wtorek, 14 maja 2013

Perfumy a literatura

Dzisiejszy wpis dedykuję tym, którzy naprawdę lubią czytać. ;) Patrząc po objętości tekstu, nie jest to wcale głupi pomysł. Zaś wszyscy ci, których nadmiar słowa pisanego męczy... czytać wcale nie muszą. :>
Dziś nie zamierzam się ograniczać. Starczy, że zamieszczam ów tekst znacznie później, niż planowałam. Lecz cóż poradzić..?

Zaspałam. Haniebnie się zapomniałam i nie mam wiele na swoje usprawiedliwienie. Planowałam w Światowy Dzień Książki, czyli 23 kwietnia, uraczyć Was okolicznościową notką o perfumach inspirowanych światem literatury.
Tymczasem przez  zwykłe gapiostwo nie wyrobiłam się z testami a i w sam Dzień bardziej zajmowały mnie przygotowania do wyjazdu aniżeli żmudne wyszukiwanie informacji oraz ilustracji. Zaś do następnego 23 kwietnia moje próbki na pewno nie dotrwają. :) Cóż więc mogę innego, jeśli nie świętować Dzień Książki 14 maja?

Nie będę jednak opisywać projektów typu In the Library z cyklu I Hate Perfume czy Paper Passion, stworzonego przez Gezę Schoena dla wydawcy magazynu Wallpaper, Gerharda Steidla. Nie tylko dlatego, że Bibliotekę już kiedyś recenzowałam, a próbka PP jakoś w dalszym ciągu nie chce wpaść mi w ręce. Sęk w tym, że mam w zanadrzu coś znacznie lepszego od nich. :D To Jardins d'Écrivains, Ogrody Pisarzy, oraz Imaginary Authors.
A że obydwa projekty oddają hołd obu moim ukochanym dziedzinom twórczej aktywności, nie mogłam ich zignorować! :) Zresztą, głupio byłoby zbyć milczeniem coś, co autentycznie budzi we mnie żywe uczucia.

Nie wchodząc w dalsze szczegóły, od razu z radością zabieram się do opisu trzech spośród pachnideł ogrodowo-pisarskich.


La Dame aux Camélias, czyli Dama Kameliowa, to subiektywnie najsłabsza spośród znanych mi propozycji marki. Konwencjonalnie kobieca, lekka oraz różowo-wodna; choć stara się sprostać wymogom miłośniczek delikatnych, bezjajecznych odświeżaczy powietrza, nie potrafi wyrzec się tkwiących tuż pod powierzchnią ozonowo-kwiatkowych pozorów przepastnych, korzenno-drzewnych, łagodnie szyprowych głębin. Te rozwój wody - od świeżuchowatej patologicznej niewinności otwarcia, przez pogłębienie akordów kwiatu pomarańczy, róży i kamelii tudzież piwonii, po lekko orientalną bazę - tylko sugeruje. Robi to jednak konsekwentnie oraz na tyle skutecznie, iż w końcu jestem w stanie uwierzyć w dramat osoby, której pragnienia i oczekiwania wykraczały daleko poza standardowy zestaw typowej, obyczajowo sterroryzowanej dziewiętnastowiecznej dziewoi. A która postanowiła spełnienia tychże poszukać w ramach ówczesnego, pełnego hipokryzji, mizoginistycznego porządku społecznego, podejmując się zajęcia, które faktycznie mogło na końcu zapewnić jej jedyną namiastkę wolności dostępną dziewczętom  ładnym choć niebogatym.
No właśnie. Mogło. Na końcu. Gdyby do sprawy nie wmieszał się młodszy Dumas, a Verdi dodatkowo nie przyklepał Traviatą. Gdyby nie wpędzili swojej "jawnogrzesznicy" w ckliwe miłosne uniesienia ani nie skazali jej na potępienie za odejście z zawodu [oczywiście ze strony skrytogrzeszników, jej kochanków - co już nikogo nie dziwiło i w ogóle było okej :> ] oraz, w finale, na śmierć. [No bo jak to?? Tego by jeszcze brakowało, żeby się dziwce upiekło i żeby żyła sobie gdzieś po cichu. Przecież samym faktem swojego istnienia niepokoiłaby porządnych ojców rodzin oraz romantycznie usposobionych młodzieńców! Cóż za bezczelność z jej strony! - ale ja nie o tym...]

Chcę przez to zauważyć, że tak jak bohaterka dziewiętnastowiecznego melodramatu, perfumowa La Dame aux Camélias (opatrzona podtytułem cologne de nuit) po świeżym oraz nudnym otwarciu, po rozgrzanych płatkach niezbyt inwazyjnych kwiatów, dyskretnie obramowanych kardamonem, miękką zieloną słodyczą oraz lekko goryczkowymi drzazgami zostaje sztucznie i wręcz brutalnie zatrzymana w rozwoju. Ktoś lub coś powiedziało jej "STOP". Zmieniając w bezbarwną, lekko słodką, pozornie cielesną, pudrową pulpę, z akcentami papierowych kwiatów w wygłosie. Żadnych drzew, żadnych przypraw, żadnego schnącego w promieniach słońca kwiecia, sama nudna pseudopastelowość. Bo i pudru za wiele w finale Kameliowej nie uświadczymy. Co więc możemy znaleźć?
Nic.
I to jest największy problem tej kompozycji, tej opowieści w ogóle - mogłaby być wielkim dramatem, mogłaby porywać czytelników tudzież widzów, mimo upływu czasu nadal mieć im coś ważnego do przekazania. Mogłaby ale nie jest. Bo przyszło dwóch takich w surdutach i cylindrach, z wąsami, brodami czy bokobrodami, i powiedziało, że nie wolno, bo się obrażą. A obrazić mężczyznę to przecież grzech najcięższy z ciężkich, czyż nie? ;>


Za to coś kompletnie odmiennego można powiedzieć o George, czyli o pachnidle poświęconym George Sand. Kobiecie noszącej się po męsku, po męsku wyrażającej swoje opinie, co prawda publikującej pod pseudonimem ale przecież po męsku nie wstydzącej się swoich literackich osiągnięć, w końcu: po męsku korzystającej z uroków życia. Wszystko "po męsku". W połowie dziewiętnastego wieku nikomu nawet nie śniło się, że powyższe zachowania w ogóle mogłyby być niezależne od płci. Że są równie "męskie", co "kobiece"; i że zdecydowana większość z nas przyjmuje podobną ich klasyfikację jako coś oczywistego.
Z perfumami jest przecież podobnie. To, że dzielimy je na "męskie" i "kobiece" jest tylko i wyłącznie pochodną naszego myślenia, a dokładniej odwiecznego wyjaśniania porządku świata za pomocą opozycji binarnych; gdzie istnieje tylko jasne i ciemne, wysokie i niskie, prawe i lewe, dobre i złe, męskie i kobiece - i nic poza nimi. Tymczasem wszystko wokół jest złożone oraz niejednoznaczne, nawet perfumy. ;) Przecież na dobrą sprawę każde kolejne winniśmy wrzucać do ogromnego worka z napisem "uniseks". :]
Problem w tym, że w czasach Mme Sand mało kto myślał podobnymi kategoriami. I, paradoksalnie, dzięki traktowaniu naszej bohaterki jak dobrze sytuowanego, zdemoralizowanego acz niekoniecznie szkodliwego dziwadła pamięć o niej w dalszym ciągu pozostaje żywa. Ponieważ była tylko jedna Sand, kobieta w męskim stroju i z cygaretką w dłoni, utrzymująca dzieci oraz dom dzięki powieściopisarstwu. O niej szeptano, plotkowano, opowiadano i to ona przetrwała próbę czasu [w odróżnieniu od swej prozy, ponoć literacko niezbyt wartościowej], jedyna w swoim rodzaju.

Co świetnie udało się oddać w omawianym pachnidle, trafniej niż w przypadku Histoires de Parfums. Ponieważ George z Ogrodu Pisarzy to pachnidło nawet nie uniseksualne, co wręcz pozapłciowe. Idealnie gender-free, w końcu nie bez kozery wymyślono dlań koncentrację o nazwie eau de parfum mixte. :) Kieruje nasze skojarzenia zarówno ku konwencjonalnie kobiecej (delikatne neroli oraz złocisty cytrusowy promień w otwarciu, wdzięczny heliotrop w sercu, ogólna ciepło-cielesna błogość w bazie), jak i teoretycznie męskiej (akordy aromatyczne, tytoniowo-drzewno-słodowe) stronie perfumerii. Tak wytrwale myli tropy, zwodzi i zachęca jednocześnie, że w końcu machamy ręką na niuanse płciowej tożsamości dzieła i po prostu mu kibicujemy.
Otwiera się czymś gorzkim i krystalicznym, co jednak szybko jaśnieje, oraz poddaje się lekko słodkim objęciom lekkiego, ciepłego oraz zmysłowego neroli. Skórzana poświata "tego czegoś" sugeruje, że mam do czynienia z bergamotką. Łatwiutka idylla tych dwóch składników nie trwa jednak wiecznie, gdyż już po kilkudziesięciu sekundach dołącza do nich woń ciemnych, utłuczonych w moździerzu ziaren kawy wraz z całym pudełkiem cygar dobrej jakości. Które łączą się w harmonijną całość z pomarańczowym kwieciem oraz heliotropem, szybko zasilającym "kobiecą" część osobowości pachnidła. To zaś jest jednocześnie delikatne i mocne, słodkie bez przesady oraz przyjemnie drażniące powonienie goryczką. Fantastycznie zrównoważone. Także w bazie, kiedy kompozycja uspokaja się, zaczyna układać na skórze miękko niczym jedwab. Do głównych bohaterów dołączają ciepłe akcenty balsamiczne oraz drzewne, dające efekt przyjemnej zjednoczenia woni, z których na pierwszy plan dosyć nieoczekiwanie wybija się akord nasączonych dojrzałym koniakiem dębowych beczek. Towarzyszy mu złocisty powidok balsamu tolutańskiego oraz sandałowca z paczuli, gdzie wszystko układa się na ciepłej, pełnej oraz starannie wymyślonej ambrowej podstawie. W tym wcieleniu George przypomina mi Sandalwood & Patchouli marki Rituals, które przeuroczymi perfumami są (o nich też muszę wreszcie skrobnąć kilka słów).
Aromat bajecznie wyrazisty! No i piękny. :) Bym chciała... może.

 

Również Wilde, Oscar Wilde, wydaje się w pewien symboliczny ale i trafny sposób oddawać charakter tego wszystkiego, za co zapamiętaliśmy owego pisarza, dramaturga, aforystę oraz, przy okazji, dandysa. Czyli? Za cudowną, przepełnioną jednocześnie sarkazmem oraz dystansem do  świata, świeżość myśli. Za inteligencję ducha, która znaczy więcej, niż najbardziej imponująca ilość faktów zgromadzonych pod czaszką. No i za trafność obserwacji; w niektórych przypadkach uniwersalnych, w innych zaś odpowiadających duchowi czasów, w których przyszło mu żyć [tak, piję w tym miejscu do mizoginii Wilde'a, ujawniającej się w sposób równie jadowity, co reszta jego spostrzeżeń odnośnie ludzkiej gromady; i pomimo której nie potrafię go znielubić, głownie dlatego, że poza aroganckimi opiniami na temat kobiet miał światu coś jeszcze do powiedzenia].
I choć wydaje się, że współcześnie jego życie prywatne budzi bez porównania więcej emocji [imo niezbyt zdrowych, gdyż "skażonych" albo niechęcią do homoseksualistów, pod którą część z nas stara się ukryć fiksację na ich punkcie (och, jak nieskutecznie!) albo niezrozumiały dla mnie hurra-entuzjazm, który także nierzadko służy wyrażającym go osobom do udowodnienia czegoś sobie albo światu; krótko mówiąc: w emocjonowaniu się Wildem często tak naprawdę prawie wcale nie ma Wilde'a ;] ], aniżeli jego twórczość. Cóż, wcale nie jestem lepsza, ponieważ przyznaję się jedynie do lektury Portretu Doriana Greya (a jakże!), opowiadania  Duch z Canterville, kawałka Teleny'ego (może kiedyś ukończę; zresztą autorstwo tego utworu jest współcześnie kwestionowane) oraz wyboru z korespondencji literata oraz jego przyjaciół. :) Jednak cytaty z autora już dawno zdążyły zagnieździć się w ludzkiej świadomości - czego przykładem niech będą trzy aforyzmy z grafik powyżej (wybaczcie, że tak małe; wystarczy kliknąć na wybraną, a się powiększy). :) Zawarła się w nich kwintesencja myśli mojego obecnego bohatera: angielski humor, lekkość równoważąca czający się tuż pod powierzchnią słów głęboki pesymizm, osobliwe zjednoczenie autentycznej szczerości autora oraz dystansu do własnych myśli. Owiewana chłodnym wiatrem zieleń wśród świata po rewolucji przemysłowej.

Identycznie przedstawiają się perfumy, które twórczyni marki Jardins d'Écrivains postanowiła poświęcić wiktoriańskiemu artyście słowa. Wilde bowiem to doskonały typ na czas, kiedy słoneczko przygrzewa przyjemnie, mocno lub bardziej niż mocno. ;) To niebanalny zielony świeżaczek, świetliście pogodny acz sprytnie zrównoważony nowoczesną paprociowością. Jak na perfumy skierowane tylko i wyłącznie do mężczyzn przystało. :)
Otwiera się akordem soczystej, seledynowej zieleni, przejrzystej i chrupkiej, skrzypiącej pod naciskiem. Delikatna słodycz winogron miesza się z sokami bergamotkowej skórki oraz póki co ledwie zauważalnym akcentem suchej roślinności. Chwilę później daje się zauważyć element świeżości jakby bluszczowej, przywodzącej na myśl pnącza z Eau de Lierre od Diptyque albo Boston Ivy od D.S. & Durga. Wspomaga je wysubtelniająca, gładka woń kory i liści figowca,złamana warzywnym odświeżeniem, pochodzącym jakby z naci selerowej. Lecz szybko znika, zastąpiona przez delikatność zielonej herbaty, z delikatną kwiatową słodyczą w wygłosie. Wszystko to razem wygląda przeuroczo: jasne, gładkie, pastelowe. Idealnie bezinwazyjne. W bazie za to znacznie bardziej suche, ustabilizowane dzięki jasnym drewnom oraz wetywerii, uszczelnione dyskretnym acz zauważalnym dodatkiem mchu dębowego. Dzięki nim nuty figowe dostają szansę, by w pełni rozwinąć swoją mleczność (lecz nie oczekujcie zbyt wiele! to nie jest i nigdy nie będzie typowy figowiec), zaś herbata z dodatkiem korzenno-kwiatowej słodyczy powolutku zmienia się w wyschnięte listki; słodycz ulatuje ponad konstrukcję olfaktoryczną, chwilkę jeszcze wisi jako jasny obłok i znika całkiem. Jakąś godzinę później podąża za nią cała reszta uroczej świeżej łagodności.
Pełen życia i lekkości żywioł znany jako Wilde powoli rozpływa się w cieple ludzkiego ciała.


To wszystko, jeśli chodzi o poznane przeze mnie pachnidła z cyklu Ogrodu Pisarzy (a nie znam jedynie Gigi). Teraz pora na Pisarzy Wymyślonych. :D Których jeden przypadek już zresztą kiedyś opisałam w którejś z notek impresyjnych. Czas na znane mi trzy inne!


Bull's Blood, Bycza Krew, miała być tytułem popularnego opowiadania hiszpańskiego autora o nazwisku Devante Valéreo, syna byłego pikadora, od dziecka przesiąkniętego atmosferą korridy. Więcej szczegółów biografii tego fikcyjnego człowieka możecie znaleźć TUTAJ. Z jakiegoś nieodgadniętego powodu nie bardzo mam chęć przytaczać ją w tym miejscu. Wolę zająć się pachnidłem, za którego kanwę posłużył mit ukochanej "rozrywki" Hiszpanów.
No i już na wstępie muszę zauważyć, że kompozycja ma pecha. Ponieważ jej nazwa o wiele bardziej niż z posoką maltretowanego zwierzęcia mnie kojarzy się z nazwą czerwonego wina z Egeru, jak również z pewnym gatunkiem buraka. :> [Buraki, korrida - w języku polskim to prawidłowy ciąg skojarzeń, nie uważacie? ;> ]

Muszę jednak przyznać, że otwarcie Bull's Blood znakomicie pasuje do tytułu wody: jest nieprzyjemne, odpychające. Zimne, metaliczne oraz brudne. Czuć w nim woń metalowego stelaża stołu chirurgicznego, z którego - niczym w tanim horrorze typu gore czy slasher - obficie kapie lepka, szkarłatna maź, po kafelkowej podłodze ściekająca do znajdującego się pod stołem odpływu. Brr! Czuję chłód, metal, drapieżnie ostre akordy irysowo-marchwiowych ostrzy, szybko mieszających się z woniami ziemi oraz kompostu. Ach, wspomnień czar... ;) Co piszę świadoma faktu, jak bardzo otwarcie niniejszej kompozycji przypomina mi takie traumatyczne przystanki na drodze mojego perfumomaniactwa, jak Bois d'Ombrie od Eau d'Italie, Citrine od Oliviera Durbano, Holygrace, czyli wspólne dziecko Comme des Garçons i Undercover, czy też I love les carottes marki Honoré des Prés. Co znaczy, że fanom wszystkich wymienionych kompozycji woda powinna przypaść do gustu. Mnie z całą pewnością nie zainteresuje.
Chociaż... po kilkunastu minutach pobytu na skórze, ogrzana i tym samym pogłębiona Bycza Krew zaczyna się zmieniać. Stawiając na akordy ciemniejsze i cieplejsze, bardziej orientalne, dryfujące nieśmiało w stronę człowieczej cielesności. Wówczas zauważam różę, tak esencjonalną że aż tężejącą - lecz i tak nie jest zbyt wyraźna, ponieważ główną rolę w dalszym ciągu odgrywa marchwiowo-irysowa ostrość na tnącej skórę, suchej wetyweriowej podstawie. Natomiast później pojawia się ciężkie, acz ani piwniczne ani słodkie (bardziej staroświeckie) paczuli, w towarzystwie uprażonych egzotycznych przypraw (głównie kminu, gałki muszkatołowej, kardamonu) oraz cywetu; może też balsamu tolutańskiego, choć co odo tego nie mam pewności. Czyli: niepokojąco zaczyna przypominać wydelikacony Bal à Versailles marki Jean Desprez, jeden z moich ulubionych zapachów z cyklu staroświecko-orientalno-cielesnych. Skąd owo podobieństwo?
Pojęcia nie mam. :) Czy z akordów tytoniowych, wymienianych w składzie lecz ignorowanych przez mój nos, czy z czegoś o nazwie po angielsku brzmiącej costus? A może z gry powyższych z czarnym piżmem i paczuli? Nie wiem. I czym w końcu jest pyszniąca się w oficjalnym spisie nut bycza krew? Czyżby rzeczywiście burakiem? ;) (co poniekąd wyjaśniałoby metaliczno-marchwiowe skojarzenia)
Bez różnicy; wiem za to, iż w końcu Bull's Blood - udająca nowocześniejszą wersję Bal à Versailles - łagodnieje jeszcze bardziej, ogrzewa się i jakby pudruje, gdzieś w tle pojawia się bardzo niedosłowna, ambrowo wyobrażona słodycz. W miarę upływu godzin woń coraz bardziej delikatna, stonowana; cieleśnie orientalna acz bez zwyczajowej Wersalskiej dosłowności, którą naprawdę trzeba lubić, by móc się nią cieszyć. W Byczej Krwi więcej umowności - chyba również dla miłośników Bois d'Ombrie czy innego Pana Marchewy. :]

Olfaktoryczne pomieszanie z poplątaniem, perfumowy bigos dla odważnych. ;) Na pewno wyrazisty oraz długotrwały, potrzebujący blisko dwudziestu godzin, by wybrzmieć całkowicie - a i tak nawet pod koniec życia łatwo go wyczuć. To się nazywa moc!

Zgodnie z kolejnością alfabetyczną, następne będą Memoirs of a Trespasser.


Domyślam się, że po takim doświadczeniu pozostali przy życiu szczęśliwcy mieli z czego układać memuary. ^^
W odróżnieniu ode mnie, ponieważ w omawianym zapachu nie widzę niczego naprawdę godnego zapamiętania. Niekoniecznie dlatego, że tak jest marny, lecz z racji jego spokojnego, niejadalnie słodziuteńkiego, szaro-gliniastego ducha. Wspomnienia Intruza są bowiem obłe, pozbawione własnego kształtu oraz zwyczajnie mdłe. Perfumy - o nazwie mającej być równocześnie tytułem opus magnum fikcyjnego pisarza Philipa Savy o jego podróżach po egzotycznych krainach, ubarwionych bujnymi wyobrażeniami autora (szczegóły TU) - zamiast pełną emocji, energetyzującą prozą okazują się czymś drobnym, intymnym oraz przesłodzonym. Jakby poddanym ostrej, wewnętrznej cenzurze twórcy. I w ogóle niezupełnie tym, czego oczekiwalibyśmy od powieści, składającej się ze wspomnień kogoś, kto bez pytania właził z buciorami w obcy sobie, nie zawsze zrozumiały świat; niechby i podkolorowanej.

W moim przypadku rozczarowanie Memoirs of a Trespasser wynika przede wszystkim z podobieństwa aromatu do Patchouli 24. Taaaak... :] Miłośnicy kaolinu wszystkich krajów, łączcie się! :> Jak poprzedni przypadek był złagodzoną wersją ostrych marchewkowców oraz Bal à Versailles, tak Wspomnienia Intruza są delikatniejszym, młodszym wcieleniem paczulowca od Le Labo. Właściwie wiele więcej nie mogę o nich powiedzieć. Może tyle, iż są od pierwowzoru znacznie bardziej miękkie, pozbawiona jakichkolwiek ostrych krawędzi, z uroczo wyeksponowanym akcentem wanilii. Poza tym: wypisz-wymaluj Penaten, krem na odparzenia niemowlęcych pup. ;) Tylko w wydaniu, ekhem... eau légère. ;] (Patchouli 24 to jednak była edp )
Trochę dziwne, gdyż w rzeczywistości obie kompozycje łączy jedynie wanilia, no i może w ostateczności ciepły żywiczny poblask zrównoważony niezbyt masywnym drzewnym odważniczkiem ale moja skóra nie chce MoaT przedstawić inaczej, mój umysł nie chce szukać dlań innego kontekstu. Tak jest i już.

Jak miał stwierdzić Philip Sava, "Po co komu miłość, skoro jest koniak?" Parafrazując zdanko zapytuję: po co komu Memoirs of a Trespasser, skoro jest Patchouli 24? [I po co komu Patchouli 24, skoro jest Penaten? ;] Choć to tylko na marginesie] W każdym razie mnie nie interesuje żadna z przedstawionych opcji.


Ostatnim przypadkiem spośród poznanych przeze mnie Wymyślonych Pisarzy jest niejaki James Spundt, który jako 23-letni mieszkaniec amerykańskiego stanu Connecticut, podprowadził ojcu jego największy sekret, prototyp sportowego auta Shelby Cobra i wraz ze swoim przyjacielem ruszył autostradą na wyścigi samochodowe w kalifornijskim Palm Springs. Po drodze wypalili mnóstwo papierosów, zatrzymywali się w raczej mało przyjemnych hostelach, podrywali dziewczyny, no i oczywiście sporo pili. Przeżycia z tego okresu Spundt miał opisać w powieści o tytule The Cobra & the Canary, Kobra i Kanarek. Więcej przeczytać możecie TUTAJ. Pozwólcie więc, że dam już sobie spokój z biograficzno-literackimi szczegółami i zajmę się perfumami noszącymi dokładnie takie samo miano, jak nieistniejąca powieść zmyślonego autora. :)

Te zaś okazują się dziełem całkiem przyjemnym - w końcu! Jako pierwsza z czterech znanych mi kompozycji marki, co mimo wszystko całkiem nieźle rokuje na okoliczność przyszłego zagłębiania się w ofertę producenta. Póki co jednak mam Kobrę i Kanarka, pachnidło wyraziste i ostre, zasilane jakąś tajemniczą energią odśrodkową, równie trudną do okiełznania, jak uderzenia testosteronu wprost do głowy młodego mężczyzny. :] Zanim się oburzycie: mam na myśli przede wszystkim luki w rozwoju emocjonalnym, prowadzące do niekontrolowanych wybuchów agresji, nie zaś np. chęć podejmowania ryzyka. Lecz nasz bohater to w gruncie rzeczy porządnie wychowany, poczciwy chłopiec, dlatego po początkowym uderzeniu krystalicznych akordów cytrusowo-irysowych, całkowicie pozbawionych słodyczy, kompozycja dryfuje w stronę bardziej swojskich woni okołobenzynowych. Paliwowy fiołek łączy się z lekkimi nutami tytoniu (i chyba rzeczywiście są to papierosy; na szczęście jeszcze nikt ich nie zapalił, więc mogę wytrzymać ;) ) oraz skóry, czarnej i świeżej, podbitej kroplą olejków cytrynowego oraz mentolowego.
Po kolejnych kilkudziestu minutach kompozycja uspokaja się, wtapia w ludzką skórę; ogrzewa oraz nabiera ciężkości. Wówczas pogłębiony zostaje wątek paliwowy, lekkie opary ewoluują w ciężką, oleistą, mieniącą się złocistymi promieniami maź. Skądś przyfruwa kilka nut niekulinarnej słodyczy, bardziej gwajakowej niż jakiejkolwiek innej - oraz tytoń, z czasem ewoluujący w bliżej nieokreślone, schnące w ostrym słońcu zielsko.Pojawia się również pierwiastek ciepłej zmysłowości, jakiś wielce delikatny, ambrowy tudzież czystkowy powidok. Wszystko to spokojnie, bez pośpiechu oraz płynnie układa się na ciężkiej i rozgrzanej jak patelnia asfaltowej powierzchni. Pachnidło tworzy natomiast spokojną, gęstą ale raczej zwartą aurę. I jest zwyczajnie, po ludzku przyjazne. Dziwne dziwnością dawno już oswojoną i zaakceptowaną. Przez niszowych maniaków zwłaszcza. :)

Gdybym miała porównać Kobrę i Kanarka do innego dzieła perfumeryjnego, powiedziałabym, że jest to spokojniejsza, bardziej statyczna i zagęszczona wersja Carbone od Balmain. Aczkolwiek podobieństwo wcale nie jest równie uderzające, jak w poprzednich przypadkach. Zatem widzicie: nawet nie ma do czego się przyczepić. ;)



Na tym planowałam zakończyć wpis z okazji Dnia Książki. Sześć projektów z pogranicza literatury i perfumiarstwa, inteligentna zabawa konwencją. Oraz kolejne już potwierdzenie czegoś, co intuicyjnie zrozumiałam już na samym początku perfumowej przygody: jeśli masz światu do przekazania jakąś Opowieść, równie dobrze możesz zrobić to za pośrednictwem zapachu! Nie trzeba angażować oczu ani uszu; nos też bywa znakomitym, pojętnym odbiorcą.

Gdyż, jak stwierdził Victor Hugo [oraz jak głosi motto Ogrodu Pisarzy]: "Widzicie, perfumy rozbudzają myśli".
Pięknie powiedziane. :)


Jardins d'Écrivains


La Dame aux Camélias

Rok produkcji i nos: 2013, Anaïs Biguine

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet; z początku umiarkowanie mocny, szybko jednak rzednący i zbliżający się do skóry. Tak przejrzysty, że nadający się nawet na najbardziej stresujące sytuacje, nawet dla osób chronicznie cierpiących na migrenę. ;)

Trwałość: w granicach czterech godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa (oraz przyprawowa)

Skład:

Nuta głowy: kwiat pomarańczy, kardamon, werbena
Nuta serca: kamelia, róża, fiołek
Nuta bazy: drewno jałowcowe, bób tonka, piżmo


George

Rok produkcji i nos: 2012, Anaïs Biguine

Przeznaczenie: zapach stworzony jako idealnie wyśrodkowany uniseks, takim właśnie jest. :) O mocy całkiem sporej, ciągnący się średnio długim śladem, z czasem redukującym się do mocnej, zauważalnej aury.
Na wszelkie okazje, szczególnie nieformalne oraz wieczorowe (tak przypuszczam).

Trwałość: około siedmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-orientalna (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, neroli
Nuta serca: heliotrop, tytoń, kawa
Nuta bazy: balsam peruwiański, białe piżmo, mirra


Wilde

Rok produkcji i nos: 2013, Anaïs Biguine

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, choć myślę, że powinien zadowolić również te z pań, którym nie straszna "przeciwna" strona perfumerii. ;) Delikatna projekcja wymusza również skromniutki sillage, znikający po kilkudziesięciu minutach, by pachnidło mogło położyć się na ludzkiej skórze.
Świetny na wiosnę i lato, nawet za  dnia i w czasie upałów [lecz jak przypuszczam, zimą na pewno ukaże bardziej drapieżne i ostre oblicze]. Powinien sprawdzić się w każdych okolicznościach.

Trwałość: około czterech-pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża (a nawet leciutko szyprowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, winogrona
Nuta serca: drewno figowe, goździk (kwiat), herbata
Nuta bazy: mech dębowy, wetyweria


Imaginary Authors


Bull's Blood

Rok produkcji i nos: 2012, Josh Meyer

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o projekcji naprawdę potężnej; wyrazisty, trzymający się skóry, planujący chyba trwać wiecznie (jak każdy szanujący się psychopata ;) ). O znacznej sile rażenia, w miarę upływu czasu przybliżający się do ludzkiego ciała.
Na okazje... hmm, trudno określić.

Trwałość: około dwudziestogodzinna

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

paczuli, róża, saussurea, tytoń, czarne piżmo, bycza krew


Memoirs of a Trespasser

Rok produkcji i nos: 2012, Josh Meyer

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; dla osób, którym Patchouli 24 od Le Labo pachnie zbyt mocno. ;) Dosyć bliski ciału, przyciężki ale z poziomu skóry wyczuwalny bez najmniejszego problemu.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (oraz waniliowa)


Skład:

drewno gwajakowe, wanilia, benzoes, mirra, nasiona piżmianu, dębowe beczki


The Cobra & the Canary

Rok produkcji i nos: 2012, Josh Meyer

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o wyraźnie zaznaczonej mocy, tworzący wokół ludzkiej sylwetki nienachalny ślad, z czasem oczywiście słabnący.
Na okazje raczej nieformalne (bo zapach benzyny etc).

Trwałość: ponad osiem godzin, przy upale na pewno dłużej

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

cytryna, kłącze irysa, kwiat tytoniu, skóra, siano i asfalt
___
Dziś Carbon od Nu_be.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://voixdefemmes.com.over-blog.com/article-kouchner-revient-le-bacille-aussi-114687587.html
2. http://www.berryprovince.com/visiter-et-profiter/parcs-et-jardins/parc-et-domaine-de-george-sand
3., 4. i 5. http://www.toptenz.net/top-10-quotes-by-oscar-wilde.php
6. http://www.winelabels.org/labels10.htm
7. http://www.etsy.com/listing/85620752/trespassers-will-be-eaten-by-zombies?ref=af_new_item
8. http://stockcar.racersreunion.com/photo/1963-la-times-gp-at-riverside/next?context=featured

9 komentarzy:

  1. Mi jak dotąd nie udało się poznać żadnego z Pisarzy Wymyślonych, ale sam koncept mnie zachwycił ;)

    Próbki Ogrodu Pisarzy za to poniewierały się gdzieś w pudle; aż je wydobyłam z ciekawości ;) I cóż rzec, Dama Kameliowa faktycznie mdła, a George to na mnie ziołowe mydło li i jedynie ;( Gigi objawia się głównie w postaci przysłodzonego jaśminu. Wilde'a nie posiadam i jakoś nie czuję galopującej chęci poznania... ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawda, że uroczy? I naprawdę żałuję, że moje sample z resztą zawartości już są zaklepane (w sekrecie Ci podpowiem, że przez Lorienę, więc jakby co uśmiechaj się do niej ;) ).

    Gigi mimo wszystko i tak chciałabym kiedyś poznać, bo po pierwsze dotyczy bohaterki Colette, a jaśmin niespecjalnie mnie odstrasza, że tak powiem. Wilde na pewno spodobałby się fanom świeżości, szczególnie mało konwencjonalnej ale przy tym delikatnej. Więc nie ma sensu zabijać się o próbkę ;] (inna sprawa, że zabijać się nie trzeba, bo te zapachy dostępne są w Polsce :) ).

    OdpowiedzUsuń
  3. Łooooj , ci co wymyślili zapach George jako pozapłciowy , pojechali po bandzie straszliwie . George Sand nawet ubrana w męskie ciuchy zawsze pozostawała 100% wybitnie seksualną kobietą , i nikt nigdy nie miał cienia wątpliwości co do jej płci . I ona sama nigdy się własnej płci nie wypierała , wręcz przeciwnie , i wykorzystywała swoją płciowość ile wlazło . Mnie do Sand pasuje Habanita , ale nie żadne pozapłciowe czy uniseksowe pachnidło .
    Co do przetrwania Sand - międzynarodowo przetrwała wyłącznie jako kochanka Chopina , we Francji być może jest czymś w rodzaju naszej Narcyzy Żmichowskiej , swego czasu wielbionej , teraz zapomnianej - ciekawostki z historii literatury .

    OdpowiedzUsuń
  4. Że pozapłciowy to ja wymyśliłam, więc to ja jechałam po bandzie. "Oni" zaserwowali nam miksta. :D
    Miałam wrażenie, że napisałam rzecz wystarczająco jasno ale chyba nie, więc spróbuję inaczej: masz rację, ze Sand "wykorzystywała płciowość" jak tylko się dało; masz dwieście procent racji. ALE: w jej czasach takie zachowanie było zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn. Aurora, prowadząc taki tryb życia jaki prowadziła, w rozumieniu sobie współczesnych przeczyła wszystkiemu, co kobiece. Czyli delikatności, wrażliwości, bierności, cichości, skromności i innych takich.
    Jak opisane w recenzji cechy uważane były za "konstytucyjnie męskie", tak te wymienione przed chwilą były "konstytucyjnie kobiece"; związane z płcią żeńską w sposób równie "odwieczny", "naturalny" i "oczywisty" co piersi i wagina albo długa kiecka, koniecznie zasłaniająca kostki. ;>
    Dla osób z połowy dziewiętnastego wieku Sand była ideałem babochłopa; a że my już nie potrafimy spojrzeć na nią inaczej, to trudno. Nasz problem.

    A Sand we Francji jest kimś znacznie ważniejszym niż Żmichowska w Polsce; zapamiętana niekoniecznie dzięki swym powieściom lecz jako orędowniczka najbardziej francuskiej francuskości: sztuki życia, cieszenia się życiem właściwie, dogadzania zmysłom oraz uprzyjemniania sobie czasu spędzanego na ziemskim padole. :) Jak wielu innych przed nią, równocześnie z nią i po niej; ale znowu - Sand było kobietą. I dlatego właśnie pamięć o niej wciąż jest żywa. Nie tylko w jej rodzinnym regionie, którego na paryskich salonach była orędowniczką [a który w czasach Bonne Dame de Nohant był znany jako jeden z najbardziej "zacofanych" we Francji; stricte wiejski, gdzie żywe były legendy o czarownicach i wilkołakach a np. na stół podawano dania o średniowiecznym rodowodzie :) ].
    Coś takiego Francuzi zawsze będą premiować. Więc nie do końca ciekawostka literacka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooooj , nie tylko madame Sand korzystała ze swojej płciowości , takich pań jak ona było bardzo dużo , tyle że faktycznie ona jedna założyła spodnie ;) a we Francji generalnie obyczaje zawsze były liberalniejsze niż w innych krajach Europy , tam nie poddawano kobiet ostracyzmowi z racji posiadania kochanka , a chyba wszystkie znane panie z owego okresu , jak również lat wcześniejszych i późniejszych , również te parające się literaturą czy prowadzące salony - a troche ich było - miały wielu mężczyzn w tym niekoniecznie sobie poślubionych , i nikomu to de facto nie przeszkadzało . Taka np.Marie d'Agoult - porzuciła męża hrabiego d'Agoult dla Franciszka Liszta , co owszem wywołało skandal , który szybko ucichł , a tez się parała literatura pod pseudonimem Daniel Stern . Nota bene Liszt ją rzucił , a ona miała potem jeszcze innych kochanków , a na salonach byla przyjmowana cały czas .
      I raczej nikt pani Sand nie uważał za babochłopa mimo jej spodni, noszonych zresztą krótko - wszyscy uważali ja za pełnokrwistą kobietę . Babochłopa raczej XX wiek jej dorobił ;) Dziś za bardzo patrzy się przez stereotypy męskie-kobiece , a kiedy się poczyta pamiętniki i listy z epoki okazuje się , że nasi bliźni sprzed prawie 200 lat nic się od nas nie różnili . No może jednym - ci , którzy pisali pamiętniki i listy , mieli więcej czasu na poświęcanie się duchowej egzystencji człowieka .

      Usuń
    2. Wiem o tym. I co z tego? Ostatecznie wszystko o czym piszesz, dotyczy niewielkiego fragmentu społeczeństwa. Arystokracji czy artystów, obu kategorii "z definicji" amoralnych, jak pewnie sądziła większość urzędników, sklepikarzy czy chłopów.

      Z Twojej wypowiedzi wnioskuję, że jeszcze chwila a zaczęłabyś przekonywać, że ludzie w dziewiętnastym wieku nie mieli kilkustopniowej moralności i że osoba posługująca się przede wszystkim jednym jej wzorem (a za taką właśnie mam m. in. Sand czy część artystów) nie była uważana przez filistrów (znamienna nazwa, nie sądzisz ;) ) za niemoralną i niezrozumiałą? Lub że "Moralność pani Dulskiej" opowiada o marginalnym wycinku ówczesnego społeczeństwa. ;P

      Usuń
    3. Pani Dulska nadal żyje i ma się bardzo dobrze , filistrzy byli , sa i będą . Czymże jest Lady Gaga albo Paris Hilton jeżeli nie współczesnym odpowiednikiem Sand , tylko że stojącym jakby niżej intelektualnie ? Pani Dulska natomiast jako żarliwa katoliczka zabiera się do bicia przebranej w ramach eksperymentu społecznego za muzułmankę dziewczyny albo obrzuca inwektywami ludzi , nie uznających katastrofy smoleńskiej za zamach i zaplanowane dzieło wszystkich nie należacych do wiadomej partii . W innych dziedzinach też aktywnie działa . Zmieniają się dekoracje , duch ludzki pozostaje niezmienny - im dłużej żyję , tym bardziej jestem tego pewna . Zakłamanie było i jest i będzie , ludzie niezwykli i nietuzinkowi niepoddający się ogólnie przyjętym zasadom byli i będą . Inaczej mówiąc głupota ludzka jest wieczna , bezdenna , niebotyczna i nieskończona jak wszechświat . I w związku z tym podejrzewam , że genetycznie uwarunkowana , więc nie do wyplenienia :P

      Usuń
  5. Cóż, sama lepiej bym tego nie ujęła. :)

    Choć w tym konkretnym wypadku miałam na myśli raczej to, że choć my, ludzie jesteśmy dokładnie tacy sami, jacy byliśmy od.. bardzo dawna, to jednak zmieniają się standardy społeczne, które z takich czy innych powodów dla siebie tworzymy. A że standardy wieku XIX do najzdrowszych nie należały (mówiąc bardzo oględnie ;) ), tym jaskrawiej wyróżniały się osoby, które je odrzucały. Dziś Madonna albo Gaga może i próbują robić to samo, co Sand ponad półtora wieku temu ale - nie oszukujmy się - standardy są tak liberalne, że skutecznie mogą zbulwersować co najwyżej "frakcję moherową". Której duchową matką mogłaby być Aniela D. (choć też nie do końca).
    Więc wychodzi na to, że zgadzam się całkowicie.

    Chyba po prostu poprzednio chyba nie całkiem się zrozumiałyśmy. :)

    OdpowiedzUsuń

>
Komentarze (<$BlogItemCommentCount$> )