Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maison Francis Kurkdjian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maison Francis Kurkdjian. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 lutego 2016

Spal karmel na oddziale


Kiedy kilka dni temu Maddie, autorka bloga See & Smell (pozdrawiam! :) ) na Instagramie zapytała mnie o wrażenia odnośnie najnowszych perfum marki Maison Francis Kurkdjian, Baccarat Rouge 540, odpowiedziałam: "tak się kończy, gdy salowa, pielęgniarka oddziałowa i stażysta usiłują zrobić karmel w miejscu i godzinach pracy". ;D
A był to czas, kiedy dopiero co poznawałam pachnidło. Jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo mam rację.

Perfumy, stworzone przez maestro K. we współpracy z marką Baccarat z okazji jej 250-lecia, po raz pierwszy ukazały się na rynku w roku 2014 jako kreacja limitowana, dostępna tylko dla klientów oraz partnerów słynnego twórcy kryształów. Teraz zaś, już w ramach autorskiej kolekcji Kurkdjiana - i jak chce Fragrantica, przy lekko zmienionym składzie - Baccarat Rouge 540 stało się dostępne szerokiej klienteli. W tym fanom olbrzymiego talentu francuskiego perfumiarza, których wśród olfaktorycznych estetów znaleźć przecież nietrudno. ;)

Oddajmy jeszcze na chwilę głos samemu twórcy:
"Pragnąłem stworzyć zapach odzwierciedlający jednocześnie przejrzystość i stałość materii. Kompozycję jasną i świetlistą. Chciałem także nadać jej nowoczesną i ponadczasową nazwę, graficzną i niosącą wiele znaczeń".
ŹRÓDŁO

...no to mu się udało. ;) Ponieważ czego, jak czego ale przejrzystości, stałości, światła i jasności akurat w omawianej kompozycji nie brakuje. Nawet i pewnego rodzaju nowoczesność wyraźnie w niej widać.
Toż to najprawdziwsza, abstrakcyjna i urokliwa perfumowa nisza w najlepszym tego słowa znaczeniu! Jestem oczarowana.


W podobnym szpitalu mogłabym chorować i chorować. ;)

Tak się składa, że na przekór spisom nut oraz deklaracjom marek kurkdjianowski Baccarat Rouge 540 na mojej skórze pachnie właśnie niczym innym, jak starym, zadbanym szpitalem, w którego murach w najlepsze trwa praca deserotwórcza. :D Pomiędzy szlachetną wonią ciemnych drewnianych mebli tudzież naturalistycznymi, żywiczno-metaliczno-chemicznymi oparami rodem z typowego szpitala, powoli i dumnie sunie sobie gęsta smuga cukrowej słodyczy, delikatnie ogrzanej szafranowymi nitkami oraz kuszącym iglastym ciepełkiem.

Tutaj Safran Nobile od Technique Indiscrète spotyka się z rozcieńczoną Fille en Aiguilles Lutensa przy błogosławieństwie pierwszego z kurkdjianowych Oudów a zgodnie z instrukcjami podanymi przez El Born marki Carner Barcelona. Plus lizol i spółka. Tak w dużym skrócie. ;)
Przemieszanie ostrych i ciemnych, lekko drażniących nut drzewno-żywicznych z  czymś w rodzaju skrystalizowanej melasy w dyskretnej ramie z rozgrzewającego szafranu czy lekko słonej, bardzo naturalistycznej ambry dało właśnie nic innego, jak efekt cukierniczych szaleństw na jednym ze szpitalnych oddziałów. Cudowny dysonans, bardzo twórczy i rozwijający (wąchacza). Zdumiewa, zastanawia, skłania do intensywnego namysłu. Lub cytując klasyka: śmieszy, tumani, przestrasza, okazując się niezwykłą, inspirującą wonną opowieścią. :)

Nie byłabym sobą, gdyby podobna mieszanina nie oczarowała mnie bez reszty. Dlatego nie oczekujcie ode mnie chłodnej, zrównoważonej oceny Baccarat Rouge 540. Nie mogę nie czuć słabości do tego rozkosznego dziwaka, nie uśmiechać się na jego widok (lub raczej, hmmm... węch). Co to za życie, w którym nie spotyka nas nic nieoczekiwanego? ;)



Rok produkcji i nos: 2015, Francis Kurkdjian

Przeznaczenie: kompozycja uniseksualna, skomponowana przede wszystkim dla miłośników niszowej dziwności - albo śmiałej, nietuzinkowej słodyczy. Cechuje ją spokojna umiarkowana projekcja; zamiast tworzyć niemodne już, zamaszyste ślady BR540 woli skupiać się w gęstą, nieomal namacalną - ale przy tym zdecydowanie przyległą - aurę.
W związku z czym nadaje się na niemal wszystkie okazje, jakie tylko przyjdą Wam do głowy. Aczkolwiek osobiście rekomendowałabym zapach raczej na okazje nieformalne albo wieczorowo-nocne, bardziej klubowe aniżeli wymagające zaproszenia z dopiskiem "full dress". ;) Jednak jest to jedynie moje subiektywne odczucie.

Trwałość: znakomita, bo sięgająca do czternastu lub osiemnastu godzin projekcji oraz dalszych kilku szybkiego zamierania; bywa, że BR540 pokonuje nawet niezawodny duet wody i mydła. ;)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz gourmand)

Skład:
[niemal całkowicie odmienny od tego, jak perfumy układają się na skórze; przynajmniej mojej]

Nuta głowy: szafran, jaśmin
Nuta serca: drewno ambrowe
Nuta bazy: akord szarej ambry, drewno cedrowe, balsam jodłowy
___
Dziś noszę Antidote marki Viktor & Rolf.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://concreteplayground.com/sydney/food-drink/food-2/n2-extreme-gelato-is-handing-out-free-batman-inspired-ice-cream/
2. http://www.au.timeout.com/sydney/restaurants/venues/7177/n2-extreme-gelato-newtown
Obie fotografie przedstawiają.... lody, wytwarzane w sieci australijskich concept stores N2 Extreme Gelato, łączących zwykłą lodziarnię z klimatem i metodami produkcji rodem z laboratorium chemicznego. ;) Tylko spójrzcie, na przykład TU.

piątek, 28 sierpnia 2015

Glamorous bohemian scent

Jak donoszą lepiej zorientowani, modowe trendy zbliżającej się jesieni zapowiadają się nad wyraz obiecująco: przytulna szkocka krata, miękkie szarości, kokardy pod szyją, bardzo w stylu vintage, spódnicospodnie, odcienie fioletu i purpury oraz - przede wszystkim - boho we wszystkich możliwych wcieleniach, z których mnie interesuje szczególnie połączenie hipisowsko-etnicznej kreatywności z kobiecym stylem glamour. Twórczy, nieco szalony luz, dziewczyńskie błyski i załamania światła, etniczne wzory i dodatki na szlachetnych tkaninach o najwyższej jakości; mnie tam do szczęścia więcej nie trzeba! ;)


Co jednak, gdyby połączyć ów "glamorous bohemian trend" ze wspomnianymi oczko wcześniej fioletami oraz purpurą...?
Wtedy otrzymalibyśmy Oud Satin Mood, najnowsze pachnidło marki Maison Francis Kurkdjian a przy okazji fantastyczny przykład wymienionego stylu. :D Jednocześnie pomysłowy, luzacki i luksusowy, komfortowy oraz przytulny ale niepozostawiający nawet cienia wątpliwości co do swojego oficjalnego charakteru. Oj, trafiła mi do serca ta kompozycja! :)

Dosłownie pierwsze sekundy jej pobytu na skórze to połączenie do bólu klasyczne, bo róża na oudowej podstawie, brutalnie zmiażdżony czerwony pąk w otoczeniu suchych, dymno-metalicznych nut drzewnych z ledwie zauważalnym cieniem oudowego lizolu w tle. Co jest piękne, jednak absolutnie nie wyjątkowe. Naprawdę ciekawie zaczyna robić się dopiero później, po tych kilku czy kilkunastu sekundach.
Wtedy oud  zyskuje na drzewnej wytrawności i aż zaczyna skrzyć, zachowując się niczym suchy i ciepły, zaczarowany mech a róża wycofuje się w cień, ustępując miejsca czarownemu, pyłkowemu i drzewno-słodkiemu fiołkowi. Wyobraźcie sobie, proszę, ocienione tym fantastycznym, mieniącym się, baśniowym oudowym mchem pierwsze Féminité du Bois, jeszcze od Shiseido, dzwonowe Bois Oriental Lutensa, może też Insolence od Guerlain czy - jeżeli znacie - Silk Noir od Kat Burki. Taki właśnie fiołek mieszka w Oud Satin Mood, nadając ton całej kompozycji, od pierwszych chwil na skórze aż po najgłębszą bazę.

Paradoksalnie rozdaje karty nawet wtedy, kiedy jest już zbyt słaby, aby wciąż stanowić najwyraźniejszy punkt całej kompozycji. Gdy cichnie powoli, na jego miejsce znów wraca róża tym razem traktowana już mniej brutalnie, zatrzymana gdzieś pomiędzy powidokiem pachnącego upojnie różanego ogrodu a potpourri. Towarzyszy jej ciepła słodycz wanilii, z którymi to akordami łączy się nasz fioletowy przyjaciel i nadając całości kolorytu przytulnego, błogiego ale też zmuszającego do zachowania podwyższonej ostrożności, pochłaniającego światło ale i transparentnego jednocześnie. Tymczasem ja, moi Drodzy, uwielbiam przecież wszelkie perfumowe oksymorony! :)
Co ciekawe, gdzieś na skraju bazy Oud Satin Mood zaczyna układać się na mojej skórze w aromat luksusowej pomadki do ust! I choć nigdy nie byłam fanką perfumowych interpretacji tego akordu (wystarczy wspomnieć nieszczęsną Lipstick Rose), tym razem wyjątkowo przypadł mi do gustu. :) Jest zbyt śmiały, kobiecy i głęboki, jednocześnie wyraźny oraz dosłowny ale nie nachalny, żebym mogła przejść obok niego obojętnie. Z czasem w mieszaninie pojawia się coraz więcej niejadalnej słodyczy oraz suchych, cienistych drzewnych drzazg, opadających bez pośpiechu na schnące kwiatowe olejki a całość zaczyna przypominać coś pomiędzy pierzastym, fioletowo-fuksjowo-szarym dymem a zastygającymi w skorupkę drobnymi, kruchymi kryształkami o podobnej gamie kolorystycznej. ;)

Oud Satin Mood to marzenie. A może nawet sen...? Nie wypowiedziane do końca, zatrzymane w pół słowa a jednak skończenie piękne i absolutnie doskonałe rojenie o pewnym typie kobiecości, elegancji czy nawet stanie umysłu. Rodzaj zwiewnej ale ciepłej kreacji; co ciekawe, na mojej skórze dużo bardziej jedwabnej i kaszmirowej, niż Oud Silk Mood i Oud Cashmere Mood swego czasu [chociaż satyna również jest całkiem trafnym skojarzeniem. ;) ]. Mam wrażenie, że do moich ciepłych, mięciutkich, eleganckich jesiennych szali perfumowych, w tym roku dołączy jeszcze jeden. ;)


Rok produkcji i nos: 2015, Francis Kurkdjian

Przeznaczenie: pachnidło skierowane do przedstawicieli wszystkich płci, jednak z wymienionych wyżej względów nie sądzę, żeby swobodnie czuli się w nim mężczyźni niepewni swojej męskości. ;P
Naprawdę uważam, iż ten ciepły, głęboki i zamaszysty zapach wyjątkowo zgrywa się z (przynajmniej niektórymi) kobiecymi tożsamościami, opisuje je, dopełnia albo nawet podkolorowuje w razie potrzeby. ;) Do tego świetnie nada się na wszelkie okazje oficjalne, zarówno wieczorem i w nocy,  jak i za dnia; tylko uważajcie, żeby w ostatnim przypadku nie przesadzić z dawkowaniem, bo OSM* w pierwszych fazach moc miewa iście diabelską. :> A i później do ułomków nie należy, chociaż promieniuje na nasze najbliższe otoczenie jako intensywna i ruchliwa, raczej wąska aura.

Trwałość: blisko doba wyraźnego trwania na skórze, rzecz jasna stopniowo słabnącego

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna (i aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: fiołek
Nuta serca: róża bułgarska i turecka, oud laotański
Nuta bazy: wanilia, akord ambrowy, benzoes
___
Dziś noszę Méchant Loup od l'Artisan Parfumeur.

P.S.
Pierwsza ilustracja to kolaż mojego autorstwa, sklejony z fotografii wykonanych podczas Mediolańskiego Tygodnia Mody a prezentujących kolekcje jesienne na rok 2015 takich oto domów mody: Alberta Ferretti, Aigner oraz Etro.

* Nie mylić z Okręgową Spółdzielnią Mleczarską. ;P

wtorek, 24 marca 2015

Róże nieświętego Franciszka*

Nie znam człowieka ale założyłam że, podobnie jak większość ludzkości, Francis Kurkdjian do świętych zdecydowanie nie należy. Dla nas to jednak świetna wiadomość, bo gdyby był osobą nieskazitelną i bezgrzeszną - a więc też bez charakteru i emocji - to czy potrafiłby tworzyć tak piękne, poruszające dzieła? Przypuszczam, że wątpię. :)

Jednak wielkość i talent to jedno, natomiast moje osobiste preferencje to już zupełnie inna kwestia. Tak się bowiem składa, że swoich ulubieńców z autorskiej kolekcji pachnideł Kurkdjiana mogłabym policzyć na palcach jednej ręki: Absolue pour le Soir, Lumière Noire pour Homme, Oud a niedawno do grona wybrańców dołączyła jeszcze À la Rose. Kolejne Oudy Moody a także Amyris Femme również wspominam bardzo przyjemnie, jednak żadna z mieszanek nie zdołała mnie zachwycić; resztę natomiast potrafię "tylko" docenić.
W każdym razie zestawienie wiedźmich ulubieńców z asortymentu MFK zawiera w sobie aż dwa pachnidła różane i to właśnie nimi chciałabym się dzisiaj zająć. :)

Na początek świeżynka...


Tak pachnie wiosna! :D
Może niekoniecznie polska, ponieważ u nas na przełomie marca i kwietnia kwitnących na świeżym powietrzu róż raczej się nie uświadczy, jednak w À la Rose ukrywa się całe mnóstwo iście wiosennej lekkości, młodości, energii oraz delikatności. To pachnidło bezpretensjonalne i, wbrew reklamie marki, wcale nie aż tak bardzo różowe. ;)
Chyba, że różowość potraktujemy jako synonim różaności - wtedy owszem, omawiane perfumy różowe będą wściekle.Oświetlone intensywnym chociaż miękkim światłem cytrusów, później jaśniejące pięknem młodych, niedawno otwartych kwiatów, czerpiących soki z rozłożystego różanego krzewu a następnie stopniowo osuwające się w lekko konfiturowe akordy o lekko piwoniowym brzmieniu ale nigdy nie przekraczające progu deserowości. Przeszkadza im w tym gładki, jasny i delikatny cedr, otoczony molekułami białych piżm w wydaniu drzewno-pyłkowo-kwiatowym (trochę jak w uroczym Narciso Narciso Rodrigueza).

Bez ani jednego pudła! À la Rose zręcznie wymija rafy banału i przewidywalności w sposób udanie sugerujący jej obycie oraz klasę, jednocześnie cały czas pozostając pachnidłem pełnym wdzięku, prostoty i zwyczajnej "ludziowości".
Brzmi to strasznie wydumanie ale w gruncie rzeczy sprowadza się do prostego przekazu: ludzie, noście À la Rose! ;)


Natomiast drugi z opisywanych dziś gagatków, Lumière Noire pour Homme, mimo nazwy sugerującej raczej mało poetycki kontekst, dla mnie jest przede wszystkim różą gęstą i ciemną ale zdecydowanie marzycielską, niegroźną; tyle tylko, że kaprysem perfumiarza zmuszoną do współpracy z nietypowym olfaktorycznym otoczeniem. Bo też i co nieprzyjemnego może kryć się w widmie światła ciemnego, w ultrafiolecie pozostawiającym na ludzkiej skórze fluorescencyjnobłękitne ślady?

Wyobraźcie sobie zatem, że takie na właśnie światło - w mojej głowie pachnące trochę opiłkami metalu, trochę ludzkim potem a trochę roślinną goryczą - dociekliwy alchemik równomiernie nakłada gęsty, intensywny film z różanego olejku. :) A następnie obserwuje, jak poszczególne akordy łączą się ze sobą, nieoczekiwanie wygrywając przedziwne, światłocieniowe nuty. Po pewnym czasie nie sposób już ustalić, co w tym inteligentnym, bo dokładnie zaplanowanym i udanie zasugerowanym, galimatiasie jest różą, co gęstymi, burymi, rozgrzewającymi przyprawami, co poszarpaną, gorzką rysą piołunu a co ciepłym i ziemistym paczuli.

Lumière Noire pour Homme to kompozycja pełnymi garściami czerpiąca z tradycji wytrawnych, ciepłych ale niekoniecznie orientalnych woni różanych, której jednak naprawdę trudno zarzucić jakąkolwiek wtórność. I słusznie, ponieważ nie jest to mieszanina historyzująca ani nie nowoczesna, nie kanciasta ale i nie okrągła, nie glamourowa ale nie industrialna ani nie klasycznie elegancka, nie oficjalna ani nie swobodna... A może jednocześnie taka i taka? Zaczynam już gubić się we własnych rozmyślaniach. ;)
Na pewno zaś jest głęboka, zasycona, bardzo niedosłowna oraz przyjemna. Fascynująca. Wciągająca w ciebie jak... jak ciemne, pachnące różami, balsamiczne ruchome piaski. Coś takiego.

Konkludując: ludzie, noście À la Rose ale Lumière Noire pour Homme zostawcie mnie! ;D



À la Rose

Rok produkcji i nos: 2014,  Francis Kurkdjian
[Poza Japonią dostępna od roku 2015].

Przeznaczenie: perfumy stworzone dla kobiet; o projekcji, po której trudno spodziewać się wielokilometrowych śladów ale za to utrzymującej się bezpośrednio na ludzkiej skórze w sposób tak stabilny, że z czasem mieszanka zaczyna wręcz sprawiać wrażenie kruchej, krystalicznej skorupki (jak z cukru albo soli). W związku z czym kompozycja idealnie pasuje do wszystkich okazji formalnych, jakie tylko możecie sobie wyobrazić. :) Choć oczywiście przy nieformalnych sprawuje się równie przyjemnie.

Trwałość: słaby punkt [lub raczej moja skóra jak zwykle niezbyt przepada za delikatnymi woniami], ponieważ nie dłuższa, niż pięciogodzinna.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa

Skład:

pomarańcza, bergamotka, fiołek, róża damasceńska, róża stulistna, magnolia, drewno cedrowe, piżmo


Lumière Noire pour Homme

Rok produkcji i nos: 2009, Francis Kurkdjian

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach ale, jak widać, świetnie układający się również na kobiecej skórze. :) Wyrazisty i głęboki, chociaż niezbyt agresywny; w początkowych fazach wiruje wokół ludzkiej sylwetki jako gęsta, zamaszysta aura, z czasem stopniowo cichnie i przybliża się do niej. Przez wiele godzin LMpH jest wyraźny najwyżej trzy centymetry ponad skórą, co czyni je perfumami idealnymi, ponieważ wyczuwalnymi przede wszystkim dla najbliższego otoczenia szczęśliwego użytkownika (bądź szczęśliwej użytkowniczki :) ).
Na dosłownie wszystkie okazje, pory dnia oraz roku.

Trwałość: w zależności od temperatury powietrza jakieś siedem do czternastu godzin wyraźnego życia oraz dalszych kilka stopniowego, cichutkiego zamierania

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-przyprawowa (i aromatyczna)

Skład:

róża, kmin rzymski, cynamon, bylica, paczuli

___
Dziś noszę Ylang Ylang Nosy Be od Perris Monte Carlo.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą STĄD i przedstawiają maleńki wycinek cudowności, które w swojej Floret Flower Farm tworzą Amerykanie, Erin i Chris Benzakeinowie wraz z pracownikami. Jeśli chodzi o mnie, jestem oczarowana ich umiejętnościami! :) Florystycznymi ale i fotograficznymi, ponieważ autorem obu zdjęć jest właśnie Chris Benzakein.

* Niezbyt lotne nawiązanie do Kwiatków św. Franciszka, które wymyśliłam dziś podczas podróży niemal całkowicie pustym pociągiem i związanej z tym głupawki. ^^

piątek, 28 grudnia 2012

Przymiarki do sprzątania magazynu

Magazynu próbek, odlewek, miniaturek i innego pachnącego drobiazgu. Tyle tego, że hoho - a opisywać nie ma komu. ;)

Amouage, Lyric Woman

Róża, taka niezbyt duża. Choć i nie mała. :)
Za to na pewno bardzo kobieca. Głęboka, z początku balsamiczno-przyprawowa, bogata, z czasem coraz bardziej zaczyna przypominać pudrowe różane konfitury. Bardzo dobrej jakości, starannie złożone, o ciekawej, satynowej fakturze i dobrze wyczuwalnym śledzie - ale jednak konfitury. Lub woda różana z odrobiną przypraw, delikatnie różowa. Gładka, ciepła. Ale nudna.
W mojej opinii zbyt zachowawcza, za bardzo europejska. Chociaż ładna.

Skład:
bergamotka, kardamon, cynamon, imbir, geranium, ylang-ylang, jaśmin, róża, kłącze irysa, arcydzięgiel, wetyweria, paczuli, piżmo, mech dębowy, drewno sandałowe, inne nuty drzewne, wanilia, bób tonka, kadzidło


Christian Dior, Eau Sauvage Fraîcheur Cuir

Delikatniejsza wersja Diorowego klasyka to najbardziej proste wyjaśnienie. Rzecz jasna prawdziwe, jednak ES Fraîcheur Cuir jest czymś więcej. Przede wszystkim - pachnidłem bardziej prostym, niemal ascetycznym. Będącym interpretacją skóry szorstkiej ale nowoczesnej. lekko drzewne oraz złociste, dosyć suche. Z czasem wytawnieje, promując skórzano-ambrowe akordy.
Bliskie ciału... a może po prostu lepiej testować pachnidło latem? ;)
Bardzo dobre, stworzone z szacunkiem dla tradycji pierwowzoru.

Skład:
cytryna, drewno cedrowe, skóra, ambra


Kilian, Rose Oud

Rozczarowanie. Pachnidło, które początkowo wydaje się być zbudowane na idealnej równowadze między akordami tytułowymi, w miarę upływu czasu przeistacza się w słodkawą, pozbawioną charakteru pulpę, by finalnie skisnąć otoczeniu burego paczulowego pudru (dosyć dziwnego), tłamszącego oud oraz psującego różę.
Mogło być o wiele lepiej.

Skład:
drewno gwajakowe, szafran, tynktura różana, oud


Maison Francis Kurkdjian, Cologne Pour le Soir

Kredytów nie udziela się, Rabat jest stolicą Maroka a "woda kolońska na wieczór" to oksymoron. :D I nic innego. Tak uważam.
Nie ma czegoś takiego, jak cytruskowe orzeźwienie dobre na wieczór, przynajmniej w naszym klimacie. Może w rejonach na południe od Kurkdjiana, gdzie latem temperatura bez kłopotów przekracza czterdzieści stopni Celsjusza, ale nie u nas!
Dlatego choć potrafię docenić kompozycję lekką, pudrowo-słodką, ułożoną wokół akcentów melasy (raczej nie miodu, deklarowanego w spisach nut) oraz róży, z towarzyszeniem ciepłych żywic, jako żywo nie widzę powodu, by toto nazywać "cologne". Nie rozumiem tego.
I dlatego zamierzam bojkotować pachnidło. Kto mi zabroni? ;]
Kadzidła nie stwierdza się.

Skład:
benzoes, biały miód, róża, kadzidło


Rasasi, Esraa

Nazwę pachnidło ma obłędną, przyznajcie. :)
A do tego jest naprawdę porządne, przyjemne. Idealnie pasujące do profilu marki. Złożone koncertowo, w odpowiedni sposób balansujące między łagodnym bogactwem nut "europejsko orientalnych" a ciężką, wytrawną, nieco gorzką i zwierzęcą egzotyką.
Z początku dominują akordy lekko paliwowe, fiołkowo-drzewno-przyprawowe, które w miarę upływu czasu stają się bardziej słodkie; delikatnie przypudrowane, uniseksowe z przechyłem w stronę stereotypowo kobiecą. W finale zaś pojawia się sandałowiec ostry i tak dosłowny, że aż gorzki, tłusty, chwilami subtelny jak Sensuous kiedy indziej skoligacony z piżmowym orientalnym brutalizmem.
Dynamiczne, wyraźnie zmieniające się w czasie, efektowne.
Esraa to kawał dobrej perfumiarskiej roboty.

Skład:
bergamotka, ylang-ylang, szafran, drewno cedrowe, ambra, irys, balsam gurjum, nasiona piżmianu, drewno sandałowe
___
Dziś noszę Kaféïne marki L'Atelier Bohème.

czwartek, 2 sierpnia 2012

O cytrusach inaczej

Nic nie zapowiada, by lato w najbliższym czasie miało sobie pójść. Buuu!
Może zatem warto przestać boczyć się na rzeczywistość i zainteresować pachnidłami, które spora część społeczeństwa z najgorętszą porą roku kojarzy? :) Choć z oczywistych względów większość cytrusowo-ozonowych świeżaków odpada; nie chcę umierać w konwulsjach gdzieś pod biurkiem. ;)

Zainteresowały mnie dwa pachnidła, oba z "cologne" w nazwie.


Do pierwszego z nich, Tauerowego Cologne du Maghreb, zabierałam się jak pies do jeża. Cologne odstraszało, jednak z drugiej strony du Maghreb kusiło, podobnie jak nazwisko twórcy. Skoro więc bilans wyszedł dodatni, postanowiłam przestać się ze sobą certolić i przetestować wreszcie perfumy. :)

W pierwszej chwili uderzyła mnie silna, rozgrzana jakimś wewnętrznym światłem mieszanka wielu, naprawdę wielu gatunków cytrusów. Pomarańcze, cytryny, mandarynki, bergamotki, klementynki, grejpfruty, owoce cedratowe - wszystko to utarte na jednolitą, pozbawioną dodatkowych osładzaczy pastę. Wydawała się szalenie prosta oraz naturalistyczna. Dopiero po chwili dołączyły doń łagodne akordy ziół, głównie rozmarynu i tymianku, oraz lawendy, nadające kompozycji bardziej skomplikowanego charakteru. W takim zestawieniu ujawniła się też charakterystyczna, słodko-ostra nutka świeżego siana, czyli kumaryna (ciekawe, czy naturalna? ;) ). Chwilę później zaś akordy drzewne, balsamiczno-żywiczne, pięknie zestrojone w całość z elementami fougère jak również cytrusową pastą. Z czasem wszystko zaczęło wirować coraz szybciej i szybciej, to wznosząc się ku niebu to opadając w pył pod moimi stopami, zlewało się w jeden byt, mieniło się to złocistymi promieniami to głębokim cieniem i wtedy, wierzcie lub nie, doznałam olśnienia. :]
Cologne du Maghreb w bazie przypomina wariację na temat... Messe de Minuit od Etro tyle, że bez kadzidła. Poważnie! Messe bez charakterystycznego słodkiego olibanum, za to z lawendą, ziołami kumaryną i sporą ilością cytrusowego miszmaszu musiałaby być bliźniaczką Cologne du Maghreb. :) Niesamowite.

Ciepłe balsamy wtapiają się w człowiecze ciało, oplatają sylwetkę zwiewnym woalem w ciepłych barwach, kuszą dodatkiem kwiatu pomarańczy oraz lekkiego labdanum, orzeźwiają lekką, ledwie zauważalną goryczką. I sugerują swoje bliskie pokrewieństwo z legendarną Pasterką. Nawet, kiedy w głębokiej bazie ujawnia się odurzający akord różanego potpourri lub orientalnych olejków (trochę jak w India shopach). Już samo to wystarczy, bym poczuła słabość do Cologne du Maghreb. :) Lecz najważniejszy wydaje się fakt, że mieszanina jest po prostu świetnie skonstruowana. Stanowi też doskonały przyład na to, iż w dziedzinie cytrusowych odświeżaczy znajdzie się coś nawet dla takiego latofoba jak wyżej podpisana.
Kupuję ten koncept!

Tauer nadal zachwyca.


Lecz co mam powiedzieć o kolejnej z kolońskich propozycji, obiektywnie równie dobrej, subiektywnie zaś - nawet przyjemnej, choć po prawdzie to nudnej i kompletnie niezajmującej? Obawiam się, że w Cologne Pour le Matin od Maison Francis Kurkdjian jak dla mnie tkwi odrobinę za dużo słońca. :)

Zapach ponadto wydaje się bliski klimatowi słynnych Ogródków Hermèsa, w szczególności warzywnemu Jardin en Méditerranée. Jest tylko odeń znacznie bardziej wyrazisty, trwalszy, o silniejszym charakterze. Co niby nie jest szczególnym osiągnięciem [wszak równie łatwo niewidomego wyprowadzić na manowce ;> ], jednak podrasowane soczki-Hermesiątka już na wstępie zyskują sobie moją przychylność. Oto nareszcie w ogóle raczą pachnieć! ;]

Niestety, nawet silniejsze i bardziej jakieś, nadal Cologne Pour le Matin pozostaje aromatem opartym przede wszystkim o woń cytrusów. Bergamotka, cedrat (dlaczego dzisiaj wszędzie go wyczuwam?) oraz całkiem przyjemna, nieco staroświecka cytryna po raz kolejny mieszają się z aromatycznymi ziołami i lawendą, dając całość niesłodką, wibrującą, ani chłodną ani ciepłą, paprociową. Jest naprawdę przyjemne, choć czasami wpadające w tony cokolwiek warzywne, ujmujące i proste. Ma tylko omawiana mieszanka jedną wadę - zbyt wysokie stężenie półtonów lekkich oraz jasnych, dzięki czemu chwilami przypomina mi prześwietloną kliszę. Może i wygląda ciekawie ale odbitek z niej już nie będzie.
Dlatego podziękuję; za dużo Elleny w tym Kurkdjianie. ;)


Tauer Perfumes, Cologne du Maghreb

Rok produkcji i nos: 2011, Andy Tauer

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o przyjemnej, skomplikowanej strukturze oraz nienachalnym sillage. Moc również pozostaje wyczuwalna, choć dyskretna.

Trwałość: około ośmiu-dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

bergamotka, cytryna, olejek neroli, kwiat pomarańczy, czystek, drewno cedrowe, rozmaryn, lawenda, absolut różany, szałwia, nuty drzewne, ambra


Maison Francis Kurkdjian, Cologne Pour le Matin

Rok produkcji i nos: 2009, Francis Kurkdjian

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników mniej lekkiego oraz niezbyt dosłownego odświeżenia. O mocy początkowo znacznej, z czasem słabszej i sillage niknącym równomiernie acz nieubłaganie. ;) W szam raz na okazje nieformalne (jak sądzę).

Trwałość: do sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

kwiat pomarańczy, tymianek, lawenda, cytryna Amalfi, bergamotka
___
Dziś Play Green od Comme des Garçons.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.naturalhomeandgarden.com/blogs/blog.aspx?blogid=2147483678&tag=healthy%20green%20design
2. http://www.foto-tapeta.org/galeria,4,2.html

wtorek, 13 grudnia 2011

Słodkie Halloween

Spóźniłam się, bo - jak widać na załączonym obrazku - dzisiejsza notka powinna pojawić się już dawno temu. Choć może nie jest tak źle?
Może nie tyle jestem spóźniona, co mam duuży zapas czasu..? ;) [w rodzaju konstrukcji myślowych typu: "na szczęście następne Boże Narodzenie już za 363 dni!" ;)) ] W każdym razie u schyłku tegorocznego października z omawianym dziś pachnidłem nie miałam podobnych skojarzeń.

Postępująca makdonaldyzacja naszego świata, delikatnie mówiąc, nie zachwyca mnie. Nie jestem fanką plastikowej komerchy spod znaku Walentynek, Halloween czy jowialnego staruszka, którego w charakterystyczny czerwony kubraczek lata temu ubrał koncern Coca-Cola. Denerwują mnie jako kolejne preteksty do, jak to trafnie ujął Neil Postman, zabawienia się na śmierć, kompletnie nieświadomego utonięcia w perwersyjnym samozadowoleniu.
Lecz najbardziej irytującą jest myśl, iż sama, z tym blogiem i takim hobby, uczestniczę w zapasach w kilkukrotnie przetrawionym kisielu.
W tym miejscu pojawia się pytanie: i co teraz? Mam tupnąć nóżką i cała w dąsach zamknąć się w leśnej chatce, bez dostępu do jakichkolwiek nowoczesnych przekaźników informacji? Rozwiązanie tyleż wzruszające, co głupio-naiwne. Pozostaje zatem jedno wyjście: częściowo pogodzić się z komercjalizacją oraz uzbroić w grupy pancerz, zabezpieczający przed idiotyzmem świata tego. :) Warto pod pokładami jednorazowego (!) plastiku poszukać czegoś prawdziwego, treści autentycznych i przekonujących, dla zysku jeno skrytych wewnątrz multikinowego popkornu zagryzanego hamburgerem z bąbelkami. ;)
Wszak cóż jest złego w iście karnawałowym dniu w środku zimy, prowokującym miłosne wyznania i romantyczne gesty? Czy, nieco inny od "tutejszego", sposób uhonorowania mieszkańców Krainy Zmarłych naprawdę zasługuje wyłącznie na potępienie? Albo tak: jeśli przerośnięty krasnal nauczy jakiekolwiek dziecko [albo dorosłego] spontanicznego, pozbawionego ukrytego dna altruizmu, wówczas można tylko się cieszyć. O, właśnie. :) W końcu kultura, nawet najbardziej popularna, ma służyć nam, nie my jej. ;)

Ech, zrobiło się poważnie, a przecież miałam napisać tylko recenzję pewnego dosyć ciężkiego, mrocznawego zapachu. Przyjmijmy więc, że ciężkie myśli są do niego odpowiednim wstępem. ;) A może faktycznie - są?


Woń kminku, a znacznie częściej kminu, dziwnym trafem kojarzy się ludziom z aromatem wydzielanym przez niemyte ludzkie ciało tudzież (nie potrafię o tym zapomnieć ;) ) mokrą psią sierścią. Jakby nie spojrzeć okazuje się, że mamy do czynienia z nad wyraz trudnym składnikiem. Kiedy jeszcze otaczają go silne akcenty drzewno-żywiczne oraz słodkie, wtedy trudno uciec od skojarzeń cokolwiek kontrowersyjnych. W tym jednym przypadku jakoś nie potrafię im się dziwić.
Absolue pour le Soir autorskiej marki Francisa Kurkdjiana w rzeczy samej nie należy do miłych i "przytulaśnych" pachnidełek.

Długo nie byłam w stanie stanąć z nim w szranki, choć nie o moc mieszaniny chodzi a o moją niemoc słowną. Nie potrafiłam ubrać swoich względem AplS uczuć w słowa. Prawdę mówiąc, chyba niewiele się w tej kwestii zmieniło. ;) Omawiany zapach to przede wszystkim wrażenie, może nawet złudzenie, senna mara; choć nie powiem, żeby była szczególnie namolna.. :)

Tkwi w nim tak wiele pozornie niekompatybilnych składników, że przywodzi na myśl dosyć szeroką gamę pachnideł: od Arabie Lutensa przez legendarną Messe de Minuit aż po Cuir Mony di Orio. Wszystkiego po trochu, a jednak FK potrafił złożyć całość charakterystyczną i zapadającą w pamięć. To akurat trzeba przyznać, niezależnie od uczuć, jakie budzi w nas Absolut Wieczorny.
Mnie wspomniana kompozycja nieco przytłacza, lecz w tej samej chwili trzyma się daleko od wszelkiej niestosowności. Jednocześnie mroczna, przypalona, w jakiś sposób okultystyczna oraz przekorna, żywa, chochlikowo dowcipna. :) Nigdy nie wiadomo, z którym wcieleniem przyjdzie nam się zmierzyć.


Najbardziej mroczny Absolue pour le Soir zdaje się być w otwarciu, kiedy ostre przyprawy, podgrzewane na suchej patelni aż do granicy spalenia, mieszają się ze skórzano-eteryczną żywicą a w tle dają się wyczuć lekkie strużki kadzidła. Słodyczy ani widu ani słychu. Dzięki czemu nie znajduję żadnych problemów ani przeszkód, by móc AplS darzyć jawną sympatią.

Słodycz sama w sobie nie jest problemem, tym razem jednak wykorzystano ją w rozgrywce przeciwko kuminowi oraz żywicy. Pojawia się wraz z jasnymi, teoretycznie zmysłowymi kwiatami i nie pozwala nawet odetchnąć w spokoju. Uwypukla kadzidło, które staje się wręcz agresywne, kminowe ziarna łączy z czymś, co żywo przypomina kastoreum albo cywet, dając znany nam już efekt spoconego ciała. Co również mało kiedy mnie zniechęca. ;) Tym razem jednak sucha cielesność złączona z silnym "buchem" kadzidła ziołowo-brudnego (Incensi Villoresiego), wymierzonym prosto w moje oczy, oraz żywiczną słodyczą miodu [w polskich warunkach pomyślałabym, że lipowego] tworzy całość równie intrygującą, co męczącą. Nie chciałabym pachnieć tak na co dzień.
Wrażenie "wciągającej niechęci" okraszonej nutą wyśmienitego, cokolwiek czarnego, humoru nie słabnie nawet w bazie. Owszem, kompozycja nabiera statyczności, po kwiatach zostaje jedynie bliżej niezidentyfikowany jasny puder, zaś kadzidło ponownie zamienia się w kilka spokojnych strużek, lecz trzon pozostaje niezmienny: ostry kmin, kastoreum, żywice, miód. Jedynie od czasu do czasu na horyzoncie śmigną nuty egzotycznego drewna; niestety, tak odległe, że nie sposób ich zidentyfikować.

Dziwny zapach. Intrygujący, pobudzający, naprawdę i bez naciągania - inny. Jednak czy do zwykłego użytkowania? Na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć samodzielnie. Bo każda z potencjalnych odpowiedzi będzie równie dobra. :) Nawet sugerująca użycie perfum wyłącznie jako ostatni dodatek do halloweenowego kostiumu. Na Dziady też będzie jak znalazł. ;)
Trafi na właściwe sobie miejsce, jeśli tylko do testów podejdziecie z odpowiednią dawką dobrego humoru oraz twórczego dystansu. :) Ku chwale kultury popularnej! ;>

Rok produkcji i nos: 2010, Francis Kurkdjian

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o dość sporym polu oddziaływania. Na okazje raczej nie-codzienne [a na pewno: do małych pomieszczeń zalecane stosowanie z umiarem :) ]. Dla każdego, kto zdoła unieść.

Trwałość: blisko dobowa

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

ylang-ylang, benzoes, absolut kadzidlany, różany miód, kmin rzymski, drewno cedrowe, drewno sandałowe (tylko?)
___
Aktualnie trwam w oparach wspomnianej Messe de Minuit od Etro. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/28493949@N02/4039459262/sizes/z/in/faves-46135171@N04/
2. http://www.flickr.com/photos/28493949@N02/4036879583/sizes/z/in/faves-46135171@N04/
3. http://www.flickr.com/photos/28493949@N02/4015847519/sizes/z/in/faves-46135171@N04/