody a na ile z sugestii. :)
Bez cienia wątpliwości kompozycja jest za to gorąca. Lecz w sposób daleki od dosłowności. Trochę, jak krzew, który "pali się ale się nie spala"; grzeje lecz nie parzy. ;) W jakiś tajemniczy sposób miks "chłodnych" akcentów cedru i cyprysu z rozgrzewającymi dodatkami mirry, ostrych papryczek, wibrującego szafranu i kadzidła frankońskiego. Głównym bohaterem okazuje się jednak gorzki, roztętniony ale i gładki, czysty, zimny - palisander. Gdybym miała porównać omawiane pachnidło do jakiejś grupy postaci znanej nam ze współczesnego folkloru, reprezentowanego przez zglobalizowaną popkulturę, musiałabym postawić na wampiry. Naprawdę; i możecie wierzyć na słowo, jak ciężko 'przechodzą mi przez klawiaturę' podobnego typu wyznania. ;)
Dualizm gorąco-zimnego, żywiczno-mydlanego palisandrowego drewna przywodzi na myśl dzisiejsze uproszczone, pozbawione przyrodzonego demonicznego charakteru, przeestetyzowane i ogólnie " milusie" wampiry; ze Zmierzchu, Pamiętników wampirów, Czystej krwi czy co tam jeszcze emocjonuje dzisiejszych wiecznych nastolatków. :> A jednak nie są to postaci całkowicie zniekształcone, antypatyczne w swym uproszczeniu poza granice wytrzymałości, gdyż ich odzwierciedlenie, Palisander, nie odrzuca. Co więcej, okazuje się aromatem przyjemnym, prostym w noszeniu, przydatnym. :)
Oblicze kadzidła przywodzi na myśl to znane z Louanges Profanes, jaśniejące w cieniu starej bliskowschodniej mydlarni. Powoli ewoluujące z grudek olibanum oraz słodkiej mirry, przesycone pikantnymi woniami przypraw korzennych, niezbyt ostrej chilli jak również starego, odbijającego promienie słoneczne drewna cedrowego. Skąd w tej suchości woda? Pewnie jako naturalne środowisko mydła. ;)
Harmonia, jaką udało się wytworzyć między obydwoma "naturalnymi" przeciwieństwami, okazała się równie trwała co przekonująca.
Palisander?
Kupuję taką koncepcję! :) [Choć niekoniecznie dla siebie; póki co - nie].
Rok produkcji i nos(y): 2001, Françoise Caron oraz Yann Vasnier
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, z początku dosyć wyraźny później bardzo bliski skórze. Raczej na dzień.
Trwałość: jak przy większości wód tej marki - średni; od czterech do blisko sześciu godzin.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i przyprawowa)
Skład:
palisander, czerwony cedr wirginijski, czerwone chilli, szafran, mirra
___
Dziś (było) Ouarzazate, też od Comme des Garçons.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.colourbox.com/image/streem-of-water-in-red-pail-image-1591409
2. http://footage.shutterstock.com/clip-1892017-stock-footage-burning-wood-smoking-timber.html
wtorek, 8 maja 2012
niedziela, 6 maja 2012
To nie jest to, o czym myślicie
Skojarzenia, jakie pojawiają się w naszych głowach na hasło "igraszki na sianie" są zdecydowanie jednoznaczne. :) Tymczasem spotkałam pachnidło, które siermiężnej erotyce na wiejską nutę jakością skojarzeń zadaje kłam. Ponieważ choć pojawia się i siano i zabawa, oba składniki wyjęto z kontekstu seksualnego. Kiedy zaś dodać do nich lekkość, ciepły brak dosłowności oraz nierzeczywistą nostalgię, wtedy naszym zmysłom ukazuje się - Pohadka marki Ys Uzac. :)
Zapach to delikatny, jak na mój gust nawet aż za bardzo, chropowaty, ciepły. Przyjemny dla powonienia, jak i dla duszy. Z jednym zastrzeżeniem: tylko wtedy, kiedy wewnętrzne ciepło i miękki blask pachnidła ma szansę rozlać się na świat zewnętrzny, kiedy aura daje im taką szansę. W porze skwarów bowiem Pohadka zwija się niczym ślimaczek wyłuskany z muszli i zostawiony na słońcu (obrzydliwa tortura swoją drogą): marnieje prędko acz boleśnie, zasychając w twardą, szaroburą ektoplazmiczną grudkę. Ginie równie szybko co niewidowiskowo. Inaczej dzieje się w dni chłodniejsze, wietrzne i pochmurne, jak dzisiaj. :)
Wówczas omawiany zapach zaczyna rozsnuwać swoją wciąż delikatną, lecz także i magiczną sieć ze źdźbeł suchych roślin, z niepozornego siana, aromatycznego tytoniu, z majeranku i kocanki. Wszystko, co suche a pięknie pachnące, spotyka się w tej jednej kompozycji.
Wówczas też jasnym staje się, o co chodzi z tą platoniczną "zabawą na sianie". :)
Z Pohadki bije optymizm. Poważnie; łagodna, niekoniecznie szampańska, cicha radość płynąca spomiędzy akordów pachnidła aż oślepia. Sprawia, iż nasycona suchość rozplenia się po partyturze niczym antyteza "chwastu". :) Pełna, dojrzała i młodzieńcza, zachwycająca i niepozorna zarazem. Przesączająca się przez ludzką aurę niczym pojedyncze promienie słońca przez ciepłą mgłę. Radość, ale nie nieograniczona, daleka od gargantuicznej, libacyjnej rubaszności. Spokój wyraźny, jednak figlem podszyty. Cień, acz zdominowany przez wiązki promieni świetlnych. Ciepło, które nigdy nie rozwinie się w gorąco. Antyteza czy oksymoron?
O przebiegu nut Pohadki trudno napisać cokolwiek wiążącego. Zbyt mało znam "w naturze" część z jej oficjalnych składników. Jedyne, co mogę opisać bez wątpliwości, to rozwój.
I tak z początku omawiany aromat jest ostry i żywy, wibrujący w takt wyznaczany przez rozgrzane słońcem liście i łodygi aromatycznych roślin. Z czasem aromat otwarcie łagodnieje, ujawniając łagodny światłocień siana, tytoniowych liści (o ileż piękniejszych niż w Fougère Bengale Parfum d'Empire!), majeranku. Z nich też w końcu ewoluuje miękkie, pozacielesne ciepło [aczkolwiek z "człowiekiem" związane. Może tak właśnie pachną dobre duchy żniw? ;) ], lekko zielone i figlarne skrzaty, rozsiewające wokół siebie aromat wanilii, kwiatków nieśmiertelnika przemieszanych z tytoniem i sianem a także czegoś w stylu ambry. One też ocieplają, wydelikatniają strukturę kompozycji, jeszcze bardziej unosząc ją (i nas w Pohadkowej chmurce ;) ) ponad powierzchnię Ziemi. :) Z czasem po prostu cichnąc, rozpływając się w przesyconej miękkim światłem mgle, redukując się do cielesnego, jakby piżmowego ciepła podbitego tytoniem i - znikając. Rzeczywiście, baśniowe to pachnidło. Unikające dosłowności, nierealne, przenoszące nas na samą granicę między snem a jawą.
Jeśli szukacie po prostu "perfum" zwróćcie się w inną stronę. To nie jest to, o czym myślicie. Wróćcie, kiedy znudzi Was znój codzienności, kiedy życie po raz kolejny podstawi Wam nogę, kiedy Wasze sny i myśli od rana do nocy będą czarne. Wróćcie tu po światło i spokojną radość. Po radość, nie po receptę na sukces ani nie po zapomnienie. Ich poezja nie gwarantuje. Bo też i nigdy tego nie robiła.
Poezja pozwala - marzyć. Trwać między jawą a snem, odwlekając moment pobudki.
Wówczas piękna jest Pohadka.
Jednak to wszystko dzieje się, kiedy wokół panuje lekki co najmniej chłód. W czas gorąca testy Pohadki najlepiej sobie darować. Lub ich efekty pominąć litościwym milczeniem. Nie warto smętnym racjonalizmem psuć kruchego piękna sennej opowieści...
Rok produkcji i nos: 2011, Vincent Micotti
Przeznaczenie: zapach typu uniseks, bezpieczny i bliskoskórny, więc świetny raczej za dnia. Jak napisałam wyżej - przede wszystkim na niepogody. Chyba więc raczej nie na lato. ;)
Trwałość: od niecałych czterech godzin w upał do blisko dziesięciu przy gorszej pogodzie.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczna
Skład:
Nuta głowy: shiso, czyli pachnotka zwyczajna
Nuta serca: jaśmin, akordy siana i ziół, kwiat dawana, labdanum
Nuta bazy: absolut wanilii, skóra, kocanka, tytoń
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://blog.joyhey.com/2012/02/05/sunshine-world/
2. http://freedommoment.tumblr.com/post/16191885773
Zapach to delikatny, jak na mój gust nawet aż za bardzo, chropowaty, ciepły. Przyjemny dla powonienia, jak i dla duszy. Z jednym zastrzeżeniem: tylko wtedy, kiedy wewnętrzne ciepło i miękki blask pachnidła ma szansę rozlać się na świat zewnętrzny, kiedy aura daje im taką szansę. W porze skwarów bowiem Pohadka zwija się niczym ślimaczek wyłuskany z muszli i zostawiony na słońcu (obrzydliwa tortura swoją drogą): marnieje prędko acz boleśnie, zasychając w twardą, szaroburą ektoplazmiczną grudkę. Ginie równie szybko co niewidowiskowo. Inaczej dzieje się w dni chłodniejsze, wietrzne i pochmurne, jak dzisiaj. :)
Wówczas omawiany zapach zaczyna rozsnuwać swoją wciąż delikatną, lecz także i magiczną sieć ze źdźbeł suchych roślin, z niepozornego siana, aromatycznego tytoniu, z majeranku i kocanki. Wszystko, co suche a pięknie pachnące, spotyka się w tej jednej kompozycji.
Wówczas też jasnym staje się, o co chodzi z tą platoniczną "zabawą na sianie". :)
Z Pohadki bije optymizm. Poważnie; łagodna, niekoniecznie szampańska, cicha radość płynąca spomiędzy akordów pachnidła aż oślepia. Sprawia, iż nasycona suchość rozplenia się po partyturze niczym antyteza "chwastu". :) Pełna, dojrzała i młodzieńcza, zachwycająca i niepozorna zarazem. Przesączająca się przez ludzką aurę niczym pojedyncze promienie słońca przez ciepłą mgłę. Radość, ale nie nieograniczona, daleka od gargantuicznej, libacyjnej rubaszności. Spokój wyraźny, jednak figlem podszyty. Cień, acz zdominowany przez wiązki promieni świetlnych. Ciepło, które nigdy nie rozwinie się w gorąco. Antyteza czy oksymoron?
O przebiegu nut Pohadki trudno napisać cokolwiek wiążącego. Zbyt mało znam "w naturze" część z jej oficjalnych składników. Jedyne, co mogę opisać bez wątpliwości, to rozwój.
I tak z początku omawiany aromat jest ostry i żywy, wibrujący w takt wyznaczany przez rozgrzane słońcem liście i łodygi aromatycznych roślin. Z czasem aromat otwarcie łagodnieje, ujawniając łagodny światłocień siana, tytoniowych liści (o ileż piękniejszych niż w Fougère Bengale Parfum d'Empire!), majeranku. Z nich też w końcu ewoluuje miękkie, pozacielesne ciepło [aczkolwiek z "człowiekiem" związane. Może tak właśnie pachną dobre duchy żniw? ;) ], lekko zielone i figlarne skrzaty, rozsiewające wokół siebie aromat wanilii, kwiatków nieśmiertelnika przemieszanych z tytoniem i sianem a także czegoś w stylu ambry. One też ocieplają, wydelikatniają strukturę kompozycji, jeszcze bardziej unosząc ją (i nas w Pohadkowej chmurce ;) ) ponad powierzchnię Ziemi. :) Z czasem po prostu cichnąc, rozpływając się w przesyconej miękkim światłem mgle, redukując się do cielesnego, jakby piżmowego ciepła podbitego tytoniem i - znikając. Rzeczywiście, baśniowe to pachnidło. Unikające dosłowności, nierealne, przenoszące nas na samą granicę między snem a jawą.
Jeśli szukacie po prostu "perfum" zwróćcie się w inną stronę. To nie jest to, o czym myślicie. Wróćcie, kiedy znudzi Was znój codzienności, kiedy życie po raz kolejny podstawi Wam nogę, kiedy Wasze sny i myśli od rana do nocy będą czarne. Wróćcie tu po światło i spokojną radość. Po radość, nie po receptę na sukces ani nie po zapomnienie. Ich poezja nie gwarantuje. Bo też i nigdy tego nie robiła.
Poezja pozwala - marzyć. Trwać między jawą a snem, odwlekając moment pobudki.
Wówczas piękna jest Pohadka.
Jednak to wszystko dzieje się, kiedy wokół panuje lekki co najmniej chłód. W czas gorąca testy Pohadki najlepiej sobie darować. Lub ich efekty pominąć litościwym milczeniem. Nie warto smętnym racjonalizmem psuć kruchego piękna sennej opowieści...
Rok produkcji i nos: 2011, Vincent Micotti
Przeznaczenie: zapach typu uniseks, bezpieczny i bliskoskórny, więc świetny raczej za dnia. Jak napisałam wyżej - przede wszystkim na niepogody. Chyba więc raczej nie na lato. ;)
Trwałość: od niecałych czterech godzin w upał do blisko dziesięciu przy gorszej pogodzie.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczna
Skład:
Nuta głowy: shiso, czyli pachnotka zwyczajna
Nuta serca: jaśmin, akordy siana i ziół, kwiat dawana, labdanum
Nuta bazy: absolut wanilii, skóra, kocanka, tytoń
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://blog.joyhey.com/2012/02/05/sunshine-world/
2. http://freedommoment.tumblr.com/post/16191885773
sobota, 5 maja 2012
Kamień wstrzemięźliwości, barwa mordu
Améthystos znaczy "trzeźwy". Kamień zwany ametystem, jeżeli przyozdobić nim kielich do wina, potrafił zwieść zmysły starożytnych Greków i Rzymian, którzy nie byli w stanie ocenić, czy podane im wino jest napitkiem "czystym" czy rozmajonym wodą. Kolor nie mówił im nic a smak.. no cóż. W pewnym stadium upojenia nikt o nim nie myśli. ;) Stąd wstrzemięźliwość. A mord?
Ponoć wszelkie odcienie fioletu towarzyszą dziełu filmowemu w chwili, kiedy zanosi się na zabójstwo. :) Lub też mord jest "tylko" sugerowany albo wspominany. Co to wszystko ma do perfum?
W zasadzie nic... poza kolorem. ;)
W pewien przewrotny sposób do fioletu, purpury czy ametystu właśnie nawiązuje pierwsze pachnidło sygnowane przez markę Bottega Veneta. Lekka, kobieca skóra; gładka, cokolwiek aksamitna, o nienaturalnie jednolitej karnacji (a więc sztucznie piękna), przypudrowana, jaśminowo-fiołkowa, sucha i figlarnie rozwibrowana. Bottega Veneta eau de parfum to dobre pachnidło. Znakomicie wpasowujące się w obecne trendy, konwencjonalnie urodziwe. Nie budzące przesadnych zachwytów ani też mało przyjemnych odruchów fizjologicznych, przynajmniej we mnie. :)
Dobre, zielone i żywe.
Od bergamotkowego otwarcia podkreślonego kilkoma roztartymi w moździerzu ziarnami różowego pieprzu, z charakterystycznym zielonym sercem pudrowo-liściastego fiołka, zmąconego dodatkiem słodkiego jaśminu wielkolistnego rodem z Mon Jasmin Noir od Bulgari czy Loverdose Diesla [muszę w końcu opisać :) ], przez które w dalszym ciągu przebija benzoesowo-bergamotowa skóra. Całości dopełnia suchy, lekko kryształkowy duet musującego paczuli ze srebrzystym mchem dębowym (aczkolwiek w dalszym ciągu naznaczonymi dubletem jaśminowo-fiołkowym). W bazie także najmniej zielonej roślinności, zaś skóra coraz silniej przypomina starannie wystylizowane i uperfumowane wnętrza firmowego butiku. Jest naprawdę przyjemnie.
Brak tylko jednego - oryginalności. Choć na tle współczesnych selektywnych hitów sprzedażowych Bottega Veneta wyróżnia się w sposób oczywisty. I jest to bardzo, bardzo przyzwoita. :)
Nie zawsze liczy się nowatorstwo. Porządna rzemieślnicza robota także zasługuje na szczerą, w pełni zasłużoną pochwałę.
Trochę inaczej mają się sprawy ze starszym rodzeństwem poprzedniego bohatera, czyli Cuir Améthyste z cyklu Armani Privé. Powstała ona kilka lat wcześniej oraz w ramach innego, teoretycznie bardziej swobodnego, wysmakowanego, "artystycznego" kontinuum [podkreślam: to tylko odgórne, marketingowe założenia linii butikowych!]. Mógł więc twórca, Michel Almairac, pozwolić sobie na więcej półcieni, na rodzaj przesady i grę stereotypem, na bardziej swobodne podejście do konwencji damskiego pachnidła.
Udało się.
Skóra Ametystowa jest bowiem mniej zielona i świeża, jakby narysowana większą ilością kresek, utrzymanych w jednej tonacji; grubszych ale bardziej miękkich. Jak w szkicu ołówkiem. ;) Z tym, że fiołkowo-purpurowo-różowym. ;)
W początkach znacznie bardziej głęboka, choć także i słodsza, różano-paczulowo-fiołkowa, o przyjemnym, wirującym we wnętrzu nosa kolendrowym aromacie, który nadaje całości sznytu jakby farmaceutycznego. ;) Lecz nie jest to woń mało przyjemna! Po prostu miażdży nasze wyobrażenia perfum o podobnym charakterze, spychając je nieco w stronę smugi cienia, cokolwiek w opisanym przypadku by znaczyła. :) Równie szybko pojawia się aromat bergamotkowej skóry, potraktowany i okolony niemal identycznie, co w przypadku młodszego z dzieł (a opisanego wcześniej). Nawet tak samo możemy zaobserwować, jak w pewnej chwili skórę cytrusową zastępuje skóra żywiczna, benzoesowa. Kompozycja okazuje się identycznie pudrowa, tak samo paczulowo słodka, otoczona równie apetycznym, konwencjonalnie urodziwym bukietem kwiatów z fiołkiem grającym prawie-pierwsze skrzypce. ;) Tym, co sprawi, że obeznane z młodszą acz popularniejszą Bottegą użytkowniczki w ogóle zechcą zainteresować się Cuir Améthyste jest fakt, iż tu właśnie znajdą jej pogłębienie, wieczorową wersję. [W tym miejscu wypada się zastanowić, czy to przypadkiem B.V. nie jest spłyceniem C.A. ;> ]
Mnie zaś fascynuje wspomniana "farmaceutyczność" kompozycji od Armaniego. Za którą, jak podejrzewam, stoi orzeźwiająca woń brzozowej kory. Tak piękna w wytrawnych duetach ze skórą, dlaczegóż nie miałaby sprawdzić się w otoczeniu pudrowo-kwiecistej słodyczy?
Gdzieś na dnie obserwujemy także bazową skóro-słodycz, fiołki i róże, suchą już brzozę oraz ciepłe, cieliste labdanum. Wyraźne, choć pozbawione pierwiastka erotycznego.
Wszystko jest bardziej dosadne, głębsze, ciemniejsze, nie tak wysublimowane; dosłowne ale nie ciosane grubo. Stworzone na podstawie cynicznych kalkulacji lecz budzące szczere zainteresowanie. Naprawdę ciekawe.
Żadna z wód nie jest w moim stylu, ale niech mnie pająk pokąsa, jeśli będę komukolwiek odradzać bliższą z nimi znajomość! ;)
Bottega Veneta eau de parfum
Rok produkcji i nos: 2011, Michel Almairac
Przeznaczenie: zapach damski; z początku dosyć świeży i ekspansywny, w miarę "pudrowania" przybliżający się ku skórze. Zgodnie z zasugerowaną wcześniej taktyką - raczej dzienny. :)
Trwałość: w granicach siedmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-skórzana
Skład:
Nuta głowy: różowy pieprz, bergamotka, konwalia
Nuta serca: jaśmin wielkolistny (sambac)
Nuta bazy: paczuli, mech dębowy
Armani Privé, Cuir Améthyste
Rok produkcji i nos: 2005, Michel Almairac
Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach; konwencjonalny acz przyjemny. Dosyć bogaty i o całkiem pokaźnym sillage, więc polecałabym Skórę raczej na okazje wieczorowo-towarzyskie. :)
Trwałość: około dziesięciu godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-skórzana
Skład:
Nuta głowy: kolendra, bergamotka, róża
Nuta serca: paczuli, fiołek, brzoza srebrzysta
Nuta bazy: burbońska wanilia, benzoes, labdanum
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://weheartit.com/sunnyavenue?page=3
2. http://southalleden.com/2012/01/rustic-amethyst-glamour-2/
Ponoć wszelkie odcienie fioletu towarzyszą dziełu filmowemu w chwili, kiedy zanosi się na zabójstwo. :) Lub też mord jest "tylko" sugerowany albo wspominany. Co to wszystko ma do perfum?
W zasadzie nic... poza kolorem. ;)
W pewien przewrotny sposób do fioletu, purpury czy ametystu właśnie nawiązuje pierwsze pachnidło sygnowane przez markę Bottega Veneta. Lekka, kobieca skóra; gładka, cokolwiek aksamitna, o nienaturalnie jednolitej karnacji (a więc sztucznie piękna), przypudrowana, jaśminowo-fiołkowa, sucha i figlarnie rozwibrowana. Bottega Veneta eau de parfum to dobre pachnidło. Znakomicie wpasowujące się w obecne trendy, konwencjonalnie urodziwe. Nie budzące przesadnych zachwytów ani też mało przyjemnych odruchów fizjologicznych, przynajmniej we mnie. :)
Dobre, zielone i żywe.
Od bergamotkowego otwarcia podkreślonego kilkoma roztartymi w moździerzu ziarnami różowego pieprzu, z charakterystycznym zielonym sercem pudrowo-liściastego fiołka, zmąconego dodatkiem słodkiego jaśminu wielkolistnego rodem z Mon Jasmin Noir od Bulgari czy Loverdose Diesla [muszę w końcu opisać :) ], przez które w dalszym ciągu przebija benzoesowo-bergamotowa skóra. Całości dopełnia suchy, lekko kryształkowy duet musującego paczuli ze srebrzystym mchem dębowym (aczkolwiek w dalszym ciągu naznaczonymi dubletem jaśminowo-fiołkowym). W bazie także najmniej zielonej roślinności, zaś skóra coraz silniej przypomina starannie wystylizowane i uperfumowane wnętrza firmowego butiku. Jest naprawdę przyjemnie.
Brak tylko jednego - oryginalności. Choć na tle współczesnych selektywnych hitów sprzedażowych Bottega Veneta wyróżnia się w sposób oczywisty. I jest to bardzo, bardzo przyzwoita. :)
Nie zawsze liczy się nowatorstwo. Porządna rzemieślnicza robota także zasługuje na szczerą, w pełni zasłużoną pochwałę.
Trochę inaczej mają się sprawy ze starszym rodzeństwem poprzedniego bohatera, czyli Cuir Améthyste z cyklu Armani Privé. Powstała ona kilka lat wcześniej oraz w ramach innego, teoretycznie bardziej swobodnego, wysmakowanego, "artystycznego" kontinuum [podkreślam: to tylko odgórne, marketingowe założenia linii butikowych!]. Mógł więc twórca, Michel Almairac, pozwolić sobie na więcej półcieni, na rodzaj przesady i grę stereotypem, na bardziej swobodne podejście do konwencji damskiego pachnidła.
Udało się.
Skóra Ametystowa jest bowiem mniej zielona i świeża, jakby narysowana większą ilością kresek, utrzymanych w jednej tonacji; grubszych ale bardziej miękkich. Jak w szkicu ołówkiem. ;) Z tym, że fiołkowo-purpurowo-różowym. ;)
W początkach znacznie bardziej głęboka, choć także i słodsza, różano-paczulowo-fiołkowa, o przyjemnym, wirującym we wnętrzu nosa kolendrowym aromacie, który nadaje całości sznytu jakby farmaceutycznego. ;) Lecz nie jest to woń mało przyjemna! Po prostu miażdży nasze wyobrażenia perfum o podobnym charakterze, spychając je nieco w stronę smugi cienia, cokolwiek w opisanym przypadku by znaczyła. :) Równie szybko pojawia się aromat bergamotkowej skóry, potraktowany i okolony niemal identycznie, co w przypadku młodszego z dzieł (a opisanego wcześniej). Nawet tak samo możemy zaobserwować, jak w pewnej chwili skórę cytrusową zastępuje skóra żywiczna, benzoesowa. Kompozycja okazuje się identycznie pudrowa, tak samo paczulowo słodka, otoczona równie apetycznym, konwencjonalnie urodziwym bukietem kwiatów z fiołkiem grającym prawie-pierwsze skrzypce. ;) Tym, co sprawi, że obeznane z młodszą acz popularniejszą Bottegą użytkowniczki w ogóle zechcą zainteresować się Cuir Améthyste jest fakt, iż tu właśnie znajdą jej pogłębienie, wieczorową wersję. [W tym miejscu wypada się zastanowić, czy to przypadkiem B.V. nie jest spłyceniem C.A. ;> ]
Mnie zaś fascynuje wspomniana "farmaceutyczność" kompozycji od Armaniego. Za którą, jak podejrzewam, stoi orzeźwiająca woń brzozowej kory. Tak piękna w wytrawnych duetach ze skórą, dlaczegóż nie miałaby sprawdzić się w otoczeniu pudrowo-kwiecistej słodyczy?
Gdzieś na dnie obserwujemy także bazową skóro-słodycz, fiołki i róże, suchą już brzozę oraz ciepłe, cieliste labdanum. Wyraźne, choć pozbawione pierwiastka erotycznego.
Wszystko jest bardziej dosadne, głębsze, ciemniejsze, nie tak wysublimowane; dosłowne ale nie ciosane grubo. Stworzone na podstawie cynicznych kalkulacji lecz budzące szczere zainteresowanie. Naprawdę ciekawe.
Żadna z wód nie jest w moim stylu, ale niech mnie pająk pokąsa, jeśli będę komukolwiek odradzać bliższą z nimi znajomość! ;)
Bottega Veneta eau de parfum
Rok produkcji i nos: 2011, Michel Almairac
Przeznaczenie: zapach damski; z początku dosyć świeży i ekspansywny, w miarę "pudrowania" przybliżający się ku skórze. Zgodnie z zasugerowaną wcześniej taktyką - raczej dzienny. :)
Trwałość: w granicach siedmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-skórzana
Skład:
Nuta głowy: różowy pieprz, bergamotka, konwalia
Nuta serca: jaśmin wielkolistny (sambac)
Nuta bazy: paczuli, mech dębowy
Armani Privé, Cuir Améthyste
Rok produkcji i nos: 2005, Michel Almairac
Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach; konwencjonalny acz przyjemny. Dosyć bogaty i o całkiem pokaźnym sillage, więc polecałabym Skórę raczej na okazje wieczorowo-towarzyskie. :)
Trwałość: około dziesięciu godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-skórzana
Skład:
Nuta głowy: kolendra, bergamotka, róża
Nuta serca: paczuli, fiołek, brzoza srebrzysta
Nuta bazy: burbońska wanilia, benzoes, labdanum
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://weheartit.com/sunnyavenue?page=3
2. http://southalleden.com/2012/01/rustic-amethyst-glamour-2/
Etykiety:
Armani,
Bottega Veneta,
kwiatowe,
mainstream,
skórzane
Satynowy Budda
Tom Ford wie, jak zrobić wokół siebie zamieszanie. W roku 2011 poza całkowicie premierową linią kosmetyków kolorowych pobłogosławił także trzy nowe pachnidła. Oprócz 'popularnego" Violet Blonde także ekskluzywne Jasmin Rouge oraz Santal Blush. Dziś interesować nas będzie ostatnia z wymienionych kompozycji (na kosmetyki nawet nie liczcie ;) ).
W każdym przypadku punktem charakterystycznym kompozycji jest "bogactwo", a nawet rzekłabym że "przepych". Pełne przesady, zadowolone z siebie wyrafinowanie. Może niezbyt zaskakujące ale piękne, cieszące oko i nos. Głębokie, chociaż naturalne.
Zabawny, plastyczny przykład triumfu Kultury nad Naturą. Coś w sam raz dla mnie. ;)
Dosadność i obła "śmietankowa" satynowość sandałowca przywodzi mi na myśl orientalizujące, dalekowschodnie meble z drewna sandałowego. Z Santal Blush łączy je podobna statyczność, pełna pogody nieruchawość siedzącego Buddy.
W początkach kompozycja przedstawia intrygujący akord oleisto-sandałowy, przełamany lekkością kokosów czy nawet fig. Wariacja ciekawa, naprawdę nieoczekiwana i mało sztampowa. :) Dopiero rzut oka w spis nut uświadamia, iż mamy do czynienia z nasionami marchwi a może bardziej kozieradką? Okalają je łagodne aromaty przypraw korzennych, głównie miły cynamon oraz delikatny powiew kminu.
Dopiero po niejakiej chwili zjawia się lekki akord kwiatowy, rozmiękczający sandałowcowy trzon pachnidła. Kwiaty występują jako bliżej nieokreślony "bukiet" czegoś zmysłowego oraz delikatnie balsamicznego. A może balsamiczność ta wynika z lekko skórzanego benzoesu, podbitego głównym bohaterem kompozycji? Nie mam pojęcia.
W każdym razie drewno sandałowe nie milknie nawet na chwilę, zręcznie lawirując między oleistym, puchatym urokiem Tam Dao oraz przyprawowym, wielostopniowym przepychem Santal de Mysore. W bazie pokrywa się niewielką ilością miękkiego pudru z białego piżma, uzupełnionego dodatkiem wspomnianego balsamicznego, skórzanego benzoesu, jak również dosłownie obramowanego wonią oudu; ostatnimi laty co prawda eksploatowanego aż do przesytu lecz w tym przypadku -- ledwie zasugerowanego, twardo trzymanego w ryzach. Podrzędnego wobec znakomitości głównego akordu.
Santal Blush naprawdę nie grzeszy oryginalnością. Spokojnym, posuwistym krokiem podąża dawno wytyczoną czteropasmówką. ;) Nie intryguje, nie szokuje, nie prowokuje nikogo; nie musi. Jest po prostu śliczny; doskonale tego świadomy i - co najciekawsze - całkowicie wobec tego faktu obojętny. ;)
Udał się Fordowi.
Rok produkcji i nos: 2011, Yann Vasnier
Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o ciężkiej, masywnej strukturze a jednak dosyć ekspansywny. Do skóry przybliża się dopiero po ok. trzech-czterech godzinach użytkowania.
Świetny na wszelkie okazje; nie wywołuje efektów ubocznych. :)
Trwałość: w granicach siedmiu lub ośmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna
Skład:
Nuta głowy: kmin, cynamon, nasiona marchwi, kozieradka
Nuta serca: ylang-ylang, jaśmin, róża
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, benzoes, oud, piżmo
___
Dziś Amber Absolute z butikowej linii tegoż projektanta.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://unhasatrois.blogspot.com/2011/10/by-tom-ford.html
2. http://english.people.com.cn/90001/90783/91324/7201506.html
Etykiety:
drzewne,
mainstream,
orientalne,
perfumy,
Tom Ford
środa, 2 maja 2012
Kształtuje mnie literatura
Z okazji Światowego Dnia Książki Trzy Ryby ogłosiła ankietę, w której poprosiła o wskazanie sześciu książek, które uważamy za najważniejsze dla siebie. Ucieszyłam, się, bo tak ciekawego taga od dawna nie widziałam. :)
Jednak kiedy przyszło zastanowić się dłużej nad jego treścią, wpadłam w ambaras. Bo co to znaczy: "najważniejszych książek"?
Takich, które czytało się najmilej, które zostają w pamięci na długo, do których co jakiś czas wracamy? W takim razie mój spis nie mógłby nie objąć choćby Bohini Tadeusza Konwickiego, która przecież nie jest niczym więcej jak przyjemną opowieścią w stylistyce realizmu magicznego, nie niesie ze sobą żadnej szczególnej wartości.
A może chodzi o te teksty Ważne i Uznane, które swego czasu przeczytaliśmy, świadomi ich wartości lecz także nimi zauroczeni? Wówczas musiałabym wymienić Imię róży Eco bądź Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa, bez których ominęłoby mnie mnóstwo czytelniczych przyjemności (w drugim przypadku także i śmiechu ;) ).
Lub o Klasykę Literatury, którą przeczytać należało, lecz tak prawdę mówiąc, przyniosło mi to więcej męki niż rozkoszy? Wówczas bez Stu lat samotności ani rusz. ;)
A może wszystko naraz?
Lecz w takim przypadku widać, że już skompletowałam cztery tytuły a to zaledwie drobny ułamek dzieł literackich, które musiałabym wspomnieć. I dywagacje, co zostawić na liście a czego się z niej pozbyć niechybnie przyprawiłyby mnie o bezsenność. :) Ponadto otwartą pozostaje kwestia naszego rozwoju, czyli: to, co hiper-ważne dziś, może kompletnie nie obchodzić nas jutro. Podobnie, jak dawne czytelnicze zachwyty dzisiaj wspominamy co najmniej z rezerwą.
Dlatego postanowiłam ankietę potraktować "po swojemu", tworząc swoisty przegląd tych pozycji, które były dla mnie ważne na pewnych etapach dotychczasowego życia. Może podkreślając stan, w jakim się znajdowałam a może wręcz uświadamiając mi go? Bywało różnie.
Chciałabym także podkreślić wpływ, jaki książki podsuwane przez osoby trzecie mają na nasze zainteresowania, nie tylko literackie.
Do dzieła więc!
Po czwarte - Piosenka o Bośni
Dla odmiany opiszę teraz jeden tylko utwór. ;) Do tego nietypowy, bo poetycki. Piosenka o Bośni Josifa Brodskiego w, wyśmienitym jak zwykle, przekładzie Stanisława Barańczaka (brata M. Musierowicz, jeśli ktoś jeszcze nie wie ;) ) spotkała mnie w szkole podstawowej, na zajęciach kółka polonistycznego. :)
Prowadząca zajęcia podzieliła tekst na pojedyncze "zadania", które przydzieliła małym grupom [np. pierwsza miała "strzepywać pyłek", druga "jeść posiłek" itd.]. Te zaś powinny zastanowić się, jak odegrać je aktorsko, jak się później okazało - w tym samym czasie. ;) Mnie natomiast przypadła rola osoby, która poinformuje resztę o tym, że "dziś w Bośni zginęła rodzina". Sęk w tym, że nie usłyszałam, iż wiadomość mam przeczytać jeden tylko raz. :) A przecież w jazgocie codzienności nikt nie zwrócił na mnie uwagi! Więc informację o śmierci bośniackiej rodziny przeczytałam ponownie. I po raz trzeci, i czwarty, i tak długo aż zorientowałam się, że wszyscy ucichli. Polonistka nie była zadowolona. ;)
Lecz ja miałam na ten temat inne zdanie. Piosenka o Bośni bowiem pomogła mi zrozumieć to, co wielcy filozofowie czy teolodzy nazywają "banalnością zła". Przemoc nam powszednieje, tragizm przestaje być tragiczny; szczególnie, jeśli rozgrywa się daleko od nas, "w miastach o dziwacznych nazwach". Tak po prostu jest i nie stoi za tym żaden spisek. Informacji o dramatyzmie sytuacji nie blokują wrogie rządy, masoneria czy Opus Dei, ale nasza własna ignorancja. Rutyna codzienności oraz instynkt samozachowawczy.
A jednak potrzebny jest ktoś, kto podejmie się opowiadania o zbrodniach i okropnościach, zdzierania zasłon milczenia. Spokojnego, uporczywego powtarzania informacji o tym, że "dziś w Bośni zginęła rodzina". Wiedziałam już, co chcę w życiu robić.
W identyczny sposób poczynała sobie Niesamowita Słowiańszczyzna, która w sposób bardziej kategoryczny rozprawiała się z mesjanizmem i kompleksami narodowymi. Których pochodzenie również mnie nurtowało. A tymczasem wystarczyło spojrzeć na dzieje polskiej (czy w ogóle środkowoeuropejskiej) kultury przez pryzmat krytyki postkolonialnej! Lecz aby to zauważyć, trzeba mieć tęgą głowę Marii Janion. :)
Nie wiem zatem, jakie lektury będą kształtować mnie w przyszłości ani też, jakie mają największy wpływ na moje obecne myśli. Świadomość tego przyjdzie z czasem, wraz z poszerzaniem się perspektywy oraz dystansem. Wszak żyjąc w danej epoce, wiemy o niej stosunkowo niewiele; to osiągną dopiero nasze dzieci i wnuki.
Dlatego też nie umiem z całą pewnością powiedzieć, czym żyję dzisiaj. Mogę być tylko pełna nadziei. :)
Więcej nie umiem powiedzieć. A może nie chcę? Lub zapomniałam?
Ankietę przekazuję Akiyo, Annie Marii oraz Sabbath (jednak pozwólcie, że tej ostatniej na razie nie będę zawracać głowy).
___
Dziś Lutensowe Vitriol d'œillet.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://grecja.last-minute24.pl/mity-greckie/
2. http://www.kurtiak-ley.pl/trylogia/
3. http://recenzje-paulamore.blogspot.com/2011/11/jezycjada.html
4. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/129125/wobec-zla i
http://www.forumakad.pl/archiwum/2007/12/ksiazki.html
5. http://istanbuls-stranger.blogspot.com/2012/04/perking-pansies-shamefully-belated.html
Jednak kiedy przyszło zastanowić się dłużej nad jego treścią, wpadłam w ambaras. Bo co to znaczy: "najważniejszych książek"?
Takich, które czytało się najmilej, które zostają w pamięci na długo, do których co jakiś czas wracamy? W takim razie mój spis nie mógłby nie objąć choćby Bohini Tadeusza Konwickiego, która przecież nie jest niczym więcej jak przyjemną opowieścią w stylistyce realizmu magicznego, nie niesie ze sobą żadnej szczególnej wartości.
A może chodzi o te teksty Ważne i Uznane, które swego czasu przeczytaliśmy, świadomi ich wartości lecz także nimi zauroczeni? Wówczas musiałabym wymienić Imię róży Eco bądź Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa, bez których ominęłoby mnie mnóstwo czytelniczych przyjemności (w drugim przypadku także i śmiechu ;) ).
Lub o Klasykę Literatury, którą przeczytać należało, lecz tak prawdę mówiąc, przyniosło mi to więcej męki niż rozkoszy? Wówczas bez Stu lat samotności ani rusz. ;)
A może wszystko naraz?
Lecz w takim przypadku widać, że już skompletowałam cztery tytuły a to zaledwie drobny ułamek dzieł literackich, które musiałabym wspomnieć. I dywagacje, co zostawić na liście a czego się z niej pozbyć niechybnie przyprawiłyby mnie o bezsenność. :) Ponadto otwartą pozostaje kwestia naszego rozwoju, czyli: to, co hiper-ważne dziś, może kompletnie nie obchodzić nas jutro. Podobnie, jak dawne czytelnicze zachwyty dzisiaj wspominamy co najmniej z rezerwą.
Dlatego postanowiłam ankietę potraktować "po swojemu", tworząc swoisty przegląd tych pozycji, które były dla mnie ważne na pewnych etapach dotychczasowego życia. Może podkreślając stan, w jakim się znajdowałam a może wręcz uświadamiając mi go? Bywało różnie.
Chciałabym także podkreślić wpływ, jaki książki podsuwane przez osoby trzecie mają na nasze zainteresowania, nie tylko literackie.
Do dzieła więc!
Po pierwsze - mity i baśnie
Czyli klasyka. :) Kiedy dziś obserwuję zalew kolorowych, choć tandetnych opowiadanek dla dzieci, na dobrą sprawę o niczym, tym mocniej doceniam pomysł moich bliskich, by małą Wiedźmę od najmłodszych lat raczyć opowieściami, na których utrzymana jest cała nasza kultura. Parandowski, Kubiak, Andersen, bracia Grimm, ale też Edda Poetycka, Kalewala, wyjątki z Mahabharaty, Baśnie z 1001 nocy, zbiory legend nawet z najodleglejszych zakątków świata (do dziś pamiętam egzotyczny świat podań karaibskich i z Azji Południowo-Wschodniej :) ).
Choć w niemałej części działanie takie podyktowane było księgarnianymi brakami rzeczywistości schyłkowego PRL mam wrażenie, że zaczęło kształtować mój odbiór otaczającej nas rzeczywistości na długo przed tym, kiedy zaczęłam ją rozumieć. Natomiast gdy tylko zorientowałam się, że nie wszystkim dzieciom towarzyszą takie lektury, zaczęłam ich unikać. :) Przez kilka lat byłam przekonana, że "mity są dobre dla dzieci". Mój pogląd począł się zmieniać dopiero, gdy w szóstej klasie podstawówki - i to mimo kilku lat ścisłej mitologicznej "abstynencji" - wygrałam szkolny konkurs mitoznawczy. ;)
Więc wszytko zaczęło się od wysokiego C. ;)
Po drugie - kanon literacki
Może i byłam skrępowana mitami, ale od kreowanej przez nie rzeczywistości nie było łatwo uciec. :) Potrzeba Opowieści, kiedy już raz rozgości się w sercu, nie znika szybko. Widzę to z perspektywy kolejnej literackiej fascynacji.
Sienkiewiczowska Trylogia, Krzyżacy, Pan Tadeusz, Balladyna, Anhelli, Dziady, ale też Klub Pickwicka Dickensa czy Nędznicy Wiktora Hugo [Tato, nie wybaczę Ci tego! ;> ], Hobbit i Władca pierścieni. Wtedy też pierwszy raz przewinęły się dzieła takie, jak Medaliony Nałkowskiej. Czytałam powyższe utwory mniej więcej od siódmego do jedenastego czy dwunastego roku życia, co zresztą dziś uważam za wiek idealny (z intelektualnego punktu widzenia ;) ) do zapoznawania się z większością z nich. Szczególnie z bajarzem-Sienkiewiczem. Zaś z perspektywy wyzwań, jakie stawiają przed nami nasze czasy, jest to też jedyny okres, kiedy w młodym człowieku udaje się wytworzyć jakikolwiek sentyment do wyżej wspomnianych.
Kolejna pozycja to, dla odmiany, ściana hańby. ;)
Po trzecie - kurze fascynacje
Po mądrych Rodzicach, Dziadkach, Ciociach i Wujkach, lektury zaczęła dobierać mi szkolna bibliotekarka. I choć dziś wspominam ją ciepło, zaś kiedy tylko mam okazję spotkać (czyli bardzo rzadko) kłaniam się w pas, to jednak efekty jej działań mam za niechlubne. :)
Ponieważ to właśnie wtedy sięgnęłam po sagi Małgorzaty Musierowicz i Lucy Maud Montgomery. Niemałe znaczenie miało też pragnienie społecznej akceptacji; niemal wszystkie koleżanki miały już z nimi do czynienia, ja nie. Istny skandal! ;) Nawet, inteligentnie podsuwane przez "drugą stronę" powieści Astrid Lindgren czy później Druga płeć pióra Simone de Beauvoir, nie zdołały naprawić szkód. Stałam się drobiem; głupią gęsią, której myśli i przekonania kształtują myśli i przekonania tłumu wokół. Jeżycjada i kolejne Anie zrobiły mi krzywdę w mózg. Choć Ania z Zielonego Wzgórza przecież wcale nie jest zła. :)
Po czwarte - Piosenka o Bośni
Dla odmiany opiszę teraz jeden tylko utwór. ;) Do tego nietypowy, bo poetycki. Piosenka o Bośni Josifa Brodskiego w, wyśmienitym jak zwykle, przekładzie Stanisława Barańczaka (brata M. Musierowicz, jeśli ktoś jeszcze nie wie ;) ) spotkała mnie w szkole podstawowej, na zajęciach kółka polonistycznego. :)
Prowadząca zajęcia podzieliła tekst na pojedyncze "zadania", które przydzieliła małym grupom [np. pierwsza miała "strzepywać pyłek", druga "jeść posiłek" itd.]. Te zaś powinny zastanowić się, jak odegrać je aktorsko, jak się później okazało - w tym samym czasie. ;) Mnie natomiast przypadła rola osoby, która poinformuje resztę o tym, że "dziś w Bośni zginęła rodzina". Sęk w tym, że nie usłyszałam, iż wiadomość mam przeczytać jeden tylko raz. :) A przecież w jazgocie codzienności nikt nie zwrócił na mnie uwagi! Więc informację o śmierci bośniackiej rodziny przeczytałam ponownie. I po raz trzeci, i czwarty, i tak długo aż zorientowałam się, że wszyscy ucichli. Polonistka nie była zadowolona. ;)
Lecz ja miałam na ten temat inne zdanie. Piosenka o Bośni bowiem pomogła mi zrozumieć to, co wielcy filozofowie czy teolodzy nazywają "banalnością zła". Przemoc nam powszednieje, tragizm przestaje być tragiczny; szczególnie, jeśli rozgrywa się daleko od nas, "w miastach o dziwacznych nazwach". Tak po prostu jest i nie stoi za tym żaden spisek. Informacji o dramatyzmie sytuacji nie blokują wrogie rządy, masoneria czy Opus Dei, ale nasza własna ignorancja. Rutyna codzienności oraz instynkt samozachowawczy.
A jednak potrzebny jest ktoś, kto podejmie się opowiadania o zbrodniach i okropnościach, zdzierania zasłon milczenia. Spokojnego, uporczywego powtarzania informacji o tym, że "dziś w Bośni zginęła rodzina". Wiedziałam już, co chcę w życiu robić.
Po piąte - Maria Janion
Ostatnia z wielkich literackich przygód wiąże się z nazwiskiem Profesorki. :) W "swoich czasach" szczególnie ważne były dwie pozycje, Wobec zła oraz Niesamowita Słowiańszczyzna. Pierwsza w naturalny sposób wpisała się w ciąg lektur, które niczym pęknięta tama wpuściła do mojego świata Piosenka o Bośni. Dała odpowiedzi na kilka pytań, w tym nurtujące mnie 'dlaczego w polskiej literaturze zawsze jesteśmy przedstawiani jako ci dobrzy, dlaczego zło zawsze przybywa spoza uniwersum polskości?'. Figury wariata, opętanego polskością oraz patriotycznego demona - wampira rozsiewającego zarazę martyrologicznej nie-umarłości [ciekawa wariacja na temat "non omnis moriar" swoją drogą.. ;)] okazały się niejako "brakującymi elementami" w moim postrzeganiu rodzimej historii, kultury i mentalności.W identyczny sposób poczynała sobie Niesamowita Słowiańszczyzna, która w sposób bardziej kategoryczny rozprawiała się z mesjanizmem i kompleksami narodowymi. Których pochodzenie również mnie nurtowało. A tymczasem wystarczyło spojrzeć na dzieje polskiej (czy w ogóle środkowoeuropejskiej) kultury przez pryzmat krytyki postkolonialnej! Lecz aby to zauważyć, trzeba mieć tęgą głowę Marii Janion. :)
Po szóste - zagadka
A jak jest dzisiaj? Na pytanie, które teoretycznie nie powinno nastręczać żadnych trudności, odpowiedzieć najtrudniej. Doprawdy nie wiem. Wierzę za to, że przede mną jeszcze długa droga. Tyle dni do przeżycia, miejsc do zobaczenia, ludzi do poznania, książek do przeczytania!Nie wiem zatem, jakie lektury będą kształtować mnie w przyszłości ani też, jakie mają największy wpływ na moje obecne myśli. Świadomość tego przyjdzie z czasem, wraz z poszerzaniem się perspektywy oraz dystansem. Wszak żyjąc w danej epoce, wiemy o niej stosunkowo niewiele; to osiągną dopiero nasze dzieci i wnuki.
Dlatego też nie umiem z całą pewnością powiedzieć, czym żyję dzisiaj. Mogę być tylko pełna nadziei. :)
Więcej nie umiem powiedzieć. A może nie chcę? Lub zapomniałam?
Ankietę przekazuję Akiyo, Annie Marii oraz Sabbath (jednak pozwólcie, że tej ostatniej na razie nie będę zawracać głowy).
___
Dziś Lutensowe Vitriol d'œillet.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://grecja.last-minute24.pl/mity-greckie/
2. http://www.kurtiak-ley.pl/trylogia/
3. http://recenzje-paulamore.blogspot.com/2011/11/jezycjada.html
4. http://lubimyczytac.pl/ksiazka/129125/wobec-zla i
http://www.forumakad.pl/archiwum/2007/12/ksiazki.html
5. http://istanbuls-stranger.blogspot.com/2012/04/perking-pansies-shamefully-belated.html
niedziela, 29 kwietnia 2012
Raport z działań twórczych
Album, a raczej reportaż słowno-fotograficzny, jaki dla National Geographic blisko piętnaście lat temu stworzyli Cathy Newman (słowa) oraz Robb Kendrick (obrazy), Perfumy. Podróż w świat zapachów, to pozycja niezwykle interesująca. W sposób jasny i klarowny, bez specjalistycznego naukowego żargonu, bez ambicji bycia Poważną Lekturą, czyli w ramach popularnonaukowej literatury lekkiej, łatwej i przyjemnej przybliża nam światek osób, które - oględnie mówiąc - stoją między nami, użytkownikami a naszymi ulubionymi perfumami. Od nauczycieli w szkole perfumiarstwa i dostawców pachnidlanych komponentów, przez samych perfumiarzy po twórców promocyjnych 'eventów' oraz sprzedawców w sklepach perfumeryjnych. Od Coco Chanel po Ann Gottlieb. :)
Czy więc będziecie zdziwieni, gdy kolejny raz (po TYM, TYM, TYM oraz TYM) sięgnę po obszerny cytat z Podróży w świat zapachów? :) Zwłaszcza, że podjęty temat pomoże nam wyjaśnić kilka szczegółów odnośnie zakulisowej rzeczywistości tworzenia perfum.
Razem z dziennikarką Cathy Newman wybierzemy się bowiem do szkoły dla nosów, słynnej podparyskiej Givaudan. Gdzie zostaniemy... studentami. ;)
"Pewnego majowego poranka zajmuję miejsce w sali konferencyjnej, razem z kilkoma innymi osobami. To klienci Givaudan Roure, pracujący dla szwajcarskiej sieci sklepów pod nazwą Migros. nasz przyspieszony kurs został zaplanowany specjalnie dla klientów, by uświadomić im, na czym polega praca perfumiarza.
(...)
Jest dzień pierwszy. Zaczynamy ćwiczenia perfumiarskie: uczymy się zapachów różnych surowców. Dostajemy fiolki z różnymi olejkami i paczkę bibułek. Zaczynamy od najłatwiejszych zapachów. W pierwszym podejściu musimy się nauczyć dwudziestu siedmiu. By je zapamiętać, musimy je sobie z czymś skojarzyć i zapisać w małym notatniku.
Tuberoza: pasta do zębów - piszę.
Mech dębowy: wodorosty od tygodni zamknięte w szafie.
Zapach czarnej porzeczki sprawia, że odwracam się ze wstrętem. Czuć go starym moczem, ale Caroline, studentka drugiego roku szkoły mówi mi, że niewielka ilość kojarzy jej się z kirem - mieszanką cassis z białym winem.
(...)
Gdy dochodzę wreszcie do wetiweru (torebka fistaszków, cyrk), zapachy zaczynają mi się mylić. Ale czy Jean Carles, założyciel szkoły, nie powiedział, że taka męka 'jest absolutnie konieczna. Czy muzyk byłby w stanie napisać symfonię, gdyby nigdy nie ćwiczył gam?'.
Późnym popołudniem, gdy szwajcarscy klienci wychodzą, zostaję w laboratorium, by ćwiczyć z prawdziwymi studentami. Dziwna jest myśl, że w tak surowo wyglądającym miejscu można stworzyć tyle uczuć i piękna. Z trzech stron pokoju stoją puste stoły; czwartą zajmuje szklana szafka, zastawiona buteleczkami, dwiema wagami i pudełkami pełnymi maleńkich fiolek. Każde perfumy zaczynają się właśnie od tego: od pomysłu, kartki papieru, gromady buteleczek i wagi.
(...)
Drugiego dnia uczymy się akordów - harmonijnej kompozycji kilku nut, połączonych tak, że tworzą jedno wrażenia zapachowe. Różnica między nutą a akordem jest taka, jak w muzyce między G a gis.
Otrzymujemy cztery buteleczki wypełnione różnymi substancjami chemicznymi, wagę, zakraplacz i kilka pustych fiolek. Substancje - alkohol fenyloetylowy, Lyral, geraniol i Galaxolid - zmieszane w odpowiednich proporcjach dadzą zapach znany pod nazwą Rose de Noël 1267/B, syntetyczny akord różany.
Françoise [Marin, ówczesna dyrektorka szkoły - przyp. WzP] wyjaśnia, że głównym składnikiem akordu jest alkohol fenyloetylowy. To sama 'różaność' róży. Lyral daje świeżość, geraniol uzupełnia przyjemną, zaokrąglającą nutą, a dzięki Galaxolidowi, nucie piżmowej, akord będzie gładki i długotrwały.
Zostajemy podzieleni na dwa zespoły. Sami mamy dojść do właściwych proporcji i wyprodukować akord.
(...)
Trzeciego dnia Marin daje nam opis. W tym ćwiczeniu mamy grać rolę dostawców, starających się o zlecenie na nowe perfumy. Nasze zadanie - wyjaśnia Marin - polega na interpretacji opisu, skomponowaniu zapachu, znalezieniu dla niego nazwy, zaprojektowaniu opakowania i kampanii marketingowej. W poza tym, dodaje, wymyślcie nazwę dla swojej firmy.
Dzielimy się na dwa zespoły: mężczyźni i kobiety. W ciszy czytamy opis.
'Dla mężczyzny, który mieszka wszędzie i nigdzie - podają wytyczne - ma od 25 do 40 lat. Można go spotkać na Wall Street. Reżyserującego film. Prowadzącego farmę. Grającego w golfa w Portoryko tydzień po wspinaczce na Jungfrau. Lubi tańczyć macarenę [hmmm... ;) - przyp. WzP] ze sławną modelką Celią, ale równie chętnie spędza czas na lekturze w małym domku w górach Montany ze starym psem u boku. Dzień promocji - 14 lutego, Walentynki'.
W prawdziwym konkursie mielibyśmy kilka tygodni lub nawet miesięcy, by opracować propozycje. Marin daje nam 30 minut, ale przy pewnym ułatwieniu. By zaoszczędzić czas, a także z powodu naszego statusu debiutantów, otrzymujemy sześć fiolek z przygotowanymi bazami. (...) Nie będziemy się męczyć z tysiącami ingrediencji, bo mamy tylko sześć. Ale męczyć się i tak będziemy. Musimy zdecydować, których z sześciu komponentów użyć i w jakich proporcjach. Najpierw jednak musimy rozważyć opis.
- Ten facet jest jakiś dziwny - ktoś mówi.
- I opis jest pełen sprzeczności - dodaje ktoś inny.
- Tak zwykle jest z opisami - wzrusza ramionami Marin.
Siadamy i przede wszystkim postanawiamy nazwać naszą firmę Avant Garde Fragrances. To łatwe. Potem staramy się zrozumieć opis, co jest już trudniejsze. To ranczo w Montanie, wspinaczka górska w Szwajcarii, weekendy spędzane na grze w golfa i wystrzałowa przyjaciółka. Nasz hipotetyczny klient-bohater jest najwyraźniej kawalerem, typem sportowym, obrzydliwie bogatym i chyba o nieco kiczowatych gustach.
Po gorącej dyskusji postanawiamy, że zapach powinien mieć świeżość lawendy, by oddać wrażenie przestrzeni, odrobinę hesperydów mówiących o swobodzie oraz odrobinę ciepła, zapewnionego przez piżmo, przemawiającego do playboyowatej natury naszego klienta.
Svati Balik, koleżanka z zespołu, odmierza krople z każdej fiolki, usiłując wyprodukować znośny zapach, natomiast ja, jako anglojęzyczny członek grupy, notuję proponowane nazwy.
- Man About Town? - próbuję. Moje koleżanki odrzucają propozycję.
- Wall Street? - w powszechnej opinii zbyt nudne.
- Escape? - niestety, Calvin Klein już zaklepał nazwę.
W końcu proponuję Getaway ('zapach dla mężczyzny, który lubi szybkie samochody, szybkie życie, szybkie kobiety i szybkie wyjścia z sytuacji' - mówię). Akceptacja przychodzi w ostatnim momencie. Czas na prezentację.
Zostajemy wezwane do biura przylegającego do sali konferencyjnej, gdzie Françoise Marin, grająca dla odmiany rolę klienta, mówi: 'Co dla mnie macie?'. Przedstawiamy bibułkę z próbką naszego nowego, ekscytującego zapachu. (...)
- Zbyt słodkie - wygłasza opinię Marin. Daje nam 20 minut na opracowanie modyfikacji oraz sensownej koncepcji opakowania.
Wracamy do sali konferencyjnej, tymczasowej siedziby Avant Garde Fragrances. Najpierw pracujemy nad zmianą formuły. Postanawiamy dodać nieco lawendy, co nada zapachowi więcej świeżości a ujmie słodyczy oraz ograniczyć nutę piżmową. A co z opakowaniem? Czy butelka powinna być z matowego czy z przezroczystego szkła? A może plastikowa flaszeczka z pleksiglasu? Zgadzamy się jednak, że to zbyt pospolite. Skórzany futerał? Za drogi, przekroczyłybyśmy budżet. W końcu uznajemy, że czyste szkło jest bardziej szykowne. Decydujemy się na przezroczystą butelkę, ale z zielonymi akcentami - może biegnące paski lub zygzaki? Ten sam motyw powtarzałby się na kartonowym opakowaniu. Ostatecznie nasz hipotetyczny klient lubi życie na świeżym powietrzu. Sama woda też będzie przezroczysta. Nie będziemy jej barwić. I zaoferujemy flakonik wielkości odpowiedniej na podróż, na te gorące, przesycone zapachem dni na polu golfowym w Portoryko.
Właśnie kończę szkicować butelkę, gdy Marin wzywa nas na drugą prezentację. Wysłuchuje nas z kamienną twarzą, a na koniec pyta: - A jaka cena?
(...)
- Nasz zapach należy do ekskluzywnych (...). Osiemdziesiąt dolarów za funt. (...)
Kilka słów na temat ustalania cen. Dostawcy sprzedają klientom kompozycje zapachowe na funty. To cena za czystą kompozycję - klient może ją następnie odpowiednio rozcieńczyć (...). Zapachy do sprzedaży masowej kosztują około 30 dolarów za funt. Wytworne, prestiżowe kompozycje sprzedaje się w cenie 60-80 dolarów za funt. Kilka jest jeszcze droższych. Poza tymi nielicznymi wyjątkami, gdy funt kompozycji zostaje rozcieńczony do właściwego stężenia i zamknięty w butelce, faktyczna cena wynosi najwyżej kilka dolarów.
- Weźmy na przykład samochód, którego cena sprzedaży wynosi 40 tysięcy dolarów - wyjaśnił kilka miesięcy wcześniej Geoffrey Webster z Givaudan Roure (...) - Stal, wykorzystana do produkcji tego samochodu, warta jest najwyżej 1300 dolarów, a przecież samochód to stal. Tylko, że jego cena nie dotyczy surowców, ale wszystkiego, co składa się na samochód. - sięgnął za biurko po opakowanie perfum Bijan. - Spójrzmy na przykład na to piękne opakowanie. Policzmy, ile to kosztuje: wyściółka, etykietka, zakrętka, wyściółka zakrętki, etykietka na butelce, samo szkło, podkładka, koszt produkcji butelki. W tej branży nie ma gigantycznych zysków.
Nasz czas minął. Dwa konkurujące ze sobą zespoły zbierają się w sali konferencyjnej, by wysłuchać werdyktu Françoise Marin. Dowiadujemy się, że nasi rywale, Chaotic Perfume Company, przedstawili zapach pod nazwą Rainbow Man. A zatem Getaway kontra Rainbow Man. Niech wygra najlepszy. - W tej branży mamy zwycięzców i przegranych, nie ma niczego pośrodku - wyjaśnił mi wcześniej wiceprezes Givaudan Roure. Teraz rozumiem, co miał na myśli. Ten konkurs jest udawany, ale i tak bez cienia litości mam nadzieję, że pokonamy rywali.
Françoise Marin zagląda w notatki i wydaje werdykt: wygrało Getaway, propozycja Avant Garde Fragrances. W rzeczywistym świecie w tym momencie zaczęłyby strzelać korki szampana. Ale jeszcze nie skończyliśmy. Marin zwołuje kolejną konferencję, uskarżając się na nasze ceny. Czy nie możemy trochę opuścić? A co z rabatem?
- Nic z tego - odpowiadamy. - To zapach kosztowny w produkcji.
A potem, ku naszemu zdumieniu, żąda natychmiastowej dostawy 20 ton.
- Musimy je mieć natychmiast. Natychmiast - mówi. - Kampania reklamowa już się rozpoczęła. Chcemy już wejść na rynek. Więc pospieszcie się. Pospieszcie się.
Czuję, że zaczyna boleć mnie głowa.
Dwadzieścia ton to wielkie zamówienie jak na tak krótki czas. Ale wygraliśmy kontakt. Pokryjemy zapotrzebowanie. Ostatecznie nasze zadanie polega na spełnianiu życzeń klienta.
- Czy macie zapasy wszystkich surowców? - naciska Marin. - A co z certyfikatami, że składniki są zgodne z wymaganiami klienta i najnowszymi przepisami? Jeśli możecie nam dostarczyć kompozycję wcześniej...
Teraz mam, jak mawiają Francuzi, un grand mal de tête. Pomijając jednak moją głowę, odkrywam, że także mojemu żołądkowi brak w tej branży odporności. Świat biznesu - to nie dla mnie.
Jednak nie będę zmieniać zawodu".
Fragment pochodzi z książki uprzednio cytowanej, s. 59-64.
Co więc odróżnia pachnidło głównego nurtu od półamatorskiego dzieła stworzonego w kuchennym laboratorium perfumiarza, w niewielkiej liczbie egzemplarzy? Mniej więcej to samo, co gigantyczną korporację od maleńkiego rodzinnego sklepiku. ;)
___
Dziś była najpierw Buddha's Fig od Infusion Organique a teraz Pohadka marki Ys Uzac.
P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://clipdenoticias.com/images/aceites-esenciales
2. http://www.stephanieknaturals.com/perfumemaking.html
3. http://www.golearnto.com/travelblog/index.php/2010/08/22/beauty-junkies-perfume-courses-in-france/
4. http://blog.travelpod.com/travel-photo/carofoley/1/1283722633/1_perfume-making.jpg/tpod.html
5. http://artisperfumeshop.blogspot.com/
6. http://ldprnews.blogspot.com/2011/09/just-back-fromthe-french-riviera.html
sobota, 28 kwietnia 2012
Męska klasyka
...w wiedźmowej interpretacji. :) Co oznacza dwa świetne, uznane, po prostu bardzo dobre zapachy ze "starej szkoły" męskiego perfumiarstwa. Czyli z czasów jeszcze przed wynalezieniem pudrów i słodyczy. ;)
Znakomite nie tylko dla tradycjonalistów. No i zaskakująco miłe w użytkowaniu [choć, ze zrozumiałych względów, raczej przez mężczyzn].
Kouros YSL oraz Habit Rouge od Guerlain.
Na szybko, bo nie mam dziś zbyt wiele czasu.
Na początek Kouros. Czyli kolejny przypadek pachnidła od Yves'a Saint Laurenta, które zapamiętałam zupełnie inaczej (pierwszym jest klasyczne Opium, aczkolwiek wspomnienia dotyczącego jego są znacznie starsze ;) ). Spodziewałam się bowiem trudności poznawczych, silnego miksu cywetu z klasycznymi woniami paprociowymi, brudu z czystością. Czegoś tyleż silnego, co niekoniecznie strawnego. ;)
Tymczasem, choć testuję próbkę sprzed ostatniej reformulacji, pachnidło prezentuje się.. inaczej.
Jest przede wszystkim znacznie, znacznie grzeczniejsze niż to, które rozgościło się w moich wspomnieniach. W otwarcie świeże, przejrzyste i jasne. O aldehydach podpartych ostrawą wonią świeżo zmiażdżonych ziaren kolendry, gorzką bylicą oraz soczystym, aromatycznym tymiankiem (może szałwią?). Dopiero po krótkiej chwili wypływa delikatna nutka cywetu; znacznie bardziej wyraźne są aromaty skóry zmieszanej z pudrowo-piwnicznym paczuli.
Wyczuwalny dodatek geranium i wetywerii (w stylu równie klasycznym) nadaje Kourosowi lekkości i słonecznego blasku. Na szczęście ozonowa świeżość wody w czasach kreacji pachnidła nie była jeszcze znana. ;)
W ostatniej fazie ciekawe, staroświeckie skojarzenia odnośnie jasnego, świeżo pranego płótna [podobne tematy podejmuje także damskie White Linen od Estée Lauder, notabene w równie ciekawy sposób]. Odpowiada za nie... a zresztą, czy to ważne? ;) Grunt, że pojawiające się czasem kadzidło nie jest w stanie zmienić sympatycznej, świeżo-skórzanej, cywetowo-piżmowej gry suchości z cienistymi wariacjami.
Kouros jest zapachem szalenie ekspansywnym, interesującym, z klasą, życzliwym i żywym. Zaskakująco łatwym we współżyciu. Wystarczy trochę wprawy. ;)
Równie ciekawy - i równie użyteczny - jest mój drugi dzisiejszy bohater, Habit Rouge od Guerlain. Pachnidło nazwane na cześć klasycznej czerwonej marynarki do jazdy konnej a więc nawiązujące do "starych dobrych czasów", do dawnego porządku społecznego, do dziewiętnastowiecznego ładu, siłą rzeczy ie mogło tworzyć nowych metod ani zadawać pytań. No i przecież perfumy w czasach powstawania Habit Rouge nie zadawały żadnych pytań. Nie były kojarzone ze sztuką; jeszcze...
Dlatego właśnie, na tak zaprezentowanym tle, omawiany zapach prezentuje się co najmniej świetnie. Szykowny aromatyczny paprociowiec, który od ostrego, cytrynowo-bergamotkowo-ziołowego (bazylia i znów szałwia) otwarcia, zmąconego ostrym, dymno-ziołowym akordem palisandru, przez serce utkane z egzotycznych przypraw oraz wyschniętych kwiatowych płatków aż po rozjaśnioną, nieco wydelikaconą, bliższą skórze, jasną bazę z mchu dębowego, skóry, żywic, labdanum a także lekkiej słodyczy zachowuje się czytelnie i spójnie. Żadna z nut nie "ucieka", żadna nie stwarza dysonansu. Nawet przez chwilkę. Perfekcyjnie dostrojona orkiestra: drewna, przyprawy, zioła, akordy kwiatowe, odzwierzęce czy słodkie, szyprowo rozwibrowane wiedzą, że ich przeznaczeniem jest zagrać koncert, czysty i wirtuozerski. Bez szczególnego podkreślania talentu solistów. Razem.
Habit Rouge plasuje się niebezpiecznie blisko doskonałości w moim prywatnym rankingu pachnideł dla mężczyzn, szykowny, bezpretensjonalny oraz żywy. :) Jest naprawdę wysoko. I to w pełni zasłużenie.
Za dostarczenie materiałów do testów chciałabym podziękować Lorienie oraz Michałowi Enckiemu. :) Jesteście kochani!
Yves Saint Laurent, Kouros
Rok produkcji i nos: 1981, Pierre Bourdon
Przeznaczenie: zapach męski, niezwykle silny i wyraźny (od początku do końca trwania na skórze), jakkolwiek wyzbyty pierwiastków męczących otoczenie. O dużym sillage, więc należy być ostrożnym.
Na skwarne lato oraz mroźną zimę. :)
Trwałość: kobieca skóra "trzyma" antycznego młodzieńca blisko dobę. Od mężczyzn odfruwa on nieco szybciej. ;)
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, aldehydy, bylica,szałwia, kolendra
Nuta serca: jaśmin, goździk (kwiat), geranium, kłącze irysa, paczuli, wetyweria
Nuta bazy: piżmo, wanilia, bób tonka, ambra, mech dębowy, cywet, skóra, kadzidło, miód (w tamtych czasach?)
Guerlain, Habit Rouge
Rok produkcji i nos: 1965, Jean-Paul Guerlain
(od 2003 roku także jako woda perfumowana)
Przeznaczenie: spokojny, pewny swego zapach dla mężczyzn. O intensywności i sillage z początku dużych, z czasem coraz bardziej bliskoskórnym. Na wszelkie okazje.
Trwałość: w granicach dwunastu-szesnastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz szyprowa)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, pomarańcza, cytryna, palisander, bazylia
Nuta serca: róża, goździk (kwiat), cynamon, drewno cedrowe, drewno sandałowe, paczuli
Nuta bazy: wanilia, ambra, mech dębowy, labdanum, benzoes, skóra, kadzidło
___
Dziś 7 od Loewe.
Znakomite nie tylko dla tradycjonalistów. No i zaskakująco miłe w użytkowaniu [choć, ze zrozumiałych względów, raczej przez mężczyzn].
Kouros YSL oraz Habit Rouge od Guerlain.
Na szybko, bo nie mam dziś zbyt wiele czasu.
Na początek Kouros. Czyli kolejny przypadek pachnidła od Yves'a Saint Laurenta, które zapamiętałam zupełnie inaczej (pierwszym jest klasyczne Opium, aczkolwiek wspomnienia dotyczącego jego są znacznie starsze ;) ). Spodziewałam się bowiem trudności poznawczych, silnego miksu cywetu z klasycznymi woniami paprociowymi, brudu z czystością. Czegoś tyleż silnego, co niekoniecznie strawnego. ;)
Tymczasem, choć testuję próbkę sprzed ostatniej reformulacji, pachnidło prezentuje się.. inaczej.
Jest przede wszystkim znacznie, znacznie grzeczniejsze niż to, które rozgościło się w moich wspomnieniach. W otwarcie świeże, przejrzyste i jasne. O aldehydach podpartych ostrawą wonią świeżo zmiażdżonych ziaren kolendry, gorzką bylicą oraz soczystym, aromatycznym tymiankiem (może szałwią?). Dopiero po krótkiej chwili wypływa delikatna nutka cywetu; znacznie bardziej wyraźne są aromaty skóry zmieszanej z pudrowo-piwnicznym paczuli.
Wyczuwalny dodatek geranium i wetywerii (w stylu równie klasycznym) nadaje Kourosowi lekkości i słonecznego blasku. Na szczęście ozonowa świeżość wody w czasach kreacji pachnidła nie była jeszcze znana. ;)
W ostatniej fazie ciekawe, staroświeckie skojarzenia odnośnie jasnego, świeżo pranego płótna [podobne tematy podejmuje także damskie White Linen od Estée Lauder, notabene w równie ciekawy sposób]. Odpowiada za nie... a zresztą, czy to ważne? ;) Grunt, że pojawiające się czasem kadzidło nie jest w stanie zmienić sympatycznej, świeżo-skórzanej, cywetowo-piżmowej gry suchości z cienistymi wariacjami.
Kouros jest zapachem szalenie ekspansywnym, interesującym, z klasą, życzliwym i żywym. Zaskakująco łatwym we współżyciu. Wystarczy trochę wprawy. ;)
Równie ciekawy - i równie użyteczny - jest mój drugi dzisiejszy bohater, Habit Rouge od Guerlain. Pachnidło nazwane na cześć klasycznej czerwonej marynarki do jazdy konnej a więc nawiązujące do "starych dobrych czasów", do dawnego porządku społecznego, do dziewiętnastowiecznego ładu, siłą rzeczy ie mogło tworzyć nowych metod ani zadawać pytań. No i przecież perfumy w czasach powstawania Habit Rouge nie zadawały żadnych pytań. Nie były kojarzone ze sztuką; jeszcze...
Dlatego właśnie, na tak zaprezentowanym tle, omawiany zapach prezentuje się co najmniej świetnie. Szykowny aromatyczny paprociowiec, który od ostrego, cytrynowo-bergamotkowo-ziołowego (bazylia i znów szałwia) otwarcia, zmąconego ostrym, dymno-ziołowym akordem palisandru, przez serce utkane z egzotycznych przypraw oraz wyschniętych kwiatowych płatków aż po rozjaśnioną, nieco wydelikaconą, bliższą skórze, jasną bazę z mchu dębowego, skóry, żywic, labdanum a także lekkiej słodyczy zachowuje się czytelnie i spójnie. Żadna z nut nie "ucieka", żadna nie stwarza dysonansu. Nawet przez chwilkę. Perfekcyjnie dostrojona orkiestra: drewna, przyprawy, zioła, akordy kwiatowe, odzwierzęce czy słodkie, szyprowo rozwibrowane wiedzą, że ich przeznaczeniem jest zagrać koncert, czysty i wirtuozerski. Bez szczególnego podkreślania talentu solistów. Razem.
Habit Rouge plasuje się niebezpiecznie blisko doskonałości w moim prywatnym rankingu pachnideł dla mężczyzn, szykowny, bezpretensjonalny oraz żywy. :) Jest naprawdę wysoko. I to w pełni zasłużenie.
Za dostarczenie materiałów do testów chciałabym podziękować Lorienie oraz Michałowi Enckiemu. :) Jesteście kochani!
Yves Saint Laurent, Kouros
Rok produkcji i nos: 1981, Pierre Bourdon
Przeznaczenie: zapach męski, niezwykle silny i wyraźny (od początku do końca trwania na skórze), jakkolwiek wyzbyty pierwiastków męczących otoczenie. O dużym sillage, więc należy być ostrożnym.
Na skwarne lato oraz mroźną zimę. :)
Trwałość: kobieca skóra "trzyma" antycznego młodzieńca blisko dobę. Od mężczyzn odfruwa on nieco szybciej. ;)
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, aldehydy, bylica,szałwia, kolendra
Nuta serca: jaśmin, goździk (kwiat), geranium, kłącze irysa, paczuli, wetyweria
Nuta bazy: piżmo, wanilia, bób tonka, ambra, mech dębowy, cywet, skóra, kadzidło, miód (w tamtych czasach?)
Guerlain, Habit Rouge
Rok produkcji i nos: 1965, Jean-Paul Guerlain
(od 2003 roku także jako woda perfumowana)
Przeznaczenie: spokojny, pewny swego zapach dla mężczyzn. O intensywności i sillage z początku dużych, z czasem coraz bardziej bliskoskórnym. Na wszelkie okazje.
Trwałość: w granicach dwunastu-szesnastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz szyprowa)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, pomarańcza, cytryna, palisander, bazylia
Nuta serca: róża, goździk (kwiat), cynamon, drewno cedrowe, drewno sandałowe, paczuli
Nuta bazy: wanilia, ambra, mech dębowy, labdanum, benzoes, skóra, kadzidło
___
Dziś 7 od Loewe.
Etykiety:
aromatyczne,
drzewne,
Guerlain,
mainstream,
perfumy,
szyprowe,
Yves Saint Laurent
czwartek, 26 kwietnia 2012
Teatro alla Scala
Czyli po prostu La Scala, słynna mediolańska opera, jedna z najbardziej rozpoznawalnych instytucji tego typu na świecie. Monumentalna, pełna przepychu, pamiętająca wielkie dni chwały jak i spektakularne porażki. Każda tamtejsza premiera jest wydarzeniem na skalę międzynarodową, dyskutowanym w światku miłośników muzyki klasycznej (o, jakże niesłusznie zwanej "poważną"!). Jest to również miejsce idealne dla pozerów; tu "wypada bywać" niemal od początków istnienia gmachu Teatru.
Ostentacyjne wręcz bogactwo, splendor, rozliczne złocenia i purpurowe aksamity wewnątrz nie wzięły się z przypadku. La Scala miała olśniewać nie tylko pięknem przedstawień operowych czy baletowych ale również i cieszyć oko rozmiłowanego w Pięknie osiemnasto- i dziewiętnastowiecznego estety. :)
Oszołomienie miało stać się codziennością mediolańskiej świątyni Polihymnii.
Trudno więc oczekiwać, by inaczej sprawowały się perfumy oficjalnie poświęcone słynnej operze. :) Teatro alla Scala marki Krizia to nic innego, jak olfaktoryczny przepych lat 80. XX wieku dostrojony do oczywistej, nieco przytłaczającej - choć zjawiskowej - urody pierwowzoru. Jak również bodaj pierwszy przypadek w historii mojego blogu, kiedy tytuł recenzji idealnie pokrywa się z nazwą jej bohatera. ;)
Próbkę zapachu poświęconego Nowemu Królewsko-Książęcemu Teatrowi alla Scala (czyli, pomijając szczegóły historyczno-fundacyjnych zawiłości, rodziny della Scala) dostałam dzięki hojności Aileen, której niniejszym dziękuję. :*
Usłyszałam przy okazji kilka słów o tym, jak rzeczone dzieło jest niemożliwe, ciężkie, zbyt masywne i ogólnie nienoszalne. ;) Którym, swoim starym zwyczajem, chciałabym niniejszym zaprzeczyć. ;)
Teatro alla Scala niezdatne do codziennego użytku? A w życiu! :D
Co pragnę wyjaśnić bardziej szczegółowo.
Otóż omawiane pachnidło idealnie pasuje do miejsca, po którym otrzymało nazwę. Ot, i wszystko; cały sekret. La Scala po prostu nie może pachnieć Un Jardin sur le Nil! ;) Ni niczym innym w podobnym stylu.
La Scala musi błyszczeć, zwracać uwagę, zachwycać dosłownością. nawiązywać do zamroczenia, które towarzyszy nam po silnym ciosie w głowę.
Słowem-kluczem do zrozumienia mego dzisiejszego bohatera jest "blichtr" oraz wszelkie jego synonimy.
Dzieje się weń dużo, aczkolwiek dokładnie w ramach jasno określonej estetyki.
Teatro alla Scala jest jak muzyka Verdiego, jak Aida, Nabucco czy Traviata. Oczywista, monumentalna, wpadająca w ucho; efekciarska, ikoniczna a z naszej perspektywy - radośnie igrająca z konwencją "muzyki poważnej". Jeden z pierwszych nowożytnych flirtów sztuki wysokiej z szeroko pojmowaną kulturą popularną [nadużycie na nadużyciu, wiem ;) ].
Dlatego też w zapachu marki Krizia nie mogło zabraknąć staroświeckiego uroku, blasku akordów kwiatowo-orientalnych, skupionych wokół nietypowej światłości, lekko pudrowej mieszanki nut wetyweriowo-paczulowo-"odzwierzęcych", obramowanych lekkim wiewem skórzanych żywic.
Od najciemniejszych chwil z początku, po monumentalnej uwerturze, będącej raczej ogłuszającym mocą, chwytliwym "wabikiem", kiedy główne role grają gęste, cieniste aldehydy, ostre kolendrowe ziarna oraz wyważona, skórzana bergamotka, przez asfodelowe łąki róż, geranium i tuberozy, ylang-ylang oraz jaśminu po gładką, nieomal pozbawioną marszczeń i kantów, idealnie satynową bazę, jakby pożyczoną ze zmysłowej atmosfery sypialni Damy Kameliowej Teatro alla Scala snuje nam opowieść równie piękną, co angażującą. Wciągającą nas bez reszty, dynamiczną i miękką. W początkach żywą, przykuwającą uwagę, później nieco bardziej nośną oraz nostalgiczną po finał majestatyczny lecz konkretny, nieco bliższy ciału (zarówno dosłownie: kastoreum, cywet i piżmo, jak i symbolicznie :) ). Spójność rozwibrowanej opowieści wprost z mediolańskiej Via Filodrammatici nie ulega wątpliwości.
Tu nie może być mowy o sakralnej ciszy i stoickiej kontemplacji. Czyż godzi się oczekiwać ich w świątyni muzyki?
Rok produkcji i nos: 1986, ??
Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet (dziś świetnie sprawdziłby się i na męskiej skórze), o dosyć wyraźnym sillage aczkolwiek niemęczący. Ciepły, zmysłowy ale nie "brudny", więc nadaje się na wszelkie okazje.
Trwałość: około dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: szyprowo-orientalna (oraz aldehydowa)
Skład:
Nuta głowy: kolendra, bergamotka, aldehydy, akordy owocowe
Nuta serca: jaśmin, tuberoza, ylang-ylang, róża, kłącze irysa, geranium, goździk (kwiat)
Nuta bazy: paczuli, piżmo, wetyweria, cywet, mech dębowy, kadzidło, benzoes
___
Dziś Tabac Aurea od Sonoma Scent Studio.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.resetdoc.org/page/00000000054
2. http://operachic.typepad.com/opera_chic/2012/01/tough-year-ahead-for-teatro-alla-scala.html
3. http://www.austin360.com/blogs/content/shared-gen/blogs/austin/seeingthings/entries/2010/08/18/la_scalas_aida_screens_for_fre.html
Etykiety:
aldehydowe,
Krizia,
nisza,
orientalne,
perfumy,
szyprowe
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Nie-szczęśliwego Światowego Dnia Książki!
Jak w tytule. :) Oby czytanie prędko Wam zbrzydło!
Dlatego, ooo:
A do perfum wrócimy, kiedy wykaraskam się z alergicznego dołka. :)
___
Mimo którego dziś wdziałam Cooper Square marki Bond No. 9.
P.S.
Ilustracja pochodzi z
http://swiatmrocznychksiazek.blogspot.com/2011_04_01_archive.html
niedziela, 22 kwietnia 2012
Nieistniejące opowiadanie
Shalimar waniliowy ze swoim genialnym rodzicem dzieli sporo genów, lecz z różowym, irysowym bliźniakiem już znacznie mniej. Pragnienie poznania Shalimar Ode à la Vanille zrodził we mnie sam fakt istnienia pachnidła. Lecz wiedziałam, że w tym przypadku pośpiech nie będzie moim sprzymierzeńcem. Dlatego nań czekałam, bez ponaglania, bez niecierpliwości, choć nie beznamiętnie. Wiedziałam po prostu, że mam czas.
Że mamy czas.
Czasu bowiem nam nie brakuje.
Nie w tym przypadku.
W opowieści snutej przez Ode à la Vanille czas płynie niespiesznie, dyskretnie przesączając się przez kolejne warstwy rzeczywistości, rozsnuwając wokół mgłę ciszy, wspomnień, dawnej miłosnej gorączki oraz szczerości. Opleciona ciepłym woalem pachnidła niczym miękkim kaszmirowym szalem, mam chęć napisać opowieść, której akcja rozgrywałaby się na przełomie wieków dziewiętnastego i dwudziestego wieku gdzieś na północy Indii, w porze pomonsunowej, na społecznym obszarze "ziemi niczyjej", w świecie zapomnianym przez bogów i ludzi (jak chcieliby kolonizatorzy) bądź zdominowanym przez siły, dla których człowiek jest tylko pionkiem na szachowej planszy, na każdym kroku naznaczonym boskim porządkiem (zgodnie z przekonaniami ludności miejscowej). Bez wielkich emocji, które w tej specyficznej sennej rzeczywistości można tylko wspominać lub o nich marzyć ale również bez pragnienia, by namiętności budzić.
Świat w moim nieistniejącym opowiadaniu zdominowałyby spokój oraz oniryczność, poczucie zawieszenia między tym, co realne i tak prawdziwe, jak numer Times of India sprzed czterech miesięcy, przywieziony kiedyś przez starego lekarza z najbliższego większego miasta a tym, co nierzeczywiste, sprawiające wrażenie zapożyczonego ze świata pradawnych mitów; niczym tygrys-ludojad przed pięcioma laty grasujący po okolicznych osadach, powrotu którego wyczekują i obawiają się zarazem tak Indusi, jak i wpasowani w senny klimat nieliczni Brytyjczycy. W tę rzeczywistość nie zawita nigdy Wielki Świat z jego kolorami, hałasem, nieznośnym wszędobylskim jazgotem. Nawet Wielka Historia, której tryby już uruchomiono i która niedługo, za niecałe pół wieku wypędzi europejskich marzycieli z powrotem do ich świata Rozumu, Światła i Logiki, Platona, Kanta i Goethego pojawi się później, niż finał mojego nieistniejącego opowiadania. Najwyżej zamajaczy tylko na horyzoncie, pokotłuje się trochę tuż za ramą mego obrazu, by zniknąć po chwili, rozpłynąć się w tej samej ciężkiej mgle, z której przybyła.
Shalimar Ode à la Vanille symbolizuje rzeczywistość, której już nie ma, która nie wróci a może nawet - której nigdy nie było. Prostą codzienność wsi przytulonej do ściany Himalajów lub Karakorum, w której czas, jego sens i upływ, są pojęciami względnymi.
W świecie ciszy i zadumy, gdzie popołudniowa filiżanka herbaty znaczenie ma równie wielkie i równie małe jak poranne błogosławieństwo, gdzie opozycje binarne jednocześnie nie istnieją oraz motywują każde ludzkie działanie starość i młodość, miłość i nienawiść, swojskość i obcość, życie i śmierć przenikają się wzajemnie staranie siebie unikając, trwają ponad czasem i przestrzenią jednocześnie trwaniu swemu zadając kłam. Tu okazuje się, że radość i smutek, bieda i zamożność, słodycz i gorycz w końcu - to jedno i to samo. Niedająca ująć się w słowa Pełnia.
W moim nieistniejącym opowiadaniu świat okazałby się zaświatami a zaświaty realną rzeczywistością. A może wcale nie...? Wszak to nie człowiek tworzy sztukę czy literaturę, tylko "coś", jakaś tajemna siła wewnątrz istoty ludzkiej kreuje nowe światy niejako poprzez nią. Podobny sposób istnienia charakteryzowałby również bohaterów niepowstałego opowiadania: żyliby oni poprzez "coś"; poprzez herbatę serwowaną w porcelanowym serwisie w łączkę oraz modły wznoszone do Kumari Dewi; przez niebosiężną ścianę gór oraz poprzez mgłę, spowijającą wszystko co było, co jest i co będzie tą samą odwieczną, miękką, kaszmirową zasłoną.
Shalimar Ode à la Vanille odpowiada za rzeczywistość, w której sen i jawa trwają w ramach kontinuum. Jest poetycki znacznie bardziej, niż mój poprzedni bohater, japońska jesień Aki. Dzięki temu przemawia do mnie głównie za pomocą obrazów i emocji, niekoniecznie zaś dzięki nutom, poszczególnym składnikom czy chłodnemu rozumowaniu chemika w białym kitlu. ;)
Waniliowy Shalimar to poezja w czystej postaci. ;) Choć może odrobinę zbyt refleksyjna, za mało energiczna.
Trudno napisać coś konkretniejszego, bardziej "namacalnego" o zapachu wywołującym tak silne obrazy a do tego tak podobnym do jednego z moich faworytów. Ponieważ klasyczny Shalimar, czy to pod postacią wody toaletowej, perfumowanej czy też ekstraktu od lat budzi mój niesłabnący zachwyt. A jego waniliowe dziecko (czy może młodsze rodzeństwo?) przejawia wiele doń podobieństw. No i czy wypada poprawiać coś, co już jest doskonałe?
Na szczęście okazało się, iż w miejsce poprawy otrzymałam uzupełnienie; niejako erratę do klasyka. Piękniejszą i daleko bardziej wartościową, niż w przypadku Shalimar Parfum Initial. Całe szczęście. :)
Różnice między wersjami podstawową i waniliową widać przede wszystkim na początku kompozycji. Kiedy "pierwszy" Shalimar ściele się na skórze miękko, cytrusowo-balsamicznym woalem, Oda do Wanilii zaznacza swój silny charakter; nieco bardziej nowoczesny, lekko metaliczny, irysowo chłodny a dystansujący [w miejscu, w którym po sobie spodziewałam się zachwytu, spotkało mnie zaskoczenie; coś jak nieoczekiwany bunt]. To już drugi taki przypadek, drugie podejście Thierry'ego Wassera do Shalimarowego irysa, podkreślonego skórzaną bergamotką, mętną, dymną wanilią oraz sandałowcowym ciepłem różanych i jaśminowych płatków, roztartych w dłoni. Nie jest jednak ani lepiej ani gorzej; ot, po prostu inaczej. Nieco przekorniej, odrobinę żywiej. Zresztą wkrótce zniknie i to, ustępując miejsca wszystkiemu, co znam z wersji podstawowej.
Do której omawiane pachnidło w miarę upływu czasu upodabnia się coraz bardziej. Jest tylko nieco bardziej wycofane, skupione na wnętrzu, poetycko zamyślone. Dymne, drzewne, kwiatowe, opatulone lekką, zielonkawo-zwęgloną słodyczą (w stylu znanym choćby z Eau Duelle od Diptyque), oprószone przyprawami, złożone między wonnymi żywicami, drzazgami ostrego sandałowca, uschniętymi płatkami szkarłatnej róży oraz kilkoma ziarenkami podwietrzałego już eugenolowego kardamonu. Lekko przypudrowane jakąś nieznaną substancją (czy popiół może pachnieć dojrzałą słodyczą?) i zapalone.
W chwili, gdy znad domowego ołtarzyka zaczyna unosić się pachnący dym pojmujemy, że na nas już czas. Kiedy kadzidło budzi się do życia my odchodzimy, powoli rozpływamy się w nieustępującej, odwiecznej mgle, gęstej i przyjemnej.
Czas płynie ponad nami i poza nami. Nas zresztą też już dawno nie ma. Rozpłynęliśmy się. We mgle oraz we własnych snach.
Rok produkcji i nos: 2010, Thierry Wasser
Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet [aczkolwiek, niczym klasyk, winien spodobać się także i wielu Panom :) ], niezbyt bliski skórze. Bardzo ciepły i przyjazny; nie powoduje efektów ubocznych, więc świetnie nadaje się na wszelkie okazje, jakie tylko zdołamy wymyślić. :) Na wieczór i na dzień, na mroźną zimę oraz skwarne lato. Jak to Shalimar... ;)
Trwałość: w granicach dziewięciu-dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa
Skład:
Nuta głowy: cytryna, bergamotka
Nuta serca: wanilia majotyjska, jaśmin, róża
Nuta bazy: wanilia madagaskarska, kadzidło frankońskie, bób tonka, irys, opoponaks
___
W tej chwili pachnę Praline de Santal od Parfumerie Generale a wcześniej tym, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://121clicks.com/inspirations/the-beauty-of-india-incredible-photos
2. http://jssgallery.org/Paintings/Cashmere.htm
3. http://shahidul.wordpress.com/2008/07/11/paradise-found/
Że mamy czas.
Czasu bowiem nam nie brakuje.
Nie w tym przypadku.
W opowieści snutej przez Ode à la Vanille czas płynie niespiesznie, dyskretnie przesączając się przez kolejne warstwy rzeczywistości, rozsnuwając wokół mgłę ciszy, wspomnień, dawnej miłosnej gorączki oraz szczerości. Opleciona ciepłym woalem pachnidła niczym miękkim kaszmirowym szalem, mam chęć napisać opowieść, której akcja rozgrywałaby się na przełomie wieków dziewiętnastego i dwudziestego wieku gdzieś na północy Indii, w porze pomonsunowej, na społecznym obszarze "ziemi niczyjej", w świecie zapomnianym przez bogów i ludzi (jak chcieliby kolonizatorzy) bądź zdominowanym przez siły, dla których człowiek jest tylko pionkiem na szachowej planszy, na każdym kroku naznaczonym boskim porządkiem (zgodnie z przekonaniami ludności miejscowej). Bez wielkich emocji, które w tej specyficznej sennej rzeczywistości można tylko wspominać lub o nich marzyć ale również bez pragnienia, by namiętności budzić.
Świat w moim nieistniejącym opowiadaniu zdominowałyby spokój oraz oniryczność, poczucie zawieszenia między tym, co realne i tak prawdziwe, jak numer Times of India sprzed czterech miesięcy, przywieziony kiedyś przez starego lekarza z najbliższego większego miasta a tym, co nierzeczywiste, sprawiające wrażenie zapożyczonego ze świata pradawnych mitów; niczym tygrys-ludojad przed pięcioma laty grasujący po okolicznych osadach, powrotu którego wyczekują i obawiają się zarazem tak Indusi, jak i wpasowani w senny klimat nieliczni Brytyjczycy. W tę rzeczywistość nie zawita nigdy Wielki Świat z jego kolorami, hałasem, nieznośnym wszędobylskim jazgotem. Nawet Wielka Historia, której tryby już uruchomiono i która niedługo, za niecałe pół wieku wypędzi europejskich marzycieli z powrotem do ich świata Rozumu, Światła i Logiki, Platona, Kanta i Goethego pojawi się później, niż finał mojego nieistniejącego opowiadania. Najwyżej zamajaczy tylko na horyzoncie, pokotłuje się trochę tuż za ramą mego obrazu, by zniknąć po chwili, rozpłynąć się w tej samej ciężkiej mgle, z której przybyła.
Shalimar Ode à la Vanille symbolizuje rzeczywistość, której już nie ma, która nie wróci a może nawet - której nigdy nie było. Prostą codzienność wsi przytulonej do ściany Himalajów lub Karakorum, w której czas, jego sens i upływ, są pojęciami względnymi.
W świecie ciszy i zadumy, gdzie popołudniowa filiżanka herbaty znaczenie ma równie wielkie i równie małe jak poranne błogosławieństwo, gdzie opozycje binarne jednocześnie nie istnieją oraz motywują każde ludzkie działanie starość i młodość, miłość i nienawiść, swojskość i obcość, życie i śmierć przenikają się wzajemnie staranie siebie unikając, trwają ponad czasem i przestrzenią jednocześnie trwaniu swemu zadając kłam. Tu okazuje się, że radość i smutek, bieda i zamożność, słodycz i gorycz w końcu - to jedno i to samo. Niedająca ująć się w słowa Pełnia.
W moim nieistniejącym opowiadaniu świat okazałby się zaświatami a zaświaty realną rzeczywistością. A może wcale nie...? Wszak to nie człowiek tworzy sztukę czy literaturę, tylko "coś", jakaś tajemna siła wewnątrz istoty ludzkiej kreuje nowe światy niejako poprzez nią. Podobny sposób istnienia charakteryzowałby również bohaterów niepowstałego opowiadania: żyliby oni poprzez "coś"; poprzez herbatę serwowaną w porcelanowym serwisie w łączkę oraz modły wznoszone do Kumari Dewi; przez niebosiężną ścianę gór oraz poprzez mgłę, spowijającą wszystko co było, co jest i co będzie tą samą odwieczną, miękką, kaszmirową zasłoną.
Shalimar Ode à la Vanille odpowiada za rzeczywistość, w której sen i jawa trwają w ramach kontinuum. Jest poetycki znacznie bardziej, niż mój poprzedni bohater, japońska jesień Aki. Dzięki temu przemawia do mnie głównie za pomocą obrazów i emocji, niekoniecznie zaś dzięki nutom, poszczególnym składnikom czy chłodnemu rozumowaniu chemika w białym kitlu. ;)
Waniliowy Shalimar to poezja w czystej postaci. ;) Choć może odrobinę zbyt refleksyjna, za mało energiczna.
Trudno napisać coś konkretniejszego, bardziej "namacalnego" o zapachu wywołującym tak silne obrazy a do tego tak podobnym do jednego z moich faworytów. Ponieważ klasyczny Shalimar, czy to pod postacią wody toaletowej, perfumowanej czy też ekstraktu od lat budzi mój niesłabnący zachwyt. A jego waniliowe dziecko (czy może młodsze rodzeństwo?) przejawia wiele doń podobieństw. No i czy wypada poprawiać coś, co już jest doskonałe?
Na szczęście okazało się, iż w miejsce poprawy otrzymałam uzupełnienie; niejako erratę do klasyka. Piękniejszą i daleko bardziej wartościową, niż w przypadku Shalimar Parfum Initial. Całe szczęście. :)
Różnice między wersjami podstawową i waniliową widać przede wszystkim na początku kompozycji. Kiedy "pierwszy" Shalimar ściele się na skórze miękko, cytrusowo-balsamicznym woalem, Oda do Wanilii zaznacza swój silny charakter; nieco bardziej nowoczesny, lekko metaliczny, irysowo chłodny a dystansujący [w miejscu, w którym po sobie spodziewałam się zachwytu, spotkało mnie zaskoczenie; coś jak nieoczekiwany bunt]. To już drugi taki przypadek, drugie podejście Thierry'ego Wassera do Shalimarowego irysa, podkreślonego skórzaną bergamotką, mętną, dymną wanilią oraz sandałowcowym ciepłem różanych i jaśminowych płatków, roztartych w dłoni. Nie jest jednak ani lepiej ani gorzej; ot, po prostu inaczej. Nieco przekorniej, odrobinę żywiej. Zresztą wkrótce zniknie i to, ustępując miejsca wszystkiemu, co znam z wersji podstawowej.
Do której omawiane pachnidło w miarę upływu czasu upodabnia się coraz bardziej. Jest tylko nieco bardziej wycofane, skupione na wnętrzu, poetycko zamyślone. Dymne, drzewne, kwiatowe, opatulone lekką, zielonkawo-zwęgloną słodyczą (w stylu znanym choćby z Eau Duelle od Diptyque), oprószone przyprawami, złożone między wonnymi żywicami, drzazgami ostrego sandałowca, uschniętymi płatkami szkarłatnej róży oraz kilkoma ziarenkami podwietrzałego już eugenolowego kardamonu. Lekko przypudrowane jakąś nieznaną substancją (czy popiół może pachnieć dojrzałą słodyczą?) i zapalone.
W chwili, gdy znad domowego ołtarzyka zaczyna unosić się pachnący dym pojmujemy, że na nas już czas. Kiedy kadzidło budzi się do życia my odchodzimy, powoli rozpływamy się w nieustępującej, odwiecznej mgle, gęstej i przyjemnej.
Czas płynie ponad nami i poza nami. Nas zresztą też już dawno nie ma. Rozpłynęliśmy się. We mgle oraz we własnych snach.
Rok produkcji i nos: 2010, Thierry Wasser
Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet [aczkolwiek, niczym klasyk, winien spodobać się także i wielu Panom :) ], niezbyt bliski skórze. Bardzo ciepły i przyjazny; nie powoduje efektów ubocznych, więc świetnie nadaje się na wszelkie okazje, jakie tylko zdołamy wymyślić. :) Na wieczór i na dzień, na mroźną zimę oraz skwarne lato. Jak to Shalimar... ;)
Trwałość: w granicach dziewięciu-dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa
Skład:
Nuta głowy: cytryna, bergamotka
Nuta serca: wanilia majotyjska, jaśmin, róża
Nuta bazy: wanilia madagaskarska, kadzidło frankońskie, bób tonka, irys, opoponaks
___
W tej chwili pachnę Praline de Santal od Parfumerie Generale a wcześniej tym, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://121clicks.com/inspirations/the-beauty-of-india-incredible-photos
2. http://jssgallery.org/Paintings/Cashmere.htm
3. http://shahidul.wordpress.com/2008/07/11/paradise-found/
Etykiety:
Guerlain,
mainstream,
orientalne,
perfumy,
waniliowe
Subskrybuj:
Posty (Atom)




































