Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bulgari. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bulgari. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 lutego 2015

Czas pomiędzy

Ten dziwny, nieokreślony moment naszego życia, kiedy jeszcze się nie obudziliśmy ale już nie śpimy albo kiedy podjęliśmy decyzję o aktywności, lecz nasze ciało chwilowo nie jest w stanie się do niej dopasować. :) Lub ta chwila, gdy po kłótni emocje już opadły i naprawdę chcielibyśmy się pogodzić, jednak w dalszym ciągu powstrzymują nas resztki urażonej dumy.

Ten trudny do sprecyzowania oraz nazwania, nieokreślony moment ludzkiego życia i emocji znalazłam niedawno w Man in Black, najnowszych perfumach marki Bulgari.


Nie zrozumcie mnie źle: to są naprawdę śliczne, efektowne, zwracające uwagę oraz zwyczajnie przyjemne perfumy, które mają jednak jedną, jedyną, maluteńką wadę. Są chorobliwie nieśmiałe. Płoche niczym małe elfiki z celtyckich baśni, wtulające się w moją skórę najszybciej i najsilniej, jak się da.

Gdyby nie ta dosyć irytująca cecha, Man in Black okazałby się wymarzonym zapachem wieczorowo-zimowym, na męskiej skórze bardziej dymnym i słodowym, na kobiecej zmierzającym raczej w stronę nieregularnych, mięciutkich załamań jedwabnego aksamitu [no co? ;P Tak właśnie odczuwam MiB. :D ]. Bez nich jednak mieszanina, zdana na łaskę i niełaskę chemii mojej skóry - chociaż jednoznacznie ciemna a przy tym stworzona z ulubionych przeze mnie w męskich soczkach nutach klubowo-kawiarnianych - okazuje się czymś nazbyt wycofanym, może nawet trochę naburmuszonym. Mimo swojej zachęcającej urody czy intrygującego charakteru.
Ciepłe, pyliste ale odmierzane aptekarską miarą przyprawy towarzyszą czemuś pomiędzy rumem i koniakiem, po krótkiej chwili zlewają się z ciemną, podwędzaną (?) skórzaną galanterią a następnie pozwalają otoczyć cienistej i ciepłej, zupełnie niejadalnej słodyczy żywic z gwajakiem. Wszystko razem wydaje się eteryczne, odrobinę zadziorne chociaż senne, ambrowo jasne. Na marginesach tego łagodnego, pełnego namysłu obrazu zauważam jednak pojedyncze białe rozbłyski czegoś zdecydowanie kontrastowego. Niech to będą i kwiaty, chociaż żadnego nie wyczuwam bezpośrednio [no, może ewentualnie irysa; jednak nie daję głowy, czy przypadkiem nie uległam sugestii]. Jednak żeby to wszystko wyczuć, musiałam dosłownie zaciągać się pachnidłem opadłym na skórę.
W biegu, w ciągu dnia, w ferworze codzienności - nie czuję nic. Nic nie furkocze koło moich nozdrzy, nic nie przypomina o sobie przy gwałtowniejszym ruchu głową bądź ręką. Słowem: nic nie dzieje się tak, jak w przypadku podobnych wód lubię najbardziej.

Man in Black ma kolosalny potencjał, co rzuca się w nozdrza już w pierwszej chwili a kolejne chwile testów tylko owo wrażenie potwierdzają. Wzbudza we mnie pozytywne emocje i ciepłe uczucia, kusi magnetyczną osobowością ale jednak, z jakiegoś niezrozumiałego powodu, wciąż się na mnie boczy.
Trudno więc. Poboczymy się na siebie nawzajem. :D Może kiedyś nam przejdzie. ;)


Rok produkcji i nos: 2014, Alberto Morillas

Przeznaczenie: pachnidło stworzone dla mężczyzn jednak, jak wspomniałam w tekście recenzji, znakomicie układa się również na skórze niszolubnych kobiet. :) Niestety jego bliskoskórność i delikatność dyskwalifikuję Man in Black jako towarzysza wieczorowych szaleństw; z drugiej strony jednak zawsze będzie można na niego liczyć, kiedy potrzeba pachnidła ciepłego, dodającego otuchy ale zupełnie się nie narzucającego (na przykład w porze Ważnych Spotkań Biznesowych). :)
Trzeba jednak zaznaczyć, że moc mieszanki rośnie wraz z temperaturą na zewnątrz naszych domów.

Trwałość: w okolicach pięciu-siedmiu godzin spokojnej, wyczuwalnej [o ile przyłożymy nos do skóry ;) ] projekcji.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana (oraz przyprawowa)

Skład:

Nuta głowy: przyprawy, tytoń, "ambrowy rum"
Nuta serca: tuberoza, irys, skóra
Nuta bazy: drewno gwajakowe, bób tonka, benzoes
___
Dziś noszę Mon Parfum Gold od M. Micallef.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z... oj, nie mogę znaleźć źródła! (A byłam pewna, że zapisywałam). No cóż, może kiedyś się odnajdzie i wtedy je uzupełnię.

środa, 30 maja 2012

Dla rodziców i dla dzieci


Dla tych, którzy za dwa dni koniecznie muszą coś uczcić. ;) Rzutem na taśmę cztery propozycje prezentowe. Dla ich pociech lub dla nich samych, w końcu Wam też się coś od życia należy! :) Niech swoje święto mają nie tylko tylko dzieci.

Na początek jednak małe wyjaśnienie. Jako, że połowę materiału testowego otrzymałam zaledwie dwa dni temu, nie miałam okazji ponosić wód tak, jakbym sobie tego życzyła. Całe testy obu wód Le Petit Prince, bo o nie chodzi, musiałam ograniczyć do jednego pobieżnego "ciapnięcia" na przegub oraz ogrzewania obu pachnideł w okolicach łokci dnia drugiego. Stąd wynikły drastyczne rozbieżności w czasie trwania pachnideł; np.: od śmiesznych kilkudziesięciu minut mikstury bezalkoholowej na przegubie do około sześciu godzin w zgięciu łokcia dzień później. Dlatego nie podejmuję się ocenić trwałości rzeczonych aromatów; i to niekoniecznie dlatego, iż nie są skierowane do mnie. ;)
Po prostu chciałam Was poinformować.

A teraz do dzieła!

Na pierwszy ogień coś ewidentnie dla maluchów. Bezalkoholowa woda rumiankowa Dessine-moi un mouton marki Le Petit Prince. Narysuj mi baranka!, jak prosił Mały Książę. :) Czyli zapach ciepły, delikatny, radosny. Bardzo wyważony, o nienarzucającej się strukturze. Dopiero z bardzo bliska, w przypadku skóry dorosłej osoby,  można wyczuć delikatną woń świeżego, nie gorącego naparu z rumianku, do którego czyjaś troskliwa ręka wrzuciła odrobinę cytrusowej skórki (cytryna lub grejpfrut, na pewno nic słodkiego). Po chwili okazuje się, iż niedawna skórka ewoluowała w przyjemny, nieinwazyjny akord kwiatu pomarańczy wspomaganego aromatem róży białej bądź herbacianej. Delikatność przede wszystkim.
Dopiero po pewnym czasie rumianek schnie, w czym towarzyszy mu dosłownie jeden malutki ususzony płatek róży, delikatnie podkreślający niewinny i pastelowy charakter rumiankowej wersji Dessine-moi un mouton. W bazie pachnidło daje nam możliwość podziwiania, jak delikatne i ażurowe potrafią być akordy drzewne, stylowe niczym biały, rustykalny pokój dla dziecka.
Od tego aromatu bije ciepło i czar. Przypomina mi opowiastki Beatrix Potter.



Kolejne pachnidło z cyklu poświęconego najsłynniejszej powieści Antoine'a de Saint-Exupéry, nazwane po prostu Le Petit Prince i, w odróżnieniu od poprzednika, trwalsze oraz bardziej wyraziste. jest to zasługą rozcieńczenia dziełka w niewielkiej ilości spirytusu.
Dzięki czemu ta świeża a przy tym nienachalna, prostolinijna mieszanka gorzkich cytrusów (raz jeszcze), nut drzewnych, kwiatów oraz ziół układa się w esencję dwustuprocentowego optymizmu. :) Jest jak zastrzyk endorfin. :) Naprawdę. I bardzo mnie to cieszy.
Co więcej, uważam, że gdyby do akordów pomarańczy, grejpfruta czy werbeny cytrynowej z otwarcia, do małej szczypty ususzonych wibrujących ziół i konwalii z serca, do cedru, sosny i cyprysów z bazy dodać akordy w stylu wetyweria, kolendra, lawenda czy piżmo, otrzymalibyśmy zupełnie przyzwoite, konwencjonalnie męskie pachnidło. Paprociowca w najlepszym stylu. Wszak i bez nich Mały Książę stanowi udany miks nut orzeźwiających, energetyzujących, nieco gorzkich ale jednak miękkich, podkreślających grę światła  cienia.
Dlaczegóż by więc nie miał Le Petit Prince zachwycić zarówno Dziecka, jak i jego Taty?


Kolejny na liście jest zapach marki, której podstawowa działalność, moda dziecięca, zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Projekty Oilily, bo o niej mowa, są jednocześnie kolorowe, rustykalne, stylowe a z polskiej perspektywy wręcz odważne. ;> Szkoda, że perfumy Oilily (teoretycznie skierowane do starszych klientek) nie dorastają strojom do pięt. A przynajmniej jedne z nich, zatytułowane po prostu Flowers. Szkoda, że główną rolę graja weń owoce; a właściwie to owocki. Nieśmiertelna, przesłodzona sałatka owocowa, z melona miodowego, z mandarynek, zielonego jabłuszka, z odrobiny ananasa i wielgachnych, pozbawionych smaku zimowych truskawek (malin bowiem we Flowers nie stwierdzam). Do tego cyklamen, drzewno-papierowa pasta oraz mnóstwo akcentów ozonowo-wodnych. Cool Water dla dziesięcio- lub dwunastolatek.
I to chyba powinna być grupa docelowa Kwiatów (ekhem..). Ponieważ takie małe panny nie powinny mieć wobec omawianego zapachu żadnych zastrzeżeń a wręcz rezerwować dlań zachwyty. Jeśli więc znacie niedorosłą osobę, co do której żywicie podejrzenia, iż za rok lub dwa zacznie utożsamiać się z Hannah Montaną oraz skrycie podkochiwać w Justinie Bieberze, w Dniu Dziecka pomyślcie o Flowers od Oilily.


Ostatnim pachnidłem na dziś będzie jeszcze jedna kompozycja, co do której nie ma jasności, dzieciom małym na służyć, ich nastoletnim siostrom czy też matkom. W tym przypadku niczego nie ułatwia nawet nazwa: Petits et Mamans, Maluchy i Mamy od Bulgari. Nasuwa się podejrzenie, że jest to przede wszystkim sprytny zabieg marketingowy, mający odsunąć oskarżenia osób przeciwnych perfumowaniu małych dzieci [kwestia, swoją drogą, rzeczywiście budząca kontrowersje] zaś przy okazji zakupów uspokoić sumienia matek, które przecież te akurat perfumy kupują "dla dziecka, nie dla siebie" (akurat... ;) ). Nie wnikając bardziej w tę gmatwaninę wyznam, że nie zważając na teorie, mnie do zakupu Petits et Mamans nie zmusiłby nikt. Dlaczego?
Ponieważ, choć nie jest wcale zły i rumiankowo-słoneczną aurą przypomina wzmiankowane dzieła od Małego Księcia, nieznośna pudrowa słodycz, podrasowana niby-delikatnym irysem w stylu znienawidzonego przeze mnie Infusion d'Iris Prady zmienia kompozycję w sterylną, słodkawą, przymilną zgniliznę. Horror (dobrze, że tylko senny) pod pozorem sielanki. Ktoś tu ma kłopoty.
Sama woda zaś przywodzi mi na myśl przeczytaną niedawno w tygodniku publicystycznym relację świeżo upieczonej matki, która nie rozumiała, po co komu czas wolny, po co komu odpoczynek, po co partner, rodzina, przyjaciele, po co wyjścia z domu i własne hobby, skoro ma się dziecko!! ;> Od razu pomyślałam, że szamotanina hormonów podczas ciąży rzeczywiście musi obniżać kobiece IQ. No i współczułam, z całego serca, dziecku tej Pani. Z uzależnioną odeń mamuśką nie będzie miało łatwego życia. Oj, nie! :]
Dlatego za Petits et Mamans podziękuję. Za dużo pudru, za dużo lukru, choć chęci były dobre.


Le Petit Prince, Dessine-moi un mouton bezalkoholowa woda rumiankowa

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach dla dzieci; brak alkoholu i wodna konsystencja czyni go stosownym nawet dla osób poniżej trzeciego roku życia. Oraz dla starszych, którzy chcą uspokoić zszargane nerwy. ;)

Trwałość: jak wyznałam na wstępie - nie oceniam.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: drewno różane, róża
Nuta serca: rumianek, jaśmin, kwiat pomarańczy
Nuta bazy: drewno cedrowe


Le Petit Prince, Le Petit Prince eau de toilette

Rok produkcji i nos: 1998, ??

Przeznaczenie: zapach dla dzieci (dziewcząt i chłopców) oraz, jak napisałam wyżej, dla pogodnych i młodych duchem ojców. ;)

Trwałość: nie jestem targetem, więc nie oceniam :)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: pomarańcza, mandarynka, werbena cytrynowa
Nuta serca: estragon, frezja, konwalia
Nuta bazy: drewno cedrowe, mech dębowy


Oilily, Flowers

Rok produkcji i nos: 2006, ??

Przeznaczenie: zapach dla dziewczynek małych i trochę większych. Bliski ciału i nie narzucający się; raczej na dzień.

Trwałość: trudno orzec; na pewno w granicach pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, cytryna
Nuta serca: cyklamen, jaśmin, kwiat śliwy, malina, melon, zielone jabłko
Nuta bazy: drewno sandałowe, wetyweria, mech dębowy


Bulgari, Petits et Mamans

Rok produkcji i nos: 1997, Nathalie Lorson

Przeznaczenie: trudno napisać, żeby nikogo nie urazić ;) Na pewno dla miłośniczek zapachów łagodnie kwiatowych i bardzo pudrowych.

Trwałość: około siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: pomarańcza, bergamotka, brzoskwinia
Nuta serca: słonecznik, rumianek, róża
Nuta bazy: wanilia, drewno różane, irys
___
Dziś Chambre Noire marki Olfactive Studio.


P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. i 5. http://www.webmd.com/parenting/baby/ss/slideshow-top-surprises-of-parenthood
2. http://www.gutenberg.org/files/14838/14838-h/14838-h.htm
3. http://mingkok.buddhistdoor.com/chs/news/d/22820
4. http://dashinfashion.blogspot.com/2011/02/1-day-only-room-seven-oilily-contest.html

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Jeszcze więcej impresji

Chyba zaczynam doceniać tę formę. ;) Kilkuzdaniowe recenzje oznaczają mniej czasu spędzonego na wyszukiwaniu informacji o marce i konkretnym zapachu, brak konieczności dopracowywania własnego skojarzenia, zaś chwile spędzone na wyszukiwaniu odpowiednich ilustracji [co czasem trwa kilka razy dłużej, niż samo pisanie] luźne impresje ograniczają do niezbędnego minimum.
Nic, tylko pisać "krótkie gatki", jak je swego czasu nazwali pewni Niektórzy. ;)

Dziś na wokandę trafiło pięć kompozycji, które w teorii mają wszystko: każda w swojej klasie winna otrzymywać najwyższe laury.. przynajmniej w założeniu. Dzisiaj będzie o tym, co - mimo najwyższych standardów - jakoś nie zachwyca. Najzwyczajniej w świecie nie iskrzy między nami.
Nie pytajcie, dlaczego. Tak po prostu jest i nic nie poradzę. :)

Bulgari, Blu Notte pour Homme

Męski i delikatny, z przewodnią nutą łagodnych przypraw oraz ciemnej czekolady. Kuzyn kolejnych Menów od Muglera, Au Masculin Lempickiej, Joop! Homme czy Black XS. Bez wątpienia tkwi w zacnym towarzystwie: nowoczesny, słodkawy, wbrew nazwie jasny oraz przestronny. Na pewno rozpieszcza powonienie aromatami lawendy, anyżu, kardamonu oraz.. koniaku. Nie wątpię, iż powstał po to, by zachwycać [głównie Panie, szukające prezentu dla swoich Mężczyzn ;) ].
Naprawdę ładny, dobrze skonstruowany, dyskretny, a nawet lekko mydlany. Przeuroczy.
Mnie nie przekonuje. :)

Skład:
galangal (albo gałgant chiński), bergamotka, kardamon, neroli, anyż, mięta, lawenda, kwiat tytoniu, miłorząb, jałowiec, ciemna czekolada, nuty drzewne


Chanel, Antaeus

O ile z moją klasyfikacją męskiego Blu Notte można się sprzeczać, chyba nie znam nikogo, kto kwestionowałby mistrzostwo kompozycyjne Antaeusa. Pisząc w 1981 roku pierwotną formułę pachnidła, Jacques Polge stworzył Klasyka. [Wtedy jeszcze marka Chanel czasem dopieszczała swoich klientów.. ;) ]
Przepiękny paprociowiec, upojny drzewny szypr. O klimacie bliskim Frank No. 2 marki Frank LA, a nawet znacznie ciekawiej skonstruowany. Ma wszystko, żeby rzucić mnie na kolana. A jednak tego nie robi.
Rogata z niego dusza. ;) I bardzo dobrze!

Skład:
kolendra, szałwia, lawenda, bergamotka, mirt, tymianek, bazylia, jaśmin, róża, wetyweria, pszczeli wosk, paczuli, labdanum, mech dębowy, kastoreum


État Libre d'Orange, Nombril Immense

Ciekawy kontekst wybrałam na premierę marki wśród Pracownianych wpisów, nie ma co! ;)
Lecz cóż, skoro Pępkówka do konceptu pasuje jak ulał?
Suche, łagodne paczuli winno przypominać o klimatach pogodno-hipisowskich. Zamiast tego tonie w szarej, pudrowej i piwnicznej słodyczy o lekko migdałowym odcieniu. Całość jest niesztampowa oraz budząca zaciekawienie, spokojna.
Tylko jaskrawej egzotyki (w rodzaju 'tytułowego świecidełka w pępku) nie odnotowano. I już wiem, że nie ma dla nas przyszłości. ;)

Skład:
paczuli, wetyweria, czarny pieprz, bergamotka, opoponaks, nasiona piżmianu


Rochas, Alchimie

Z racji samej nazwy pachnidła powinnam wyśpiewywać mu pochwalne pieśni. :)
Tymczasem ciecz o ślicznej, złocistej barwie nie prezentuje sobą niczego niezwykłego. Dosłownie: niczego. Wybaczcie, drogie miłośniczki, ale Alchimie wyżej podpisaną nudzi.
Stworzył ją Jacques Cavallier, czyli gość od Czarnej Manii, Kingdom McQueena, Nu oraz setki bestsellerów, i to czuć! Kompozycja Rochas kwitnie słodką, optymistyczną pastą z jasnych kwiatów i kulinarnej słodyczy, aksamitna i bezpretensjonalna. Lecz to zdecydowanie zbyt mało. Brakuje mi jakiegoś mocniejszego punktu zaczepienia; którego poza króciutkim taktem suszonych owoców, skrytych gdzieś między głową a sercem, nie potrafię znaleźć.
Jest ładnie, dziewczęco, prosto.
Przewidywalnie.

Skład:
bergamotka, brzoskwinia, śliwka, konwalia, heliotrop, róża, jaśmin, wanilia, bób tonka, drewno sandałowe, piżmo


Serge Lutens, Féminité du Bois

Umieszczenie tej kompozycji w cyklu nie-zachwycaczy mnie samej wydaje się dość kontrowersyjne. I to bynajmniej nie dlatego, że o legendach wypada niby pisać wyłącznie w pozycji klęczącej.
Rzecz w tym, że nie znam słynnego pierwowzoru od Shiseido. :) Więc na "autorskie" Lutensowe Féminité du Bois patrzę tak, jak na każde inne perfumy. I wiem, że są prześliczne, bogate, słodkie, nieco pikantne. Jakby strzeliste w swej ciepłej, mało typowej orientalności. Zapach to miękki oraz niezwykły, trudny do opisania nuta po nucie.
Więc gdzie leży problem?
W linii pałacowej. ;) Albowiem "moim" substytutem nieznanej matrycy, słodko-drzewnym płynnym cudem okazał się Bois Oriental. Między Féminité a mną zabrakło niezbędnej chemii. Bywa.

Skład:
imbir, kwiat pomarańczy, brzoskwinia, fiołek, róża, ylang-ylang, cynamon, kardamon, wanilia, goździki, śliwka, miód, pszczeli wosk, benzoes, drewno sandałowe
___
Dziś Habanita.

środa, 6 lipca 2011

Panna z lwem, czyli sztuka marketingu :)

Droga od pomysłu na nowe perfumy po ustawienie flakonów na półkach perfumerii jest długa i dosyć skomplikowana. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy silą napędową głównonurtowego perfumiarstwa stały się przede wszystkim potrzeby rynku oraz postępujący egalitaryzm "pachnącego biznesu".
Podejrzewam, że przy rosnącej liczbie syntetycznych komponentów, coraz bogatszej puli inwestorów a więc przy stosunkowo niskich cenach gotowych flakonów nie jest łatwo utrzymać przy życiu mit perfum jako synonimu luksusu oraz najprawdziwszego szyku. Bo niby jaką tajemnicę kryją w sobie kolejne bolesne śmierdziuchy Lacoste czy - trywializująca zawartość sklepowych półek - gorączka złota, jaka ostatnimi czasy ogarnęła dyrektor kreatywną marki Gucci? W sukurs przychodzi reklama.
Tym ciekawsza, im bardziej nietypowa, co tyczy się także szczegółów całej akcji promocyjnej.


Jedną z ostatnich kampanii oceniam bardzo wysoko. Czemu?
Wyobraźcie sobie materiały promocyjne, które oprócz kilku wypasionych spotów o niczym, setek wyfotoszopowanych, odrealnionych zdjęć reklamowych oraz steku bzdur przeznaczonego do publikacji w prasie bądź na portalach internetowych oferują nam jeszcze: fotografie z tzw. backstage'u czy kilka słów od twórców kompozycji zapachowej. Zaś sama "gotowa do użytku" kampania utrzymana jest w konsekwentnej, acz nieco kontrowersyjnej stylistyce.
Marketingowcy, którzy w dzisiejszych czasach traktują potencjalnego klienta (w miarę) poważnie? To coś nowego! ;)

"Pragnęliśmy zaprezentować lśniący i uzależniający zapach, o zdecydowanie intymnym i nowoczesnym charakterze, który każda kobieta będzie mogła uznać za swój".

...Jak mieli zgodnie wyznać Olivier Polge oraz Sophie Labbé, twórcy najmłodszego dziecka marki Bulgari, Mon Jasmin Noir.
Faktycznie któreś z nich ma na sumieniu podobne słowa czy też zwyczajnie włożono im je w usta, bez różnicy. Grunt, że wreszcie powszechnie znana marka przestała ukrywać wynajętych kompozytorów po szafach i schowkach na szczotki. ;) Brawo!

Już samo to wystarczy, aby na nowe pachnidło spojrzeć trochę łaskawszym okiem. :) Jeśli dodać, że "twarzą" premierowego zapachu została aktorka utalentowana i z powodzeniem wymykająca się łatwemu zaszufladkowaniu, sprawiająca wrażenie osoby żywiołowej oraz niegłupiej, wówczas okazuje się, iż nawet niski stopień oryginalności powodu całego zamieszania nie jest w stanie obrzydzić mi ogółu przedsięwzięcia. Oto, co znaczy spójna wizja marketingowa! ;)


Od razu zaznaczę, że patrząc z dystansu Mon Jasmin Noir nie da rady nazwać zapachem złym, niekoniecznie jest też nudny. Nie, nie! Mamy do czynienia z kompozycją, która znakomicie trafiła w "swój" czas i miejsce. Wróżę jej, przynajmniej umiarkowany, sukces. Lecz rzetelność recenzencka każe mi przypomnieć sobie, ileż to razy ostatnio wąchałam coś, co doborem składników, rozwojem bądź duchem przypominało mojego dzisiejszego bohatera: najnowsza Balenciaga, Divina od La Perla, Fleur de Cristal Lalique, Aura marki Svarovski, Nina l'Elixir... Trochę tego dużo, nie sądzicie?

Mimo jawnej wtórności młodszy brat klasycznego Jasmin Noir pozostaje zapachem dziewczęcym, pełnym radości i wdzięku. Otwiera się musującym akcentem słodko-kwiatowo-drzewnym. Wyczuwam coś w rodzaju orzeźwiającego drinka z szampana i soku pomarańczowego z nieznacznym dodatkiem zmiażdżonych, przejrzałych owoców jagodowych [głównie truskawek i borówek amerykańskich :) ]; akord wibrujący, radosny, ożywczy; słodki i popularny. Wkrótce staje się jeszcze silniejszy, dzięki dodatkowi niecodziennego, jednocześnie suchego i nasyconego cedru. Mieszanka cedrowo-szampańska staje się prawdziwym świeżym i słodkim killerem! :)
Kiedy misja zaciekawienia klienta kończy się sukcesem, czas przejść dalej, ku sercu mieszaniny. W nim owoce cichną, zaś cedr łączy się z nutami miękkimi, jasnymi oraz kremowymi. Sandałowiec (a może gwajak?) otula się płaszczem z lekkiego białego kwiecia; konwalia, jaśmin, coś w stylu gardenii nadają kompozycji miękkości i bardziej stereotypowo kobiecego rysu. To ukłon w stronę nieco starszej klienteli. Żeby nie było jednak zbyt miałko, nadal istotny jest akord drewna cedrowego, przepełniony zimnymi, nieco dystansującymi sokami. W miarę upływu czasu MJN dryfuje w stronę niezobowiązującego, świetlistego pudru. Laboratoryjne wcielenie piżma łączy się z paczulowymi popłuczynami, by otumanić cedr, resztki kwiatów, nawet widmo szampańskiej uwertury. Słodycz miesza się ze świeżością a to wszystko w bezpiecznym, mało oryginalnym otoczeniu.


Lecz nie mam prawa narzekać. Bo i jak, kiedy błogi nastrój potęguje lektura takich oto wyznań:

"Zacząłem od cennego wyciągu z jaśminu wielkolistnego, potem dodałem trochę jaśminu zwanego anielskimi skrzydłami – to delikatny kwiat z długimi uroczymi płatkami; cudownie komponuje się z istotą perfum Mon Jasmin Noir : jest zaskakujący, promienny, świeży i elegancki. Nuta serca to zmysłowy, aksamitny zapach cennego drewna: drzewa kaszmirowego, cedru i paczuli, związanych ze sobą kremowym finałem".

Olivier Polge

Zaś pani Labbé uzupełnia powyższą wizję o spostrzeżenie:

"Skojarzenia z piżmowym nugatem: miękkie i uzależniające skontrastowane z wibracjami białego drewna sprawiają, że samo centrum zapachu jest bardzo zmysłowe".

Natomiast całość ujęto w nieco zreformowany typowy flakon Bulgari, tym razem o bardziej opływowych, "kobiecych" kształtach. A o wszystkim postanowiono opowiedzieć przyszłym klientom za pomocą rewelacyjnej, świadomie przerysowanej reklamy. Akademistyczne przeestetyzowanie obrazu połączone z kampowym dystansem do własnego dzieła sprawia, że reklama Mon Jasmin Noir to smakowita porcja sztuki wizualnej! :) Do tego imponująco konsekwentnej. Z tej perspektywy widać, że zawartość flakonu w zasadzie nie różni się od jego handlowej otoczki. To ten sam rodzaj flirtu z popularnym kiczem i Kulturą Wysoką jednocześnie. ;)
Mimo, że nadal wolę oryginał, miło mi będzie zużyć próbkę MJN do końca. Ani to grzech, ani wstyd.

Rok produkcji i nos(y): 2011, Sophie Labbé i Olivier Polge

Przeznaczenie: sympatyczny kobiecy zapach na wszelkie okazje. Niezbyt oryginalny, za to o młodzieńczym duchu i bardzo "noszalny". Emanacja początkowo znaczna, z czasem pachnidło staje się coraz bliższe skórze.

Trwałość: w granicach dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna




Skład:

Nuta głowy: cytrusy, konwalia, przyprawy
Nuta serca: drewno cedrowe, jaśmin
Nuta bazy: paczuli, piżmo, nugat, nuty drzewne
___
Dziś noszę le Temps des Reines od Isabel Derroisné.

P.S.
Wszystkie, poza ostatnią, ilustracje pochodzą z portalu Flickr:
http://www.flickr.com/photos/kikidunst_9/5478080188/in/photostream/
Cytaty za portalami Wizaż.pl i Osmoz.com

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Kwiaty, łakocie i procenty

...czyli stereotypowy upominek dla pani i pana domu. Tym razem ujęte w nawias i włączone do niezwykle sympatycznych oraz przytulnych damskich perfum. Blu Notte pour Femme od Bulgari.


Od razu przyznam, iż nie dane (jeszcze) było mi poznać męskiej wersji kompozycji, więc nie jestem w stanie stwierdzić, która jest bardziej godna uwagi. O kobiecej Blu Notte wspominam zaś głównie z racji gładkiego charakteru kompozycji oraz czasu, który zbliża się ku nam coraz większymi krokami. Bo to "taka świąteczna kompozycja". ;)

Spokojna, wyrafinowana, bezpieczna. Sympatyczna i bardzo "noszalna". Wyważona. Aksamitna. Bardzo przyjemna.
Jednym słowem: użyteczna.

Czasami każdy z nas ma ochotę zaszyć się w jakimś przytulnym kątku, gdzie jest cicho i panuje półmrok, kiedy w miłej atmosferze oddajemy się jakiemuś przyjemnemu zajęciu [wyjątkowo nie o seks mi chodzi ;) ], aż zaczyna ogarniać nas błogość, z czasem ustępująca miejsca ciepłej, bezpiecznej senności. Mnie z takimi chwilami zazwyczaj kojarzy się Boże Narodzenie.
Dlatego uznałam, że w klimat niniejszych świąt idealnie wpasuje się omawiana kompozycja.


Dziwny zapach z tej damskiej Blu Notte: niby daleki od erotycznych klimatów, a jednak nastraja przychylnie; raczej nie jest to też typowy jadalniak, a mimo to miałoby się chęć go schrupać; a to wszystko w ramach jednej, całkowicie bezpiecznej i pełnej miłego ciepła, bez mała dziecęj, mieszanki. Tak więc szykuje nam się kolejnaa niejednoznaczność i to w miejscu, którego raczej byśmy o nią nie podejrzewali. Już sam tem fakt przydaje BNpF nastroju oraz wydatnie wpływa na atrakcyjność mieszanki. :)

Uwertura urzeka dziwnym pudrowym akcentem, w którym lekka słodycz miesza się z subtelną nutą cytrusów oraz przygaszoną, lekko pastelową - co może wydawać się dziwne - wódką. Choć raczej urozmaiconą jakimś dodatkiem smakowym, niż czystą. Mnie to akurat odpowiada, bo fanką wódki sauté raczej nie jestem [choć zdarzało się pić i czysty spirytus (jak wiadomo, nic tak nie znieczula jamy ustnej i przełyku! ;) )].
Dopiero po pewnym czasie dołącza aksamitna, lejąca się, choć chłodna, czekolada. A wraz z nią delikatne wspomnienie tytoniu, labdanum, kremowy sandałowiec oraz frapujące, lekko przyprawowe, nęcące kwiecie (akacja).
W miarę upływu czasu zanikają akcenty świeżo-kwiatowe, a na znaczeniu zyskują słodkie, chociaż stonowane, kuszące utrwalacze: sandałowiec, labdanum, czekolada oraz ambra. W tej odsłonie ujawnia się nawet cieniutka, acz wyczuwalna strużka kadzidła. Mniam! :) Czasem da się także wyczuć sypkie, przypudrowane, syntetyczne piżmo, nadające kompozycji jeszcze większej puszystości.

Całość jest zatem przyjemna, przydatna i przytulna. Idealna dla podkreślenia wyjątkowo błogich chwil lub na odtrutkę w czasie zimowej depresji. Rozczulająca swą niezamierzoną nieporadnością. Warta poznania i przetestowania, choć o szczególnie silną emanację trudno ją posądzić [dla mnie to wada; w tym przypadku na szczęście maleńka :) ]. Opisywana mieszanka przywodzi mi na myśl inną, nieco bardziej zaskakującą i sprawniejszą technicznie, niestety już nie produkowaną: Belle de Minuit od Niny Ricci.


Rok produkcji i nos: 2004, Alberto Morillas

Przeznaczenie: zapach dedykowany kobietom, ale nie widzę powodów, dla których mężczyźni mieliby zaniechać testów. :) Świetny na wszelkie okazje nieformalne.

Trwałość: latem jakieś cztery do pięciu godzin, zimą - do siedmiu; więc mocno średnia...

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, dziki kardamon (łac. Alpinia galanga), anyż
Nuta serca: irys, akacja, kwiat tytoniu, wódka
Nuta bazy: sandałowiec, ambra, piżmo, gorzka czekolada, labdanum, kadzidło

P.S.
Tym razem źródeł fotografii nie podam. ;P

niedziela, 30 maja 2010

Jaśmin w negatywie

Ma swoje perfumy jubiler Durbano, jednak znacznie wcześniej na niwie olfaktorycznej postanowiła wykazać się rodzina Bulgari - niestety, z efektami nierównymi. Dziś będzie o jednym z dzieł sygnowanych przez grecko-włoskich jubilerów, Jasmin Noir. Już samo zestawienie: "Czarny Jaśmin" brzmi intrygująco i zachęcająco, sugeruje spotkanie w klimatach dusznych, nie dających spokoju, nieco mrocznych. Czy tak jest...? Cóż, nie do końca.

W pierwszej chwili czuję jaśmin, jakieś lekkie, podobne w odbiorze, kwiatki (które okazały się być gardenią) oraz dużo, dużo świeżej, wiosennej zieleni, zroszonej właśnie intensywnym deszczem. Jest duszno, ale i rześko. Z czasem zieleń staje się lekko nadgniła, a jaśmin bardziej intensywny; w zasadzie czuję tylko jego. Cała świeżość i przestrzeń gdzieś znikają, pozostawiając jedynie słodki, ciężki, lekko pudrowy aromat kwiatów jaśminowca. Tylko, że są to kwiaty lekko wymęczone, może znudzone; takie, co to z niejednego wazonu wodę piły i kawał świata przewędrowały. ;) Nadal potrafią zauroczyć tyle, że nie bardzo im się chce. Niełatwo je zaskoczyć, a jeszcze trudniej zaciekawić je sobą. Czarny Jaśmin pragnie odmiany - i to natychmiast! No, wypisz - wymaluj Léa, bohaterka powieści Colette Chéri. :) I tu pojawia się skojarzenie z negatywem: tak, jak młody kochanek jest dla naszej, przeczącej stereotypowemu postrzeganiu erotycznych relacji damsko-męskich, bohaterki tylko miłą odmianą, potwierdzeniem własnej atrakcyjności i witalności, rodzajem "zabawki" oraz wisienką na torcie, tak Jasmin Noir przestaje dusić, a staje się sensualnym, choć subtelnym [naprawdę!] i bardzo radosnym pachnidłem. Zgnilizna znika równie nagle, jak się pojawiła. Jest ciepło oraz erotyczno-radośnie: u tej kurtyzany nie znajdziecie pejcza ani lateksowych pończoch, a jedynie mnóstwo niekłamanego powabu, magnetyczną osobowość i najzwyklejszą w świecie zmysłową radość.

W trzeciej fazie do jaśminowych oparów dołącza jakaś dymna, nieco ziołowa ostrość - co to takiego? Jakieś drewna? Nutka olibanum? Lukrecja? Bóg raczy wiedzieć... W każdym razie pachnie to przewrotnie i zachęcająco. Szkoda tylko, że trwałość nie idzie w parze z charakterem.

Może i zabrakło mroków, jednak całość okazała się wciągająca, efektowna oraz ze wszech miar warta poznania.


Rok produkcji i nos(y): 2008, Carlos Benaim i Sophie Labbé

Przeznaczenie: zapach bardzo ciężki i wyrazisty - zatem nie zawsze będzie stosowny za dnia; nie udało mi się też znaleźć chętnego "królika doświadczalnego" płci męskiej, skłonnego przetestować Jasmin Noir. :)

Trwałość: na mojej skórze - im cieplej, tym dłuższa: od pięciu do ośmiu godzin. Więc nie zachwyca...

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: gardenia, nuty zielone
Nuta serca: jaśmin, migdały
Nuta bazy: bób tonka, lukrecja, nuty drzewne
___
Dziś noszę Royal English Leather marki Creed.