Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avon. Pokaż wszystkie posty

sobota, 27 października 2012

Młodzi miejscy profesjonaliści

YUP, yuppies, japiszony. Młodzi, wiecznie zabiegani, och-jak-bardzo-ważni, żyjący i myślący szybko; modni, choć raczej z korporacyjnej konieczności niż rzeczywistej potrzeby swego "ja".
Nie lubię ich, chociaż jestem daleka od naśmiewania się.
Kiedy o nich myślę siłą rzeczy czuję również i zapach. Praktyczny jak i oni; równie, co oni - poważny oraz (z konieczności) zachowawczy. Oczywiście musi posiadać odrębne wersje dla obu płci. Ucieleśnieniem pachnideł dla japich może być duet Nuit marki Avon, powstały także pod egidą Christiana Lacroix.

O recenzję Nuit pour Homme niedawno poprosił mnie Pan Damian, którego z tego miejsca pozdrawiam. :)

Skorzystałam więc z pretekstu, by nareszcie przetestować zapach, którego próbka od tygodni bezskutecznie domagała się mojej uwagi. ;) I - żałuję, naprawdę mocno żałuję, iż moja opinia o Nocy nie okazała się bardziej łaskawa.


Kiedy się zastanowić, męska wersja Nocy nie jest wcale taka zła. Czasem potrzebujemy pachnidła, które ma być po prostu praktyczne, zachowawcze, bezpieczne niezależnie od okazji. Stosowne nawet podczas Najtrudniejszej Rozmowy [naszego] Życia, obojętnie czego miałaby dotyczyć. Takie właśnie jest Nuit. I na podobnej niwie jest w stanie się obronić.

Gorzej, kiedy przyjdzie oceniać aromat z perspektywy dzieła sztuki użytkowej, wysokiej klasy urodowego dizajnu. Kiedy zestawić Nuit z innymi "bezpieczniakami" popularnych marek, jak Acqua di Gio, Terre czy choćby Hoggar od Yves Rocher, że o Creedach ledwie wspomnę. Wówczas staje się jasne, iż w omawianym aromacie niełatwo znaleźć coś, co na dłużej przyciągnęłoby uwagę. Otwarcie kompozycji to sucha cytryna z soczystą bergamotką o lekko skórzanym wydźwięku. Towarzyszy im przesuszony, rozgrzany akord tytoniu na skraju spopielenia. W każdym razie na pewno coś kumarynowego. :) To najbardziej przyjemny punkt na olfaktorycznej skali Nuit.
Szybko jednak pojawia się nuta, która zdominuje całą mieszankę podczas niemal całego pobytu na mojej skórze: soczyste, jasne, świeże drewno. Cedr pomieszany z cyprysem. Oraz co nieco jawnie syntetycznych cytrusów. Którym nie pomaga, zazwyczaj frapujący, aromat paliwowego fiołka (jak w innym męskim ultraklasyku, Fahrenheicie Diora). Prędko okazuje się, że moja skóra z całą pewnością nie jest fanką powyższego zestawienia. ;)
Towarzyszy mi ono prawie do końca "współpracy" z Nuit pour Homme, kreując kompozycję świeżą aż do przemrożenia, jasną aż do oślepnięcia, ostrą aż do wrażenia śmierci w wyniku zasztyletowania. Zaś głęboka baza okazuje się, jak to Avon, do bólu płytka, pudrowa, lekko słodka. Nijaka. Co czyni moje uprzednie męki tym trudniejszymi do zaakceptowania, że całkowicie pozbawionymi sensu.

Nuit pour Homme przypomniał mi, dlaczego nie trawię perfum świeżych. :> A do tego w ogóle nie ma w sobie nic z nocy. ;)
Przykro mi, że nie zdołałam wykrzesać z siebie nawet odrobiny cieplejszych uczuć. Obawiam się jednak, ciężko byłoby mi kłamać. Zwłaszcza na piśmie. ;)


Rok produkcji i nos: 2011, Pascal Gaurin

Przeznaczenie: pachnidło dla mężczyzn; niezbyt bliskie skórze, choć zachowujące wszelkie współczesne normy co do mocy zapachu. Wbrew nazwie w sam raz na okazje dzienne.

Trwałość: na mojej skórze do sześciu godzin; obawiam się jednak, że u mężczyzn może "wytrzymać" krócej.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, lawenda, tytoń
Nuta serca: kardamon, cyprys, fiołek
Nuta bazy: akordy drzewne oraz żywiczne, irys
___
W tej chwili pachnę Idole edp.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://stylio.pl/artykul-styl-yuppies

niedziela, 20 maja 2012

Ładne kwiatki!

A raczej angielskie ogrody (przynajmniej w większości). Kwiaty, jak to wiosną, dominują w naszej przestrzeni. Nie inaczej w perfumach: popularne i te trochę mniej znane, delikatne oraz nieco mocniejsze, dostępne w każdym sklepie perfumeryjnym oraz wycofane z produkcji. "Memu nosu" zaś - miłe albo i niekoniecznie... ;)
Ładne kwiatki.

Avon, Rare Sapphires

Z moich dzisiejszych propozycji największy rarytas, niedostępny mniej więcej od dekady a i tak będący efektem reformulacji jeszcze wcześniejszego klasyka marki.
Cóż, rzeczywiście od współczesnych avonowców raczej odstający. :) Delikatnie drzewny, cedrowo-mszysty, będący uroczym stelażem dla bukietu z łagodnych białych kwiatów. Nad nimi ułożono apetyczne słodkie owoce, ale prawdziwą niespodziankę Rare Sapphires kryje dopiero w bazie. To.. mydło! :) Znakomitej jakości, naturalne szare mydło. W miarę upływu czasu zdradzające coraz większe podobieństwo do Guerlainowej l'Heure Bleue, ale też - owsianego żelu pod prysznic/mleczka od Yves Rocher. ;D Poważnie.
Zapach miły, na dzisiejsze czasy bardzo, bardzo nietypowy aczkolwiek coś mało oryginalny.

Skład:
owoce cytrusowe, akord o nazwie dewfruit, gardenia, konwalia, drewno cedrowe, wetyweria


Les Exclusifs de Chanel: Beige

...czyli najważniejszy powód, dla którego zdecydowałam się na taki a nie inny tytuł. ;) Beige to pachnidło rzeczywiście sympatyczne, świeże, wbrew pozorom niezbyt słodkie; młodzieńcze oraz pełne optymizmu. Lekkie i znakomicie zestrojone z dziewczęcą skórą. Tak przynajmniej podejrzewam. Ponieważ na mnie pojawia się jako, nie mniej i nie więcej, tylko woda spod kwiatów. Choć nie stara i już stęchła ale zmieniana codziennie; należycie, jak Bóg przykazał. ;)
Trwałość i projekcja takoż nie zachwycają. Cóż począć? Beż po prostu nie jest dla mnie.

Skład:
miód, frezja, frangipani, głóg


Illuminum, Rose Oud

Róża i agar, agar i róża: jak chleb i masło, jak grzmot i burza. ;)
Jedno z najbardziej oklepanych perfumiarskich zestawień naszych czasów w wydaniu sygnowanym przez Michaela Boadi szczęśliwie zyskało jakąś oryginalność. Ba! Tylko jaką?
Oud pojawia się we wcieleniu zredukowanym do minimum, wyłącznie jako podpora kompozycji, jej twardy i pewny stelaż. Żadnych mocarzy, żadnych szpitali, gabinetów dentystycznych ni innych "miłych" skojarzeń, zapewniam. Zresztą i róża mocą nie powala. To kwiat herbaciany, spokojniejszy, nieco introwertyczny; dymny, zręcznie obudowany suchą i miękką cielesnością kastoreum oraz przyprawami, z szafranem i gałką muszkatołową na czele.
Całość trzyma się blisko ciała a mimo to pozostaje wyczuwalna przez dobrych kilka godzin.
Zachwytów brak, ale jestem usatysfakcjonowana.
Porządna robota. :)

Skład:
marokańska róża, konwalia, jaśmin, oud, przyprawy, kastoreum, nuty drzewne


Pecksniff's, Oriental Amber

Głęboki, acz spokojny, nienarzucający się Orient. Zamknięty w bogatej woni przypraw, kwiatów, subtelnej śmietanki słodko-drzewno-ambrowej. Tu puchaty sandałowiec gra z delikatną pikanterią szafranu (lub kurkumy); sproszkowany imbir, gałka muszkatołowa i pieprz czynią stonowany duet róży i jaśminu zaskakująco czystym a wspomniana baza daje nam wytchnienie.
Całość jest jednocześnie drzewna, kwiatowa, balsamiczna oraz przypudrowana. Bardzo bliska skórze acz - niczym w przypadku piętro wyżej - całkiem wyraźna.
Spojrzenie na ambrę ciekawe, choć wtórne; oblicze kwiatów ładne ale kompletnie niezapadające w pamięć; interpretacja przypraw poprawna. I tak tworzy się normalne, codzienne pachnidło "do noszenia", niekoniecznie do podziwiania. Zwykłe oraz przydatne. Ładne. :)

Skład:
gałka muszkatołowa, czarny pieprz, szafran, imbir, jaśmin, róża, paczuli, drewno sandałowe, piżmo, ambra


Penhaligon's, Artemisia

Ciąg dalszy przygody z brytyjskim perfumiarstwem. :)
Pachnidło powstałe na cześć jednej z nielicznych znanych z nazwiska malarek doby baroku, Artemizji Gentileschi; nic dziwnego, że po prostu musiałam je poznać. Z czym na szczęście nie było żadnych kłopotów.
Te pojawiły się później, na etapie testów. ;) A właściwie był tylko jeden: dlaczego zapach nie ma w sobie nic z ducha twórczości Artemizji??
Gdzie emocje, gdzie namiętności - niekoniecznie pozytywne i budujące - skryte pod płaszczykiem czystej, perfekcyjnej wręcz formy?
Zamiast nich dostałam coś, co anglojęzyczni zwykli określać mianem "floriental", przykryte kilkoma warstwami korzenno-piżmowego (acz niemęczącego) pudru. Owoce, fiołki, zieleń, pod nimi łagodna egzotyka cedru i sandałowca, z kardamonem, wanilią oraz mchem dębowym na dokładkę. Ładne, choć nudne. Bo już było; i to wiele, naprawdę wiele razy.
Nie pomagają nawet zacna trwałość czy wyczuwalny sillage.

Skład:
nuty zielone, nektarynka, zielone jabłko, konwalia, herbata jaśminowa, fiołek, wanilia, ambra, piżmo, drewno sandałowe, mech dębowy


Thierry Mugler, Alien Aqua Chic

Wakacyjnie wcielenie klasycznego Kosmity na Rok Pański 2012. ;) Udane, nawet bardzo. O jaśminie, który z powodzeniem równoważą nuty lekkie i świetliste, w oczywisty sposób nowoczesne choć przy tym udane - a to prawdziwa sztuka. ;) Dzieło świeże, cytrusowo-imbirowe (tu już wyraźnie czuję ostry sok wypływający z roztartego w moździerzu kłącza), apetycznie ambrowe, na niezmiennej drzewnej podstawie.
Chyba najbardziej wakacyjna ze wszystkich dotychczasowych Sunessences. Chciałabym więcej [kiedy zużyję odlewkę nadejdzie czas na rozważenie zakupu flakonu].

Skład:
imbir, werbena cytrynowa, konwalia, nuty drzewne, ambra (brak jaśminu!!)


A teraz biorę słomkowy kapelusz, napój miętowy, książkę i idę na leżaczek. ;) Miłej niedzieli!
___
Gdzieś spod tego wszystkiego wyłazi czasem użyte rano Mississippi Medicine od D. S. & Durga.

piątek, 6 maja 2011

Z czym do ludzi?

Molochy kosmetycznej sprzedaży bezpośredniej, typu Avon i Oriflame, jako żywo nie kojarzą nam się z perfumami nowatorskimi, oryginalnymi, a czasem nawet nie z tymi wartymi dłuższej uwagi. I jest to pogląd w znacznej mierze zasadny. W końcu trudno powiedzieć coś jednoznacznie pozytywnego o pachnidłach dość sztampowych, niechętnie wychodzących poza utarte schematy tego, co "się sprzedaje" i po najdalej dwóch-trzech godzinach przeistaczających się w badziewną, chemiczną pulpę. [W sumie nic dziwnego, że tłumy miłośników avonowskich - czy może raczej "awonowskich" - perfumek czują dojmującą potrzebę ponownej aplikacji już po godzinie od poprzedniej. ;P ]
Od powyższej normy istnieją na szczęście wyjątki. Jakby nie spojrzeć, ze strony konsorcjum o tak zachowawczej polityce [niech się schowa najnowsza dyrekcja Gucciego! ;) ] naprawdę wielkiej odwagi wymagało stworzenie aromatu opartego na nucie absyntu. I to w wydaniach dla obu płci. Tylko pomyślcie! Absynt. Ab-synt. Piołunówka. Piołun. Mount Everest goryczy i wytrawności.
Zadanie ryzykowne; łatwo o wtopę. Wentylem bezpieczeństwa ziołowej minikolekcji został więc Christian Lacroix. Jak się później okazało, był to początek nie tylko dłuższej współpracy, ale i nowego trendu w pachnących działach wspomnianych firm. Ale o tym kiedy indziej...


Absyntu kobiecego niestety nie znam, za to posiadam niewielką odlewkę męskiej wersji i - dziś nadeszła pora, by ją pochwalić. :)
Oczywiście, nie mamy tu do czynienia z jakimś absolutnie genialnym zapachem, nie będzie ochów i achów ni błysku w oku. Nie, Absynthe for Men to kompozycja miękka, spokojna, bezpieczna, zmieniająca się zgodnie z przewidywaniami. Oraz udana; w swojej klasie wręcz kapitalna.

Jak można było się spodziewać, kłopotliwą nutę tytułową obudowano w klasyczny, jak najmniej inwazyjny sposób. Żadnego jechania po bandzie, odważnego penetrowania kolejnych faz ziołowej goryczki, ani odrobiny schodzenia wgłąb narkotycznych majaczeń dziewiętnastowiecznej bohemy. Nic z tych rzeczy. AfM miał za zadanie przede wszystkim zjednać sobie klientów. Co udało się osiągnąć dzięki konserwatywnemu otwarciu i pudrowo-słodkiemu finałowi mieszanki.

Zatem przygoda z Absyntem dla mężczyzn rozpoczyna się świeżą, soczyście ziołową nutą w stylu poszycia leśnego czy zdziczałego ogrodu oraz kuchennym aromatem przypraw, wśród których prym wiodą kolendra i suchy, zmielony pieprz. Z nimi splecione są łagodne cytrusy oraz zioła, w tym piołun. W tym miejscu żałuję, że zagłuszono ostatnią nutkę, choć doskonale rozumiem motywy podobnego działania. Lecz mały żal zostaje... ;)
Jako, że po chwili nuty świeże znikają, a piołun zaczyna nurzać się w, miłym co prawda, doprawionym korzeniami pudrze. Pojawiają się nuty paczuli i irysa, doskonale przyprószające wszystko wokół: kardamon, kolendrę, pieprz, akcenty mirtu oraz lekkich nut żywicznych a także cichy, ledwie wyczuwalny akcent owocowy (teraz wiem, że to figa; sama, w takim otoczeniu, w życiu bym jej nie rozpoznała). Z czasem aromat staje się coraz trudniejszy do podzielenia na części składowe, wyczuwam przede wszystkim przyprawową, stereotypowo męską pulpę z coraz wyraźniejszymi akcentami słodyczy rodem z lukrecji, wędzonego bobu tonka lub czegoś takiego. To pewnie deklarowana w spisach nut ambra nadająca całości ciepła i miękkiego kolorytu. Podobno w składzie są jeszcze wetyweria oraz jęczmień, ale tego już nie jestem w stanie zweryfikować. W międzyczasie zatarto wszystkie istotne ślady, a ja czuję się jak dziecko, któremu ktoś powierzył rozwiązanie zagadki morderstwa na przyjęciu. ;) Szczerze chcę pomóc, jeno sił, wiedzy i możliwości nie staje. Ot, chemiczna paćka.

Absynt znika niczym reszta swoich braci: na tyle szybko, aby nie zdążyć do reszty się skompromitować. W sumie nie jest to zły pomysł, gdyż dzięki niemu może liczyć nawet na całkiem pochlebną recenzję. ;P
Jeśli szukacie ciekawych perfum absyntowych, a na myśl o wyłożeniu małej fortuny na dzieła Amouage bądź Nasomatto dostajecie drgawek i palpitacji, wówczas spokojnie możecie udać się na herbatkę do znajomej konsultantki Avonu. :) Ona z pewnością pomoże Wam rozwiązać ów palący problem. Co piszę bez cienia złośliwości.


Rok produkcji i nos: 2009, ??

Przeznaczenie: bezpieczny dla otoczenia zapach stworzony z myślą o mężczyznach; dyskretny i ciepły; o dość znacznej emanacji, z czasem przybliża się do skóry. Na wszelkie okazje.

Trwałość: hm.. w porywach do czterech godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: czarny pieprz, bazylia, limonka, petit grain
Nuta serca: figa, kardamon, paczuli, korzeń irysa, mirt
Nuta bazy: ambra, jęczmień, piołun, labdanum, wetyweria
___
Dziś noszę to, o czym powyżej. A właściwie to już nie. ;)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.cafepress.com/+absinthe_bourgeois_chat_noir_mini_poster_print,69473931