piątek, 22 stycznia 2016

Ucz się od natury, lecz jej nie kopiuj

"Ja poprzez księgi dyskurs wiodę,
Z tysiącem mędrców lekcje miewam.
Gdym wolny – cieszę się ogrodem:
Tu – druhem każdy kwiat,
a przyjaciółmi – drzewa".
Kuen Shang Kwong


I jeszcze jeden cytat, tym razem z tekstu reklamowego, pisanego nudną prozą: "(...) pewnego razu odwiedził go [pewien dolnośląski ogród japoński, położony tuż przy granicy polsko-czeskiej - przyp. wzp] prezes jednej z japońskich firm, która właśnie budowała w Polsce fabrykę. Spieszył się bardzo na międzynarodową konferencję w Czechach ale jadąc w kierunku granicy zauważył nagle tablicę z informacją o japońskim ogrodzie. Polecił kierowcy skręcić.Wszedł do ogrodu, rozejrzał się i usiadł na jednym z kamieni. Po kilku chwilach wydał polecenie asystentowi: »Proszę odwołać moją wizytę w dniu dzisiejszym w Pradze. Chcę popatrzeć na ten ogród«. Potem zastygł w bezruchu. W ciszy i skupieniu. Do tego właśnie służą m. in. japońskie ogrody, które są symbolem jedności człowieka ze wszechświatem".*

Czy wszyscy obecni tu korpowyznawcy i inni karierowicze przeczytali poprzedni akapit ze zrozumieniem? ;P
Więc teraz zróbcie to jeszcze raz, dla lepszego zrozumienia. :>
Bez niego nigdy nie osiągnięcie pełnego sukcesu ani nie zostaniecie dyrektorami generalnymi Toshiby (lub innego znanego na całym świecie, miliardowego przedsiębiorstwa).

A jeżeli wciąż Wasz czas wydaje Wam się zbyt cenny na takie "marnotrawstwo" i nie chce Wam się szukać tego malutkiego ogródeczka w jakiejś zapewne zabitej dechami wiosce [co zresztą dowodziłoby, że wciąż kompletnie niczego nie załapaliście i krótko mówiąc: biada wam!], zawsze możecie odwiedzić Wrocław.:D Tu też mamy śliczny, harmonijny japoński ogród; co ciekawe: tchnący całkowitym spokojem nawet w pogodne niedzielne, letnie popołudnie, kiedy przewalają się przezeń tysiące odwiedzających. Co przecież samo w sobie jest niemałym sukcesem oraz zagadnieniem z pogranicza mistycyzmu i science fiction. ;)


Podejrzewam, że swoją siłę założony w początkach XX wieku a odrestaurowany w latach 1995-1997 pod kierownictwem architektów krajobrazu z Japonii (oraz pod patronatem japońskiej ambasady) Ogród Japoński we Wrocławiu czerpie z tego przedziwnego imperatywu, który każe mu odradzać się niczym feniks z popiołów, wciąż i wciąż na nowo. Skąd to wiem?
No cóż, żeby nie sięgać daleko: dosłownie kilka tygodni po zakończeniu prac nad rekonstrukcją miejsca i oddaniu go do użytku, Wrocław nawiedziła powódź tysiąclecia, która na trzy tygodnie pokryła wodą ogród i jego okolice (Park Szczytnicki, zoo...). Zniszczenia okazały się tak duże, iż niezbędna okazała się kolejna renowacja.

A jednak dziś ogród żyje! I zachwyca swoją doskonałą, harmonijną, przynoszącą ukojenie urodą. Otulony drzewami, opleciony wodą, przyozdobiony kamienną oraz drewnianą architekturą Ogród Japoński nie tylko przynosi jednoczesne wyzwanie i wytchnienie bodaj wszystkim ludzkim zmysłom, ze słuchem i powonieniem włącznie ale przede wszystkim stanowi znakomity przykład jedności Natury z tworzoną przez człowieka Kulturą. Dowód, że to, co najważniejsze, nigdy nie powinno być nam obce ale stale towarzyszyć każdemu naszemu działaniu.
Co jest ważne? Na to pytanie musicie już odpowiedzieć sobie sami. Małą podpowiedź znajdziecie we wstępie. ;)

Jeśli natomiast jakakolwiek wizyta w ogrodzie stanowi wyrzeczenie ponad Wasze siły i/lub możliwości, mogę polecić perfumy. Najlepiej japońskie w duchu i genach, skrywające w duszach cząstki charakterystycznych elementów dalekowschodniej wyspiarskiej zieleni. Delikatne, poetyczne, ciche. Sprawiające wrażenie drobnych, kompletnie niespektakularnych detali, z dystansu oraz w odpowiednim kontekście zachwycające jednak swoją doskonałą, łagodną siłą, absolutną harmonią przeciwieństw, zen.
Takie, jakie tworzy mieszkająca w Paryżu Japonka, Miya Shinma.


Pochodząca z jedenastego wieku reguła tworzenia założeń ogrodowych nakazuje ich twórcom uczyć się od natury a nie jedynie ją naśladować. Bo przecież człowiek o przyrodzie nie musi myśleć, jednocześnie myśląc wciąż; lub raczej myśli o niej nieprzerwanie, jednocześnie nie zwracając na nią szczególnej uwagi. Jesteśmy i nie jesteśmy jej częścią dokładnie w identycznych proporcjach.
Ostatecznie czyż Kultura nie wywodzi się w prostej linii od Natury? ;)

Jednym ze znakomitych przykładów tej wspaniałej, prostej ale też wymagającej filozofii jest dla mnie Tachibana, oda ku czci dzikiego kwiatu pomarańczy, mającego ponoć symbolizować niewinność oraz czystość; bardziej duszy aniżeli ciała. Prosta, elegancka oraz doskonała.
Klarowna jak woda, omywająca omszałe kamienie i unosząca na swojej powierzchni delikatne smugi kuszącej woni krzewów, schylających ku niej swoje ciężkie od kwiatów gałęzie. Subtelna oraz cienista. A jednocześnie z zdumiewający sposób zielona, daleka od tego, co zwykliśmy kojarzyć z zapachem kwiatów; w nowoczesny sposób paprociowa. Jej kwiaty są bowiem przejrzyste jak woda i wdzięczne, jak smukłe promienie majowego słońca a całość japońska twórczyni skontrastowała pikantnym i suchym ale przecież lekko szuwarowym akordem wetywerii (w której zresztą wyczuwam również coś cypriolowego), drażniącym ale w nieco innej aurze miękkim jak mech.

W bazie Tachibany pojawia się wreszcie pierwiastek zwierzęcy; lub raczej ludzki - oto nad wodą spokojną i wonną pojawia się człowiek; mężczyzna nieco oszołomiony, zmęczony, piżmowo spocony (jednak niekoniecznie po pracy fizycznej). Niech będzie, że naszym bohaterem stał się ów wspomniany w anegdocie biznesmen. Oddycha głęboko, ściąga krawat, odpina górny kołnierzyk koszuli, siada i - jest. Nic więcej. Patrzy. Chłonie. Powoli, nie całkiem świadomie, przechodząc od zwykłej gonitwy myśli ku medytacji.
Tu i teraz.
Nie trzeba mu nic więcej, jak tego ogrodu i tej ciszy, szumiącego wiatru, szemrzącego strumyka, woni pięknych oraz naturalistycznych, widoku pozornie zwyczajnego a przecież w swojej prostocie doskonałego. Przyrody oraz własnego umysłu, na jakiś czas zespolonych w nierozerwalną całość.

Taka właśnie jest Tachibana.


A Tsubaki? Co do powiedzenia może mieć różowa kamelia, kwiat mnie osobiście kojarzący się ze starymi chińskimi baśniami, którymi zaczytywałam się jako dziecko?

Kwiat delikatny ale otoczony mocnymi, mięsistymi, chwilami nawet miękko-wełnianymi akordami przyprawowo-drzewnymi przywodzi mi na myśl jesień w ogrodzie japońskim. I ciszę. Wciąż przejmującą i kojącą ale już inną; bardziej nostalgiczną, chłodniejszą, melancholijną. Początkowe musowanie intensywnie różowych, fuksjowo-karmazynowych kwiatów o aksamitnych płatkach i miodowym nektarze nie wiedzieć kiedy ogrzewa szafranowy płomień, złocistoczerwony ognik, po którym zostaje drzewny, srebrzystomatowy popiół z lekko lizolowego oudu oraz ziemistych nut paczulowo-żywicznych.

W Tsubaki miejsce medytującego biznesmena zajmuje kobieta, z którą ten jest związany: żona, córka a może kochanka, trudno powiedzieć. Drobna, szczuplutka Japonka w nienagannie uszytym kostiumie od Chanel, z pojedynczym sznurkiem pereł na szyi idzie bez pośpiechu wijącą się, wąską ścieżką pomiędzy układającymi się do zimowego snu roślinami a obcasy jej tworzonych na specjalne zamówienie u najlepszego mediolańskiego szewca czółenek miarowo lecz głucho stukają o brukowe kamienie. W ten sposób kobieta dociera nad chłodne jezioro o stalowej w tym roku barwie. Przystaje na chwilę, obejmując się ramionami a wiatr nawiewa jej na twarz długie i proste czarne włosy. Kiedy odgarnia je wystudiowanym ruchem ręki zauważamy, jak smutne są jej oczy.
I już wiemy, że kobieta - choć tak jak mężczyzna przyszła do ogrodu szukać spokoju i ukojenia - nie zamierza oddawać się medytacji. Z jakiegoś powodu absolutnie nie może sobie na nią pozwolić. Pewnie dlatego po krótkiej chwili odwraca się na pięcie i odchodzi, równie powoli i chicho, jak przyszła. Tego dnia czeka ją jeszcze kilka zdarzeń do przeżycia i smutku do doświadczenia.

Tsubaki, choć równie piękne i wciągające, angażujące zmysłowo i intelektualnie jak Tachbana, jest odeń znacznie bardziej smutne. Tak bardzo, że aż boję się go dotykać w obawie, by nie zniszczyć równowagi, wątlej niczym późnolistopadowe słońce.



Rok produkcji i nos: 2015, Miya Shinma

Przeznaczenie: idealnie wypośrodkowany uniseks [proszę nie przejmować się mężczyzną z tekstu; to tylko symbol] o przyjaznej światu projekcji, dyskretnej choć wyraźnej tuż przy skórze. Na okazje, pory dnia i roku, jakie tylko dla niego zaplanujecie. :) Tachibana to dzieło całkowicie uniwersalne.

Trwałość: w granicach pięciu do siedmiu godzin zrównoważonej, umiarkowanej emanacji oraz dalszych parę stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: yuzu, czyli japońska cytryna
Nuta serca: kwiat dzikiej pomarańczy
Nuta bazy: wetyweria



Rok produkcji i nos: 2015, Miya Shinma

Przeznaczenie: również uniseks, aczkolwiek uczciwie przyznaję, że nie sprawdzałam, jak ów lekko musujący, ciepły przyjemniaczek sprawdziłby się na męskiej skórze (jednak tragedii nie przewiduję). :D Na pewno perfumy są równie spokojne, co poprzedni przypadek, żywe wyłącznie dzięki grze kwiatów z szafranem i nutami drzewnymi ale nie same z siebie.
Na okazje raczej oficjalne i dzienne, chociaż Wy pewnie znaleźlibyście jeszcze ze sto równie trafnych okoliczności dla Tsubaki. :) Poszukajcie ich więc osobiście!

Trwałość: nieco lepsza, jak w przypadku Tachibany, bo około dziesięciogodzinna, włącznie z krótkim i raczej gwałtownym procesem zamierania.

Grupa olfaktoryczna: szyprowa

Skład:

Nuta głowy: szafran
Nuta serca: kamelia japońska, jaśmin
Nuta bazy: oud, paczuli
___
Dziś noszę La Toskę z xerjoffowskiej serii Casamorati.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.daily-hdr.com/bridge-in-the-japanese-garden-wroclaw/ [Autor: Nico Trinkhaus]
2. i 4. http://wroclaw24.com.pl/kultura/co-warto-zwiedzic/ogrod-japonski-we-wroclawiu/
3. https://www.flickr.com/photos/klearchos/3756387078/ [Autor: Klearchos Kapoutsis]

* Cytat za: Teresa Kokocińska, Zenon Żyburtowicz, Z dala od drogi... Ponad 50 niezwykłych miejsc na wymarzony wypoczynek, wyd. Świat Książki, Warszawa 2008, s. 293.
Którą to lekturę polecam, jeżeli chcecie obejrzeć urokliwe fotografie oraz poznać parę magicznych miejsc w naszym kraju. Z drugiej jednak strony nie polecam czytać tekstu na trzeźwo; aż roi się w nim od błędów a jego styl często jest wprost makabryczny (np. nie mogłam się powstrzymać i z krótkiego cytatu usunęłam dwa nadprogramowe przecinki; a to jeszcze nic). ;P

środa, 13 stycznia 2016

A gdyby chryzolity były żółte jak cytryny?

Albo słońca, dziesiątki słońc na nieboskłonie? Zimnych słońc, dodajmy.
Brzmi nieprawdopodobnie?

W żadnym wypadku, współczesna chemia nie takie cuda tworzy! :D


Kiedy w połowie roku 2014 przepowiadałam śmierć perfumiarstwa, jakim je dotąd znaliśmy, kompletnie nie wyobrażałam sobie świata, jaki miał nastąpić po styczniu 2015 roku: świata perfum wyłącznie chemicznych, rzeczywistości masowego wymierania Wielkich Perfum, poddawanych restrykcyjnym reformulacjom i tym samym pozbawianych resztek charakteru, dzięki któremu ta czy owa Piątka albo Opium zyskały prawdziwą sławę. Nie wyobrażałam sobie, jak będzie można żyć, dokonując wyboru między kolejną premierową wydmuszką albo pozbawionym duszy starym zombie.
Dziś już wiem.

Wiem, że nawet z czysto chemicznych składników, nawet z modnej bez-głębi i bez-wyrazu można tworzyć kompozycje sympatyczne, ładne albo nawet wciągające. Można, bo dlaczego nie? Ostatecznie kto do tej pory korzystał z naturalnego mchu dębowego, ilu producentów stać było na utrzymywanie hektarów upraw róży i jaśminu? A składniki syntetyczne w perfumach stosowano przecież już w czasach, gdy moje praprababcie nosiły krótkie kiecki i warkoczyki. ;)
Wiem, jakie mogą być perfumy, do których produkcji nie wykorzystano ani jednego płatka kwiatu tudzież ziołowego listka i nawet drobniutkiej drzazgi cennego drewna, chociaż na takie właśnie składniki szumnie powołuje się marka. No wiem.
I co mi z tego przyszło?


Chrysolithe, jedenaste perfumy od Oliviera Durbano to świetny przykład takiej właśnie kompozycji: w oczywisty sposób chemicznej. Ciekawej, wodzącej za nos, artystycznej ale - mimo wszystko - w jakiś sposób niepełnej. Czegoś mi w nich brakowało. Za czymś tęskniłam, chociaż z pozoru dostałam wszystko, czego potrzeba: przyprawy, drewna, zioła oraz suche grudki jasnej żywicy.

Wystarczył jeden test, abym zrozumiała, że tym, czego mi w durbanowskim Chryzolicie brakuje, jest autentyczność. Tak, to właściwe słowo. Choć nie brak jej typowej dla niszy urody i wysmakowania, najnowsza mieszanka od Durbano drażni mnie laboratoryjnym wyziewem, przenikającym cała jej strukturę, od słoneczno-cytrusowego, matowożółtego, energetycznego otwarcia, przez wysokozasadowe odczyny suchych ziół w sercu aż po kwaśne octany, metaliczne mrówczany i tłusto-woskowe maślany (przede wszystkim maślany ;P ) na wypolerowanych łokciami naukowców drewnianych stołach i biurkach w głębokiej bazie. Poszczególne nuty zostały skomponowane w spójną melodię, której prapremierę zapowiedziano dopiero gdzieś na połowę XXVIII wieku naszej ery, kiedy zostaną już opracowane wszelkie instrumenty oraz powstaną wszystkie istoty, niezbędne do jej wykonania. ;)

Chrysolithe od Oliviera Durbano to melodia przyszłości. Taka, którą doceniam, może nawet podziwiam ale ni w ząb jej nie rozumiem.
Perfumy dla Stanisława Lema. [Lub Ericha von Dänikena, jeżeli wierzyć w biblijno-mistyczne konotacje pachnidlanego Chryzolitu. ;] ]



Rok produkcji i nos: 2015, a któż może to wiedzieć?? ;)

Przeznaczenie: typowy, doskonale wypośrodkowany uniseks dla miłośników nowoczesnej paprociowości, którym nie przeszkadza futurystyka, high-tech oraz inżynieria genetyczna wewnątrz flakonu perfum. ;P
Jak większość współczesnych, po-wielko-wymieraniowych perfum Chrysolithe unika tworzenia śladów zapachowych za uperfumowaną osobą ale prezentuje nowoczesną wizję bogatej projekcji, oscylując wokół uperfumowanej osoby jako żywa i dosyć gęsta, wielowarstwowa aura. Po jakimś czasie oczywiście słabnie, stopniowo opadając na skórę. Dlatego dobrze zastanówcie się nad doborem okazji, podczas których skorzystacie z tego zapachu (wg mnie pasuje do każdej ale Wy możecie mieć inne zdanie; pozwalam Wam :P ).

Trwałość: około pięciu czy sześciu godzin wyraźnego trwania i przynajmniej drugie tyle dyskretnego, stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: werbena, hyzop, kmin rzymski, czarny pieprz, cynamon, imbir
Nuta serca: rozmaryn, szałwia, jaśmin
Nuta bazy: drewno cedrowe, (drewno sandałowe), wetyweria, szałwia, szara ambra, piżmo
___
Dziś noszę Eau de Mandarine Ambrée marki Hermès.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/ception/1935293760/ [Autor: Brian Hathcock]
2. https://www.flickr.com/photos/canyon289/3701614577/ [Autor ukrywa się pod pseudonimem Canyon289]

czwartek, 7 stycznia 2016

Sjesta panny dziedziczki


Jest to z pewnością niemały problem - we współczesnym świecie stworzyć perfumy, które będą urocze, dziewczęce, niewinne czy pastelowe ale równocześnie w żadnym wypadku słodkie oraz infantylne. Świeże ale też obowiązkowo kwiatowe. Z modnymi nutami drzewnymi, które jednak nie będą wyraźne na tyle, by komukolwiek kojarzyć się z pachnidłami stojącym po męskiej stronie popularnych perfumerii. A, no i właśnie! Powinny koniecznie być mainstreamowe, ogólnodostępne i łatwo przyswajalne dla nawet przypadkowej klienteli. :] Jak tego dokonać?
Zapytajcie Coty, faktycznego producenta jednego takiego cudu, jego kompozytorkę Danielę Roche Andrier oraz Miuccię Pradę, właścicielkę domu mody, pod którego szyldem zapach ujrzał światło dzienne. :)
Przed Państwem Miu Miu eau de parfum, pierwsza kompozycja zapachowa "Prady dla dziewcząt". ;)

Mieszanka ta spełnia wszystkie wymienione warunki, od początku do końca pozostając dziełem prostym, lekkim i przyjemnym; niezbyt skomplikowanym ale nigdy topornym. Od początkowego spotkania z delikatnymi białymi kwiatami w rodzaju konwalii, jaśminu oraz czegoś przyjemnie miodowego, podejrzanie przypominającego woń kwitnącej robinii akacjowej wyczuwam w Miu Miu słońce, życie czy pewien niezobowiązujący chłód (półcień werandy po północnej stronie starego wiejskiego domu), niosący ukojenie oraz przesycony seledynowymi sokami pachnących roślin. Ot, koktajl z organicznej młodości. :)
Chwilę później soki znikają, zostawiając po sobie kuszący ale nienachalny aromat kwitnących białych róż, które do spółki z resztą kwiatów tańcują dookoła wykluwających się matowych nut drzewnych na ciepłej i sypkiej, cokolwiek ziemistej podstawie. Gdzieś w oddali majaczą dalekie cytrusowe promienie i aromaty wiekowego sadu, tymczasem na miejscu, przy altanie kwiaty toną w mieszance jasnego, wysuszonego cedru, ciepłego kaszmeranu oraz dosłownie kilku oderwanych frakcji lizolowego oudu. Zaś w głębokiej bazie pojawiają się urocze chociaż oklepane syntetyczne pyłkowo-kwiatowe jasne piżma, ciche i dyskretne, usypiające niczym pora sjesty.

Miu Miu to idylla, nieprawdaż? ;) Doskonałe popołudnie doskonałego chociaż monotonnego dnia. Dziewiętnastowieczna rosyjska powieść obyczajowa o wakacjach na daczy. O, albo inne Panny z Wilka. ;)
Gdybyż tylko moja skóra zechciała traktować je łaskawiej i nie kwasić już na wstępie, upodabniając pierwszy zapach Miu Miu do nielubianego przeze mnie Jour d'Hermés! :P Gdyby cała uroda kompozycja objawiała mi się wcześniej, aniżeli po opadnięciu syntetycznego kwasu cytrynowego, którym ktoś "doprawił" wodę w wazonie pełnym wonnego kwiecia!
Wtedy byłoby pięknie.

A tak jest tylko ciekawie. Kilka oczek lepiej, niż w większości premierowych kompozycji zeszłego roku. I cóż, że niesłodko?


Rok produkcji i nos: 2015, Daniela Roche Andrier

Przeznaczenie: kompozycja dedykowana kobietom. Właściwie tym najmłodszym kobietkom; co mówiąc szczerze uważam za dobry pomysł: gust perfumowy, jak literacki czy muzyczny należy ćwiczyć od najmłodszych lat, dlatego bez trudu potrafię sobie wyobrazić, jak pięknie Miu Miu edp zagrałaby na skórze dziewczynki czternasto- lub piętnastoletniej. :)
Chociaż nieco starszym z nas również mogłoby być w niej bardzo do twarzy... gdyby nie granulowany kwas z otwarcia. ;> Na pewno zapach okazuje się bliski skórze, skromny w wyrażaniu emocji, co idealnie plasuje go w kategorii perfum dzienno-oficjalnych; lub też azjatyckich, gdzie słaba projekcja oraz ogólne nieepatowanie zapachem to czynienia zadość tamtejszym normom kulturowym (stroje i dodatki Miu Miu ponoć najlepiej sprzedają się w Japonii, Korei Południowej czy Chinach).

Trwałość: w granicach siedmiu lub ośmiu godzin spokojnego życia oraz kilka następnych niezauważalnego, dwukrotnego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna, konwalia
Nuta serca: akordy zielone, jaśmin, róża, czarna porzeczka, brzoskwinia
Nuta bazy: drewno akigalowe [? jak to w ogóle przetłumaczyć na Polski?] (akigalawood, wyselekcjonowana w laboratoriach Givaudan frakcja woni paczuli, pachnąca pieprzem oraz oudem), jasne piżma
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Pierwsza ilustracja jest mojego autorstwa.

wtorek, 5 stycznia 2016

Mędrcy ze Wschodu, Zachodu, Południa i Północy


"W samo święto Trzech Króli, [Wawrzuś] wmieszany (...) w tłumie, słuchał uwag i żartów, wtrącał się do rozmowy, wszędzie go było pełno.
- Dwóch ino królów widzę. Gdzież trzeci? - spytała młoda wysoka mieszczka, bogato strojna, drugiej starszej, również złotymi łańcuchami obwieszonej, w prześlicznym czepcu, misternie perłami szytym.
- A stoi na samym przedzie i hełmu przed Paniątkiem uchyla.
- Co? Ten Murzyn obmierzły? Zębiska wyszczerzył... Ja zrozumiałam, że to sługa jest którego  z tamtych.
- Ale! Nie widzicie to, że koronę ma złotą na hełmie i zbroicę takoż wyzłacaną? Król jest, ino czarny.
- Prawda, prawda, nawet w pieśni stoi, że »Kasper z gorącego jechał kraju«.
- Ano widzicie - wmieszał się do rozmowy poważny jakiś człek, w sutej kierei, lisami podbitej. - Zbawiciel najmiłosierniejszy dopuszcza do siebie wszelakie stany i ludy, przygarnia nędzarza i koronata; nie czarną skórą się brzydzi ino czarną duszą.
- Słusznie prawicie, panie Marcinie; wasze słowa niczym kazanie ojca Bonifacego".
Antonina Domańska, Historia żółtej ciżemki, wyd. Świat Książki, Warszawa 1995, s.143-144
Chociaż powyższy tekst wydaje się być daleki od politycznej poprawności (a nawet nieświadomie rasistowski), należy mieć na względzie to, że powstał w roku 1913 a opowiada o czasach jeszcze wcześniejszych, a mianowicie o okolicach roku 1490, kiedy obowiązujące nas kanony współżycia społecznego oraz wzajemnego szacunku raczej nie obowiązywały. :] No i co najważniejsze: cytat z Historii żółtej ciżemki idealnie pasuje nie tylko do dzisiejszego dnia, lecz również do perfum, którymi chciałabym go uczcić.

Czym więc pachniałby ów trzeci - albo pierwszy, zależy jak liczyć - król, mędrzec z Afryki? Podobno Martine Micallef oraz Geoffrey Nejman jakiś czas temu poznali właściwą odpowiedź. ;)
Przed Państwem Akowa, perfumy pachnące dniem Trzech Króli oraz późnym średniowieczem jednocześnie. :)


Akowa to aromat, który można wyczuć w historycznych budowlach (od Kościoła Mariackiego w Krakowie oraz Starego Ratusza we Wrocławiu począwszy), w naprawdę starych książkach, w muzeach, kryjących bezcenne zbiory rzeźb czy obrazów, w powietrzu, przesyconym śladami ducha lat dawno minionych. To ten charakterystyczny, narkotyczny zapach kurzu, grzybów, pleśni oraz niewysłowionej głębi i słodyczy, której teoretycznie w takim otoczeniu trudno się spodziewać - ale która pasuje do historycznego miejsca, jak nigdzie indziej. A jednocześnie idealny wszędzie, ponieważ Akowa wydaje się nie oglądać, na takie szczegóły, jak czas powstania czy położenie geograficzne zabytku. Jest nim, jest jego duszą.
Tajemnicą Historii, tej pisanej przez "H" wielkie, mniejsze oraz zupełnie małe. ;) Życiem samym w sobie. Lub nawet życiem, śmiercią oraz ponownych odrodzeniem. I tak dalej. ;)
Akowa naprawdę silnie wpływa na moją wenę. ;>

Jak kolejne wcielenie słynnej proustowskiej magdalenki omawiane pachnidło trafiło prosto do mojego serca, okazawszy się niemal doskonałym wonnym odzwierciedleniem... nawet nie jestem pewna, czego. Tak dawne jest to wspomnienie, tak bardzo już zatarte ale przecież wciąż obecne w mojej głowie oraz trwale zapisane w duszy. Jednego jestem pewna: dotyczyło jednocześnie zapachu, rodzącej się pasji historycznej, krakowskiego Ołtarza Mariackiego, moich Dziadków ze strony Mamy oraz... lęku [zapewne strachu małego dziecka, wywołanego zetknięciem ze średniowieczną estetyką oraz kunsztem Wita Stwosza w odtwarzaniu realistycznych - często brzydkich, pokracznych, zniekształconych trybem życia czy chorobami - sylwetek ówczesnych krakowsko-jerozolimskich ;) mieszczan]. Lecz na pewno nie chodziło o moje pierwsze osobiste zetknięcie z Kościołem Mariackim i jego największą chlubą; do niego doszło, kiedy miałam już siedem lat a towarzyszyła mi moja Mama oraz jedna z ówczesnych koleżanek. Przy czym wspomnienia tamtego dnia są już wyraźne a idąc przez krakowski rynek doskonale wiedziałam, dokąd się udaję, co tam zobaczę i jak to coś jest ważne.

Dlatego, chociaż nie mam co do tego nawet dziesięciu procent pewności, przyjmijmy taką wersję wydarzeń: mała wiedźma, może trzy-, może czteroletnia, zostawiona pod opieką Dziadków dorwała jakiś stary album o sztuce albo przewodnik po Krakowie i przeglądając go zwróciła szczególną uwagę na ołtarz Wita Stwosza. :) Zapewne wtedy któreś z czcigodnych przodków, zauważywszy moje zainteresowanie fotografiami, opowiedziało mi co nieco na temat zabytku.
Tak, fascynacja to silny narkotyk, równie silny jak wspomnienia... oraz sztuka, skoro jej geniuszowi potrafiło ulec nawet całkowicie nieświadome dziecko. ;)

Jesienią 2015 roku okazało się natomiast, że wszystkie one pachną dla mnie jak Akowa.


Ciekawie jest pisać o kompozycji wyzwalającej tak wielki ładunek emocjonalny, skupiającej wokół siebie strzępy wspomnień czy myśli. Wszak to właśnie tutaj, w abstrakcyjnym - bo nieistniejącym - wnętrzu Akowy mieszają się aromat starych książek, łagodne drzewne drzazgi, laktoniczny, naznaczony niezwykłym kadzidłem roślinny kurz oraz pojedyncze szczypty bliżej niezidentyfikowanych zamorskich przypraw, wszystkie skąpane w pierzastych i fascynująco pięknych głębokich wodach destylatu z kwiatu pomarańczy (troszkę, jak we Fleur d'Oranger Lutensa).
Właśnie te ostatnie unoszą nas wprost do serca kompozycji, którym niepodzielnie włada dobra, miłosierna i potężna Matka Natura, Wielka Bogini, Maryja... jakimkolwiek nazwać ją imieniem, jej dusza pachnie dla mnie tak samo: ciepłem i ciemnością, najbardziej przyjazną i błogą siłą świata, bezpiecznym okryciem spokojnej nocy w kochających ramionach. Powrotem do najwcześniejszych lat dzieciństwa. Jedynym, co naprawdę niezwyciężone - miłością.

Tak, wiem, jak w Waszych uszach może brzmieć powyższy tekst; "znowu się czegoś naćpała i z siłą wodospadu leci strumieniem świadomości". ;P Kiedy jednak odłożycie na bok niepotrzebny w tej chwili, wymuszenie dorosły irytujący sceptycyzm zrozumiecie, że mam rację. ;) I że Akowa w sercu naprawdę pachnie spotkaniem z dawczynią wszelkiego życia, panią niebios i matką bogów. Tutaj suche ale wciąż żywe trawy ze spokojem kładą się na żyznych połaciach ciemnej, pylistej, słodkiej ziemi. Tutaj kwiaty rosną już jako esencjonalne, olejkowe i skrzące się potpourri, zaś wiatr niesie aromaty łagodnych żywic czy pikantnych przypraw, w zależności od własnego humoru. Ten krajobraz żyje; jest jak przysłowiowa wizja całego życia w źrenicy zasypiającej Marii z krakowskiego ołtarza Stwosza. Już daleka ale wciąż własna.
Kraina jedności przeciwieństw, całkowitej harmonii. Łono pradawnej bogini o potężnym, hebanowym ciele. Istoty o tysiącu imion ale niezmiennym sercu oraz duszy.


Zresztą w najgłębszych czeluściach Akowy ciała, ludzkiej energii, życia i nieerotycznej zmysłowości znajdziemy najwięcej, pyszniących się w łagodnym akantowym zwoju przyjaznego przyrodzie, ekologicznego akordu ambrowego z delikatnym drzewnym piżmem. W roślinnej arabesce żywic, traw, mchu czy też owej tajemniczej fasolki, którą podczas podróży do Afryki miał znaleźć Geoffrey Nejman [pewnie ukrytą gdzieś w kopalniach króla Salomona, między proszkiem z rogu jednorożca, Arką Przymierza oraz Świętym Graalem, których wcale a wcale nie zakosił Indiana Jones :P ]. Skrytą w cieniu, z rzadka rozświetlanym złocistymi, miękkimi warkoczami promieni słonecznych. W ciszy oraz intymności. Gdzieś w najgłębszej tajemnicy, schowaną za mgłą zbyt dawnych wspomnień. Właśnie tam możemy odnaleźć Ją.
Mistyczną jedność człowieka ze światem oraz bóstwami, które wyznaje najpiękniej i najpełniej, jak potrafi.

Nie jest więc Akowa mężczyzną, chociaż właśnie to sugerował wstęp do niniejszego tekstu. Jednak nie jest też do końca kobietą. Myślę, że duch omawianego pachnidła nie posiada płci, jak anioły. Z pewnością nie jest do tego wystarczająco małostkowy. :)
Nie pochodzi też z Afryki - tak, jak nie pochodzi z Krakowa. Jest zewsząd. Mówi w każdym możliwym języku i zna wszystkie szlaki po tym łez padole. ;) Wie wszystko i wszystko rozumie, chociaż niekoniecznie wszystko pochwala (jak na prawdziwie mądrą istotę ludzką... lub kochającą matkę przystało).
Nie ma skóry czarnej ani też białej, żółtej, śniadej tudzież niebieskiej w zieloną pepitkę. Jest każdego możliwego koloru oraz kształtu. Bo przecież one mają w nas najmniejsze znaczenie, chociaż wielu jednostkom małym i złym wydaje się inaczej. Lecz ich opinia jest tu kompletnie bezużyteczna.
Jednak, co najważniejsze, ten wspaniały duch nie wyznaje żadnej konkretnej religii, tym samym czcząc każdą z nich... lub raczej wszystko to, co w ludzkich wierzeniach najlepsze i najcenniejsze.

Oto nasza najwspanialsza utopia. :) Ta, do której wszyscy powinniśmy dążyć.


Rok produkcji i nos(y): 2015, Jean-Claude Astier oraz Geoffrey Nejman

Przeznaczenie: zapach nie wiedzieć czemu dedykowany mężczyznom, co jest oczywistą bzdurą. Dla mnie Akowa to spokojny, wyważony i - jak napisałam - pozbawiony przynależności płciowej - dyskretny uniseks. Ciepły i intymny, niosący ukojenie, więc pasujący do tych okazji, w których chcielibyśmy dodać sobie odwagi, pewności siebie albo spokoju. Zresztą ostatni ze stanów ducha jest ciągle w cenie, szczególnie ostatnimi czasy, zatem Akowa, środek przenoszący w zupełnie inny świat, błogi i nierzeczywisty, może okazać się szczególnie cenna. :D
Oczywiście żartuję, jednak umiarkowana projekcja i skłonność do tworzenia gęstej ale wąskiej aury wokół uperfumowanej osoby czynią perfumy wprost idealnymi towarzyszami wszelkich okazji oficjalnych i Bardzo Ważnych, dziennych ale też wieczorowych. No po prostu ideał. ;)

Trwałość: bardzo dobra, ponieważ zamykająca się w granicach dziesięciu godzin wyraźnego trwania w małym lub jeszcze mniejszym oddaleniu od skóry oraz dalszych kilka spokojnego, stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, kwiat pomarańczy
Nuta serca: liść figowca, kakao, "tajemniczy składnik X" o afrykańskim i roślinnym pochodzeniu
Nuta bazy: wanilia, paczuli, wetyweria, akordy piżmowy oraz ambrowy
___
Dziś noszę Chloé, vintage od Karla Lagerfelda.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Gwiazda betlejemska, akwarela autorstwa prerafaelity Edwarda Burne-Jonesa, znaleziona TUTAJ.
2. https://www.flickr.com/photos/jenniferboyer/6602041409/ [Autorka: Jennifer Boyer]
3. https://www.flickr.com/photos/jenniferboyer/6601952435/ [Autorka: Jennifer Boyer]
4. https://www.flickr.com/photos/jenniferboyer/6601924195/ [Autorką  również jest Jennifer Boyer]

sobota, 2 stycznia 2016

Safari na odległość

Zeszły rok rozpoczęłam w towarzystwie Irish Leather marki Memo, dlaczego więc w 2016 miałoby być inaczej? ;) Dziś kolejne pachnidło z serii Cuirs Nomades, noszące wdzięczną nazwę African Leather [co na tle perfum z przymiotnikami "irlandzka", "włoska" oraz "francuska" w nazwach brzmi cokolwiek niestosownie, przypadkiem bądź celowo włączając Memo do wielkiego grona ignorantów, dzięki którym w potocznym rozumieniu Afryka - kontynent z kilkoma całkowicie różnymi strefami klimatycznymi oraz setkami zupełnie odmiennych kultur - traktowana jest, jakby cała była jednym, ogromnym państwem. Państwo zamiast kontynentu, czaicie?*].


Nazwa może i jest wdzięczna, całkiem niewinna i tak dalej ale uwierzcie: to wrażenie minie, kiedy tylko doświadczycie działania nut głowy pachnidła. ;)
W rzeczywistości bowiem African Leather to ostry i suchy, silny oraz potężny drapieżnik, który akurat biegnie prosto w Waszą stronę, aby za kilka sekund uderzyć w Was z całą siłą swego pięciusetkilowego cielska. A Wy nie możecie nigdzie uciec. I kiedy pył spod kopyt szarżującego zwierzęcia do szczętu zatyka Wasze nozdrza oraz usta, kiedy Wasze twarze omywa ciepły oddech bestii, czujecie jej mocny, piżmowy zapach i w ogóle zamykacie oczy, odwracacie głowę w bok i czekacie na nieuchronny koniec, bo cóż innego Wam zostało, wtedy nagle zwierz mija Was dosłownie o włos. Nic dziwnego, myślicie ułamek sekundy później, uśmiechając się głupkowato. W końcu to nie prawdziwa Afryka, tylko kino 5D. ;]

Jakakolwiek agresywność była złudzeniem. I choć potężne zwierzę faktycznie czai się w otwarciu kompozycji, w rzeczywistości okazało się dużo spokojniejsze, niż nam się wydawało. A przy okazji równie umowne, jak kinowa fikcja prawdziwych doświadczeń.

To dlatego, że zamiast prawdziwych nut zwierzęcych za wrażenie cielesnej zmysłowości odpowiada roślinny kmin do spółki z ciemnym, brunatno-ziemistym zamszem. Tym natomiast jak cień towarzyszą nuty ostre i suche, domagające się uwagi ale nie głośne czy brutalne - sucha wetyweria, ziemiste paczuli, przyprawy eugenolowe; wszystkie w ilości tak znacznej, że aż tworzące wrażenie uderzenia samumu prosto w twarz.


Jednak i w tym miejscu nie ma powodu do prawdziwych obaw. Wszak i to pozorne niebezpieczeństwo, kryjące się wewnątrz African Leather zostaje prędko złagodzone. Dzięki różanemu, świetlistemu geranium, które ucisza wiatr i niesie ukojenie wysuszonej piaszczystej ziemi mieszanina delikatnieje w oczach, pozwalając, aby kwiatowa delikatność wygładziła jej kanty oraz wysubtelniła wszelką brutalność. Wetyweria chowa się w cieniu paczuli, tym razem wręcz aksamitnego, pięknie zespolonego w całość ze wszystkim, co w geranium zmysłowe i różane. Zamsz powoli zmienia się w delikatną i ciemną skórę bliżej nieokreślonego gatunku zwierzęcia, pozwalając okryć się kardamonowo-różowopieprzowo-muszkatowym pyłem. W końcu pojawia się szafran, ciepły i złocisty niczym słońce, zachodzące nad sawanną.

Baza Afrykańskiej Skóry to triumfalny powrót nut pozornie cielesnych, tym razem pod dużo spokojniejszą  i grzeczną - chociaż pościelową - wersją akordu ambrowego ze szczególnym uwzględnieniem słodko-słonego, lejącego się niczym miód labdanum. Tuż za nimi czają się metaliczne, kłujące w oczy opary ciemnego drewna (może być i oud) a także oprószonej kardamonem a ogrzanej szafranowymi nitkami skóry.

Nad sawanną powoli zapada zmrok. Wiatr znad Sahary już nie wieje. Po wielu, wielu godzinach nadchodzi czas na odżywczy, spokojny sen. Takie safari, z aparatem fotograficznym w dłoni, to ja rozumiem! :)


Rok produkcji i nos: 2015, Aliénor Massenet

Przeznaczenie: typowy uniseks przeznaczony bardziej dla miłośników perfum orientalnych aniżeli dla przedstawicieli którejkolwiek z płci. Powściągliwy w tworzeniu śladów zapachowych, zamiast nich preferujący żywą i gęstą, chociaż niezbyt rozległą aurę. ;)
Co oznacza, że African Leather znakomicie będzie nadawał się na wszystkie okazje, jakie sobie tylko wymyślicie. Nowa praca? Awans? Chrzciny dziecka  przyjaciół? Parapetówa u sąsiadów? Randka? Wieczór kawalerski kumpla? Zakupy z koleżanką? Egzamin na prawo jazdy? Wszędzie pasuje! ;) O ile tylko się polubicie i umiejętnie dobierzecie dawkę do okazji.
Uwaga! Pomimo opisu nut i tak dalej African Leather to dzieło wybitnie laboratoryjne, stworzone niemal wyłącznie z syntetycznych substytutów nielubianych przez IFRA substancji. Sztuczne ale w dobry sposób, gdyż świadomość tego nijak nie wpłynęła na przyjemność podczas testów.

Trwałość: znakomita; ponad dziesięć godzin wyraźnej, łatwo wyczuwalnej chociaż spokojnej projekcji i niemal drugie tyle stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: skórzano-przyprawowa (i orientalna)

Skład:

kardamon, bergamotka, szafran, kmin rzymski, paczuli, geranium, wetyweria, akord skórzany, akord oudowy, piżmo
___
Dziś u mnie Black Afgano od Nasomatto. Klasyka! :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/t3rmin4t0r/3935051312/ [Autor: Gopal Vijayaraghavan]
2. https://www.flickr.com/photos/stormsignal/15081323010/ [Autor ukrywa się pod pseudonimem StormSignal]

* Zabawne, że w tym miejscu "ojtam, ojtam, nie przesadzaj, bo co za różnica" jako pierwsi pomyśleli pewnie ci z Was, których najmocniej wkurza instytucja Unii Europejskiej i którzy chętnie widzieliby Polskę poza nią; właśnie z powodu czegoś, co skrótowo można nazwać "zbyt wielkimi różnicami kulturowymi" między nami a zgniłym Zachodem. :P Ciekawy paradoks, prawda? ;>

niedziela, 27 grudnia 2015

Nie ma kolebeczki ani poduszeczki, czyli Orient w Europie



Boże Narodzenie to czas powrotu do dzieciństwa, przynajmniej dla mnie. Spotkanie z rodziną, wspólne gotowanie i późniejsze zajadanie, rozmowy, nasiadówy, wycieczki, degustacja wysokoprocentowych trunków... Wieczory w towarzystwie Władcy Pierścieni... Stosowna do czasu lektura oraz perfumy...
Jest do czego wracać. Powróćmy zatem i my, na chwilę.

Do pewnej poznańskiej Wigilii Anno Domini 1991, kiedy pewna zbuntowana licealistka wędrowała od mieszkania do mieszkania ze zbyt młodym Mikołajem (po poznańsku zwanym Gwiazdorem). ;)


Fanką twórczości Małgorzaty Musierowicz nie jestem już od lat, zniechęcona słabnącym warsztatem autorki oraz rosnącym sekciarstwem stworzonych przez nią bohaterów. Zawsze jednak gdzieś tam we mnie tkwi sentyment do tak zwanej Starej Jeżycjady, kiedy siostry Borejko oraz ich przyjaciele byli jeszcze młodzi, naprawdę (nie tylko w deklaracja odautorskich) pełni nadziei czy otwarci na rzeczywistość. Bodaj ostatnią częścią "jedynie słusznej" Jeżycjady jest właśnie Noelka, której główna bohaterka, Elka Stryba, jak efemeryda przelatuje przez cykl powieściowy, by już nigdy doń nie wrócić - choć powinna, bo staje się w końcu pasierbicą jednej z jego głównych postaci a jednocześnie ulubienicy samej Musierowicz.
Elka-Noelka, dziewczyna, którą odmienia wieczór wigilijny oraz noc Bożego Narodzenia, przyszła mi do głowy w zasadzie z jednego tylko powodu - identycznym imieniem nazwano pewne przesympatyczne perfumy. :)

Under My Spell Noelle marki Benefit, dzieło bożonarodzeniowe wyłącznie z racji tytułu, czy może jednak nie do końca...?


Mam wrażenie, że benefitowska Noelka idealnie oddaje klimat europejskiego Bożego Narodzenia, tego bliskowschodniego, semickiego święta z wieloma wiekami naleciałości kultury oraz mentalności typowych dla naszej poczciwej, po-rzymskiej Europy. Tutaj Wschód spotyka się z Zachodem i koniec końców tak się w niego wtapia, że po pewnym czasie trudno już uwierzyć, że to, co mamy za "własne" i "oswojone", faktycznie jest "inne" i "obce". Całość zamiast sztucznych podziałów - oto prawdziwy symbol świąt! ;)

Brzmi to może poważnie i nieadekwatnie do tematu ale dlaczego nie miałabym zastosować analogii? Przecież w tym konkretnym przypadku byłaby odpowiednia, jak rzadko! Zauważcie...

Kiedy słodkie owocowe soki spływają nam po palcach, kiedy odurza nas różany, nektarowy aromat, kiedy słodycz wanilii rozjaśnia cierpkość nasion borówki, czy ktokolwiek zawraca sobie głowę gęstymi, orientalnie wirującymi przyprawami eugenolowymi, przypominającymi kurzawę nad bliskowschodnim sukiem? Czy myśli się o pochodzeniu szafranowego ognia, spokojnie i miękko płożącego się po ludzkiej skórze? A oud? Czy zawracamy sobie głowę ciemnym, lekko metalicznym i żywicznym drewnem, które jak żaden inny składnik kieruje nasze europejskie myśli ku islamskiemu kręgowi kulturowemu?

Nie! Cieszymy się doskonałą jednością, ich nieznającym trosk ani pośpiechu hedonistycznym współistnieniem. Raduje nas mus z malin i orchidei waniliowej, przyprawiony kardamonem oraz szafranem, bezpiecznie otulony mięsistym oudem a owinięty gorzko-czekoladową paczulową pajęczyną. Obsypany płatkami róż niczym przedmiot naszej największej miłości.
Radosny i dziewczęcy ale jednocześnie wyrafinowany, skrywający w sobie nielichą głębię. Błogi i baśniowy.
Naiwny ale piękny. Pomimo a może właśnie dlatego...?


Rok produkcji i nos: 2013, ??

Przeznaczenie: kompozycja stworzona dla kobiet, słodka i gęsta ale jednocześnie w wyraźny sposób orientalna - co moim zdaniem czyni ją ciekawym, wypośrodkowanym uniseksem, podobnym zresztą do Rose Anonyme marki Atelier Cologne. :)
Na wszystkie okazje, nawet bardziej oficjalne z racji swojej skromnej projekcji.

Trwałość: w zależności od dawki około ośmiu do dwunastu godzin wyraźnego, cichego życia

Grupa olfaktoryczna: owocowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: kardamon, czarny pieprz, borówka brusznica, malina
Nuta serca: jaśmin wielkolistny, fiołek, róża, orchidea waniliowa
Nuta bazy: paczuli, oud, benzoes, czarna ambra, wanilia
___
Dziś noszę Glorię marki Cacharel.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. kolaż mojego autorstwa z trzech Instagramowych fotek Noelki, za którymi stoją kolejno:
    Marta Mardyła: https://www.instagram.com/p/_uOIjCuqhJ/?taken-by=martamardyla
    Justine French: https://www.instagram.com/p/_lR9U-gFWg/?taken-by=justine_french
    Cinnabook16: https://www.instagram.com/p/_lq2d1iX0L/?taken-by=cinnabook
2. Mój telefon. ;)

czwartek, 24 grudnia 2015

Czar cichej nocy


Uwzględniając mój napięty ostatnio grafik, w tym widoczny w ilości wpisów brak czasu dla bloga, trudno było nie domyślić się, jakimi perfumami postanowiłam uczcić dzisiejsze odwieczorne święto. Wystarczyło w tym celu przeglądnąć czasem Instagram... ;)

Jednak czy jest co ukrywać? Ostatecznie możliwość świętowania Bożego Narodzenia wraz z perfumami, które dedykowano temu właśnie czasowi w roku nie wydaje się niczym szczególnie oryginalnym, prawda? :D Dlatego dość już niepotrzebnych wstępów! [Ostatecznie nie po to wstałam dziś przed świtem, żeby marnować czas na lanie wody]. Zajmijmy się nareszcie Nuit de Noël marki Caron; zapachem jak wieść niesie stworzonym specjalnie dla uwielbiającej zaczynające się o zmierzchu święta kochanki Ernesta Daltroffa.

Zamiast słodyczy, kadzideł czy delikatnego Orientu otrzymujemy zamkniętą we flakonie historię miłosną.


Nie jestem pewna, na ile i czy w ogóle (po tylu latach i reformulacjach) współcześnie żywa jest myśl przewodnia twórcy pachnidła, mnie jednak trudno od niej uciec. W Nuit de Noël naprawdę czuje się miłość, czułość czy namiętność. W przebiegu kompozycji wciąż tkwi coś mocno erotycznego - a płynąc z porównaniem można nawet zauważyć, iż można wyczuć nawet dalekie, osnute mgłą wspomnień ale jednak żywe, echo samego aktu miłosnego. :) Bo zastanówmy się...

Rozpoczyna tę mieszankę gładka, słodkawa i z pozoru niewinna słodycz kwiatów, szczególnie pyłkowego ylang-ylang, utrzymanego trochę w stylu sążnistych olfaktorycznych festonów rodem z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. Kwiat jest aksamitny, nieprzesadnie deserowy ale już odurzający, niczym pocałunek. Później kompozycja, powoli, krok po kroku, przechodzi ku ciepłej orientalności drewna sandałowego, za którym jak cień podąża suchy mech dębowy. I teraz dopiero zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. :D

Bowiem staje się jasne, że co jak co ale serce to Nuit de Noël ma wielkie i gorące. ;) I chociaż na pozór nie dzieje się w nim wiele ponad grę dwóch składników, mchu oraz sandałowca, ich wzajemna relacja prowadzi do wykrzesania nawet nie kilku iskier, lecz od razu całego pożaru! Pod, nad, obok, pomiędzy,  przed i za. A to sandałowiec skrywa się za suchymi i ostrymi, niemal wgryzającymi się w drogi oddechowe człowieka oparami mchu, to znów mech daje się owionąć aromatycznym, czarownym sandałowcowym olejkom (w stylu drewna z Mysore albo dosłowniej: delikatniejszego, bardziej intymnego Tam Dao Diptyque lub Santal de Mysore Lutensa).
To, co czułe i duszne dzięki egzotycznym kwiatom staje się coraz gorętsze a jednocześnie doskonale zaaferowane sobą nawzajem: mech dębowy przywołuje suchość w ustach, którą natychmiast uśmierza obłędna cielesno-drzewna zmysłowość. I tak grają ze sobą, ku obopólnej radości, z cieniem dusznych kwiatów w tle a w mojej głowie Elton John wyśpiewuje na cały głos: Caan you feeeel the love toooonight? ;P Pojawiające się tu i ówdzie nieśmiałe zajawki korzennych przypraw lub tytoniu znikają po chwili, jakby czując swoją zbędność.
Tak, dzieje się i to dużo.


Jednak już pojawia się baza, ciepła, dyskretna i delikatna. Ot, klasyczny miks miękkiego, delikatnie słonego akordu ambrowego z odrobinkę "brudnymi", ciemnymi piżmami. To właśnie na nich wyhamowują drewno z mchem, pozwalając sobie na oddech. Gdzieś nad nimi unoszą się ostatnie wspomnienia kwiatów, z których najwyraźniej czuję teraz klasyczny, naturalny jaśmin. Długi, spokojny finisz.

I choć wydawać by się mogło, że taki zapach musi być nielichym siłaczem o mocy zdolnej zniszczyć niewielkie miasto, w rzeczywistości Nuit de Noël okazuje się zaskakująco intymne, wiotkie i stanowcze jednocześnie ale przy tym unikające jakiejkolwiek wulgarności, którą silna projekcja mogłaby ujawnić. Tutaj nie ma absolutnie niczego niewłaściwego. Zarówno potężne emocje, jak i późniejsze uspokojenie rozgrywają się tuż ponad skórą uperfumowanej osoby.
Co nie dziwi. Wszak najpotężniejsze rodzaje magii nie są przeznaczone dla postronnych oczu a miłość to przecież [również,  między innymi] magia. Wierzmy w to nie tylko od święta. :)


Rok produkcji i nos: 1922, Ernest Daltroff

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, lecz współcześnie  to raczej klasyczny, wyważony uniseks; no, może za wyjątkiem pierwszej fazy, która jednak absolutnie nie powinna zniechęcać mężczyzn lubiących akordy kwiatowe.
Na okazje, hm... powiedzmy, że bardzo uroczyste i podniosłe. Szczególnie, jeżeli po ich zakończeniu czeka Was przyjemnie tête-à-tête z ukochaną osobą. Oczywiście żartuję. ;) Chociaż faktycznie Nuit de Noël wydaje się być stworzona do upiększania okazji oficjalnych, jej skromna projekcja i skłonność do bliskoskórności równie dobrze mogą sprawić, że okaże się pachnidłem prawdziwie uniwersalnym, którym możecie pachnieć przede wszystkim dla siebie.

Trwałość: w granicach dziesięciu do ponad dwunastu godzin wyraźnego życia oraz dalszych kilka stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-kwiatowa (i drzewna)

Skład:

Nuta głowy: ylang-ylang, róża, jaśmin
Nuta serca: drewno sandałowe, mech dębowy
Nuta bazy: wetyweria, piżmo, ambra
___
W tej chwili nie pachnę niczym.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://thomaskinkade.com/art/victorian-christmas/ [Autor: Thomas Kincade]
2. https://www.flickr.com/photos/mightyboybrian/13613243934/ [Autor: Brian Wolfe]
3. https://www.flickr.com/photos/bortescristian/6631101795/ [Autor: Cristian Bortes]
5. https://www.flickr.com/photos/31064702@N05/3128981067/ [Autorka: Dawn Huczek]


* * *


Korzystając z okazji chciałabym złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Zdrowia, spokoju, radości dla każdego, wytrwałości oraz nadziei lub odwagi dla tych, którzy tego potrzebują, a każdemu z osobna - spełnienia najskrytszych marzeń.
No i perfum pod choinką, jakżeby inaczej? ;)

Szczęśliwego Bożego Narodzenia!

wtorek, 22 grudnia 2015

Owoce na świąteczny stół

Kolejna szybka notka, skreślona pomiędzy myciem nieużywanych naczyń a lepieniem pierogów. ;) Które to czynności przypomniały mi, jak ważne w nadchodzących dniach obżarstwa mogą stać się zdrowe i lekkie owocowe posiłki. :) Na ich cześć zajęłam się dwoma owocowymi pachnidłami od Yves Rocher, pomyślanymi jako zeszło- i tegoroczne świąteczno-limitowane uprzyjemniacze przełomu jesieni oraz zimy.


Pierwsze niech będzie Pomme Délice, wciąż jeszcze dostępna w sklepach słodka, soczysta i - uwaga! - chrupiąca szarlotka. ;)
Nie wiem doprawdy, skąd w tym prościutkim i łatwym przecież zapachu tak wyraźne "chrrrup", rozlegające się w otwarciu, jednakże czuję je tak wyraźnie, że chwilami wręcz słyszę apetyczny odgłos wgryzania się w świeży owoc.
Za to nie dziwi mnie słodycz, jasna i aksamitna, w którą przyodziano gładkie jabłkowe soki a która ostatecznie sprawi, iż kompozycja uschnie na ludzkiej skórze, zmieniając słodziutki jabłkowy deser w przypudrowaną cukrem waniliowym szarlotkę na kruchym spodzie.

Pomme Délice to przyjemna, niewymagająca absolutnie żadnego wysiłku guilty pleasure dla nosa. W sam raz na Święta! :)


Nie inaczej ma się kwestia z Fruits Noirs, zeszłorocznymi jeżynami z tej serii kosmetyków marki, której wód toaletowych nad Wisłą nie uświadczymy. Tu również najważniejszą kwestią okazuje się prosta przyjemność ludzkich nozdrzy, żadne tam ambitne kreacje dla wymagających. ;)

Jednak, co ciekawe, w owocach tych wyczuwam więcej nut, aniżeli w rozkosznie głupiutkim Pomme Délice. Obok jeżyn zauważam także ciemną, lekko metaliczną słodycz jagód, słońce i rosę, schnącą powoli na leśnej polanie, oczywiście cień wanilii z suchą, kumarynową tonką (w ilości dosłownie marginalnej), natomiast w bazie lekkie i jasne nowoczesne drzewno-syntetyczne piżma.
Chociaż przed poznaniem kompozycji podejrzewałam, że mogę mieć do czynienia ze znacznie tańszą wersją l'artisanowskiego Mûres et Musc, ku swojemu zaskoczeniu na samym dnie bazy, już po ulotnieniu się wszelkich dowodów owocowości oraz słodyczy mieszaniny, odnalazłam spokojny, statyczny i filigranowy, iso-e-superowy szkielet nieodżałowanej Kashminy Touch marki Max Mara. Co okazało najprzyjemniejszym odkryciem spośród budżetowych pachnideł, jakiego ostatnio dokonałam. ;)
Warto było starać się o własny flakon. :D


Pomme Délice

Rok produkcji i nos: 2015, ??

Przeznaczenie: kompozycja dedykowana kobietom, wg mnie jednak pasująca wszystkim fanom olfaktorycznych słodkości. Spokojna i dyskretna aż do przesady.
Na okazje dowolne, byle niezbyt oficjalne.

Trwałość: nie większa, niż cztero- lub pięciogodzinna, łącznie z okresem stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa

Skład:

wanilia, jabłko


Fruits Noirs

Rok produkcji i nos: 2014, ??

Przeznaczenie: ponownie stworzony z myślą o kobietach i ponownie nie mogę się z tym zgodzić. Tym razem nawet silniej, choćby z racji drzewno-nowoczesnego charakteru mieszaniny (chociaż to słodycz długo trzyma się pierwszego planu). O projekcji dykretnej i stonowanej, aczkolwiek nie tak bardzo, jak w przypadku PD.
Na okazje dowolnie przez Was wybrane, choć i tym razem sugerowałabym skromniejsze.

Trwałość: około sześciogodzinna

Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa (oraz drzewna)

Skład:

akord jeżyny (ponoć tylko on, w co rzecz jasna absolutnie nie wierzę).
___
W tej chwili nie pachnę niczym. Przedświąteczny detoks nocny. ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.freehdimages.in/wallpaper/desktop-apple-fruits-wallapapers/
2. http://www.thelovecatsinc.com/2015/12/easy-winter-apple-blackberry-and-blueberry-crumble.html [Autorką jest niejaka Helen, twórczyni bloga o tytule The Lovecats Inc.]

sobota, 19 grudnia 2015

Verba volant, scripta manent

Miała w tym miejscu pojawić się oda do piękna oraz nieśmiertelności słowa pisanego*, jednak najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na jej stworzenie. Nawet teraz siedzę przy komputerze, ponieważ pod pozorem doglądania spraw niecierpiących zwłoki opuściłam odwiedzających mnie akurat gości [pisanie bloga, na którym w grudniu pojawiła się dotąd tylko jedna notka jest sprawą niecierpiącą zwłoki, prawda? ;)].

Dlatego niech za całą odę wystarczy Wam tytułowa sentencja: słowa ulatują, pisma pozostają. Tym, co zostawimy po sobie, nie są bynajmniej nasza magnetyczna osobowość, wspaniałe poczucie humoru, ogromna mądrość lub zaradność... przynajmniej dopóty, dopóki ktoś (na przykład my sami) nie zapisze ich przykładów, upamiętniając tym samym dla przyszłych pokoleń i unieśmiertelniając najlepszych z ludzi.

Skoro tę część mamy za sobą, proponuję abyśmy przeszli do opisu pachnidła, które kazało mi wznieść pean ku czci daru słowa, umiejętności uwieczniania go za pomocą alfabetu a także pewnego materiału, bez którego trudno byłoby wcielić ów pomysł w czyn.
Mortal Skin marki Stéphane Humbert Lucas 777, zapach pogrążonej w literacko-twórczym szale... kobiety. Chociaż stworzono go nie tylko dla kobiet. :)


Mortal Skin - gra słów z wyrażeniem "mortal sin", czyli "grzech śmiertelny" ale dosłownie Śmiertelna Skóra - nazwą i zawartością flakonu idealnie wpisuje się w mój temat przewodni. Kiedy przeminie ciało jedynym naprawdę wartościowym, co po nas pozostanie, będą namacalne odbicia naszych dusz. Nasze wnętrze, którego ślady pozostaną trwałe dzięki spisaniu myśli.
Perfumy mogą trafić do dowolnego pojemnika, co w niczym nie zmieni ich piękna. Zewnętrzna powłoka nie ma znaczenia, liczy się krew i dusza; a przy okazji również posoka, którą zapisujemy swoje pomysły, refleksje albo wspomnienia - atrament.

W Mortal Skin jest on wyraźny, ciemny, chłodny i metaliczny, silny dzięki słodko-wegańskiemu, nienachalnie zmysłowemu akompaniamentowi soku z jeżyn, systematycznie upiększanego ciepłymi, wdzięcznymi nutami łagodnych kadzideł czy przypraw. Początkowo ciemny i głęboki, z czasem ogrzewa się i roztapia niczym cenne żywice. Najpierw strzelisty dzięki popielatym strużkom kadzidła frankońskiego i odrobinie wytrawnych ziół, po jakimś czasie zaczyna płożyć się na skórze w ciepłych, słodkawych oparach mirry oraz labdanum. Towarzyszą im pojedyncze ale wyraźne szczypty egzotycznych, eugenolowych przypraw z kuszącym dodatkiem gorącego szafranu i słodkiego kwiatu. Jednak w pierwszych fazach najważniejszy pozostaje dwugłos atramentu z jeżyną.

Ponieważ to waśnie ostatnia z wymienionych, wspierana przez ciepłe i słodkie kadzidła, łagodne nuty drzewne czy kuszącą, słonawą szarą ambrę odpowiada za wrażenie "kobiecości" tych perfum. Chciałoby się powiedzieć, że tak pachnie pisarka; poetka; twórczyni; artystka lub rzutka reporterka; mistrzyni sztuki słowa. W Mortal Skin symbolizuje ją nawet baza, stworzona z jasnych, przytulnych i gładkich nut drzewnych, z sandałowca oraz cedru oprószonych przyprawami a omywanych najmiększymi z kadzideł, ułożonych na postumencie okrytym najjaśniejszym i najdelikatniejszym, pyłkowym zamszem.

Perfumy takie, jak Mortal Skin nie mają siły rażenia bomby ani mocy oddziaływania wszechpotężnej propagandy. One szepczą. Nikogo do niczego nie zmuszają. One po prostu są. Istnieją gdzieś obok brutalnego, chaotycznego świata, pozornie nierozerwalnie z nim związane ale tak naprawdę niezależne, niezdolne do schylenia karku, pewne, niezniszczalne.
Przeciwstawiane zarówno ulotnej mowie, jak i słabemu, śmiertelnemu ciału. Rękopisy nie płoną, jak stwierdził kiedyś pewien pisarz w swym najgenialniejszym dziele. ;)

I tego się trzymajmy.


Rok produkcji i nos: 2015, Stèphane Humbert Lucas

Przeznaczenie: wbrew mojemu skojarzeniu jest to zapach uniseksualny; początkowo śmiały, skłonny do pozostawiania za sobą wyraźnego śladu, z czasem redukuje się do wąskiej ale wyraźnej, praktycznie nieprzejrzystej aury. Wydaje się bardzo nowoczesny, dzięki czemu mnie idealnie pasowałby do okazji zawodowo-profesjonalnych (jednak z drugiej strony pasowałby nawet na Wielki Bal ;) ).

Trwałość: wyśmienita, bo sporo ponad pół doby wyraźnej projekcji.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: atrament, jeżyna, kadzidło frankońskie, labdanum, galbanum
Nuta serca: irys, szafran, kardamon, dawana, opoponaks, mirra
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, brzezina, styraks, cywet, szara ambra, piżmo
___
Dziś noszę Under My Spell Noelle marki Benefit.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z https://www.flickr.com/photos/pedrosimoes7/2394843377 [Autor: Pedro Ribeiro Simões]

*To nie przypadek, że największą niechęcią do słowa pisanego szczycą się osoby o najwęższych horyzontach poznawczych, najbardziej ograniczone.

niedziela, 13 grudnia 2015

#My, #ekshibicjoniści

Nieprawdopodobne, że ostatni wpis na blogu ukazał się równo miesiąc temu! [A ten dzisiejszy miał mieć premierę w Andrzejki. ;) ] Cóż, tak czasami w życiu bywa. Najważniejsze, że blog wciąż się dla mnie liczy, nadal jest ważny i ani myślę o nim zapominać.
Tylko czasu brak...


I myślę sobie... czy aby w tym moim pisaniu i w tych tłumaczeniach nie chodzi w równej mierze o mnie, co i o Was, lub raczej - o Waszą o tym miejscu opinię. Ostatecznie, jak głosi jeden z moich ukochanych cytatów, podczas tworzenia tekstu chodzi nie tyle o to, żeby zapisać własne myśli ale o to, że ktoś inny te myśli odczytał. ;)
W końcu, jak wszystkie małpy z rzędu naczelnych, jesteśmy ekshibicjonistami. Uwielbiamy ideę samych siebie jako pępka świata i znamy miliardy sposobów, by wcielić ją w życie. Natomiast odkąd staliśmy się społeczeństwem cyfrowym, liczba ta wciąż rośnie w trudnym do przewidzenia czy opanowania tempie.

Facebooki, Instagramy, Twittery, Snapchaty, tysiące innych aplikacji bądź portali do chwalenia się przed światem swoją codziennością oraz dniem świątecznym, radościami oraz troskami, rozsądkiem tudzież kolejnymi popełnianymi głupstwami - oto pokusa, której nie jest w stanie oprzeć się niemal żaden człowiek, bez różnicy wieku, płci, wykształcenia, orientacji seksualnej, trybu życia, poglądów politycznych czy wyznawane religii. Odkąd sama eksploruję powoli kolejne platformy społecznościowe, przekonuję się, jak ciekawie wszystkie nasze kultury zlewają się w całość i ujednolicają za pomocą globalizacji, jak twórczo potrafimy obchodzić nieraz polityczne bądź religijne zakazy, jak potężna i niepowstrzymana okazuje się siła, pchająca nas do wystawiania samych siebie na widok publiczny, do zabierania głosu w sprawach najważniejszych ale i zupełnie niepoważnych.

Cały czas jesteśmy jednak ludźmi o emocjach i instynkcie niezmiennych od paleolitu a pewnie i jeszcze starszych. W końcu czym najchętniej chwalimy się na takim na przykład Instagramie? Przede wszystkim udowodniamy światu, w jaki sposób zaspokajamy swoje podstawowe potrzeby: głód i pragnienie (szukajcie pod: #foodporn, #omnomnomnom, #ilovecoffee), bezpieczeństwo (w tym sen i brak napięcia: #cozy, #relax itd. ;) ), pożądanie oraz pęd ku reprodukcji. Dalej są potrzeby szacunku i przynależności (np. #workhard, #motivation, #friends, #mylove), natomiast sam szczyt piramidy potrzeb to zdecydowanie mniej pojemne hasztagi. Chociaż czy na pewno...?

Istnieje bowiem pewien wyraźny wyjątek, odpowiadający ludzkiej potrzebie poważania, poczucia własnej wartości oraz zaufania do samych siebie. Taki, którym bombardujemy świat ze zdumiewającą intensywnością oraz kreatywnością; realizowany tak konsekwentnie, że aż trudno traktować go w kategoriach mody. To już raczej element ludzkiej tożsamości, prosty i tani sposób zaspokojenia emocji.
Wyjątkowi temu na imię...

Selfie


Krytykowane, wyśmiewane, parodiowane ale i praktykowane przez całą ludzkość ze zdumiewającą gorliwością [odkąd odkryłam na Insta słitfocie w wykonaniu muzułmanek w nikabie nie zostawiam już nawet marginesu swobody dla osób, którym uwieczniania ludzkich sylwetek zabrania ich religia]. Ich pseudopsychologiczne analizy z kolorowych czasopism podkreślają, że "modzie na selfie" ulegają nawet najważniejsi politycy czy najwięksi artyści świata; zapominając nadmienić, że skoro popularność takich osób zależy od łaski przeciętnego widza/słuchacza/wyborcy - a przeciętny widz/słuchacz/wyborca strzela sobie focie co pięć minut - to ów znany człowiek musi zachowywać się identycznie, aby przypadkiem nie wypaść z łask. [Plus: to przecież również są ludzie i nieobce są im ludzkie emocje, więc czemu im miałoby się odmawiać ochoty na selfiaczki? ;P ]. Większość podobnych analiz łączy konkluzja, poparta zdaniem jakiegoś psychologa lub medioznawcy, iż żyjemy w czasach niespotykanego wcześniej ekshibicjonizmu; otoczeni przez zakochanych w sobie, bezkrytycznych egocentryków prędzej czy później sami się nimi stajemy.

I chociaż raz po raz odczuwam potrzebę przyklaśnięcia podobnym opiniom*, zauważyłam zupełnie inną cechę fotograficznych autoportretów. Otóż selfie są nie tyle wyrazem naszego narcyzmu i patrzenia na rzeczywistość z góry, ile zręcznym kamuflażem. Kostiumem, pod którym chowamy zupełnie inną twarz; tę, której współczesność nie pochwala i którą każe nam zwalczać - naszą wrodzoną niepewność, nieśmiałość, lęk. Kto cyka słitfocie, ten boi się spojrzeć samemu lub samej sobie prosto w oczy. Bez wyjątków.
Selfie to nie odbicie rozdętego ego poszczególnych osób, lecz raczej łaszenie się do (w większości) obcych ludzi, proszenie o komplementy, chęć usłyszenia, że jesteśmy znacznie lepsi, piękniejsi, mądrzejsi niż w rzeczywistości. Selfie to wyraz bardzo ludzkiej ale jednocześnie smutnej wiary w to, że ilość (komplementów) będzie przechodziła w jakość (nas samych).

Selfie to bolesny dowód niepewności i zagubienia człowieka w potężnym oraz brutalnym wszechświecie. Skoro zabiliśmy po kolei wszystkich swoich bogów, dotychczasowych tradycyjnych obrońców przed złem i chaosem, cóż innego nam pozostaje, jeżeli nie my sami...? Nawet pomimo faktu, że wciąż jesteśmy tak samo niepewni i słabi, jak przed milionami lat.
Oto self-made man w wydaniu dosłownym. "Umiesz liczyć? Licz na siebie".

Podobne rozważania towarzyszyły mi podczas testów Selfie marki Olfactive Studio, zapachu naprawdę bardzo podobnego do fotografii, które obrał sobie na patronki. Z pozoru przyjemnego dla oka, wystudiowanego, pewnego siebie, w istocie jednak fasadowego i przygnębiającego.
Przede wszystkim jest to dla mnie niemal wierna kopia Fougère Bengale marki Parfum d'Empire. Łączy je taka sama drapiąca suchość, żywiczno-tytoniowa męcząca kwasota, przetrawiona i nadająca ludzkiej ślinie charakterystycznej goryczy.Przykra. I nawet jeśli Selfie z czasem słabnie, nabierając pastelowej jasności, łagodniejąc dzięki drewnom czy labdanum, wciąż czuję przede wszystkim kumarynę w denerwującym połączeniu z ziołami, żywicami oraz tytoniem.
Całość okazuje się świetnie znana i nadmiernie męcząca; jak ciężki dzień, który chcielibyśmy z siebie zmyć. Jak świadomość, że tak naprawdę, w głębi serca zawsze byliśmy i będziemy samotni.

Czasem jednak mamy szczęście nie odczuwać tej samotności; na przykład z drugim człowiekiem u boku. Kiedy jesteśmy z nim tak blisko, że bliżej już się nie da.
Wtedy tak, mamy złudzenie. Bardzo kuszące zresztą, urodziwe i pełne wdzięku. Często patrząc na zupełnie obcą osobę, nawet bez ochoty wcielania myśli w czyn, pytamy samych siebie:

Czy chciałabyś pójść z nim do łóżka?


No cóż, skoro Panicz Kilian tak bardzo lubuje się w trochę dziecinnej grze podstawowymi emocjami człowieka, pewnie nie miałby nic przeciwko, gdyby to nim zagrano? Szczególnie za pomocą fotografii sprzed kilku lat, kiedy był jeszcze nieco bardziej wyględny, niż współcześnie [mówcie co chcecie ale dla mnie Kilian Hennessy z wiekiem brzydnie]. ;)
Z pewnością spogląda się na niego przyjemnie chociaż bez szczególnego zaangażowania. Ot, ładny obrazek, na który można sobie popatrzeć. I patrzeć, i patrzeć, i w dalszym ciągu patrzeć, bo dlaczego nie? :P Aż nagle okazuje się, że w tym, co ładne ale niezbyt fascynujące zauważamy coraz więcej ciekawostek, na których warto zawiesić wzrok. Na przykład taki pieprzyk poniżej prawego kącika ust... albo gra niemal prostej linii brwi z wydatnym nosem. Nawet nie wiesz, kiedy się wkręcasz.
Wszystko dzieje się jakby przypadkiem; samo, bez szczególnego zaangażowania z naszej strony. Jak często bywa z fascynacją o podłożu erotycznym.

Identycznie wygląda moja przygoda z najnowszym Kilianowym dziełem, perfumami o nazwie Voulez-vous coucher avec moi? - gładziutkim, delikatnym, mlecznym zapachem o bardzo konwencjonalnej urodzie, regularnych rysach twarzy, magnetycznym spojrzeniu oraz skórze muśniętej promieniami słońca. Testowanym najpierw wyłącznie z kronikarskiego obowiązku, z lekkim westchnieniom znużenia Kilianową przewidywalnością (wszak to przecież czysta komercja w luksusowym ubranku po raz nie wiadomo który), które w miarę upływu czasu, właściwie nie wiadomo, jak i kiedy przeistaczały się w fascynację a potem zauroczenie. Kiedyś, sama nie wiem kiedy, zaczęłam traktować je poważnie. :] Wsłuchiwać się w nie, interesować ich grą na mojej skórze, zwyczajnie i po ludzku podziwiać. Nawet, jeżeli cały czas jestem świadoma ich koniunkturalnego, czysto komercyjnego charakteru; to przecież w niczym nie przeszkadza zauroczeniu, prawda? :)

Tutaj słodycz i aksamitna, jasno-pastelowa miękkość kwiatów z wanilią stopniowo osuwają się w ciepłe, mleczne tony, paradoksalnie wciąż pozostając zieloną i świeżą. Proste, smukłe sandałowcowo-cedrowe plecy zapewniają kompozycji pożądany, delikatnie orientalizujący sznyt a wraz z wanilią gwarantują nieustanny dopływ życiodajnego słonecznego ciepła. Dzięki temu ostatniemu kwiaty w ogrodzie rosną piękne i bujne, kuszące ale też stopniowo zlewające się w jednolitą całość. Baza to już schludny, suchy kwiatowy pyłek z modnych drzewno-ogrodowych, syntetycznych piżm, które jednak nie są w stanie mnie zniechęcić.
Tak się bowiem składa, że kiedy kompozycja osiąga ten najgłębszy - ale i najmniej oryginalny - etap, już od dawna jestem pod jej całkowitym urokiem. I na pytanie Voulez-vous coucher avec moi? nie mogę odpowiedzieć inaczej, jak twierdząco. :)

Okazało się, że mam do czynienia z materiałem idealnym na krótki, spontaniczny i czuły romans ale nie na wielką miłość. I bardzo dobrze! Od perfum Kiliana nie oczekuję niczego więcej, niż kilku przyjemnych, niezobowiązujących chwil a Voulez-vous coucher avec moi? nie jest w tym względzie wyjątkiem.



Olfactive Studio, Selfie

Rok produkcji i nos: 2015, Thomas Fontaine

Przeznaczenie: zapach uniseksualny dla miłośników gęstych i suchych paprociowców z wyczuwalną żywiczno-tytoniową nutą. Raczej cichy oraz dyskretny, szczególnie w późniejszych etapach rozwoju.
Na wszystkie okazje, jakie tylko dla nieco wymyślicie.

Trwałość: nie większa, niż pięcio- czy sześciogodzinna, łącznie z okresem zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: anyż gwiaździsty, imbir, elemi, kadzidło, arcydzięgiel
Nuta serca: lilia, cynamon, drewno cabreuva, akord syropu klonowego
Nuta bazy: styraks, zamsz, bób tonka, mech dębowy, drewno sandałowe, paczuli, labdanum



Kilian, In the Garden of Good and Evil: Voulez-vous coucher avec moi?

Rok produkcji i nos: 2015, Alberto Morillas

Przeznaczenie: uniseks - bo wszystkie perfumy to piękno dostępne dla każdego, bez różnicy płci - o spokojnej, łagodnie falujące strukturze, układający się wokół ludzkiego ciała w łagodną, półprzejrzystą aurę. W miarę upływu czasu coraz bardziej cichy i opadający miękko na skórę.
Zapach idealny na niemal wszystkie okazje, odpowiedni do tańca i do różańca. Chociaż, co podkreślam, konwencjonalnie urodziwy, zatem fani co większych niszowych dziwaków konieczni powinni go najpierw porządne przetestować. ;)

Trwałość: śmiało dobija do pół doby a w odpowiednio ciepłym powietrzu żyjący nawet kilka godzin dłużej.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (i waniliowa)

Skład:

gardenia, tuberoza, ylang-ylang, róża, drewno sandałowe, wanilia
___
Dziś noszę Tabac Tabou od Parfum d'Empire.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/129659132@N05/16522941831/ [Autor: Ashraf Siddiqui]
2. https://www.flickr.com/photos/nedaandel/18367133303/ [Autorka: Neda Andel]
3. http://www.cafleurebon.com/the-lost-interview-kilian-hennessy-on-back-to-black-and-arabian-nights/

* W końcu sama nie jestem fanką selfie, stąd naturalną powinna być dla mnie chęć do ich krytykowania, zamiast brania w obronę. No ale od czego to moje antropologiczne zacięcie do wyjaśniania rzeczywistości, zamiast traktowania jej pobieżnie? ;]