Róże, róże, wszędzie róże! Myślałby kto, że mamy ciepły, słoneczny oraz bujny późny czerwiec a nie przełom marca i kwietnia, kiedy wiosna dopiero się zaczyna ...przynajmniej w Polsce. ;) Tymczasem trudno zaprzeczać faktowi, że nasz kraj do grona "domyślnych użytkowników perfum luksusowych" raczej się nie zalicza (choć sytuacja szczęśliwie powoli się zmienia), zatem to nie nasza wiosna stanowi priorytet dla producentów pachnideł. Prędzej tradycyjny basen Morza Śródziemnego z przyległościami, gdzie aura jest przecież nieporównanie łagodniejsza.
Myślę, że do tego rejonu spokojnie można zaliczyć także Półwysep Arabski, razem z Omanem, jego sułtanem oraz marką Amouage. ;)
Pachnące klejnoty w tamtejszej koronie wzbogaciły się ostatnio o kolejny okaz, wielkiej urody karminowo-różany rubin z niezwykłymi, metalicznymi inkluzjami.
Opus X, bo o nim mowa, rozpoczyna się z hukiem i łoskotem, potężnym strzałem z różanej haubicy. :D Dokładnie tak, róża w najnowszym Dziele to broń, gwałtowna, niezawodna a także - przez wysoki stopień skoncentrowania oraz olfaktoryczne otoczenie - zdolną poczynić niemałe straty w ludziach. ;) Nie dość, że występuje w czterech różnych postaciach, to jeszcze asystuje jej jasne, cytrusowo odświeżające (choć przecież równie różane jak ona sama) geranium.
Nie byłoby jednak historii, gdyby nie inne towarzyszące hegemonce nuty. I tu dopiero robi się ciekawie; królowej kwiatów w kilku wcieleniach towarzyszą bowiem akordy chemiczne, industrialne, hutniczo-kopalniane. Cóż, to chyba rewolucja przemysłowa w ogrodzie różanym. ;)
Najpierw do przesyconych cennymi sokami grubych, mięsistych i aksamitnych płatków dołącza ciepły opar spalonego węgla, tłusty i słodki ale jednocześnie lekki (w końcu i zadeklarowany w nutach werniks, i sztuczna skóra bywają spokrewnione z węglem), skontrastowany jednak obecnością chłodnego żelaza, starego ale nie zardzewiałego. Potrzeba czasu, aby kompozycja ogrzała się i ułożyła na ciele, kradnąc mu trochę ciepła, łagodności i zapachu. W ten sposób Opus X nie staje się kompozycją animalną, zyskuje jednak niedosłowną słodycz, łagodność i spokój, dzięki którym róża - tym razem już nie żywy kwiat ale jego wyraźne odwzorowanie, na przykład w najciemniejszej odmianie palisandru - stopniowo roztapia się w zlocistej miedzianej kąpieli.
Najmłodszy element Serii Bibliotecznej to perfumy różane stokroć bardziej, aniżeli starsza o dekadę seria Lyric. Są równie abstrakcyjne ale bardziej mineralne, od początku do końca utrzymane w stylistyce zręcznej iluzji. A zatem znakomicie pasujące do naszych czasów, nie ceniących przecież naturalności w perfumach.
Co nie zmienia faktu, że bardzo, bardzo ładne. ;)
Rok produkcji i nos: 2016, ??
Przeznaczenie: zapach uniseksualny o dużej mocy; może nie ciągnie się za uperfumowaną osobą kilometrowym ogonem ale jak na współczesne kompozycje naprawdę daje popalić. ;) Z czasem oczywiście słabnie, redukując się do szerokiej ale ciężkiej, stosunkowo nieruchomej aury.
W związku z czym Opus X wydaje się być wymarzony na wszystkie okazje wieczorowo-nocne, bardziej lub mniej oficjalne. Sprawdza się jednak i za dnia.
Trwałość: bardzo dobra, ponieważ oscylująca wokół pół doby wyraźnego życia na skórze i wokół niej oraz dalszych trzech do prawie ośmiu godzin stopniowego zamierania.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa
Skład:
Nuta głowy: róża stulistna, akord krwawej róży, róża damasceńska, tlenek róży [? coś, co w oficjalnym spisie nut figuruje jako "rose oxide"]
Nuta serca: akord werniksu, geranium, skóra
Nuta bazy: ambrarome, ylang-ylang, akord metaliczny, oud
___
Dziś noszę Rose Oud od Yves Rocher.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://wallpapercave.com/w/cks4CEs#google_vignette
czwartek, 31 marca 2016
sobota, 26 marca 2016
Na wiosnę
Wielkanoc, szczególnie tak słoneczna i ciepła jak tegoroczna, to święto nie tylko religijne ale przecież także cudowny, radosny czas, w którym odradza się życie, rośliny na powrót zaczynają zachwycać swoją bujnością i w ogóle chce nam się chcieć, gdy wszystko wokół jest takie serdeczne, energetyczne, pozytywne i kolorowe. Uff, to było długie zdanie. ;) Ale i jednocześnie całkowicie prawdziwe.
Wielkanoc - czy w ogóle wczesna wiosna - to ten okres w roku, kiedy jak nigdy chce nam sie przebywac na świeżym powietrzu, jeść tryskające świeżością [w dzisiejszych czasach co prawda chemiczną ale zawsze ;] ] owoce i warzywa a także pachnieć ożywczo, niezobowiązująco, zielono. :) Inni pewnie napisaliby, że świeżo i lekko ale to jestem ja, która nie przepadam za świeżością czy lekkością w ich potocznym rozumieniu. ;)
Dlatego co roku szukam swojej własnej interpretacji tętniącego życiem i beztroską wielkanocnego pachnidła. W poprzednich latach padało między innymi na Moon Bloom od Hirama Greena czy Jasmine White Moss z butikowej kolekcji Estée Lauder [choć to beztroska cieniem i nostalgią podszyta], w tym natomiast zdecydowałam się na Lolę marki Signature Fragrances London.
Pachnidło pokazujące, że nawet wiosenna feeria barw, nawet słodycze i popularne kwiatki mogą kryć w sobie zupełnie niespodziewaną głębię...
Kompozycja rozpoczyna się w stylu identycznym do pierwszej z mieszczonych fotografii: jest słodko, przyjemnie, wesoło i ładnie; tak po prostu. Bez żadnych filozofii, bez silenia się na nic, może poza sprawieniem odbiorcy artystycznej przyjemności balansującej na granicy kiczu. :) Tu do głowy idzie wysokoprocentowy szot z serotoniny i endorfin, reprezentowanych przez popularne kwiaty w rodzaju bezpretensjonalnego jaśminu wielkolistnego, sprężystego neroli, łagodnej herbacianej róży oraz jasnego, krystalicznego, płynnego miodu. Gdzieś w tle pachnie koniczyna i bliżej nieokreślone drzewa owocowe. Jest słonecznie ale nie upalnie, wieje lekki wietrzyk, chce się żyć. Jakkolwiek jest to życie osoby pozbawionej nawet najmniejszych trosk, pozornie może i kuszące ale naprawdę ździebko nudne (a z czasem pewnie coraz bardziej monotonne).
Na szczęście pojawia się składnik, który dodaje mieszaninie głębi. Dzięki niemu Lola nie jest już pustogłową istotką ale zaczyna żyć naprawdę. Ten składnik to paczuli. Ciepłe, ziemiste, w otoczeniu tchnących świeżością kwiatów oraz nektarowej słodyczy miodu całkowicie niewinne, zapewniające jednak dziełu niezbędną przestrzeń, tło, kontekst oraz, co tu dużo mówić, po prostu Duszę przez duże D. ;)
W bazie perfumy uspokajają się jeszcze bardziej, po początkowym ADHD zostaje zaledwie cień w postaci ambitnej, aksamitnej słodyczy, suchej i pyłkowej jednocześnie. Paczuli powoli zmierza ku rejestrom czekoladowym, w które jednak nie wpada, zatrzymawszy się na jasnych cedrowych deskach; przy czym moim zdaniem drzewo, z którego je stworzono rosło raczej w Japonii aniżeli w Libanie bądź amerykańskiej Wirginii a znane było pod nazwą hinoki. ;)
Czyli bardziej cyprys z niezwykle subtelnym, ledwie zauważalnym powiewem jasnego kadzidła rodem z Kyoto Comme des Garçons. Dodajcie do niego najdelikatniejsze wcielenie białych kwiatów oraz miodowo-słodki powidok a otrzymacie Lolę. :) Ramę zapewnia jej ciepły, paczulowy cień, ogrzewający pozostałe nuty swoim rozkochanym spojrzeniem.
No cóż, najwyraźniej Lola cała jest poezją. Fraszką ku czci piękna wiosny.
Niby drobiazg ale jaki piękny!
Rok produkcji i nos: 2014, ??
Przeznaczenie: pachnidło kojarzone z kobietami, zapewne przez nuty, moim zdaniem jednak spokojnie mogą testować je mężczyźni; a nawet powinni, ponieważ na ich skórze ta słodycz na drzewnej podstawie może okazać się naprawdę interesująca.
Na pewno perfumy charakteryzują się całkiem sporą intensywnością, chociaż nie lubią zostawiać za sobą śladów; prędzej orbitują wokół uperfumowanej osoby jako aura żywa ale znająca zasady dobrego wychowania. ;) W związku z czym możecie nosić Lolę w dzień oraz po zmroku, na okazje Bardzo Ważne ale i zupełnie niezobowiązujące, do tańca i do różańca.
Mam wrażenie, że dla niektórych z nas Lola mogłaby się okazać nie przygodną znajomością ale wręcz miłością na ładnych kilka lat [właściwie jedyne, co naprawdę mi w niej nie pasuje, to cena. ;) Pięćdziesiąt funtów za sześć mililitrów; co prawda ekstraktu ale jednak].
Trwałość: około piętnastu godzin spokojnego ale wyraźnego trwania oraz dalszych kilka skokowego zaniku.
Grupa olfaktoryczna: gourmand-kwiatowa (oraz drzewna)
Skład:
Nuta głowy: kwiat afrykańskiej pomarańczy
Nuta serca: paczuli, jaśmin
Nuta bazy: drewno cedrowe, jasny miód, róża
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/mmoorr/5652104654/ [Autor: Mor Naaman]
2. https://www.flickr.com/photos/djprmf/15060850234/ [Autor: Pedro Fernandes]
4. https://www.flickr.com/photos/civisi/3432457502/in/photostream/ [Autor ukrywa się pod pseudonimem jjMustang_79]
***
Korzystając z nadarzającej się okazji, chciałabym życzyć Wam oraz Waszym bliskim wspaniałych, ciepłych, szczęśliwych Świąt, niekoniecznie Wielkiej Nocy.
Ostatecznie okazja do świętowania zawsze się znajdzie. ;)
Bądźcie radośni i niech dobro, które czynicie, wraca do Was pomnożone!
Etykiety:
drzewne,
gourmand,
kwiatowe,
perfumy,
Signature Fragrances
Dla świata i ze światem
Pochodził z terenów Bliskiego Wschodu, jednak serca i dusze największej rzeszy wyznawców zdobył w kolebce cywilizacji europejskiej, Rzymie.
Na święty dzień wybrał niedzielę, na pamiątkę własnego zwycięstwa nad śmiercią i złem ale w rzeczywistości dzięki prymatowi celebrowanego wtedy życiodajnego słońca, które ogrzewało ziemię swymi życiodajnymi promieniami. Jak chce tradycja, urodził się w okolicach 25 grudnia, zaś umarł - by wkrótce zmartwychwstać - wiosną, i to właśnie te dwie okazje okazały się najważniejszymi świętami dla wszystkich jego czcicieli.
Oddał życie w odwiecznej walce dobra ze złem, zapewniając tym samym odkupienie całej ludzkości; złożył samego siebie w ofierze w imię wielkiej, szlachetnej Sprawy.* Zawalczył w ten sposób o nieśmiertelność ludzkich dusz. Tuż przed śmiercią w wyniku ukrzyżowania spożył ze swoimi uczniami ucztę. Choć przy jego grobie postawiono straże, miejsce trzeciego dnia po śmierci okazało się puste. Zmartwychwstały bóg ukazywał się jedynie swoim uczniom, przekazując im ostatnie wskazówki, jak po śmierci dostać się do boskiego królestwa w niebie, do którego zresztą wstąpił wraz z ciałem wkrótce potem. Wtedy też uczniowie bóstwa udali się w świat, nauczając i nawracając niewiernych.
Jego późniejsi wyznawcy przyjmowali chrzest a podczas liturgicznych obrzędów spożywali ofiarę z chleba i wina**, symbolizujących ciało oraz krew boga. Domyślacie się już, o kim piszę? :)
O Mitrze.
Imię tego perskiego bóstwa oznaczało tyle, co 'pakt', 'przyjaźń', 'ugoda', możliwe zatem, że w istocie objęte było tabu a używane powszechnie określenie miało opisywać najważniejsze cechy bóstwa, będącego przecież jednocześnie przedmiotem i podmiotem przymierza ludzi z dobrem oraz Najwyższą Światłością. Choć to tylko moje spekulacje.
Jednak kim w istocie był Mitra, bóg zrodzony ze skały***, zastanówmy się innym razem, dobrze?
Przecież i Was, i mnie przywiodły tutaj perfumy. :)
Zapach bogatego ale zdumiewająco łagodnego Wschodu, który dawno już zdążył zakorzenić się w naszych sercach. Na pewno znacie ten motyw; wszak wracam ku niemu co Wielkanoc. ;)
Dziś nie będzie inaczej, a w podróży potowarzyszy nam Majestic marki Arabian Oud. Kolejny Orient, który w istocie okazuje się nieodłączną częścią Zachodu. Jego sercem.
Pierwsze takty pachnidła na ludzkiej skórze są jak podróż w ciemność, do ukrytych pod powierzchnią ziemi sekretnych świątyń Mitry, zwanych mitreami. Tu ciepły i wilgotny zapach ziemi miesza się z przejmującym chłodem kamiennych ścian i posadzek, towarzyszącymi nam ciałami przejętych współwyznawców oraz omywającymi to wszystko gęstymi ale przejrzystymi, lekko metalicznymi smugami kadzidła. Oto oud gęsty, potężny i przejmujący, otoczony gęstymi dymami topionych żywic, pogłębiony ciemnym, orientalnym sandałowcem, przyprószony zamorskimi korzeniami, utrzymany w stylu Dark Aoud marki Montale czy Black Oud od LM Parfums. Niszowy, przejmujący i ponadczasowy.
Później jednak kompozycja łagodnieje, coraz śmielej zatapiając się w kwiatowych pyłkach oraz gładkich, dojrzałych ale co ciekawe niezbyt soczystych, kaszmirowych owocach. Pojawia się wiosenna pogoda hiacyntu a także cień gęstej, esencjonalnej ale i lekko konfiturowej róży. Kadzidła stopniowo wypalają się i bledną, nuty drzewne również odchodzą w cień, pozostawiając jedynie półprzejrzyste sandałowcowe widmo, skąpane w owocowym, mięsistym oudzie oraz jasnych, drzewno-kwiatowych piżmach (które modne stały się dzięki Narciso od Narciso Rodrigueza). Już nie tylko mroczny, twardy, przesycony testosteronem mistycyzm ale i matczyna łagodność oraz dziecięcy śmiech.
Chociaż arabska geneza pachnidła sugeruje coś zgoła przeciwnego, w mojej interpretacji Majestic to wschodni mistycyzm, reinterpretowany zgodnie z wrażliwością i mentalnością Zachodu. Ich serce oraz nasz mózg lata temu zlały się w całość i stały tym, co dziś znamy, kochamy bardziej lub mniej ale rozumiemy zawsze.
Majestic brzmi jak twórcza, olfaktoryczna odpowiedź na pytanie, dlaczego pomimo tylu oczywistych podobieństw kult Mitry ostatecznie przegrał z religią Chrystusa. Otóż mitreitą [? to słowo rzeczywiście istnieje czy je wymyśliłam?] nie mógł stać się byle kto, o nie! To był kult ekskluzywny, przeznaczony wyłącznie dla mężczyzn niebędących niewolnikami; kobieta, choćby najpobożniejsza i nawet najodważniejszy gladiator mogli zapomnieć o uczestnictwie w obrzędach objętych sekretem, do którego dopuszczano wyłącznie wyznawców. Natomiast jak rzecz miała się z chrześcijaństwem, wiedzą chyba wszyscy czytający moje słowa: "Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety (...)".
Podobnie Majestic, surowe dymy i drzazgi wzbogacone o miękkość i delikatność; otwarte, z zasady nie wykluczające nikogo ani niczego. Żyjące dla świata ale i ze światem.
Dokładnie tak, jak należy.
Rok produkcji i nos: nieznane
Przeznaczenie: co ciekawe, zapach ponoć dedykowany jest kobietom; dla mnie to bardziej ciekawy, spolaryzowany uniseks, osnuty na współpracy przeciwieństw; bardzo przyjemny w użytkowaniu oraz łatwy w odbiorze nawet dla osób postronnych. Charakteryzuje się jednak dosyć silną projekcją (szczególnie w pierwszych fazach rozwoju) potrafiąc zostawiać za uperfumowaną osobą naprawdę długi ślad; później kompozycja cichnie i zmienia się w żywą, wibrującą, gęstniejącą z czasem aurę.
Pamiętajcie jednak, że Majestic to jedne z tych perfum, które dopasowuje się raczej do swojego samopoczucia niż konkretnej okazji; zatem kluczową sprawę będzie dobór odpowiedniej dawki.
Trwałość: ponad dziesięć godzin wyraźnego, łatwo wyczuwalnego życia oraz niemal drugie tyle stopniowego zaniku.
Grupa olfaktoryczna: drzewno-kwiatowa (oraz owocowa)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, akordy owocowe, róża
Nuta serca: hiacynt, piołun, akordy drzewne
Nuta bazy: białe piżmo, drewno sandałowe, kadzidło, oud
___
Dziś noszę Néroli Oud od Au Pays de la Fleur d'Oranger.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1529045,2,poganski-kult-mitry.read [Autorka: Dbrochna Zielińska]
2. https://www.flickr.com/photos/bonzoinviaggio/10976191664/ [Autorstwo: osoba ukrywająca się pod pseudonimem BIV (per niente simpa)]
*Czy zatem można się dziwić, że wielu wyznawców odnalazł w szeregach rzymskich legionistów, którzy w tak pojmowanej ideologii odnajdywali samych siebie? ;)
** Oraz byczego mięsa, ze zwierzęcia składanego bogu w ofierze podczas najważniejszych świąt.
*** Zapewne równie nieczułej na "mroczne" zmysłowe żądze, co pewna znana nam wszystkim wieczna dziewica. ;)
Etykiety:
Arabian Oud,
drzewne,
kwiatowe,
owocowe,
perfumy
niedziela, 13 marca 2016
Podaruj mi trochę słońca... zimowego
Chociaż mamy już prawie połowę marca, wiosna jakoś niespecjalnie się ku nam śpieszy. Co jest szczególnie męczące po kolejnej zimie, która na dobrą sprawę (wyjąwszy jakieś dwa tygodnie) zimą z prawdziwego zdarzenia w ogóle nie była. Oj, coś czuję, że zim jak ta z roku mojego urodzenia, kiedy podobno w jedną noc drogi robiły się nieprzejezdne z powodu zasp wysokości samochodu, już nie uświadczymy.
W każdym razie zmęczenie tą porą roku wyjątkowo czuję i ja. Chyba wszystkim nam trzeba teraz pocieszenia, złocistego słońca, południowej łagodności, zaś olfaktorycznie kojących upały cytrusów, prawda? :)
Prawda?
Jeżeli tak, to nie szukajcie ich na moim blogu. ;> Tutaj wciąż rządzi Królowa Śniegu, która nawet typowo cytrusowe pachnidło zmienia w złociste, skrzące się w słońcu ostre kryształki, przejrzyste jak lodowa śmierć i piękne jak jutrzenka.
Eau d'Hadrien marki Annick Goutal stanowi znakomity przykład takiego właśnie zapachu: banalnego i nudnego w czerwcu, lipcu czy sierpniu ("cytrusy latem? To takie odkrywcze!", jak ów pomysł skwitowałaby zapewne Diablica ubierająca się u Prady ;> ) ale ożywczo cudownego zimą, kiedy to klasyczne wody cytrusowe zwykły pokazywać całe swoje piękno. Przecież już od lat przekonuję, iż prawdziwa urodę starych wód kolońskich można dostrzec wyłącznie w ostrym, przejmujący i czystym mroźnym powietrzu. O ile tylko perfumy nie są sztucznie dosłodzone ani rozmiękczone trywialnym dodatkiem nut ozonowo-owocowych, możemy liczyć na spektakl, istną zorzę polarną w najchłodniejszych odcieniach ciepłych barw. :)
Eau d'Hadrien to znakomity przykład takiej właśnie kompozycji; pozbawione cukru, naturalistyczne cytrusowe soki w przejmującym zimowym chłodzie zamarzają w tysiącach drobnych kryształków, zdolnych poranić niczego niespodziewanące się, miękkie ludzkie ciało. Tak wygląda otwarcie.
Nieco później kompozycja, latem nieuchronnie wpadająca w łatwe do przewidzenia jasne cytrusowo-ilangowe pudry, zimą osuwa się w stronę szlachetnych, gorzkich suszonych ziół (w ilości nieprzesadnej ale zauważalnej), w które zatapiają się z wolna coraz bardziej płynne a nawet woskowane cytrusowe olejki. Baza natomiast to cytrusowo-ziołowo-przyprawowa (ziele angielskie, jałowiec, odłamany fragment goździka, o takich przyprawach myślę) tafla na spokojnym, łagodnym jak niemowlę syntetycznie ambrowym oraz jasnodrzewnym morzu.
Przy Wodzie Hadriana nie sposób się nudzić... pod warunkiem, że będziecie ją nosić we właściwej, zimnej porze roku. ;) W innym przypadku umrzecie z nudów. :]
Rok produkcji i nos(y): Annick Goutal oraz Francis Camail
Przeznaczenie: zapach skomponowany dla mężczyzn jako goutalowska interpretacja klasycznego akordu kolońskiego, co skądinąd naprawdę się czuje; dla mnie jednak jest to typowy uniseks, jak uniseksem jest słynna CK One oraz jeszcze słynniejsza Woda Kolońska Fariny. :)
Muszę jednak przyznać, że minusem zimowego stosowania Eau d'Hadrien jest jej mizerna projekcja oraz trwałość; perfumy trzymają się tuż przy skórze, nieco wyraźniej odstając od niej wyłącznie w pierwszej fazie rozwoju. Jest to jednak zupełnie zrozumiałe; praw fizyki nie pokonamy. ;)
Trwałość: zimą w granicach trzech lub czterech godzin, latem często ponad dwukrotnie dłuższa.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża
Skład:
grejpfrut, cytryna, cedrat, mandarynka, cyprys, ylang-ylang, aldehydy
___
Dziś noszę Panią Walewską Noir od Miraculum (oraz naszego Urwiska ;) ).
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://flakers.com.pl/preview/3169/1024x768/zima-tapety-(10)
W każdym razie zmęczenie tą porą roku wyjątkowo czuję i ja. Chyba wszystkim nam trzeba teraz pocieszenia, złocistego słońca, południowej łagodności, zaś olfaktorycznie kojących upały cytrusów, prawda? :)
Prawda?
Jeżeli tak, to nie szukajcie ich na moim blogu. ;> Tutaj wciąż rządzi Królowa Śniegu, która nawet typowo cytrusowe pachnidło zmienia w złociste, skrzące się w słońcu ostre kryształki, przejrzyste jak lodowa śmierć i piękne jak jutrzenka.
Eau d'Hadrien marki Annick Goutal stanowi znakomity przykład takiego właśnie zapachu: banalnego i nudnego w czerwcu, lipcu czy sierpniu ("cytrusy latem? To takie odkrywcze!", jak ów pomysł skwitowałaby zapewne Diablica ubierająca się u Prady ;> ) ale ożywczo cudownego zimą, kiedy to klasyczne wody cytrusowe zwykły pokazywać całe swoje piękno. Przecież już od lat przekonuję, iż prawdziwa urodę starych wód kolońskich można dostrzec wyłącznie w ostrym, przejmujący i czystym mroźnym powietrzu. O ile tylko perfumy nie są sztucznie dosłodzone ani rozmiękczone trywialnym dodatkiem nut ozonowo-owocowych, możemy liczyć na spektakl, istną zorzę polarną w najchłodniejszych odcieniach ciepłych barw. :)
Eau d'Hadrien to znakomity przykład takiej właśnie kompozycji; pozbawione cukru, naturalistyczne cytrusowe soki w przejmującym zimowym chłodzie zamarzają w tysiącach drobnych kryształków, zdolnych poranić niczego niespodziewanące się, miękkie ludzkie ciało. Tak wygląda otwarcie.
Nieco później kompozycja, latem nieuchronnie wpadająca w łatwe do przewidzenia jasne cytrusowo-ilangowe pudry, zimą osuwa się w stronę szlachetnych, gorzkich suszonych ziół (w ilości nieprzesadnej ale zauważalnej), w które zatapiają się z wolna coraz bardziej płynne a nawet woskowane cytrusowe olejki. Baza natomiast to cytrusowo-ziołowo-przyprawowa (ziele angielskie, jałowiec, odłamany fragment goździka, o takich przyprawach myślę) tafla na spokojnym, łagodnym jak niemowlę syntetycznie ambrowym oraz jasnodrzewnym morzu.
Przy Wodzie Hadriana nie sposób się nudzić... pod warunkiem, że będziecie ją nosić we właściwej, zimnej porze roku. ;) W innym przypadku umrzecie z nudów. :]
Rok produkcji i nos(y): Annick Goutal oraz Francis Camail
Przeznaczenie: zapach skomponowany dla mężczyzn jako goutalowska interpretacja klasycznego akordu kolońskiego, co skądinąd naprawdę się czuje; dla mnie jednak jest to typowy uniseks, jak uniseksem jest słynna CK One oraz jeszcze słynniejsza Woda Kolońska Fariny. :)
Muszę jednak przyznać, że minusem zimowego stosowania Eau d'Hadrien jest jej mizerna projekcja oraz trwałość; perfumy trzymają się tuż przy skórze, nieco wyraźniej odstając od niej wyłącznie w pierwszej fazie rozwoju. Jest to jednak zupełnie zrozumiałe; praw fizyki nie pokonamy. ;)
Trwałość: zimą w granicach trzech lub czterech godzin, latem często ponad dwukrotnie dłuższa.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża
Skład:
grejpfrut, cytryna, cedrat, mandarynka, cyprys, ylang-ylang, aldehydy
___
Dziś noszę Panią Walewską Noir od Miraculum (oraz naszego Urwiska ;) ).
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://flakers.com.pl/preview/3169/1024x768/zima-tapety-(10)
Etykiety:
Annick Goutal,
aromatyczne,
perfumy,
świeże
niedziela, 6 marca 2016
Budzisz się z tym, z kim zasypiasz
Kiedy ostatnio zastanawiałam się nad rozdźwiękiem między tutejszymi, nadwiślańskimi opiniami na temat najnowszych perfum marki Yves Rocher a moim zdaniem na ich temat, do głowy wpadła mi między innymi taka oto konkluzja: nie jestem fanką polskiej Fragrantiki. Nie chodzi bynajmniej o to, że mam cokolwiek przeciwko rodzimej odsłonie największego portalu o perfumach czy - bogowie brońcie! - przeciw skupionej wokół niego społeczności. Nic z tych rzeczy! Problem leży po mojej stronie.
Otóż w co najmniej ośmiu przypadkach na dziesięć, kiedy powodowana ciekawością rozglądam się po Sieci w poszukiwaniu opinii o danym zapachu chcąc porównać je ze swoją, na ich najmniejszą zgodność mogę liczyć właśnie w polskich pachnących miejscówkach. (W tym na największej obecnie Fragrantice). Tutaj często nie zgadza się nic bądź bardzo mało: rozkład akordów, ich intensywność, ogolóna moc oraz trwałość kompozycji okazują kompletnie różne od moich doświadczeń. Co może i ma niebagatelny walor edukacyjny ale na dłuższą metę dziwi i skłania do refleksji.
Dlaczego moja skóra przyjmuje zapachy inaczej, niż skóry "uśrednionych Polek i Polaków"? Czy to ma jakiekolwiek biologiczne wyjaśnienie? A może wprost przeciwnie, może rozwiązanie zagadki kryje się raczej w zawiłościach kulturowo-psychologicznych? Jak myślicie?
Sama nie podejmę się odpowiedzi; to robi się zbyt niebezpieczne. ;P Jednak całość zagadnienia widzę wyraźnie na przykładzie wspomnianych premierowych perfum Yves Rocher, noszących (jakże wyjątkową i odkrywczą, przyznaję ;) ) nazwę Rose Oud.
Już nawet nie chodzi o to, że mnie zapach się podoba a innym nie (takie ich prawo), lecz o skalę tego zjawiska. O ilość osób nagle ach-jak-bardzo-rozczarowanych, z wyraźnym odcieniem obłudy i/lub protekcjonalności. Bo rozumiem sytuację w stylu: komuś perfumy nie pasują, ktoś inny się rozczarował a na kolejnej osobie układają się koszmarnie. Bywa. Jednak dlaczego jest ich aż tak dużo, skoro opinie miłośników perfum z innych krajów nie są aż tak miażdżące?
W każdym razie: Polacy Rose Oud nie lubią i kropka. A ja kompletnie nie pojmuję, dlaczego.
Wiecie, dlaczego lepiej wchłania nam się opowieści, których bohaterowie są istotami złożonymi? Kiedy posiadają wady i zalety, gdy ich zachowanie cechuje niekonsekwencja bądź większe lub mniejsze dziwactwa, kiedy nie są złożonymi z klisz i stereotypów płaskimi kartonowymi wycinankami?
Głupie pytanie. Przecież wiadomo, że z tak wykreowanymi bohaterami łatwiej nam się identyfikować. :)
Dlaczego więc z perfumami nie mogłoby być podobnie?
Rose Oud jest dla mnie próbą stworzenia pachnidła o osobowości zbliżonej do ludzkiej. Próbą udaną, aczkolwiek nie idealną [inna rzecz, że perfum będących idealną bioniczną atrapą ludzkiej duszy najzwyczajniej w świecie bym się bała ;) ]. Dziełem pozornie prostym: niektórych zachwycającym, innych rozczarowującym a jeszcze innych pozostawiającym doskonale obojętnymi. Części z nas pokazującym swoją gładką, słodziuteńką, różano-konfiturową twarz, kogoś innego odstraszającym brudnym, kminowo-wodozflakonowym, potno-wymiotnym, drapiącym w struny głosowe alkoholicznym chrypieniem, innym natomiast - i do tej właśnie grupy mam szczęście się zaliczać - prezentującym całą złożoność swojego charakteru.
Mieszanina rozpoczyna się podobnie jak dzień większości z nas: gęstym, głębokim i przyjaznym ciepłem, kiedy przyjemnie otuleni pościelą powoli otwieramy oczy. Jesteśmy jeszcze sennie rozkojarzeni, może też w dalszym ciągu zmęczeni ale przy tym naznaczeni subtelną, ledwie zauważalną wonią po-nocnego potu. W historii, której na imię Rose Oud tak właśnie budzi się do życia ciepłe i łagodne, przesycone egzotycznymi balsamami drewno różane. ;)
Jednakże w odróżnieniu od człowieka (a może właśnie dokładnie tak, jak część z nas? ;P ) owa delikatna, purpurowa panna nie udaje się pod prysznic, aby zmyć z siebie ślady nocy, lecz sięga po perfumy. Dokładnie po jakąś esencjonalną różaną kompozycję; tak gęstą od wonnych olejków, że można ją kroić nożem. Sekundę później spryskuje się pachnidłem i cóż... pachnie tak, jak niedomyty (ale nie brudny czy śmierdzący, to ważne!) człowiek, który użył perfum. :] Brzmi niezbyt zachęcająco ale w rzeczywistości pachnie bosko!
Róża czysta i głęboka łączy się z kminem, smukłe palisandrowe nuty kontynuują taniec z balsamami i żywicami, zaś do tego wszystkiego dołącza labdanum. Moje wspaniałe, cudowne labdanum, wyraźne już po kilku minutach od aplikacji. :) Złociste, lejące się, zmysłowe; pasujące do wizji uniwersalnego piękna zjednoczonego z prozaiczną, zwierzęcą cielesnością tak, że już bardziej się nie da.
Z czasem to właśnie ladanum na bazie balsamiczno-drzewno-różanej rozwija się w woń czegoś w rodzaju poślinionej satyny (jakkolwiek to brzmi). Gdyby zapach ów był dźwiękiem, powiedziałabym, że jest słodki, niekoniecznie czysty ale za to gładki oraz wysoki. Jednak minuty mijają i nawet aromat kminu odpływa gdzieś w dal, zastępowany suchą, drzewną cienistością, która w zestawieniu z różą, żywcami oraz czymś bardzo podobnym do gorącego szafranu, faktycznie zaczyna przypominać tytułowy oud.
Przy czym nie ma dla mnie znaczenia, iż jest to oud laboratoryjny i tworzą go przede wszystkim cuda chemii we współpracy z oderwanymi akordami wszystkich wymienionych składników. Obserwowanie jego ciemnienia oraz postępującego zdrewniania całej kompozycji daje mi zbyt wiele przyjemności, żebym przejmowała się podobnymi drobiazgami. ;) Zresztą wiem, że oto doświadczam już bazy i lada moment Rose Oud zniknie z mojej skóry jak sen złoty, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienie. Słabe, choć bogowie mi świadkiem, że chciałabym, aby było niezniszczalne.
Podobno Rita Hayworth stwierdziła kiedyś, że nie ma szczęścia w miłości, ponieważ interesujący ją mężczyźni, bez różnicy: sławy Hollywoodu, milionerzy czy zwykli ludzie, idą do łóżka z Gildą ale budzą się z Ritą - i najwyraźniej nie jest to dla nich szczególnie miłe przebudzenie. No cóż, zamiast filmowej seksbomby, słynnego ucieleśnienia femme fatale zobaczyć obok siebie na poduszce twarz zwykłej brooklyńskiej dziewczyny: z rozmazanym makijażem albo i bez niego, pochrapującej, z włosem potarganym oraz (o zgrozo!) podejrzanie pachnącej tym wszystkim, czym istota ludzka po miłosnej nocy pachnieć może - to rzeczywiście musiało być naprawdę gorzkie rozczarowanie. ;>
Identycznie odbieram woń Rose Oud; nie jako piekące rozczarowanie zawiedzionej naiwności, kiedy bajka okazała się jedynie, no cóż... bajką ani nie jako ideał, który sięgnął bruku, lecz jako złożony, trudny ale w istocie piękny organizm. Godzien jeśli nie zawsze miłości, to przynajmniej szacunku.
Warto czasem dać szansę perfumom, które - jak człowiek - posiadają nie tylko duszę ale i ciało. ;)
Rok produkcji i nos: 2016, Annick Menardo
Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, jednak w mojej opinii jest to typowy, oudowo-różany uniseks. O wspaniałym, trójstopniowym rozwoju ale jednocześnie niezwykle skromnej emanacji. Żeby czuć pachnidło i móc uważnie śledzić jego rozwój podczas codziennych obowiązków, musiałam stosować przynajmniej sześcio- ośmiokrotną aplikację z flakonowego atomizera. Przynajmniej. ;)
Ma to jednak niemałą zaletę, jeżeli chcielibyście użyć tych ambitnych, niekomercyjnych [że też stworzyło je Yves Rocher!] perfum do pracy lub na spotkanie w gronie przyjaciół. ;) Nadaje się na dosłownie każdą okazję.
Trwałość: mogłaby być lepsza, ponieważ waha się w okolicach pięciu lub sześciu godzin wyczuwalnego trwania, z rzadka osiągając lepszy wynik.
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna (oraz orientalna)
Skład:
róża, oud, kmin rzymski, labdanum
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. i 3. http://lopezlinares.com/vintageblog/en/gilda/
2. grafika mojego autorstwa, przedstawiająca fotografię flakonu Rose Oud na tle rozchylonego tulipana i przepuszczona przez specjalny filtr do tworzenia kalejdoskopowych obrazów. :)
Etykiety:
drzewne,
kwiatowe,
orientalne,
perfumy,
Poczet Wiedźm Świata,
Yves Rocher
czwartek, 25 lutego 2016
Notatki na marginesie recenzji
Poznań, Wrocław, Warszawa, Opole, Gdynia, Kraków i znów Poznań, potem Wrocław, Białystok, Warszawa kolejny raz, ponownie Poznań, Zgorzelec, Przemyśl, Szczecin i dalej Poznań...
Kenijczyk, Erytrejczyk, Kongijczyk, Hindus, indyjski Sikh, Egipcjanin, Irakijczyk, Marokańczyk, Palestyńczyk, Pakistańczyk, Syryjczyk, Brytyjczyk o afrykańskich korzeniach, Brytyjczyk pochodzący z subkontynentu indyjskiego a nawet Kubańczyk, Meksykanin, Indianin gdzieś z Ameryki Południowej, czy wręcz... znany wrocławski aktor i dyrektor Teatru Muzycznego Capitol, Konrad Imiela.
Nie jest łatwo żyć w Polsce, jeżeli ma się choćby odrobinę ciemniejszy odcień skóry czy czarne włosy; a jeżeli jeszcze do tego mówisz po polsku z akcentem (lub wcale nie władasz tym językiem), to już w ogóle masz przechlapane. Cóż, Polacy uwielbiają mścić się na Innych za to, że sami pozbawieni są tożsamości.
Nienawidzimy wszelkich przejawów Obcości, ponieważ nie jesteśmy pewni samych siebie. Swoją bezbrzeżną pogardę prezentujemy ostatnio tym silniej, im bardziej boimy się zmierzających ku Europie fal uchodźców czy imigrantów z Bliskiego Wschodu. Jak dzieci pozwalamy innym manipulować nami oraz naszymi obawami. Bo przecież dlaczego nie mielibyśmy się obawiać? "My jesteśmy ci dobrzy i praworządni. Jako porządni obywatele oraz troskliwi rodzice nie życzymy tu sobie żadnych terrorystów!" - tak myślimy.
Zapominając, że nie tylko historia ale nawet disnejowskie bajki uczą, iż największe zbrodnie i najgorsze łajdactwa ludzie popełniają właśnie w imię strachu. Dopuszcza się ich nie kto inny, jak porządni i praworządni obywatele, zatroskani o los swojego świata oraz bezpieczeństwo własnych rodzin.
Brzmi znajomo, prawda? ;) Przecież nawet wśród czytelników mojego blogu są miłośnicy ostatecznego rozwiązania kwestii islamskiej. Nie musicie się ukrywać; przecież widzę Was na Fejsbuku. ;>
Widzę i wiecie co? Świetnie rozumiem Wasze obawy. Powiem więcej: niewielką część z nich podzielam, bo ostatecznie czyż nie mam do stracenia równie dużo, jak Wy? Czy nie jestem Europejką z krwi i kości, kobietą wyzwoloną i przyzwyczajoną do swojej niezależności jak do powietrza? Czyż nie wyrosłam prosto z oświeceniowych tradycji rozumu oraz racjonalizmu? Czyż nie jestem wstrętną lewacką feministką ale też emocjonalną, kulturalną i biologiczną nieodrodną córą cywilizacji łacińskiej?
Otóż niekoniecznie.
Tak się bowiem złożyło, że ślepy los - na który przecież nie miałam najmniejszego wpływu - sprawił, iż przyszłam na świat w rodzinie obarczonej tatarskimi przodkami. I to z obu stron, po mieczu oraz kądzieli.
Jest to pokrewieństwo odległe, nie celebrowane w żaden sposób - ale istniejące. I wciąż widoczne, albowiem geny potomków Czyngis-chana mocnymi są. ;P
Możecie jednak powiedzieć, że w takim razie powinnam spać spokojnie. W końcu moja rodzina od pokoleń uważa się za Polaków (zresztą nic dziwnego, skoro 'tatarskie epizody" są odosobnione i dziś świadczą już wyłącznie o kresowych korzeniach obu moich rodzin) a także w większości przypadków od stuleci skwapliwie gromadzi różne dokumenty, wystawiane jej członkom przez lokalnych przedstawicieli kościoła rzymskokatolickiego. Test na Polkę i Europejkę powinnam zatem zdać w mgnieniu oka.
Pytanie tylko, w którym stadium rozkręcającej się akurat rasistowskiej paranoi będę zmuszona do niego przystąpić?
Rasiści i inni nienawistnicy są cierpliwi. Czekają na swój moment i uderzą, kiedy tylko nadarzy się okazja. Tego również uczy nas historia. Wszak nawet III Rzesza ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej rozpoczęła dopiero dziewięć lat po przejęciu władzy w Niemczech oraz trzy lata od wybuchu rozpętanej przez siebie ogólnoświatowej wojny, w samym jej środku. Tymczasem w Polsce weseli chłopcy Kukiza są dziś "zaledwie" w opozycji parlamentarnej. Mają jeszcze mnóstwo czasu, zanim zaczną zabijać tych, których nienawidzą najbardziej.
Czyli - między innymi - mnie.
Obecną sytuację w naszym kraju można w pewnym sensie porównać do Republiki Weimarskiej sprzed niespełna stu lat, kiedy wielu sfrustrowanych weteranów niedawno zakończonej pierwszej wojny światowej nie miało co ze sobą zrobić i, czując się wykorzystanymi oraz oszukanymi przez państwo a zdradzonymi przez społeczność międzynarodową, zaczęło spotykać się w piwiarniach, by zlewać pojedyncze żale i frustracje do wspólnego kielicha nienawiści. Tak rodziła się III Rzesza. Aż korci mnie, żeby w tym miejscu przypomnieć wszystkim niedawny zgorzelecki incydent, podczas którego nasz tutejszy weteran (!) iracko-afgański w ramach jakiejś kompletnie niekontrolowanej ochotniczej bojówki (!) pod bronią, w stroju pseudomundurowym oraz w towarzystwie owczarka niemieckiego (!) na smyczy całkowicie bezprawnie, na własną rękę oraz bez konsultacji z organami państwa "aresztował" (!) mężczyznę, którego podejrzewał o bycie nielegalnym imigrantem. Rzecz jasna niesłusznie. I dobrze, że tylko aresztował. Doceniam. Bo mógł zabić. ;>
Naprawdę Wam się to podoba?
Tak bardzo nie możecie doczekać się spirali wzajemnej nienawiści, w której rdzenni Europejczycy będą żądali głów zdrajców, natomiast prześladowana ludność muzułmańska chcąc nie chcąc uzna, że jej jedynymi stronnikami i obrońcami są ponurzy fanatycy z ISIS? Tak Wam tęskno do trzeciej wojny światowej? Poważnie??
Bo moim zdaniem należy zrobić wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby nienawiść i pogardę powstrzymać. Z obu (lub raczej wszystkich możliwych) stron. Jednak machina już ruszyła a moje zdanie się nie liczy. Ostatecznie jestem tylko islamskim pomiotem w ósmym pokoleniu.
Możecie powiedzieć, że taka domieszka znienawidzonej krwi jest zbyt wątła, aby opłacało się przepuszczać mnie przez uruchomione na nowo piece Auschwitz-Birkenau ale kto da mi chociaż promil gwarancji, że tym razem paranoja nie posunie się o wiele dalej, niż ostatnio? Przecież w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nauka poszła do przodu i pojawiły się nowe, niemal doskonałe metody precyzyjnego oddzielania ziarna od plew. ;>
Naziści musieli opierać się na świadectwach chrztu przodków do trzeciego pokolenia wstecz lub nawet na nieco komicznych dziś analizach stosunku nosa do łuków brwiowych czy kształtu płatków uszu; w XXI wieku wystarczyłby zaledwie włos, paznokieć albo patyczek, pośliniony przez delikwenta i już można badać DNA. Przed genotypem nie ma ucieczki.
[Swoją drogą... absolutnie nie dziwiłoby mnie, gdyby w konsekwencji realizacji tego czarnego scenariusza życie straciło wielu obecnych agresywnych przeciwników muzułmańskich imigrantów. W końcu naprawdę niewiele osób w tym kraju zna swoją rodzinę dalej, niż do trzeciego czy czwartego pokolenia, zatem łatwą do wyobrażenia staje się sytuacja, w wyniku której próbka śliny kogoś, kto dziś udostępnia teksty zachęcające do "agresji wobec ciapatych terrorystów" (kiepsko się czuję po napisaniu tego) postawiłaby tę osobę w jednym szeregu ze znienawidzonymi wyznawczami islamu. I żadne lajki na Fejsbuniu w niczym by jej lub jemu nie pomogły. Za to świeżo nabyta wiedza, po kim właściwie odziedziczyło się płaski nos, szerokie czoło i/lub ciężkie, opadające powieki - bezcenna! ;> ].
Na razie powoli zanurzamy się w bagnie ale wszystko wskazuje na to, że już wkrótce rozpętamy prawdziwe piekło. Rozum idzie spać, budzą się demony. A ja coraz mocniej boję się o jutro - swoje ale i Wasze. Przecież, w gruncie rzeczy, naprawdę Was lubię!
Podczas ostatniej rozmowy "na żywo" ze znaną wszystkim polskim perfumomaniakom osobą usłyszałam, że obecna sytuacja międzynarodowa zmierza prostym krokiem do wojny. Zgodziłam się, choć pewnie miałyśmy na myśli kwestie nieco odmienne. Zamiast o obrzydliwcach z ISIS, szturmujących Twierdzę Europa, pomyślałam raczej o kłębiącej się w nas, Europejczykach nienawiści i o murach, które między sobą stawiamy, niekiedy nieświadomie lub wbrew głosowi rozsądku.
O gniewie, który raz znalazłszy ujście, będzie zalewał świat coraz straszliwszymi falami.
O strachu, który popycha najlepszych ludzi do czynienia najobrzydliwszych potworności.
O pogardzie, która sprawia, że nawet najwrażliwsi ślepną.
I o Holocauście, który właśnie mi szykujecie. A może i sobie samym lub Waszym bliskim, kto wie?
Pewnie nie powinnam pisać o tym wszystkim w internecie. W końcu tylko czekać, aż zjawią się osoby już zainfekowane złem i zaczną mnie obrażać, pouczać tudzież wyśmiewać; zresztą bez świadomości, że po raz kolejny, nie drugi czy trzeci a pewnie i nie setny w dziejach świata powtarzają znany, wypróbowany schemat zaprzeczania rewolucji, dopóki ta się nie dokona.
A potem hulaj dusza, piekła nie ma! (Bo diabeł zląkł się człowieka).
Lecz może jednak nie będzie tak źle? Może zamiast trzeciej wojny światowej i eksterminacji na globalną skalę czeka nas "tylko" coś w rodzaju kolejnej wojny trzydziestoletniej? Ciągnąca się latami jatka każdego z każdym z powodu tysiąca mniej lub bardziej absurdalnych kwestii?
Dalej mrok, powszechny gniew, nienawiść, fanatyzm oraz cynizm, lecz tym razem na mniejszą skalę? Szczęśliwie bądź nie.
No cóż, chyba nie mamy innego wyjścia: zobaczymy. Bo że rozwiązanie rodzącej się właśnie sytuacji nastąpi jeszcze za naszego życia, tego jestem więcej, niż pewna. Przed nami mroczne czasy, Panowie i Panie. Możecie być tego pewni. Wbrew pozorom historia ludzkości toczy się wciąż tymi samymi koleinami i kto posiada odpowiednią wiedzę, bez trudu je rozpozna.
Jak już wspominałam, obawiałam publikować ten tekst. Może jednak jest właśnie na odwrót?
Może potrzebne są głosy sprzeciwu? Nawet tak ciche, jak offtopowy wpis na niszowym blogu hobbystycznym? Ostatecznie "lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach" i tak dalej. ;)
Miejmy więc nadzieję, że wszystko, co dzieje się obecnie jest tylko złym snem, z którego wkrótce się obudzimy. Miejmy ją. Przecież to ona umiera jako ostatnia.
Jaki tekst, takie i "optymistyczne zakończenie". ;)
___
Dziś noszę Rose Oud marki Yves Rocher, którego planowana recenzja stała się bezpośrednim bodźcem do napisania niniejszego wpisu.
P.S.
Ilustracja to kadr z Pięknej i Bestii autorstwa Walt Disney Studios a wypożyczyłam ją bezpośrednio STĄD.
wtorek, 16 lutego 2016
Spal karmel na oddziale
Kiedy kilka dni temu Maddie, autorka bloga See & Smell (pozdrawiam! :) ) na Instagramie zapytała mnie o wrażenia odnośnie najnowszych perfum marki Maison Francis Kurkdjian, Baccarat Rouge 540, odpowiedziałam: "tak się kończy, gdy salowa, pielęgniarka oddziałowa i stażysta usiłują zrobić karmel w miejscu i godzinach pracy". ;D
A był to czas, kiedy dopiero co poznawałam pachnidło. Jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo mam rację.
Perfumy, stworzone przez maestro K. we współpracy z marką Baccarat z okazji jej 250-lecia, po raz pierwszy ukazały się na rynku w roku 2014 jako kreacja limitowana, dostępna tylko dla klientów oraz partnerów słynnego twórcy kryształów. Teraz zaś, już w ramach autorskiej kolekcji Kurkdjiana - i jak chce Fragrantica, przy lekko zmienionym składzie - Baccarat Rouge 540 stało się dostępne szerokiej klienteli. W tym fanom olbrzymiego talentu francuskiego perfumiarza, których wśród olfaktorycznych estetów znaleźć przecież nietrudno. ;)
Oddajmy jeszcze na chwilę głos samemu twórcy:
"Pragnąłem stworzyć zapach odzwierciedlający jednocześnie przejrzystość i stałość materii. Kompozycję jasną i świetlistą. Chciałem także nadać jej nowoczesną i ponadczasową nazwę, graficzną i niosącą wiele znaczeń".
ŹRÓDŁO
...no to mu się udało. ;) Ponieważ czego, jak czego ale przejrzystości, stałości, światła i jasności akurat w omawianej kompozycji nie brakuje. Nawet i pewnego rodzaju nowoczesność wyraźnie w niej widać.
Toż to najprawdziwsza, abstrakcyjna i urokliwa perfumowa nisza w najlepszym tego słowa znaczeniu! Jestem oczarowana.
W podobnym szpitalu mogłabym chorować i chorować. ;)
Tak się składa, że na przekór spisom nut oraz deklaracjom marek kurkdjianowski Baccarat Rouge 540 na mojej skórze pachnie właśnie niczym innym, jak starym, zadbanym szpitalem, w którego murach w najlepsze trwa praca deserotwórcza. :D Pomiędzy szlachetną wonią ciemnych drewnianych mebli tudzież naturalistycznymi, żywiczno-metaliczno-chemicznymi oparami rodem z typowego szpitala, powoli i dumnie sunie sobie gęsta smuga cukrowej słodyczy, delikatnie ogrzanej szafranowymi nitkami oraz kuszącym iglastym ciepełkiem.
Tutaj Safran Nobile od Technique Indiscrète spotyka się z rozcieńczoną Fille en Aiguilles Lutensa przy błogosławieństwie pierwszego z kurkdjianowych Oudów a zgodnie z instrukcjami podanymi przez El Born marki Carner Barcelona. Plus lizol i spółka. Tak w dużym skrócie. ;)
Przemieszanie ostrych i ciemnych, lekko drażniących nut drzewno-żywicznych z czymś w rodzaju skrystalizowanej melasy w dyskretnej ramie z rozgrzewającego szafranu czy lekko słonej, bardzo naturalistycznej ambry dało właśnie nic innego, jak efekt cukierniczych szaleństw na jednym ze szpitalnych oddziałów. Cudowny dysonans, bardzo twórczy i rozwijający (wąchacza). Zdumiewa, zastanawia, skłania do intensywnego namysłu. Lub cytując klasyka: śmieszy, tumani, przestrasza, okazując się niezwykłą, inspirującą wonną opowieścią. :)
Nie byłabym sobą, gdyby podobna mieszanina nie oczarowała mnie bez reszty. Dlatego nie oczekujcie ode mnie chłodnej, zrównoważonej oceny Baccarat Rouge 540. Nie mogę nie czuć słabości do tego rozkosznego dziwaka, nie uśmiechać się na jego widok (lub raczej, hmmm... węch). Co to za życie, w którym nie spotyka nas nic nieoczekiwanego? ;)
Rok produkcji i nos: 2015, Francis Kurkdjian
Przeznaczenie: kompozycja uniseksualna, skomponowana przede wszystkim dla miłośników niszowej dziwności - albo śmiałej, nietuzinkowej słodyczy. Cechuje ją spokojna umiarkowana projekcja; zamiast tworzyć niemodne już, zamaszyste ślady BR540 woli skupiać się w gęstą, nieomal namacalną - ale przy tym zdecydowanie przyległą - aurę.
W związku z czym nadaje się na niemal wszystkie okazje, jakie tylko przyjdą Wam do głowy. Aczkolwiek osobiście rekomendowałabym zapach raczej na okazje nieformalne albo wieczorowo-nocne, bardziej klubowe aniżeli wymagające zaproszenia z dopiskiem "full dress". ;) Jednak jest to jedynie moje subiektywne odczucie.
Trwałość: znakomita, bo sięgająca do czternastu lub osiemnastu godzin projekcji oraz dalszych kilku szybkiego zamierania; bywa, że BR540 pokonuje nawet niezawodny duet wody i mydła. ;)
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz gourmand)
Skład:
[niemal całkowicie odmienny od tego, jak perfumy układają się na skórze; przynajmniej mojej]
Nuta głowy: szafran, jaśmin
Nuta serca: drewno ambrowe
Nuta bazy: akord szarej ambry, drewno cedrowe, balsam jodłowy
___
Dziś noszę Antidote marki Viktor & Rolf.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://concreteplayground.com/sydney/food-drink/food-2/n2-extreme-gelato-is-handing-out-free-batman-inspired-ice-cream/
2. http://www.au.timeout.com/sydney/restaurants/venues/7177/n2-extreme-gelato-newtown
Obie fotografie przedstawiają.... lody, wytwarzane w sieci australijskich concept stores N2 Extreme Gelato, łączących zwykłą lodziarnię z klimatem i metodami produkcji rodem z laboratorium chemicznego. ;) Tylko spójrzcie, na przykład TU.
Etykiety:
aromatyczne,
drzewne,
gourmand,
Maison Francis Kurkdjian,
perfumy
środa, 10 lutego 2016
Księżniczka na liściach tytoniu
Zapadam się w perfumy, jak w świeżo praną pościel, otulam nimi i jak księżniczka na ziarnku grochu opadam w ich tysiączne warstwy. Perfumy-poezja... ;)
Rok produkcji i nos: 2015, Marc-Antonio Corticchiato
Przeznaczenie: zapach typu uniseks dla wszystkich miłośników nut paprociowych w ogóle a tytoniowych w szczególe, bez różnicy płci, wieku ani preferowanej diety. ;P
Na pewno kompozycja odznacza się popularną współcześnie (ale i typową dla czystych perfum) bardzo umiarkowaną, dyskretną projekcją, z czasem jedynie słabnącą; można je wyczuć najwyżej z odległości kilku-, kilkunastu centymetrów; za to kiedy już ktoś znajdzie się w polu rażenia perfum, jest już stracony i zauroczony! ;) Słowo.
Trwałość: jak na ekstrakt przyzwoita, ponieważ oscylująca w okolicach pół doby nieśpiesznego rozwoju oraz dalszych kilku godzin dyskretnego zamierania.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna
Skład:
kocanka, tabaka, narcyz, nuty trawiaste, piżmo, miód
___
Dziś noszę... Przemysławkę marki Pollena-Lechia. ^^
Które to?
Tabac Tabou, najnowsze dzieło Parfum d'Empire.
Może i marka nie rozpieszcza perfumoholików zbyt częstymi premierami ale za niemal każde jej nowe pachnidło to staranne, dopracowane dzieło sztuki. Poza tym to chyba lepiej, że - w przeciwieństwie do tak wielu producentów, również niszowych i niezależnych - Marc-Antonio Corticchiato zdecydowanie stawia na jakość, zamiast na łatwiejszą (a na pewno korzystniejszą z finansowego punktu widzenia) ilość?
Choćby za to cześć mu i chwała! ;)
Lecz to tylko dygresja; wracajmy do naszego tytoniowego łoża.
Kocanki, wiosenne kwiaty i tytoń; schnąca w słońcu kumaryna oraz tabaka, kusząca załamaniami światła, w których ukrywa się organiczna, krystaliczna, gęsta ale nieprzedawkowana słodycz. Spory kawałek roku zamknięty we flakonie i schowany jako pocieszyciel na ponure, zimowe miesiące. Absolutnie rozkoszna, zmysłowa (acz niekoniecznie erotyczna) mikstura, w którą można zapaść się z błogim westchnieniem jak w satynową pościel.
Tak właśnie odbieram Tabac Tabou, kuszącą, skomplikowaną kompozycję: wielowarstwową ale sprawiającą wrażenie prostej. Od początku delikatnie uśmiechającą się do zgromadzonych wokół niej osób - bo Tabac Tabou posiada moc skupiania na sobie uwagi życzliwych, zaintrygowanych osób - melancholijnie wesołą delikatnych tchnieniem aromatycznego wonnego wiatru, przez nektarową woń kwitnących narcyzów o subtelnie zielonym, galbanowym wygłosie, przez narkotyczną moc suchych kocanki, kumaryny oraz miodu aż po głębokie opary mięsistej, aksamitnej tabaki, okalające olfaktoryczną pajęczynę od początku aż do jej zakończenia.
Marzenie, sen, złudzenie, najświetniejsza poezja i grafomania. ;) Tabac Tabou jest nimi wszystkimi. Pozornie prosta i niemal minimalistyczna, mieszanina w istocie zachwyca skomplikowaniem, precyzyjnym ułożeniem pieczołowicie dobranych i starannie wycyzelowanych elementów składowych. Najczystsze piękno, wynikające z prostoty.
Gdybym miała dla tych perfum znaleźć jakieś modne i nośne - a przy tym zmysłowe - porównanie, skojarzyłabym je z kuchnią śródziemnomorską. Wielką, sławną i ponadczasową przede wszystkim dzięki doskonałości prostych, kluczowych składników, z których słońce oraz kulinarna tradycja regionu potrafiły wydobyć absolutne maksimum smaku.
Mam wrażenie, że żaden Korsykanin nie powinien pogniewać się na podobne porównanie. :D
Tak właśnie odbieram Tabac Tabou, kuszącą, skomplikowaną kompozycję: wielowarstwową ale sprawiającą wrażenie prostej. Od początku delikatnie uśmiechającą się do zgromadzonych wokół niej osób - bo Tabac Tabou posiada moc skupiania na sobie uwagi życzliwych, zaintrygowanych osób - melancholijnie wesołą delikatnych tchnieniem aromatycznego wonnego wiatru, przez nektarową woń kwitnących narcyzów o subtelnie zielonym, galbanowym wygłosie, przez narkotyczną moc suchych kocanki, kumaryny oraz miodu aż po głębokie opary mięsistej, aksamitnej tabaki, okalające olfaktoryczną pajęczynę od początku aż do jej zakończenia.
Marzenie, sen, złudzenie, najświetniejsza poezja i grafomania. ;) Tabac Tabou jest nimi wszystkimi. Pozornie prosta i niemal minimalistyczna, mieszanina w istocie zachwyca skomplikowaniem, precyzyjnym ułożeniem pieczołowicie dobranych i starannie wycyzelowanych elementów składowych. Najczystsze piękno, wynikające z prostoty.
Gdybym miała dla tych perfum znaleźć jakieś modne i nośne - a przy tym zmysłowe - porównanie, skojarzyłabym je z kuchnią śródziemnomorską. Wielką, sławną i ponadczasową przede wszystkim dzięki doskonałości prostych, kluczowych składników, z których słońce oraz kulinarna tradycja regionu potrafiły wydobyć absolutne maksimum smaku.
Mam wrażenie, że żaden Korsykanin nie powinien pogniewać się na podobne porównanie. :D
Rok produkcji i nos: 2015, Marc-Antonio Corticchiato
Przeznaczenie: zapach typu uniseks dla wszystkich miłośników nut paprociowych w ogóle a tytoniowych w szczególe, bez różnicy płci, wieku ani preferowanej diety. ;P
Na pewno kompozycja odznacza się popularną współcześnie (ale i typową dla czystych perfum) bardzo umiarkowaną, dyskretną projekcją, z czasem jedynie słabnącą; można je wyczuć najwyżej z odległości kilku-, kilkunastu centymetrów; za to kiedy już ktoś znajdzie się w polu rażenia perfum, jest już stracony i zauroczony! ;) Słowo.
Trwałość: jak na ekstrakt przyzwoita, ponieważ oscylująca w okolicach pół doby nieśpiesznego rozwoju oraz dalszych kilku godzin dyskretnego zamierania.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna
Skład:
kocanka, tabaka, narcyz, nuty trawiaste, piżmo, miód
___
Dziś noszę... Przemysławkę marki Pollena-Lechia. ^^
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.greendustry.eu/?m=201506
Etykiety:
aromatyczne,
orientalne,
Parfum d'Empire,
perfumy
czwartek, 4 lutego 2016
W krainie kokosowej świeżości
Kto ma ochotę na najkrótszą recenzję w historii tego bloga? ;P
Jeżeli Wy, zapraszam na dosłownie kilka słów o Still Life in Rio, najnowszym dziecku Olfactive Studio, będącym - jak nietrudno zgadnąć - flankerem jednego z trzech pierwszych zapachów marki, sympatycznego Still Life.
Gotowi?
No to jazda!
Tak mógłby sobie pachnieć egzotyczny płyn do zmiękczania tkanin a nie perfumy!
Chociaż po namyśle stwierdzam, że tani kokosowy żel pod prysznic (lub szampon do włosów) też nie jest wykluczony. ;>
To wszystko.
Dziękuję za uwagę.
Rok produkcji i nos: 2016, Dora Baghriche
Dla kogo: w sam raz dla Perfekcyjnej pani domu oraz innych psychopatów. ;)
Po co: sama się zastanawiam. ;P
Ostatecznie, hmmm... twór nie jest nawet trochę wyraźny czy trwały, zaś sama kompozycja zapachowa jakiekolwiek związki z pierwszym Still Life przejawia wyłącznie na ubraniu lub papierku testowym ale nigdy na skórze. W związku z czym radzę zaopatrzyć się raczej w żel pod prysznic za około pięć złotych, efekt zapachowy będzie identyczny. :]
Trwałość: nie większa, niż dwu- lub trzygodzinna, z czego przez ponad połowę czasu SLIR wyczuwalne jest wyłącznie podczas pocierania nosem uperfumowanego fragmentu ciała.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża
Skład:
Nuta głowy: (podobno) juzu, (podobno) mięta, (podobno) cytryna, (podobno) mandarynka, (podobno) imbir
Nuta serca: (podobno) papryczki Scotch Bonnet, (podobno) czarny i różowy pieprz, woda kokosowa
Nuta bazy: (podobno) akord skórzany, (podobno) balsam kopaiwowy, (podobno) rum
___
Dziś noszę Néroli Blanc Eau de Parfum od Au Pays de la Fleur d'Oranger.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/77108378@N06/18433986601/ [Autorka: ~ lzee ~]
2. i 3. kolaże mojego autorstwa, wykonane ze znalezionych w Sieci grafik promocyjnych kokosowej chemii użytkowej. ;)
Etykiety:
aromatyczne,
Olfactive Studio,
perfumy,
świeże
piątek, 22 stycznia 2016
Ucz się od natury, lecz jej nie kopiuj
"Ja poprzez księgi dyskurs wiodę,
Z tysiącem mędrców lekcje miewam.
Gdym wolny – cieszę się ogrodem:
Tu – druhem każdy kwiat,
a przyjaciółmi – drzewa".
Kuen Shang Kwong
I jeszcze jeden cytat, tym razem z tekstu reklamowego, pisanego nudną prozą: "(...) pewnego razu odwiedził go [pewien dolnośląski ogród japoński, położony tuż przy granicy polsko-czeskiej - przyp. wzp] prezes jednej z japońskich firm, która właśnie budowała w Polsce fabrykę. Spieszył się bardzo na międzynarodową konferencję w Czechach ale jadąc w kierunku granicy zauważył nagle tablicę z informacją o japońskim ogrodzie. Polecił kierowcy skręcić.Wszedł do ogrodu, rozejrzał się i usiadł na jednym z kamieni. Po kilku chwilach wydał polecenie asystentowi: »Proszę odwołać moją wizytę w dniu dzisiejszym w Pradze. Chcę popatrzeć na ten ogród«. Potem zastygł w bezruchu. W ciszy i skupieniu. Do tego właśnie służą m. in. japońskie ogrody, które są symbolem jedności człowieka ze wszechświatem".*
Czy wszyscy obecni tu korpowyznawcy i inni karierowicze przeczytali poprzedni akapit ze zrozumieniem? ;P
Więc teraz zróbcie to jeszcze raz, dla lepszego zrozumienia. :>
Bez niego nigdy nie osiągnięcie pełnego sukcesu ani nie zostaniecie dyrektorami generalnymi Toshiby (lub innego znanego na całym świecie, miliardowego przedsiębiorstwa).
A jeżeli wciąż Wasz czas wydaje Wam się zbyt cenny na takie "marnotrawstwo" i nie chce Wam się szukać tego malutkiego ogródeczka w jakiejś zapewne zabitej dechami wiosce [co zresztą dowodziłoby, że wciąż kompletnie niczego nie załapaliście i krótko mówiąc: biada wam!], zawsze możecie odwiedzić Wrocław.:D Tu też mamy śliczny, harmonijny japoński ogród; co ciekawe: tchnący całkowitym spokojem nawet w pogodne niedzielne, letnie popołudnie, kiedy przewalają się przezeń tysiące odwiedzających. Co przecież samo w sobie jest niemałym sukcesem oraz zagadnieniem z pogranicza mistycyzmu i science fiction. ;)
Podejrzewam, że swoją siłę założony w początkach XX wieku a odrestaurowany w latach 1995-1997 pod kierownictwem architektów krajobrazu z Japonii (oraz pod patronatem japońskiej ambasady) Ogród Japoński we Wrocławiu czerpie z tego przedziwnego imperatywu, który każe mu odradzać się niczym feniks z popiołów, wciąż i wciąż na nowo. Skąd to wiem?
No cóż, żeby nie sięgać daleko: dosłownie kilka tygodni po zakończeniu prac nad rekonstrukcją miejsca i oddaniu go do użytku, Wrocław nawiedziła powódź tysiąclecia, która na trzy tygodnie pokryła wodą ogród i jego okolice (Park Szczytnicki, zoo...). Zniszczenia okazały się tak duże, iż niezbędna okazała się kolejna renowacja.
A jednak dziś ogród żyje! I zachwyca swoją doskonałą, harmonijną, przynoszącą ukojenie urodą. Otulony drzewami, opleciony wodą, przyozdobiony kamienną oraz drewnianą architekturą Ogród Japoński nie tylko przynosi jednoczesne wyzwanie i wytchnienie bodaj wszystkim ludzkim zmysłom, ze słuchem i powonieniem włącznie ale przede wszystkim stanowi znakomity przykład jedności Natury z tworzoną przez człowieka Kulturą. Dowód, że to, co najważniejsze, nigdy nie powinno być nam obce ale stale towarzyszyć każdemu naszemu działaniu.
Co jest ważne? Na to pytanie musicie już odpowiedzieć sobie sami. Małą podpowiedź znajdziecie we wstępie. ;)
Jeśli natomiast jakakolwiek wizyta w ogrodzie stanowi wyrzeczenie ponad Wasze siły i/lub możliwości, mogę polecić perfumy. Najlepiej japońskie w duchu i genach, skrywające w duszach cząstki charakterystycznych elementów dalekowschodniej wyspiarskiej zieleni. Delikatne, poetyczne, ciche. Sprawiające wrażenie drobnych, kompletnie niespektakularnych detali, z dystansu oraz w odpowiednim kontekście zachwycające jednak swoją doskonałą, łagodną siłą, absolutną harmonią przeciwieństw, zen.
Takie, jakie tworzy mieszkająca w Paryżu Japonka, Miya Shinma.
Pochodząca z jedenastego wieku reguła tworzenia założeń ogrodowych nakazuje ich twórcom uczyć się od natury a nie jedynie ją naśladować. Bo przecież człowiek o przyrodzie nie musi myśleć, jednocześnie myśląc wciąż; lub raczej myśli o niej nieprzerwanie, jednocześnie nie zwracając na nią szczególnej uwagi. Jesteśmy i nie jesteśmy jej częścią dokładnie w identycznych proporcjach.
Ostatecznie czyż Kultura nie wywodzi się w prostej linii od Natury? ;)
Jednym ze znakomitych przykładów tej wspaniałej, prostej ale też wymagającej filozofii jest dla mnie Tachibana, oda ku czci dzikiego kwiatu pomarańczy, mającego ponoć symbolizować niewinność oraz czystość; bardziej duszy aniżeli ciała. Prosta, elegancka oraz doskonała.
Klarowna jak woda, omywająca omszałe kamienie i unosząca na swojej powierzchni delikatne smugi kuszącej woni krzewów, schylających ku niej swoje ciężkie od kwiatów gałęzie. Subtelna oraz cienista. A jednocześnie z zdumiewający sposób zielona, daleka od tego, co zwykliśmy kojarzyć z zapachem kwiatów; w nowoczesny sposób paprociowa. Jej kwiaty są bowiem przejrzyste jak woda i wdzięczne, jak smukłe promienie majowego słońca a całość japońska twórczyni skontrastowała pikantnym i suchym ale przecież lekko szuwarowym akordem wetywerii (w której zresztą wyczuwam również coś cypriolowego), drażniącym ale w nieco innej aurze miękkim jak mech.
W bazie Tachibany pojawia się wreszcie pierwiastek zwierzęcy; lub raczej ludzki - oto nad wodą spokojną i wonną pojawia się człowiek; mężczyzna nieco oszołomiony, zmęczony, piżmowo spocony (jednak niekoniecznie po pracy fizycznej). Niech będzie, że naszym bohaterem stał się ów wspomniany w anegdocie biznesmen. Oddycha głęboko, ściąga krawat, odpina górny kołnierzyk koszuli, siada i - jest. Nic więcej. Patrzy. Chłonie. Powoli, nie całkiem świadomie, przechodząc od zwykłej gonitwy myśli ku medytacji.
Tu i teraz.
Nie trzeba mu nic więcej, jak tego ogrodu i tej ciszy, szumiącego wiatru, szemrzącego strumyka, woni pięknych oraz naturalistycznych, widoku pozornie zwyczajnego a przecież w swojej prostocie doskonałego. Przyrody oraz własnego umysłu, na jakiś czas zespolonych w nierozerwalną całość.
Taka właśnie jest Tachibana.
A Tsubaki? Co do powiedzenia może mieć różowa kamelia, kwiat mnie osobiście kojarzący się ze starymi chińskimi baśniami, którymi zaczytywałam się jako dziecko?
Kwiat delikatny ale otoczony mocnymi, mięsistymi, chwilami nawet miękko-wełnianymi akordami przyprawowo-drzewnymi przywodzi mi na myśl jesień w ogrodzie japońskim. I ciszę. Wciąż przejmującą i kojącą ale już inną; bardziej nostalgiczną, chłodniejszą, melancholijną. Początkowe musowanie intensywnie różowych, fuksjowo-karmazynowych kwiatów o aksamitnych płatkach i miodowym nektarze nie wiedzieć kiedy ogrzewa szafranowy płomień, złocistoczerwony ognik, po którym zostaje drzewny, srebrzystomatowy popiół z lekko lizolowego oudu oraz ziemistych nut paczulowo-żywicznych.
W Tsubaki miejsce medytującego biznesmena zajmuje kobieta, z którą ten jest związany: żona, córka a może kochanka, trudno powiedzieć. Drobna, szczuplutka Japonka w nienagannie uszytym kostiumie od Chanel, z pojedynczym sznurkiem pereł na szyi idzie bez pośpiechu wijącą się, wąską ścieżką pomiędzy układającymi się do zimowego snu roślinami a obcasy jej tworzonych na specjalne zamówienie u najlepszego mediolańskiego szewca czółenek miarowo lecz głucho stukają o brukowe kamienie. W ten sposób kobieta dociera nad chłodne jezioro o stalowej w tym roku barwie. Przystaje na chwilę, obejmując się ramionami a wiatr nawiewa jej na twarz długie i proste czarne włosy. Kiedy odgarnia je wystudiowanym ruchem ręki zauważamy, jak smutne są jej oczy.
I już wiemy, że kobieta - choć tak jak mężczyzna przyszła do ogrodu szukać spokoju i ukojenia - nie zamierza oddawać się medytacji. Z jakiegoś powodu absolutnie nie może sobie na nią pozwolić. Pewnie dlatego po krótkiej chwili odwraca się na pięcie i odchodzi, równie powoli i chicho, jak przyszła. Tego dnia czeka ją jeszcze kilka zdarzeń do przeżycia i smutku do doświadczenia.
Tsubaki, choć równie piękne i wciągające, angażujące zmysłowo i intelektualnie jak Tachbana, jest odeń znacznie bardziej smutne. Tak bardzo, że aż boję się go dotykać w obawie, by nie zniszczyć równowagi, wątlej niczym późnolistopadowe słońce.
Rok produkcji i nos: 2015, Miya Shinma
Przeznaczenie: idealnie wypośrodkowany uniseks [proszę nie przejmować się mężczyzną z tekstu; to tylko symbol] o przyjaznej światu projekcji, dyskretnej choć wyraźnej tuż przy skórze. Na okazje, pory dnia i roku, jakie tylko dla niego zaplanujecie. :) Tachibana to dzieło całkowicie uniwersalne.
Trwałość: w granicach pięciu do siedmiu godzin zrównoważonej, umiarkowanej emanacji oraz dalszych parę stopniowego zaniku.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa
Skład:
Nuta głowy: yuzu, czyli japońska cytryna
Nuta serca: kwiat dzikiej pomarańczy
Nuta bazy: wetyweria
Rok produkcji i nos: 2015, Miya Shinma
Przeznaczenie: również uniseks, aczkolwiek uczciwie przyznaję, że nie sprawdzałam, jak ów lekko musujący, ciepły przyjemniaczek sprawdziłby się na męskiej skórze (jednak tragedii nie przewiduję). :D Na pewno perfumy są równie spokojne, co poprzedni przypadek, żywe wyłącznie dzięki grze kwiatów z szafranem i nutami drzewnymi ale nie same z siebie.
Na okazje raczej oficjalne i dzienne, chociaż Wy pewnie znaleźlibyście jeszcze ze sto równie trafnych okoliczności dla Tsubaki. :) Poszukajcie ich więc osobiście!
Trwałość: nieco lepsza, jak w przypadku Tachibany, bo około dziesięciogodzinna, włącznie z krótkim i raczej gwałtownym procesem zamierania.
Grupa olfaktoryczna: szyprowa
Skład:
Nuta głowy: szafran
Nuta serca: kamelia japońska, jaśmin
Nuta bazy: oud, paczuli
___
Dziś noszę La Toskę z xerjoffowskiej serii Casamorati.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.daily-hdr.com/bridge-in-the-japanese-garden-wroclaw/ [Autor: Nico Trinkhaus]
2. i 4. http://wroclaw24.com.pl/kultura/co-warto-zwiedzic/ogrod-japonski-we-wroclawiu/
3. https://www.flickr.com/photos/klearchos/3756387078/ [Autor: Klearchos Kapoutsis]
* Cytat za: Teresa Kokocińska, Zenon Żyburtowicz, Z dala od drogi... Ponad 50 niezwykłych miejsc na wymarzony wypoczynek, wyd. Świat Książki, Warszawa 2008, s. 293.
Którą to lekturę polecam, jeżeli chcecie obejrzeć urokliwe fotografie oraz poznać parę magicznych miejsc w naszym kraju. Z drugiej jednak strony nie polecam czytać tekstu na trzeźwo; aż roi się w nim od błędów a jego styl często jest wprost makabryczny (np. nie mogłam się powstrzymać i z krótkiego cytatu usunęłam dwa nadprogramowe przecinki; a to jeszcze nic). ;P
Etykiety:
aromatyczne,
kwiatowe,
Miya Shinma,
perfumy,
szyprowe
Subskrybuj:
Posty (Atom)




























