Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Penhaligon's. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Penhaligon's. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 września 2015

Dandys w lawendzie, urwis w wanilii

Widzieliście kiedyś małe dziecko płci męskiej, takiego uroczego trzy- lub czterolatka w stroju dystyngowanego mężczyzny [lub niekoniecznie, w końcu lata mijają i konteksty pewnych ludzkich zachowań oraz przyzwyczajeń ewoluują razem z nimi], na przykład trzyczęściowym garniturze albo białej koszuli, spodniach na szelkach i kaszkiecie?
Ze współczesnego punktu widzenia tak ubrane dziecko postrzegane jest albo jako swego rodzaju miniaturowy dandys, albo tzw. "stary-maleńki" w stroju, który jego pradziadek zaczął nosić dopiero mając co najmniej kilkanaście lat. O rodzicach eleganta myślimy pochlebnie, ponieważ starają się od najmłodszych lat oswajać syna z klasyczną elegancją lub wprost przeciwnie: widzimy w nich snobów czy pozerów, usiłujących przelać na dziecko własne ambicje bądź zapatrywania.

Jednak niezależnie od wyobrażeń, jakie wiążemy z podobnie ubranym dzieckiem, ono samo zapada nam w pamięć. W końcu znacznie różni się od większości kolegów, drepczących po świecie w zwykłych dżinsach, bluzach oraz adidaskach. ;)
Mnie natomiast ów mały dżentelmen przyszedł do głowy, kiedy poznałam perfumy, jakimi być może chętnie skrapialiby go dbający o spójność wizerunku rodzice. ;D

Ów zapach to Lavandula marki Penhaligon's. [Tak, wiem, że z powodu niedawnego przejęcia przez koncern Puig miałam już o nich nie pisać, podobnie jak o produktach l'Artisan Parfumeur czy Editions de Parfums Frédéric Malle, które spotkał podobny los, jednak w tym przypadku usprawiedliwia mnie fakt, że do testów wykorzystywałam perfumy sprzed zmiany właściciela, czego jestem absolutne pewna].

Mieszanina ta rozpoczyna się w sposób niemal idealnie zestrojony z wizją eleganckiego mężczyzny starej daty: surową, wytrawną, iskrzącą się i świeżą lawendą, której od początku towarzyszą poukładane w niewielkie gustowne kopczyki, bliżej nieokreślone zamorskie przyprawy. Jest pikantnie ale też niespodziewanie gładko; z perspektywy czasu wiem, że już w tej chwili swoją magię rozpoczyna lekko pudrowe, jasne piżmo, ni to zwierzęce, ni mydlane w każdym razie świetnie dopasowane do perfum chcących uchodzić za szykownego dandysa sprzed lat. :)
Z czasem przyprawy odrobinę delikatnieją a najważniejszą z nich okazuje się czarny, świeżo zmielony pieprz, wirujący w nozdrzach i łączący się z dominująca lawendą, której dodatek gorzkawych ziół nadaje specyficznego medycznego akcentu. Jednak mieszanina nie pogrąża się w ponurej, okołowojennej kanciastej surowości, nic z tego!

W głębi serca, jakkolwiek by to nie brzmiało, Lavandula okazuje się dziełem jasnym, słonecznym i delikatnym. Nieobca jej delikatna wymowność konwalii, urocza świeżość seledynowych roślinnych soków oraz słodycz. Ta ostatnia początkowo pochodzi z kwiatów, by później z uroczą łatwością poddać się sugestiom wysuwanym przez piżmo. :) I w tym właśnie momencie, gdzieś na styku serca oraz bazy przyprawy i zioła stopniowo godzą się z przegraną dyskretnie odchodząc w cień, zieleń oraz kwiatowa delikatność przemieszczają się przez kompozycję niczym pogodna efemeryda, wciąż prowadząca inne nuty lawenda po raz kolejny zmienia kontekst a z naszej miniaturowej wersji nowoczesnego dandysa stopniowy wychodzi prawdziwa natura. ;)
Piżmo, wspomniany delikatny obłoczek pudru w starym stylu schnie na skórze, zbijając się w śnieżnobiałą, kompaktową skorupkę, która nie potrafi obejść się bez gęstej, budyniowo-proszkowej słodyczy wanilii czy bobu tonka. To właśnie one w zestawieniu z tytułowym składnikiem wody szybko, sprawnie i bezboleśnie ujawniają dziecięcą naturę Lavandulowego elegancika, z którego prędko, w naturalny sposób wyłazi mały psotnik.

Dzieciak wciąż świetnie pamięta charakterystyczny, waniliowo-pudrowy zapach talku przeciw odparzeniom, którym rodzice nie raz i nie sto razy posypywali mu pewną część ciała podczas zmieniania pieluchy. ;) Kto wie, może chłopcu wciąż zdarza się korzystać z tego specyfiku...? Tyle tylko, że obecnie zabiegowi higienicznemu poddaje się w oparach swoich pierwszych, jeszcze nie alkoholowych perfum, wykonanych na specjalne zamówienie i według ścisłych wskazówek jego taty. Szczęśliwie świadomego, że lepiej nie sprawdzać, jak na młodziutkiej, wrażliwej skórze zachowa się kupione na aukcji internetowej lawendowo-paprociowe pachnidło vintage.
Dlaczego jednak jego syn nie mógłby mieć podobnych? Nawet, jeżeli wciąż jest pachnącym wanilią i mlekiem, pudrowo-pieluchowym dzieciakiem. Nieprzemijającej elegancji należy wszak uczyć się już za młodu. :)

Rok produkcji i nos: 2002 lub 2004, ??

Przeznaczenie: zapach uniseksualny lub wręcz dedykowany głównie kobietom, sama jednak nie jestem przekonana do żadnej z tych specyfikacji (do etykietki "zapach męski" również, jeżeli mam być ścisła). Mamy zatem do czynienia z kolejnym pachnidłem stworzonym przede wszystkim dla konkretnych osób, miłośników określonego zestawienia nut, nie dla płci. ;P
Warto również wspomnieć, że Lavandula jest dziełem wyraźnie bliskoskórnym, odstającym od ciała jedynie w pierwszych fazach rozwoju; z bliska jednak cały czas pozostaje żywa i co rusz ocierająca się o receptory węchowe uperfumowanej osoby lub kogoś w jej najbliższym towarzystwie. Ogółu jednak swoją obecnością nie męczy, zatem świetnie będzie nadawać się na okazje dzienne, kiedy nie chcemy przytłaczać innych wonią swoich perfum.

Trwałość: bardzo dobra, w zależności od temperatury powietrza oraz paru innych czynników oscyluje wokół siedmiu do ponad dziesięciu godzin wyczuwalnego życia oraz jeszcze kilka stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-piżmowa (i przyprawowa)

Skład:

Nuta głowy: cynamon, bazylia, czarny pieprz
Nuta serca: lawenda, konwalia, szałwia
Nuta bazy: bób tonka, wanilia, ambra, piżmo
___
Dziś noszę Habanitę od Molinard.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://mispadresmolan.com/protegeles-del-sol-en-verano/
Niestety, mimo dłuższych poszukiwań nie zdołałam znaleźć jej pierwotnego źródła ani nazwiska autora.

czwartek, 20 listopada 2014

Dąs czy wąs?

Ostatnimi czasy niektóre akcje charytatywne dzięki globalizacji znacznie poszerzają pole oddziaływania, rosnąc w siłę niczym lawina i zamieniając się w internetowy mem. Zanim współ-internauci zaczęli oblewać się wiadrami lodowatozimnej wody w ramach Ice Bucket Challenge, pojawił się Movember, czyli listopadowe - jak to ujęła z typową dla siebie elegancją redakcja portalu Interia.pl - "zapuszczanie wąsów dla jaj". :] A mówiąc językiem bardziej cywilizowanym: akcja, mająca na celu zwrócenie uwagi na problem walki z rakiem prostaty, drugim najczęściej występującym nowotworem złośliwym.

Pomysł był prosty: według statystyk mężczyźni dbają o swoje zdrowie w mniejszym stopniu, niż kobiety. Wtłaczany w głowy od najmłodszych lat stereotyp macho nakazuje części z nich ignorować drobne, choć nawracające, bóle czy zmiany skórne. Bo prawdziwy facet się z sobą nie cacka. Prawdziwy facet trafia do lekarza, kiedy jest już za późno na efektywne leczenie.
Prawdziwy facet choruje i umiera, ponieważ boi się przyznać, że był na tyle mało męski, aby zauważyć w swoim ciele oznaki niebezpieczeństwa i skutecznie je pokonać.

Więc jak w ogóle walczyć z tak skutecznym klinczem emocjonalnym?
Podstępem. ;)

W stereotyp uderzając innym stereotypem, równie chwytliwym.


O ile nie każdy mężczyzna zniesie spokojnie podejrzenia o bycie przeczulonym na własnym punkcie gogusiem bez charakteru (że o aluzjach na temat orientacji seksualnej ledwie wspomnę), to już większość z nich lubi myśleć o sobie jako o dżentelmenie. W końcu bycie szarmanckim mężczyzną starej daty, otwierającym przed kobietami drzwi i całującym je po rękach, eleganckim oraz obytym w świecie, jest równie kuszącym sposobem samookreślenia.

Dżentelmen dba o ten kawałek świata, który uważa za własny: o własną rodzinę i otoczenie, ich bezpieczeństwo oraz godną przyszłość. Dżentelmen uważa też, że jego wygląd zewnętrzny winien stanowić wizytówkę pięknego, dopracowanego w szczegółach wnętrza. Dlatego właśnie regularnie odwiedza fryzjera (lub cyrulika ;) ), nosi się elegancko ale bez krzykliwej ostentacji, ceni dopasowane garnitury z naturalnych tkanin i nawet na porannym spacerze z psem pod żadnym pozorem nie pokazuje się w brudnych butach. :) Mierzi go myśl, że ktoś na podstawie jego nieschludnego wyglądu i zachowania mógłby wyciągnąć niewłaściwe wnioski odnośnie braku kultury osobistej i kontroli nad własnym życiem; gdyż samo takie spostrzeżenie, jeżeli ktoś już je poczynił, mogłoby być okazać się prawdziwe. Wtedy świadczyłoby o moralnym i społecznym upadku dżentelmena a także kompletnej rozsypce jego kawałka rzeczywistości.

Właśnie dlatego dżentelmen powinien o siebie dbać, nie tylko o wygląd zewnętrzny ale również o jak najlepszą kondycję i zdrowie w idealnym stanie. Ponieważ w zdrowym ciele zdrowy duch!


Prawda, że to dużo ciekawsza retoryka, niż medyczna ignorancja typowego macho? ;]

Mit klasycznego, dziewiętnastowiecznego dżentelmena w służbie zdrowiu jego prawnuków. :) Tak rozumiem ideę fundacji i ruchu Movember.


I stąd wywiodłam skojarzenie listopadowej wąsatości z nowoczesnymi dżentelmenami, renesansem zawodu golibrody [niejaki Nergal też coś o tym wie ;) ], klasyczną elegancją w dwudziestopierwowiecznym wydaniu a także - co za niespodzianka! - z perfumami. Takimi, które "barber shops" czy "male grooming salons" mają w podstawowym garniturze swoich genów, przynajmniej według marketingowców producenta. ;)
(Języka angielskiego też nie użyłam przypadkowo. :D )

Bayolea marki Penhaligon's, wskrzeszona po latach angielska klasyka.
Chociaż, skądinąd słusznie, skierowana przede wszystkim do mężczyzn, ciekawa i warta uwagi również na skórze kobiecej. Na własnym przykładzie opiszę Wam w skrócie, dlaczego.


Przede wszystkim jest to ten rodzaj pachnidła, któremu nie sposób się oprzeć, gdyż jest po prostu świetne. Za dobre, aby je ignorować. :)
Sprytnie rozegrane między najklasyczniejszymi z klasycznych akordów męskiego perfumiarstwa; tak, że ciesząc się wonią Bayolei na ciele, nawet nie zdążyłam nabiedzić się nad własną niechęcią wobec nut świeżo-cytrusowych. Myśl o ewentualnej "niestosowności" tego paprociowca w zetknięciu z kobiecością ni przez moment nie postała w mojej głowie [choć uczciwie muszę przyznać, że ona w ogóle pojawia się w mojej głowie niezwykle rzadko, w przypadku perfum właściwie nigdy]. Tym zapachem trzeba się po prostu cieszyć, chłonąć go zmysłem powonienia i umysłem jednocześnie. Można zarówno analizować na chłodno, jak i zwyczajnie czuć; wszak obie postawy w tym konkretnym przypadku okazują się równie zrozumiałe. I to na kilku poziomach.

Perfumowy fascynat podejdzie doń z całym bagażem olfaktorycznych doświadczeń, setkami przewąchanych wód, dziesiątkami przeczytanych książek czy obejrzanych filmów, tysiącami rozmów na żywo i online, podziwiając twórcze napięcie pomiędzy ewidentnym hołdem dla Perfumowych Legend a praktycznym z handlowego punktu widzenia, nowoczesnym sposobem rozwoju pachnidła. Amator doceni klasyczny bukiet oraz nienachalną projekcję czy wszechstronność mieszanki, pozwalającą dopasować ją do najróżniejszych okazji. Osoba olfaktorycznie obojętna natomiast będzie używać Bayolei "bo tak", być może "bo wypada" a "ludzie ją chwalą". Każdy będzie zadowolony z wyboru. :D

I każdy doświadczy zbliżonego rozwoju omawianej kompozycji: od orzeźwiającego, niesłodkiego i stonowanego otwarcia, przez dystyngowane przyprawy i suche zioła w sercu po zamsz, płynnie przemieszczający się wśród dojrzałych akordów i ostatecznie ewoluujący w drzewno-paczulowo-mszystą bazę, głęboką, suchą oraz ożywczą. Chemia i składniki naturalne przenikają się wzajemnie, uzupełniają i wyjaśniają w jednych miejscach, inne pozostawiając dyskretnie niedopowiedzianymi.
To ciekawe, jak woń równie bogata i skomplikowana może w dalszym ciągu pozostawać czystą, stonowaną i godzącą się na uświęcone tradycją, podrzędne miejsce w stosunkach perfumowo-ludzkich. ;) Przy czym "podrzędne" nie znaczy wcale "słabe" bądź "degradujące"; to po prostu klasyczna, staromodna hierarchia wartości, siła znająca swego zwierzchnika.

Jeżeli więc pociągniemy dalej analogię ze wstępu zauważymy, iż ciało to zewnętrzna forma dla ludzkiej duszy, jej wizytówka. Choć dusza od niego zależy, bez niej zmarniałoby nieporównanie szybciej. Jedno i drugie jest silne wtedy, kiedy umieją harmonijnie współpracować. Co tyczy się zarówno ludzkiego zdrowia, jak i perfum. :)
Panowie, badajcie się!


Rok produkcji i nos: 2014, Mike Parrot

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn ale, jak już wspomniałam w recenzji, bardzo wdzięczny także na skórze kobiet. W obu przypadkach zaś wyrazisty w kontakcie bezpośrednim ale z daleka dyskretny, emanujący dyskretnie na otoczenie uperfumowanej osoby i występujący pod postacią delikatnej aury. W miarę upływu czasu oczywiście coraz bliższy ciału.
Na dosłownie wszystkie okazje, pory dnia czy roku. W swojej uniwersalności przypominający takie współczesne perfumy, jak Aventus marki Creed czy Juniper Sling tegoż Penhaligon's. [Londyńczycy ewidentnie wiedzą, jak stworzyć klasyka pożądanego przez tysiące mężczyzn. ;) ]

Trwałość: siedem do dziesięciu godzin wyraźnej projekcji oraz drugie tyle stopniowego wyciszania

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: trawa cytrynowa, mandarynka, tangerynka
Nuta serca: neroli, czarny pieprz, lawenda, kardamon
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, akord ambrowy, paczuli, naturalny mech dębowy, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Trzy (a właściwie sześć) pierwszych ilustracji pochodzi z sesji zdjęciowej poświęconej Movembrowi, zrealizowanej przez kanadyjskie Studio 1079 i zaczerpnęłam je bezpośrednio ze strony atelier. Autorką fotografii jest Rita Steenssens.

czwartek, 18 lipca 2013

Spacer po zachodniej stronie

...olfaktorycznego krajobrazu. :)

Ponieważ mnie samą chwilowo zmęczył nadmiar orientalnych ciężkości [choć tylko w kwestii ich opisywania, nie zaś noszenia podczas upałów! ;> ], postanowiłam zająć się kilkom pachnidłami stworzonymi przez i dla zachodniego świata. Wśród powodzi kwiatów zaplącze się jedna przyjemna niespodzianka dla Pań oraz rodzynek stworzony dla Panów. :D
Od niego zresztą zacznę.

Beckham, Signature Story for Him

Dejwid, nie Wiktoria. ;) Opisywany zapach to mój pierwszy kontakt z perfumami od powszechnie znanej pary celebrytów. Do testów podchodziłam z pewnym pobłażaniem, za co nawiasem mówiąc od razu dostałam po nosie. ;)
Bowiem Signature for Him okazał się pachnidłem wyważonym, nowoczesnym choć stworzonych wg klasycznych wzorów. Dobrze skomponowanym; stosunkowo mało wyrazistym lecz i tak zwracającym uwagę.
Mieszanka w ciepły, pełen bezpośredniości sposób łączy antyseptyczny chłód lawendy ze słodyczą ananasowego soku, złożonych na wystylizowanym łożu z bliżej nieokreślonych ziół. Czasami pojawiają się ostrzejsze, sangwiniczne akordy paliwowe, jednak bazowe ciepło paczuli oraz lekko słodkich żywic nie pozwalają im się rozwinąć.
Zapach bliski skórze i mało trwały, do codziennego użytku.

Skład:
liście fiołka, bazylia, ananas, rozmaryn, lawenda, neroli, kadzidło, drewno cedrowe, paczuli


Histoires de Parfums, Vert Pivoine

Pachnidło prostolinijne, pełne naturalnej jasności. Z początku chłodne i orzeźwiające roślinnymi sokami, sączącymi się z łodygi odciętej piwonii, z czasem coraz bardziej ciepłe i nawet złożone. Zauważam więcej kwiatów: jakąś róże, mimozę, rozgrzany słońcem pyłek z ich wnętrza, czasem tylko skontrastowany dalekim wspomnieniem wody z wazonu (czyżby fiołek?). W bazie ciche, jasne, płoche, okryte białopiżmowym pudrem. Dzieło przyjemne, choć niekoniecznie dla mnie. Niezbyt trwałe.

Skład:
piwonia, róża, bluszcz, mimoza, gardenia, czerwona porzeczka, drewno sandałowe, drewno cedrowe, piżmo


Isabey, La Route d'Émeraude

To chyba najlepsza i najbardziej staranna ze wszystkich dzisiejszych propozycji.
Jaśmin wielkolistny, zielony, soczysty oraz lekko słodki niemal od samego początku ogrzewa przyjemny, bardzo kobiecy, miękki cynamonowy pył. Oto Orient w najmniej przykrym dla co wrażliwszych nosów wydaniu. :)
Kiedy soki całkiem wysychają, pojawia się woń szlachetnego, samodzielnie wykonywanego potpourri z płatków jaśminu, dzikiej róży, kwiatu pomarańczy, pojedynczego kieliszeczka tuberozy oraz nieco zwietrzałej cynamonowej laski w towarzystwie kawałka wanilii oraz paru ziarenek różowego pieprzu, trzymane w niewielkiej szkatułce z bliżej nieokreślonego gatunku cennego drewna.
Nawet najgłębsza baza, choć słodka, przypudrowana i otoczona lekko zmydlonym benzoesem (?) potrafi zaskoczyć wiotkim powidokiem korzenno-kwiatowego ciepła. Oto "nowoczesne vintage" w najlepszym wydaniu!
Moc ograniczona, za to trwałość co najmniej kilkunastogodzinna.
Szkoda, że brak mi czasu na pełną recenzję pachnidła...

Skład:
olejek różany, bergamotka, cynamon, dwa gatunki jaśminu, kwiat pomarańczy, tuberoza, wanilia, ambra, piżmo, benzoes


Penhaligon's, Peoneve

Kolejna dziś perfumowa interpretacja zapachu piwonii, bardziej świeża i przekorna, nie aż tak pastelowa, jak Vert Pivoine. Miłośnicy woni kwiatowych z pewnością ją docenią.
Dla mnie jednak piwonia na poły słodka i czarująca mineralną pikanterią, zbyt śmiało dryfuje w stronę wody spod kwiatów. Co prawda świeżej, wynikającej z dodatku fiołkowych liści - jednak z przyjemnością ubierania się w zapach nie ma to wiele wspólnego.
A przecież otwarcie Peoneve było tak sympatyczne! Delikatnie kremowe, złożone z balsamiczno-dżemowych woni kwiatów. Sztampowe oraz przewidywalne ale - na bogów! - jakie przyjemne. :) W P. było mi tak wygodnie, jak przytulonej do ukochanego misia czterolatce w mięciutkiej, ulubionej piżamce. ;) Jednak wkrótce pojawił się ziemisty fiołek i zniszczył małą idyllę tylko po to, by ostatecznie zmienić się we wspomnianą wodę z wazonu, obłożoną papierowym drewnem oraz przyprószoną białym piżmem.
Rozczarowanie.
Nawet, kiedy dziełko okazało się całkiem trwałe oraz tworzące krótki lecz wyraźny ślad.

Skład:
liście fiołka, jaśmin, róża, piwonia, wetyweria, białe piżmo, kaszmeran


Queen Latifah, Queen of Hearts

A oto wspomniana we wstępie niespodzianka. Celebrycki kicz, który Poli przypadł do gustu tak bardzo, że aż kupiła pełnowymiarowy flakon. :)
Pierwsze spotkanie z Królową Kier to wepchanie nosa prosto w wystawę plastikowej cukierni [czy wśród gadżetów związanych z lalką Barbie jest jakaś różowiutko-beżowa, dziewczyńska cukiernia? Przyjmijmy, że tak. ;) ], pełną jak najbardziej realnych kruchych ciasteczek, obficie posypanych cukrem pudrem z dodatkiem waniliny. Dopiero po jakimś czasie zjawia się żywiczna słodycz, trochę pyłkowych kadzidełek oraz coś, co niebezpiecznie przypomina labdanum. Niebezpiecznie dla mnie i dla mojego portfela. ;)
Całości dopełnia woń korzennych śliwkowych powideł oraz stojącego gdzieś w tle bukietu upojnych kwiatów. Żadnej zieleni, żadnej świeżości, samo sedno hedonistycznych perfum. [Bo też QoH może być uważana za bardziej popularną, daleką kuzynkę dzieła od Viktorii Minyi].
Coś cudownego!

Skład:
bergamotka, inne cytrusy, akordy zielone, cynamon, śliwka, jaśmin, białe kwiaty, czerwone owoce jagodowe, paczuli, wanilia, piżmo, olibanum, inne kadzidła, ambra
___
Dziś Ambre Noir marki Sonoma Scent Studio. Aaach, doskonałość. ;)

czwartek, 4 lipca 2013

Wznieśmy kielichy?

Właściwie dlaczego nie? Wznieśmy! :)
A mówiąc dokładniej, wznieśmy szklanki; w szklankach niech radośnie chlupocze nam Juniper Sling.


Wbrew pozorom nie namawiam jednak do picia perfum. ;) Które tak się szczęśliwie składa, że powoli wychodzą z, denerwującej moją skromną osobę, szufladki "produktów kosmetycznych" [choć  rewolucji się nie spodziewam i pewnie w dalszym ciągu główny nurt zasilać będą zapachy produkowane przez duże koncerny kosmetyczne a sprzedawane razem z maskarami pogrubiającymi oraz balsamami wyszczuplającymi. ;> No, niestety] w świat kultury popularnej, sztuki, dizajnu, ważnego dodatku do naszego stylu życia. Dowód na to widzicie powyżej. :)

Chyba po raz pierwszy historii dostępne w (niemal) powszechnej sprzedaży pachnidło stało się inspiracją do stworzenia koktajlu alkoholowego, który jest autentycznie pity i coraz bardziej rozpoznawalny. Ostatecznie podczas przygotowań do napisania niniejszej recenzji znalazłam w internecie kilka różnych przepisów na Jałowcową Procę. :) Co oznacza, iż napitek nie jest kolejnym happeningiem artystycznym czy zabiegiem marketingowym [przynajmniej nie tylko...] oderwanym od rzeczywistych potrzeb konsumentów lecz, że faktycznie trafił pod strzechy.

Poniżej jedna z wariacji na temat oryginalnego przepisu Giuliano Morandina, menedżera Baru pięciogwiazdkowego londyńskiego hotelu The Dorchester [co ciekawe, drink nie jest obecnie częścią regularnej oferty The Bar], zaakceptowana jednak przez markę Penhaligon's:


Jak widzicie, są pewne różnice: tu bergamotka, tam ogórki, tu zmiażdżone płatki róży oraz listki mięty, tam po prostu sam lód, tu sok z ananasa, tam woda sodowa, tu wreszcie świeżo starta gałka muszkatołowa, tam bardziej tematyczne roztarte jagody jałowca. Oba koktajle w smaku na pewno różnią się znacznie ale jak mają się do swojego pierwowzoru, zapachu od Penhaligon's?
Nie mogę powiedzieć; z całej trójki znam bowiem tylko perfumy.
Proponuję zatem, byśmy dla bezpieczeństwa zajęli się tylko nimi. ;)

Pierwsze, co  pomyślałam tuż po pierwszej aplikacji dzieła na skórę, to: "jak dobrze, że nie poznałam tego zapachu wcześniej!". Wcześniej, czyli na początku mojej przygody z niszowymi perfumami, z blogowaniem albo chociaż w chwili premiery dwa lata temu. Wtedy bowiem najprawdopodobniej odrzuciłoby mnie od tej mieszanki, jako od zbyt podobnej do damskiego Light Blue Dolcego i Gabbany. Przypuszczalnie do ponownego zagłębienia się w odmęty Juniper Sling, z bardziej otwartym umysłem, już bym się nie zmusiła. Nie przez najbliższe lata.

A to dlatego, że otwarcie, wytrawne, świeże dzięki niesłodzonym cytrusom i akordom drzewno-przyprawowym rzeczywiście nie nastraja mnie zbyt optymistycznie. Choć wyraźnie czuję weń zmrożone nasiona jałowca nie mogę opędzić się od myśli, że o wiele piękniej przedstawiono je w L'Humaniste marki Frapin. Akord dzięgielowy, choć zmącony przyprawami, raczej nie poprawia sytuacji. Jakim cudem to wszystko udaje odpowiednik cytrusowo-cedrowego Light Blue, pozostanie chyba tajemnicą mojej skóry. ;)
Na szczęście im dłużej JS przebywa na ciele, tym ciekawszym się staje.Wyzierający zza cytrusów jałowcowy alkohol stopniowo ogrzewają przyprawy (kardamon, cynamon, pieprz), kłącze irysa wygładza, zmieniając w aksamitną taflę jakiejś cudownie pachnącej zawiesiny, zaś przebijające od spodu akcenty drzewno-żywiczne i przejrzyste dodatkowo całość pogłębiają. W bazie ciemna skóra zapewnia kilka smużek ostrego, troszkę wędzarniczego dymu, za którego zbilansowanie odpowiada syropowo-mięsista woń melasy [przecież pewien rodzaj przytłumionej mroczności jest im wspólny]. Wszystko to jednak okazuje się miękkie, coraz bardziej gładkie oraz ciepłe, coraz przyjemniej rozleniwiające; jak przypuszczam, właśnie wzrasta znaczenie żywiczno-drzewno-słodkiego syntetycznego zamiennika ambry. Jest mi cudownie błogo. :)

Co jest dziwne, ponieważ jakimś cudem dosłowne, słoneczne, wyprane z fruktozowo-wodnych konotacji cytrusy z otwarcia zdołały przetrwać aż do finału kompozycji. Dzięki ginowi w połączeniu z wetywerią i skórą? Dzięki deklarowanym w składzie czarnym wiśniom? [Których jednak nie stwierdziłam podczas testów; w tej chwili czuję coś w stylu dosłodzonej, nieco skórzastej kwasoty, jednak nie daję głowy, że wywąchałabym ją bez zaglądnięcia w Sieć]. Któż to może wiedzieć?
Grunt, że Juniper Sling nosi się przyjemnie i lekko, że otula ludzkie ciało miękkim szalem ze szlachetnego materiału lecz w zdecydowanie zimnym kolorze, że emanuje łagodnie na otoczenie, dla samego nosiciela (albo nosicielki) stając się strojem uniwersalnym, przewiewnym oraz wygodnym.
W sam raz na lato. :)

Na zdrowie!

Rok produkcji i nos: 2011, Olivier Cresp

Przeznaczenie: zapach sklasyfikowany jako męski [choć Fragrantica donosi, że uniseks. W co wolę wierzyć, ponieważ jestem kobietą, zaś ludzie z Penhaligon's to zawodowi tradycjonaliści :D ]. O całkiem przyjemnej, kilkunastocentymetrowej projekcji, z czasem redukującej się do wąskiej lecz wyczuwalnej aury.
Na wszystkie okazje.

Trwałość: słaby punkt pachnidła, które na mojej skórze wytrzymuje od niecałych czterech do sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: jagody jałowca, cynamon, dzięgiel, pomarańczowa brandy
Nuta serca: kłącze irysa, kardamon, czarny pieprz, skóra
Nuta bazy: czarna wiśnia, brązowy cukier, ambroks, wetyweria

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.penhaligons.com/raise-your-glass-tojuniper-sling/

niedziela, 20 maja 2012

Ładne kwiatki!

A raczej angielskie ogrody (przynajmniej w większości). Kwiaty, jak to wiosną, dominują w naszej przestrzeni. Nie inaczej w perfumach: popularne i te trochę mniej znane, delikatne oraz nieco mocniejsze, dostępne w każdym sklepie perfumeryjnym oraz wycofane z produkcji. "Memu nosu" zaś - miłe albo i niekoniecznie... ;)
Ładne kwiatki.

Avon, Rare Sapphires

Z moich dzisiejszych propozycji największy rarytas, niedostępny mniej więcej od dekady a i tak będący efektem reformulacji jeszcze wcześniejszego klasyka marki.
Cóż, rzeczywiście od współczesnych avonowców raczej odstający. :) Delikatnie drzewny, cedrowo-mszysty, będący uroczym stelażem dla bukietu z łagodnych białych kwiatów. Nad nimi ułożono apetyczne słodkie owoce, ale prawdziwą niespodziankę Rare Sapphires kryje dopiero w bazie. To.. mydło! :) Znakomitej jakości, naturalne szare mydło. W miarę upływu czasu zdradzające coraz większe podobieństwo do Guerlainowej l'Heure Bleue, ale też - owsianego żelu pod prysznic/mleczka od Yves Rocher. ;D Poważnie.
Zapach miły, na dzisiejsze czasy bardzo, bardzo nietypowy aczkolwiek coś mało oryginalny.

Skład:
owoce cytrusowe, akord o nazwie dewfruit, gardenia, konwalia, drewno cedrowe, wetyweria


Les Exclusifs de Chanel: Beige

...czyli najważniejszy powód, dla którego zdecydowałam się na taki a nie inny tytuł. ;) Beige to pachnidło rzeczywiście sympatyczne, świeże, wbrew pozorom niezbyt słodkie; młodzieńcze oraz pełne optymizmu. Lekkie i znakomicie zestrojone z dziewczęcą skórą. Tak przynajmniej podejrzewam. Ponieważ na mnie pojawia się jako, nie mniej i nie więcej, tylko woda spod kwiatów. Choć nie stara i już stęchła ale zmieniana codziennie; należycie, jak Bóg przykazał. ;)
Trwałość i projekcja takoż nie zachwycają. Cóż począć? Beż po prostu nie jest dla mnie.

Skład:
miód, frezja, frangipani, głóg


Illuminum, Rose Oud

Róża i agar, agar i róża: jak chleb i masło, jak grzmot i burza. ;)
Jedno z najbardziej oklepanych perfumiarskich zestawień naszych czasów w wydaniu sygnowanym przez Michaela Boadi szczęśliwie zyskało jakąś oryginalność. Ba! Tylko jaką?
Oud pojawia się we wcieleniu zredukowanym do minimum, wyłącznie jako podpora kompozycji, jej twardy i pewny stelaż. Żadnych mocarzy, żadnych szpitali, gabinetów dentystycznych ni innych "miłych" skojarzeń, zapewniam. Zresztą i róża mocą nie powala. To kwiat herbaciany, spokojniejszy, nieco introwertyczny; dymny, zręcznie obudowany suchą i miękką cielesnością kastoreum oraz przyprawami, z szafranem i gałką muszkatołową na czele.
Całość trzyma się blisko ciała a mimo to pozostaje wyczuwalna przez dobrych kilka godzin.
Zachwytów brak, ale jestem usatysfakcjonowana.
Porządna robota. :)

Skład:
marokańska róża, konwalia, jaśmin, oud, przyprawy, kastoreum, nuty drzewne


Pecksniff's, Oriental Amber

Głęboki, acz spokojny, nienarzucający się Orient. Zamknięty w bogatej woni przypraw, kwiatów, subtelnej śmietanki słodko-drzewno-ambrowej. Tu puchaty sandałowiec gra z delikatną pikanterią szafranu (lub kurkumy); sproszkowany imbir, gałka muszkatołowa i pieprz czynią stonowany duet róży i jaśminu zaskakująco czystym a wspomniana baza daje nam wytchnienie.
Całość jest jednocześnie drzewna, kwiatowa, balsamiczna oraz przypudrowana. Bardzo bliska skórze acz - niczym w przypadku piętro wyżej - całkiem wyraźna.
Spojrzenie na ambrę ciekawe, choć wtórne; oblicze kwiatów ładne ale kompletnie niezapadające w pamięć; interpretacja przypraw poprawna. I tak tworzy się normalne, codzienne pachnidło "do noszenia", niekoniecznie do podziwiania. Zwykłe oraz przydatne. Ładne. :)

Skład:
gałka muszkatołowa, czarny pieprz, szafran, imbir, jaśmin, róża, paczuli, drewno sandałowe, piżmo, ambra


Penhaligon's, Artemisia

Ciąg dalszy przygody z brytyjskim perfumiarstwem. :)
Pachnidło powstałe na cześć jednej z nielicznych znanych z nazwiska malarek doby baroku, Artemizji Gentileschi; nic dziwnego, że po prostu musiałam je poznać. Z czym na szczęście nie było żadnych kłopotów.
Te pojawiły się później, na etapie testów. ;) A właściwie był tylko jeden: dlaczego zapach nie ma w sobie nic z ducha twórczości Artemizji??
Gdzie emocje, gdzie namiętności - niekoniecznie pozytywne i budujące - skryte pod płaszczykiem czystej, perfekcyjnej wręcz formy?
Zamiast nich dostałam coś, co anglojęzyczni zwykli określać mianem "floriental", przykryte kilkoma warstwami korzenno-piżmowego (acz niemęczącego) pudru. Owoce, fiołki, zieleń, pod nimi łagodna egzotyka cedru i sandałowca, z kardamonem, wanilią oraz mchem dębowym na dokładkę. Ładne, choć nudne. Bo już było; i to wiele, naprawdę wiele razy.
Nie pomagają nawet zacna trwałość czy wyczuwalny sillage.

Skład:
nuty zielone, nektarynka, zielone jabłko, konwalia, herbata jaśminowa, fiołek, wanilia, ambra, piżmo, drewno sandałowe, mech dębowy


Thierry Mugler, Alien Aqua Chic

Wakacyjnie wcielenie klasycznego Kosmity na Rok Pański 2012. ;) Udane, nawet bardzo. O jaśminie, który z powodzeniem równoważą nuty lekkie i świetliste, w oczywisty sposób nowoczesne choć przy tym udane - a to prawdziwa sztuka. ;) Dzieło świeże, cytrusowo-imbirowe (tu już wyraźnie czuję ostry sok wypływający z roztartego w moździerzu kłącza), apetycznie ambrowe, na niezmiennej drzewnej podstawie.
Chyba najbardziej wakacyjna ze wszystkich dotychczasowych Sunessences. Chciałabym więcej [kiedy zużyję odlewkę nadejdzie czas na rozważenie zakupu flakonu].

Skład:
imbir, werbena cytrynowa, konwalia, nuty drzewne, ambra (brak jaśminu!!)


A teraz biorę słomkowy kapelusz, napój miętowy, książkę i idę na leżaczek. ;) Miłej niedzieli!
___
Gdzieś spod tego wszystkiego wyłazi czasem użyte rano Mississippi Medicine od D. S. & Durga.

wtorek, 14 lutego 2012

Eliksir miłosny

To już robi się nudne. Wałkowane z tysiąc razy, wyeksploatowane z każdej możliwej strony, zgrane niczym stara płyta. A jednak - ciągle aktualne. Miłość. :)


W kulturze rzecz ma się identycznie do istniejących w naszych głowach klisz. Środowisko krytyków sztuki nie może się wynarzekać na artystyczny syndrom inżyniera Mamonia, który najbardziej lubił te melodie, które już kiedyś słyszał. Rzecz w tym, że nie jesteśmy w stanie uciec od archetypów, od powielania opowieści, które wszyscy doskonale znają. Coś takiego byłoby nie tylko absurdalne, ale też niebezpieczne z punktu widzenia cywilizacyjnego i psychologicznego; w wolnej chwili zajrzyjcie TUTAJ. Szkoda, że krytycy (szczególnie filmowi, jak się złożyło.. ;) ) zdają się o wszystkim zapominać notorycznie i złośliwie.

W każdym razie: chodzi o to, że ochoczo przyjmujemy każdą nową opowieść, każdą historię miłosną, magiczną czy tragiczną, które powiększają pulę uwewnętrznionych przez nas, odgrywanych wciąż na nowo, w rytm kołowej rachuby czasu - postaci mitycznych.
Wszak bohaterami zbiorowej wyobraźni są zarówno bohaterowie spod Troi, król Artur ze swoimi rycerzami, obrońcy wąwozu termopilskiego czy Westerplatte a nawet - Harry Potter z przyjaciółmi. :) Lubimy sobie nań ponarzekać czy wręcz pokpić ale pewne jest jedno: i tak zainteresujemy się kolejnym, dziesięciotysięcznym odwzorowaniem archetypu takiego czy innego, kształtującego naszą świadomość oraz postrzeganie rzeczywistości.
Nie inaczej mają się sprawy z jeszcze jednym wcieleniem miłości. W tym konkretnym przypadku - olfaktorycznym. :) I chyba troszeczkę na wyrost.
Love Potion No. 9 for Ladies od Penhaligon's.


Miano pachnidła każe sugerować się pewną komedią romantyczną, zresztą wyjątkowo kretyńską (nawet jak na standardy gatunku ;) ). Co nie zachęcało mnie do poznania wody. Dobrze, że Pola [ :* ] okazała się mądrzejsza ode mnie i przesłała całkiem sporo materiału testowego. :) Dzięki temu wiem, iż głupia nazwa to li tylko wabik na zakochanych, idealny w dni takie, jak dzisiejszy.


Ponieważ LP No. 9 to w rzeczywistości nadzwyczaj przyjemny, bardzo plastyczny, kwiatowo słodki zapach, rozpisany w sam raz pod miłośniczki nieco staroświeckiego ducha, zachowawcze aczkolwiek ceniące sobie wysoką jakość. W ogóle im dalej w las, tym bardzie mój obecny bohater upodabnia się do ulubionego przeze mnie Anaïs Anaïs od Cacharel, może tylko mniej skorego do chwytania za gardło. :) Mniej dosłownego.

Lecz póki co mamy otwarcie. Zaskakujące, dla miłośników sztampowej masówki nieoczekiwane, za to chętne, by przypodobać się fanom niszy. Ponieważ główną rolę gra weń kolendra, silna i sucha, złamana dodatkiem trudnego do identyfikacji, za to wpadającego w pamięć ziółka (estragon). Nie wyczuwam nawet grama słodyczy; jest za to delikatna, antyseptyczna gorycz płynąca z dodatku tłustego, niemal zawiesistego olejku z lawendy. Towarzyszy im niezbyt dosłowna bergamotka, ani skórzana, ani cytrusowa. Wstęp zapowiada subtelny zapach paprociowy, nie bogaty i aromatyczny bukiet słodkich kwiatów.
One pojawiają się później, stopniowo mącąc sucho-gorzkie opary nut głowy. Pojawia się jasny, zielonkawy jaśmin (podobny znajdziecie w Jasmin Noir marki Bugari), słodka gardenia, karmelowo-pieprzowo-balsamiczne goździki, biała róża, a nawet coś jakby konwalie. Dzięki nim lawenda i estragon przestają grać role ostrej, cokolwiek ekscentrycznej, odważnej ozdoby stołu, a zostają "zdegradowane" do pozycji urozmaicenia banalnej kwiatowej słodyczy, złamania przewidywalności bukietu.
W miarę upływu czasu pozostałości uwertury zanikają, słodkie kwiaty zaś zmuszone są dzielić scenę z akordami ambrowo-kuchennej słodyczy, łagodnych nut drzewnych oraz lekkiego, białego pudru (tego szczęśliwie nie ma zbyt dużo). Delikatne suche paczuli oraz stare drewno cedrowe przyprószone cynamonem czynią z LP No. 9 aromat szyprowy. Całość ciepłą chociaż nie gorącą, poruszającą się niczym zjonizowane powietrze, niezbyt gładką, żywą, pozbawioną banału. I choć droga damskiego Eliksiru Numer Dziewięć na olfaktoryczny Parnas jest tak daleka, że pewnie nieosiągalna, kompozycję nosi się niezwykle przyjemnie.
Nie jest afrodyzjakalna, nie - wybaczcie zwrot, imo makabryczny - "zdziera majtek", nie kusi w sposób jednoznaczny. I bardzo dobrze! Im dalej od filmowej inspiracji tytułu, tym lepiej. :)

Żałuję tylko jednego. Tego, że nie dane mi było dotychczas poznać męskiego odpowiednika fuksjowej (w barwie) wody. Może jego recenzję zamieszczę za rok? Albo, jeśli się poszczęści, w Noc Kupały...?
Tak czy siak: udanych Walentynek! :)

Rok produkcji i nos: 1998, Christian Provenzano

Przeznaczenie: zapach powstały z myślą o kobietach, choć testy polecam także męskiej części społeczeństwa. :) O zauważalnym sillage, bardzo układny i niemęczący. Więc nadaje się na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna amalfi, lawenda, estragon
Nuta serca: goździk (kwiat), jaśmin, róża
Nuta bazy: wanilia, cynamon, ambra, drewno cedrowe, paczuli, piżmo
___
Dziś zamiana w stosunku do dnia wczorajszego, czyli noszę Incense Extrême Tauera. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://dailydishrecipes.com/valentines-day-pinterest-recipes/
2. http://freefundoo.com/happy-valentines-day-greetings-23.htm

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Trzykrotka

No dobrze, kwiatek potrojony. :)
Czyli trzy kwiatowe niszowce, kompletnie niezaskakujące, ale - z pewnych względów - w świecie ostrej głównonurtowej rywalizacji musiałyby wypaść z rynku jeszcze szybciej, niż nań trafiły.

Przypadek pierwszy to Rose Sauvage od Antonio Viscontiego. Składnik tytułowy przedstawiono tutaj jako kwiat esencjonalny, pylisty, słodki, otoczony przez subtelne akordy alkoholowe. Hm, może raczej: słodowe, drożdżowo-waniliiowe na miękkiej, brunatnej w barwie i niedosłownie czekoladowej w wyrazie paczulowej poduszce.

Przywodzi na myśl klimaty niedzisiejsze, jakkolwiek nie zawsze retro. Wypomadowane róża, jaśmin, goździki czy orchidea najzwyczajniej nie należą do ulubieńców współczesnych dyktatorów perfumiarskich trendów; rzecz jasna ze szkodą dla ogółu materii. ;> Szczególnie, kiedy układają się w kompozycję jednocześnie pudrową i oleistą, udekorowaną girlandami słodkiej (ale niejadalnej!) biżuterii w postaci tonkowych brosz, tuberozowych pierścieni, ambrowych kolczyków bądź waniliowych kolii. I już wiadomo, jak bardzo bogatą jawi się całość pachnidła, jak gęstym tekstem musiano napisać jego formułę.
Róża, upojne kwiaty oraz jeszcze więcej róży; niejadalne słodkości; pudrowe paczuli utarte z ambrą; duża szczypta egzotycznych przypraw - dzięki nim Rose Sauvage trzyma się z dala od plastikowych syntetyków. Przeznaczona raczej dla poważanych konserwatywnych dam (by nie rzec: matron), ale warta uwagi, wykonana poprawnie, ze składników, którym trudno cokolwiek zarzucić.
Spalone lampami solaryjnymi nastolatki oraz pełne pretensji snobki skazałyby by ją na śmierć w mgnieniu oka. Na śmierć albo reformulację, przy czym nie jestem pewna, które wyjście byłoby tym gorszym. ;>

Kolejne pachnidło wydaje się być predestynowane do (nadal hipotetycznego) dłuższego życia na półkach przeróżnych sefor i daglasów. Przynajmniej w teorii.
Lecz praktyka przedstawia się daleko mniej różowo: to, co może i jest nadzwyczaj sympatycznym, noszalnym oraz w gruncie rzeczy lekkim kwiato-paprociowcem dla Pań, co w każdej ilości nie przytłacza a nawet plasuje się w nurcie ukochanych przez tłumy perfum świeżych, w praktyce okazałoby się najwyżej chwilową modą, szybko przemijającym kaprysem lub wyznacznikiem pozerstwa.
Powód jest prosty: cena. Która w przypadku Magnolia Romana od Eau d'Italie odzwierciedla jakość wykonania dzieła; nie ma niczego nagannego w żądaniu 120 dolarów lub 380 złotych za 100 ml pachnidła stworzonego ze znawstwem i - przynajmniej umiarkowaną - cierpliwością, przy pomocy najlepszych składników. Tyle, że nie w świecie, który za motto obrał sobie slogan "równaj w dół!". Gdzie potencjalne nabywczynie szybko wystawiłyby imponujący rachunek przyjemnemu, mało dosłownemu swieżakowi, opartemu na grze olejków cytrusowych, lekkich nut drzewnych, łagodnych przypraw oraz akcentów ozonowo-wodnych. Nie da rady, nawet jeśli aromat z czasem poczyna zalotnie mruczeć przy skórze, kusić miksem cedru z lilią wodną, łagodnymi promieniami słońca przemieszanymi z leciutkim piżmowo czystym pudrem.
Współcześnie jakości nie sposób wpisać w koszta; ona nie kalkuluje się w czasach, gdy i tak mało kto potrafi ją rozpoznać. Ergo: najlepiej i najtaniej będzie, kiedy ją usunąć. ;>

Na kolejną bohaterkę dnia wybrałam lewkonię. Dokładniej: Night Scented Stock z cyklu Antologii marki Penhaligon's.
Na dobry początek muszę Wam wyznać, iż nie pamiętam zapachu owego niepozornego kwiatuszka. Dlatego muszę radzić sobie bez świadomości, jak NSS wygląda na tle natury. :) Obym jakoś wybrnęła.
W ramach intymnych wyznań rzucę jeszcze, że brytyjska Maciejka jest jedynym spośród dzisiejszych pachnideł, które widziałabym na swojej półce. Może nie w takiej ilości, jaką proponuje producent, ale jako miniaturkę czy odlewkę.. kto wie?

Teraz do rzeczy.
O tym zapachu trudno pisać w sposób konwencjonalny, rozbierając go na czynniki pierwsze i układając w głowie niczym matematyczne wzory. Poza jednym wyjątkiem czuję przede wszystkim pastę skomplikowaną strukturalnie, ale o prostolinijnym duchu: na poły korzenną i słodką, chwilami ziemistą o niepokojąco "męskich" konotacjach, za którymi stoją dodatki żywicznego drewna, wetywerii, fiołka czy skóry, lecz w pierwszej chwili - jednoznacznie kwiatową, posłuszną we wszystkim lekkiemu, zielonkawemu jaśminowi.
Night Scented Stock stanowi ukłon w stronę perfumiarstwa klasycznego, stylowego, skupiającego się na pięknie według jego wczorajszej definicji, paradoksalnie w mniejszym stopniu spolaryzowanego przez interkontynentalnych speców od marketingu. Jakość nie do przejścia dla miłośników nie tego, co "piękne" lecz tego, co "łatwe", lekkie; nie dla ludzi, których światem rządzi sztywny przymus wtapiania się w tłum, zwany też zakazem wychylania. ;P
Kiedy myślę o klasyfikacji NSS przypominam sobie opinię na temat bodajże jednej z wód Hermèsa, przeczytaną dawno temu a wyartykułowaną przez dziewczynę, z pewnością miłą, uroczą i konformistyczną: "Nie lubię, kiedy piszecie, że to uniseX! [ ;> ] Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego!" Urocze, prawda? ;) Tak gęsie, że aż rozczulające.

Oto, jak trafiłam na koronny dowód, dlaczego Rose Sauvage, Magnolia Romana, Night Scented Stock oraz wiele innych kompozycji mimo, że w zasadzie typowe i niezbyt oryginalne, szybko zginęłyby śmiercią tragiczną, zagryzione bądź zagłodzone. Rządzi nami zasada bezpardonowej oznaczoności, konieczność ciągłego dopytywania się: "Co o tym sądzisz?", "Dlaczego nic nie mówisz?" albo "Nie wyglądam w tym grubo?". ;) Opinia osób trzecich nie jest już komplementarna do naszej lecz stanowi o sednie życiowych wyborów. Pozwalamy innym decydować i de facto żyć za nas. Okropne, ale prawdziwe. Zresztą, nie tylko w przypadku perfum.

Antonio Visconti, Rose Sauvage

Rok produkcji i nos: 2005 lub później, Antonio Visconti

Przeznaczenie: mocny, dosyć silny zapach stworzony dla kobiet.Efektowny i chwilami ciężki, więc raczej na okazje wieczorowo-formalne

Trwałość: od ośmiu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, pomarańcza, róża damasceńska, goździk (kwiat)
Nuta serca: irys, jaśmin, bób tonka, paczuli
Nuta bazy: tuberoza, absolut różany, szara ambra, wanilia


Eau d'Italie, Magnolia Romana

Rok produkcji i nos: 2008, Alberto Morillas

Przeznaczenie: lekki, sympatyczny i orzeźwiający zapach skierowany do kobiet. Wyraźny, ale nie męczący; żywy. Na gorące dnie i wieczory.

Trwałość: w granicach pięciu-siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: świeżo-kwiatowa (i aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: bazylia purpurowa, liście cytryny, gałka muszkatołowa, cyprys, neroli
Nuta serca: róża, magnolia, tuberoza, lotos, akordy wodne i ozonowe
Nuta bazy: białe piżmo, cedr wirginijski, siano


Penhaligon's, Night Scented Stock

Rok produkcji i nos: (1976) 2009, ??

Przeznaczenie: zapach dla kobiet, ale z przechyłem w stronę odważnego uniseksu. O nieprzesadnie dużym sillage, ciepły i przyjazny; na wszelkie okazje.

Trwałość: w porywach do sześciu godzin, więc nie powala

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: goździki (przyprawa), cynamon
Nuta serca: lilia, jaśmin, ylang-ylang, heliotrop, fiołek
Nuta bazy: wetyweria, paczuli, benzoes, bób tonka, wanilia, piżmo
___
Dziś ... ... chyba zapomniałam, co testuję! :D

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.routard.com/photos/paris/45588-rose_sauvage.htm
2. http://kateiredale.typepad.com/inspired/2011/04/the-warrior-within.html
3. http://flickrhivemind.net/User/alexv1n/Timeline

czwartek, 21 lipca 2011

Wdzięk niebieskich dywanów

Nie mam pojęcia, czy i jak pachną kwiaty leśnego dzwonka, przed laty porastające angielskie, czy ogólniej: brytyjskie, lasy. Wiem, że z rośliną objętą dziś ścisłą ochroną gatunkową wiąże się wiele legend i wierzeń. Dla wyspiarskiej kultury są równie ważne, co dla polskiej malwy, ruta czy wierzba rosochata. :)
A do tego lasy w porze ich kwitnienia prezentują się oszałamiająco. Tylko spójrzcie:


Najprawdziwszy wielki błękit, tylko trochę inaczej zinterpretowany. :)
Tradycyjna bura zieloność leśnego poszycia - niczym za sprawą magicznej różdżki - nagle znika, zaś jej miejsce zajmuje świetlisty błękit, obraz pogodnego nieba odbity przez Matkę-Ziemię. Czy można dziwić się, iż dawni mieszkańcy Wysp Brytyjskich uważali dzwonkowe lasy za siedlisko wszelkich zaczarowanych istot, o jakich kiedykolwiek wcześniej słyszeli? Od złych duchów i gnomów po elfy i wróżki. Ponoć brzęczenie niebieskich dzwonków miało zwoływać te małe kobietki ze skrzydłami ważek na obrady. Jeśli zrządzeniem losu ich dźwięk usłyszał przechodzący w pobliżu człowiek jasne było, że wkrótce czeka go śmierć.
Lecz leśny dzwonek, jako roślina mediacyjna, był nie tylko łożem niesamowitych istot oraz posłańcem złych wieści, lecz i sprzymierzeńcem śmiertelników. Wianek z niebieskich kwiatków był gwarantem szczerych intencji oraz nienawiści do kłamstwa, cechującej noszącą go osobę. Zaś jeśli zakochanemu człowiekowi udało się wykręcić roślinkę z ziemi, bez jakiegokolwiek naruszenia łodyżki, wówczas już mógł zacząć szykować się na własny ślub. :)

Tak, jest Hyacinthoides non-scripta elementem tożsamości kulturowej i popularnej, nadal żywej tradycji brytyjskiej. Dowodem na to niech będzie choćby ogromna popularność perfum Bluebell marki Penhaligon's, mających odzwierciedlać klimat brytyjskich lasów w porze kwitnienia dzwonków, a ukochanych przez Kate Moss, ostatnio bardzo brytyjską Madonnę czy zmarłą tragicznie księżnę Dianę. Nawet pewna popularna perfumeria internetowa nazwała Bluebell "być może najbardziej 'brytyjskim' ze wszystkich [naszych] zapachów". ;) Czyż trzeba lepszych dowodów na kultowy status Bluebell?


Same perfumy zdają się idealnie wpasowywać w idee stylu brytyjskiego: są jednocześnie naturalne, niewymyślne, klasyczne, ale i ujmujące delikatną kreską, jednocześnie rozpoznawalne i pachnące bardzo "indywidualnie", idealnie wtapiające się w skórę. Swobodne i wyrafinowane; takie, które niczego nie muszą udawać. Klasa sama dla siebie.

Dzwonek jest jednym z nielicznych prostych i świeżych zapachów, które przypadły mi do gustu. :)
Może to dlatego, że jego uderzająca w nos zieloność mieni się aromatami kwiatów, w które nuty cytrusowe wpleciono tak zręcznie, iż w ogóle nie są wyczuwalne? A przynajmniej niemożliwe do jednoznacznego sklasyfikowania.
A może z racji jedynego w swoim rodzaju aromatu, który w tej samej chwili jest świeży, jak i delikatnie pudrowy? Lub też "winić" powinnam mieszankę woni jasnej, dzikiej róży pnącej, konwalii, hiacyntów i fiołka zmieszanych zgodnie z dawnymi prawidłami sztuki perfumiarskiej tak, że jednocześnie pachną jak wszystkie wspomniane oraz coś całkiem nowego, zupełnie nieznana dotąd jakość?

Cokolwiek kryje się za intrygującym pięknem Bluebell sprawia, że mam ochotę się uśmiechnąć. :) W moim sercu gości wiosna. Rodzaj obłędnego, impulsywnego i szczeniackiego zakochania, bardziej platonicznego niż jakiegokolwiek innego. Pompującego w człowieka tygodniową dawkę dopaminy z endorfiną, przemożnego i genialnego w swej prostocie. Rozczulająco prostodusznego oraz naturalnego. Prostego jak miłość i jak ona skomplikowanego.

Od, odurzającej świeżością porannej rosy, woni otwarcia, przez spokojne, nasycone światłem słonecznym bukiety w porcelanowych dzbanach prosto z targu staroci, po ciche, bliższe ciału klimaty pudrowo-ciepłe: nieco buduarowe, subtelnie przyprawowe, Bluebell pozostaje doskonałym odzwierciedleniem maksymy "less is more" w wydaniu ujmująco młodzieńczym.
Jedne z tych perfum, które po prostu wypada poznać.

Rok produkcji i nos: 1978, M. Pickthall

Przeznaczenie: spokojny [choć nie zawsze ;) ] zapach, stworzony z myślą o kobietach; dość bliski skórze, wyważony i dyskretny, jakkolwiek zauważalny. Pasuje jednak na wszelkie okazje. :)

Trwałość: w granicach ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-świeża

Skład:

Nuta głowy: cytrusy
Nuta serca: hiacynt, konwalia, cyklamen (czyli fiołek alpejski), róża, jaśmin
Nuta bazy: cynamon, goździki (przyprawa), galbanum
___
Dziś noszę Shalimar od Guerlain.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.free-desktop-backgrounds.net/Nature-landscapes-wallpapers/Forest-wallpapers/Bluebells-the-royal-forest-landscape.html
2. http://www.toinettelippe.com/FlowersAndPlantsGallery.htm

wtorek, 9 listopada 2010

Nie pieprz Pietrze...

No! Nareszcie pieprz z prawdziwego zdarzenia! Trudno było mi znaleźć taką kompozycję, w której wspomniana przyprawa grałaby główną rolę, a nie zostałaby w taki czy inny sposób "zdemistyfikowana". :) Teraz mam Opus 1870 od Penhaligon's, kolejną ciekawą propozycję okazjonalną (bo nazwaną tak, a nie inaczej dla uczczenia roku powstania marki).


Pierwsze chwile pobytu mieszanki na skórze nieśmiało zapowiadają przyszłe pieprzowe wichry, hulające po moim ciele z dowolną prędkością. :) Jednak, póki co, burze poprzedza łagodna, miła dla człowieka bryza: rześka, lekka, nasiąknięta sokami bujnej podzwrotnikowej roślinności. Ciepła, ale też trudna do uchwycenia oraz ździebko figlarna. Żaden tam olfaktoryczny Terminator, po prostu gibki, psotny, trudny do kontrolowania gnom. :) Stąd skojarzenie z pieprzem dojrzewającym jeszcze na krzewie, chwilowo tkwiącym w cieniu, ale przecież nie lękającym się silnych promieni słońca. Oraz podejrzanie soczystym, słodkawym; to zasługa owoców cytrusowych, subtelnie tonowanych przez kolendrę, do której z czasem dołącza róża i cynamon. Ten ostatni przejawia tendencję wzrostową, gdyż zdaje się próbować dominacji nad resztą składników (co mu się nie udaje; dobrze, bo to o pieprzu miało być :) ).
Kiedy ruda zwinięta kora usiłuje podporządkować sobie resztę towarzystwa, cytrusy odchodzą po cichu, korzystając z zamieszania, a na ich miejsce zjawia się kadzidło, zręcznie poskramiające krzykacza.


Dzięki temu ostatniemu głównym bohaterem opowieści ponownie staje się pieprz, choć już nie surowy i soczysty, tylko w znanej nam dobrze postaci. Ostry, świdrujący przegrody nosowe i zdecydowanie czarny. :)
Ziarenka mieszają się z lekką pikantnością róży oraz żywicznymi oparami, miękko układając się na sylwetce, otaczając ją ze wszystkich stron niewidocznym, acz niezwykle szczelnym, filtrem i tworząc cudny, bardzo wyrazisty sillage.
Mieszanka robi się przy tym bardziej eteryczna, by ni rzec, że widmowa, a jednak (na co mam dowody! ;) ) trudno ją przeoczyć. Jak to możliwe?
Pojęcia nie mam; i bardzo się cieszę, że nie muszę zgłębiać owej zagadki. Po prostu chłonę doznania, jakie mi zapewnia. :)

Finał oznacza jeszcze większą "mglistą przejrzystość" oraz ogrzanie doszczętnie wysuszonych ziaren sandałowcem i delikatnym piżmem [syntetycznym albo roślinnym, gdyż zupełnie się nie mydli]. Ciepłą dwoistość nut bazy podbija zazwyczaj świeży, z lekka sportowy cedr. Lecz to tylko skromne przywrócenie równowagi, nie zapowiedź kolejnych swarów.

Pieprz, pieprz i pieprz - wcale nie taka banalna przyprawa. :) Do tego nad podziw trwała. Jak tu się nie zauroczyć?


Rok produkcji i nos: 2005, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks na dowolne okazje.

Trwałość: od dziesięciu do ok. czternastu godzin

Grupa olfaktoryczna: przyprawowo-drzewna (i orientalna)

Skład:

Nuty głowy: czarny pieprz, owoc yuzu, kolendra
Nuty serca: cynamon, kadzidło, angielska róża goździkowa
Nuty bazy: drewno cedrowe, sandałowiec, piżmo, cytrusy
___
Dziś noszę Rose Sauvage od Antonio Viscontiego.

P.S.
Źródło ważniejszych ilustracji
- YouTube [żeco?? coś mi się pomatlaczyło ;) ] oczywiście DeviantArt:
1. Peppercorns autorstwa sgtmoscovitz.
2. Peppercorns autorstwa aikika.