środa, 6 listopada 2013

Nadąsani (byli) zakochani

Nadąsani, ponieważ przebywający w buduarze; bo mniej więcej tyle, po przełożeniu na polski, znaczy jego nazwa. :) Jedyne miejsce w domu dobrze sytuowanej  XVII- czy XIX-wiecznej rodziny, przeznaczone tylko dla kobiety (konkretnie pani domu). Co mnie konkretnie przywodzi na myśl stary żart o Dniu Kobiet, istniejącym w opozycji do pozostałych 364 Dni Mężczyzn. :] No ale. Nie o nich chciałam dziś pisać. A nawet nie do końca o samym buduarze.
Wszystko dlatego, że dzisiejszej recenzji nie mogłam zatytułować tak, jak chciałam od samego początku bez uprzedzania faktów. ;) Cóż... Nouez Moi, Zwiąż Mnie, marki House of Sillage samo się prosi o uniki. Bo z taką nazwą miałoby u mnie grubą krechę; i to bez żadnych okoliczności łagodzących. Na szczęście, odkąd tylko stanęłam przed możliwością testów mieszaniny, pojawiło się jedno, nadzwyczaj wyraźne skojarzenie. [Muszę wyznać, że odetchnęłam z ulgą, kiedy okazało się, iż pachnidło pasuje do mojej "zaocznej" wizji :) ].

Proponuję Wam zatem podróż w świat jednej w moich ulubionych sztuk, napisanej przez jednego z moich ulubionych twórców a w tym konkretnym przypadku - przeniesionej na ekran w całkiem przyjemny sposób. Interesująca mnie scena rozpoczyna się w trzydziestej sekundzie, jednak prezentowany urywek dzieła obejrzeć warto od początku do końca (to tu pojawia się krokodyl):


Zemsta Aleksandra Fredry dziełem wielkim jest i basta! Zawsze i wszędzie, także w wersji wyreżyserowanej przez Andrzeja Wajdę, z Januszem Gajosem, Andrzejem Sewerynem, Romanem Polańskim, Katarzyną Figurą w rolach głównych. :D W mojej opinii właśnie ta wersja jest prawie najlepszą ze wszystkich dotychczas sfilmowanych, od psychologii postaci po szczegóły scenografii, od zimy w tle aż po lekkie przesunięcie akcji na skali czasu. Jako szczęśliwa posiadaczka płyty z tym filmem (spektaklem?) z chęcią doń wracam przynajmniej raz na kilka miesięcy. Pieniacz, bigot i mitoman plus cały zestaw otaczających ich postaci [w tym Klara którą, wbrew popularnym interpretacjom, zawsze miałam za trzeźwo myślącą, pełną radości życia ale też ironii cwaniarę]: a to Polska właśnie! :>

Wracając zaś do tematu właściwego: Nouez Moi to według mojego powonienia Podstolina, we własnym buduarze przeżywająca nieoczekiwane spotkanie z dawnym kochankiem, Wacławem. Bach! Nazwa została odczarowana. :)

 "Ja cię zwiążę, Ja cię zamknę, drogi książę".

No i związała i zamknęła, oplotła Wacława miękką, gęstą paczuloróżą, której do jakiejkolwiek oryginalności daleko, jak ode mnie na Ukrainę. Całość jednak okazuje się przyjemna w użytkowaniu, głęboka, otulająca ludzką sylwetkę niczym ogromny kaszmirowy szal. Pewnie dlatego, że w miarę upływu czasu coraz wyraźniejszy staje się dodatek kardamonowego proszku, od delikatnej szczypty w otwarciu, po kopiatą łyżkę później, kiedy róża do reszty się konfituruje zaś paczuli czekoladzieje; dzięki kardamonowi, coraz bardziej gorzkiemu i wręcz zatykającemu, aromat wciąż pozostaje żywy, nie spadając w otchłań wywołującej nudności, bezcharakternej w sumie słodyczy. Cudowny z niego strażnik! :) Kiedy zaś się zmęczy, pomaga mu różowy pieprz, lekki oraz bardzo kobiecy, ożywiający kompozycję po jednym ziarenku, rozgniecionym na płatkach róży (i jaśminu wielkolistnego). Zresztą ujawnienie się kolejnego kwiatka, który również planuje wejść w alians z paczuli nieuchronnie sugeruje nadejście bazy: efemerycznej (we własnym mniemaniu), białopiżmowej, pyłkowej. Róża stopniowo zanika na rzecz jaśminu, który w połączeniu z paczulowymi listkami daje wrażenie bliżej nieokreślonych ciasteczek, obficie posypanych cukrem pudrem. To dzięki niemu ujawnia się wspomniane piżmo, zaś przyprawy powoli rozwiewają na wietrze. Kiedy Zwiąż Mnie stygnie, na ludzkiej skórze zostaje już jedynie powidok herbaty [?] i cukrowy pył, pozostały po konsumpcji ciastek. Po pełnym, trochę przysadzistym łagodnym orientalu nadchodzi czas wątłego gourmand. I to wszystko; ot, cała historia.

Choć słuchałam jej chwilami nawet z przyjemnością, to jednak nie planuję ani jednego doń powrotu. Wolę Zemstę; więcej w niej życia oraz różnorodności. :) Poza tym od kilku tygodni Nouez Moi może pochwalić się młodszym i trochę tańszym odpowiednikiem, łatwym do znalezienia w większości perfumerii mainstreamowych; to Si od Armaniego.


Rok produkcji i nos: 2012, Francis Camail

Przeznaczenie: pachnidło kobiece; suche, zwarte, dosyć głębokie, w sam raz jako przytulny umilacz czasu na nadchodzące chłodne miesiące.
Na okazje, jakie sobie wymarzycie; wystarczy tylko sprytnie dobrać dawkę.

Trwałość: w granicach sześciu-ośmiu godzin (z czego wyraźny jest przez ok. dwie trzecie zadeklarowanego czasu)

Grupa olfaktoryczna: gourmand-szyprowa
[zaczynam rozumieć ludzi, których wkurzają tzw. "nowoczesne szypry"; coraz częściej myślę, że z tymi perfumami jest jak ze świnką morską: ani świnka, ani morska ;) ].

Skład:

bergamotka, różowy pieprz, kardamon, róża bułgarska, jaśmin wielkolistny, paczuli, mech, białe piżmo
___
Dziś noszę B Black z cyklu Blood Concept.

poniedziałek, 4 listopada 2013

"Grajcie wniebogłosy, krzyczcie pod niebiosy..."

Dziś pokusiłam się o notkę na temat perfum, o których na rodzimych blogach zrobiło się głośno tuż po wizycie w Warszawie pewnego sympatycznego, (ponoć) charyzmatycznego Francuza. :) O charyzmie rzeczonego świadczy chyba fakt, iż wkrótce po powrocie do domów [wyobrażam sobie, że jeszcze w kurtkach lub płaszczach oraz w bucie wyjściowym na jednej, w kapciu na drugiej stopie :P ] Koleżeństwo Blogerstwo zasiadło do pisania recenzji najnowszego zapachu sygnowanego nazwiskiem Gwiazdy. Czemu tak prawdę mówiąc średnio się dziwiłam posiadając już, pomimo wrodzonej przekornej niechęci do publicznego udzielania się, próbkę owych perfum. [Polu, z tego miejsca przyjmij po raz kolejny serdeczne a wylewne podziękowania!] Wiedziałam już, że jest się czym zachwycać. :) I Lapis Philosophorum od Oliviera Durbano wszelakich zachwytów jest wart. :) Gdyż jest to świetne, nieszablonowe a jednocześnie niezwykle przyjemne pachnidło.
Takie, które po prostu musiałam poznać. Choćby z racji prowadzenia bloga o takim a nie innym tytule. ;)

Od Kamienia Filozoficznego trudno wymagać innych skojarzeń, niż alchemiczne. Zaś od alchemii tylko dwa kroki do Alkimji; jedynej płyty Justyny Steczkowskiej, do której mam słabość.



Jest coś bajkowego w tej muzyce. Magia, biorąca początek w twórczości Izaaka Singera czy Brunona Schulza; intrygujący klimat, ogrzewający zgrzebność krajobrazu Święta Trąbek Aleksandra Gierymskiego.
Album Steczkowskiej może i opiera się o teatralne, raczej mało realistyczne wizje społeczności żydowskich -  moim zdaniem jednak lepsze takie, nacechowane pozytywnie fantazmaty, aniżeli typowy dla naszej części Europy "antysemityzm bez Żydów".

Sama Alkimję uwielbiam i tuż po premierze, jakieś dziesięć lat temu maltretowałam tę płytę niemal bez końca. ;) Po kilku miesiącach mi przeszło, zajęłam się innym muzycznym odkryciem, Alkimję odkładając na stosik. Gdzieś w czasach wczesnostudenckich pożyczyłam komuś krążek; jak często bywa w takich sytuacjach, dziś nie jestem w stanie powiedzieć ani kiedy dokładnie, ani komu. Bo oczywiście nie doczekałam się zwrotu. :] Z czasem zapomniałam o albumie, za co zresztą odpowiadało m. in. odkrycie magicznego świata zapachów. :D Wydawało się, że choć o pięknie utworów co jakiś czas myślałam, jednak fascynacja Alkimją to dla mnie czas przeszły.
Aż do dnia, w którym poznałam Lapis Philosophorum Durbano, zapach żydowskich piosenek w interpretacji Steczkowskiej.


Powinnam nie lubić tego zapachu. Gdyż jak mogłabym odnajdywać przyjemność w czymś tak lekkim i świetlistym, tak bardzo niewinnym, przesyconym młodą roślinną zielenią? Tym bardziej po emocjonalnych narzekaniach na zaniżanie poziomu przez Durbano: wyraźne w Citrine, nieco mniej w Heliotrope. Powinnam nie darzyć ostatniego pachnidła kamiennej serii sympatią.

Lecz trudno byłoby mi zaprzeczać samej sobie: Kamień Filozoficzny jest uroczy. Inny. Niezwykły. Trafnie oddający charakter może nie tyle tytułowej substancji, co alchemii samej w sobie.
Przecież jak w alchemii przed wiekami, tak i w nauce nowoczesnej [zarówno ścisłej, jak i humanistycznej] najbardziej liczy się nieszablonowe podejście do przedmiotu badań, umiejętność dostrzeżenia weń czegoś zupełnie innego, poddającego w wątpliwość utarte wzory, rzucającego nowe światło na uznawane od lat twierdzenia. Podobnie postąpiono w przypadku omawianego pachnidła, w którym perfumiarski talent [... no właśnie, kogo? Oliviera, naprawdę? Po latach plotek, że to jednak nie on tworzy soczki? W czasach, kiedy Jean-Claude Astier wyszedł wreszcie z cienia Geoffreya Nejmana? Plotek rewidowanych nagle tylko dlatego, że O. D. swojego ghost perfumer do tej pory nie ujawnił...? Jakieś to dla mnie słabe i mało przekonujące] zdołał w całkiem nowym świetle ustawić akordy żywiczne oraz łagodnie aromatyczne. Olał stereotypy i zabronił topionym żywicom wydzielać dym, zaś z nut szlachetnych alkoholi, ziół oraz ciemnego drewna wyciągnął wszystko, co w nich świeże, soczyste, jasne. Tak po prostu. Ponieważ nie dopuścił do siebie myśli, iż taki efekt jest niemożliwy. ;)


Z tego powodu otwarcie Lapis Philosophorum okazuje się uroczo zielone, łączące w jednolitą całość chłodną świeżość jałowca z mięsistą, lekko "spapirusiałą" maślaną zielenią tataraku, ożywczym cieniem mięty oraz żwawym, złocistym cytrusowym twistem. Żeby nie było zbyt nudno, w tle majaczy ciemna, mineralna (trochę jakby krzemienna...?) głębia truflowych aromatów.

Lecz oto już pojawiają się akordy alkoholowo-drzewne, moszczowo-słodowe, okolone ciemnym ciepłem dębiny. Zaraz za nimi podąża żywiczna kawalkada, z chłodnawym olibanum oraz żywą, wibrującą w nozdrzach mirrą. Całość okazuje się czysta oraz pełna, w paradoksalny sposób nieskażona cieniem; wpadająca we wciąż pulsującą mieszankę ziołowo-świeżą oraz poddająca się panującemu w jej ramach klimatowi. Czy to dzięki grze wszystkich trzech wspomnianych sił na skórze wykwita czarowna, słodko-kaszmeranowo-zielona nuta drewniejących owoców winorośli? [Ależ to urocze dziwadło! :) ] Najwyraźniej swoje czary rozpoczęła już laboratoryjna ambra, odpowiedzialna za wonie drzewne i miękkie oraz za szybko ciemniejącą waniliową słodycz (w ilości zdecydowanie nieprzesadnej).

W miarę upływu czasu pachnidło schnie, ujawniając coraz śmielsze drgania akordów żywicznych, coraz mniej pokornych, coraz gorętszych - aż wreszcie, po przeszło godzinie, zaczynających wreszcie wąska strużką wydzielać delikatny, jasnopopielaty dym. Jednak nie pozwalający sobie na zbyt wiele, wciąż pamiętający o świeżości tataraku oraz mięty, w dalszym ciągu spięty niespotykanym, podskórnym blaskiem szlachetnych trunków. Równocześnie rośnie delikatnie słodka, subtelna choć wyraźna słodycz mieszaniny, opadająca powoli na wysuszoną, kruchą białopiżmową bazę. Z drewnami, żywicami oraz harmonijną grą światła i cienia w tle.

I oto mamy Kamień Filozoficzny: w miejsce kojarzonych z alchemikami tajemnicy, mroku, zakazanych praktyk z pogranicza nekromancji otrzymaliśmy urokliwego ducha, niebanalnie świeżą jasność jak również daleki od szampańskich klimatów optymizm. Łagodny i spokojny, rozjaśniający twarz uśmiech. Skupioną wokół ludzkiego ciała głębię wonnej mieszanki.
Bajkowe, półrealistyczne czary.
Poezja, za którą się tęskni.


Rok produkcji i nos: 2013, ??

Przeznaczenie: zapach uniseksualny z samego środka skali. Wymarzony dla miłośników mało ekspansywnych, dyskretnych kadzideł oraz niebanalnej świeżości [w stylu np. Zagorska od Comme des Garçons].
Tworzy wokół ciała niezbyt gęstą ale wyraźną aurę, z czasem coraz bliższy ciału. Na wszystkie okazje, choć dla mnie to kompozycja idealna na okazje nieformalne. Jednak odpowiednią dla siebie specyfikację musicie ustalić już sami. :)

Trwałość: w granicach siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz świeża)

Skład:

Nuta głowy: jagody jałowca, trufle, tatarak, czerwone wino, rum, grejpfrut
Nuta serca: szara ambra (?), mięta, olibanum
Nuta bazy: opoponaks, mirra, mech dębowy, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. i 2. http://justynasteczkowska.pl/pl/news/Relacja_zdj%C4%99ciowa_z_koncertu_Alkimja_w_Koninie
3. http://sorceryofscent.blogspot.com/2013/09/olivier-durbano-lapis-philiosophorum.html

piątek, 1 listopada 2013

Kwiaty więdnące

Pierwszy listopada to dla mnie ważny dzień. O czym zresztą wspominałam rok temu. Dziś nie chciałabym się powtarzać, dlatego zamiast wyjaśnień, proponuję Wam piosenkę w najbardziej stosownych klimatach:



Pieśń o miłości i przemijaniu, która jest jednocześnie zapowiedzią mojej następnej recenzji. :) Zapewne jutrzejszej. Albo niedzielnej. ;) Zobaczymy.

Tymczasem jednak znikam; czeka na mnie ciepło rodzinnego stołu, pyszny obiad oraz perspektywa wieczornego spaceru po cmentarzach. Jesienna magia śmierci oraz ponownego odradzania.
Oby i Wasz wieczór zapowiadał się niezwykle!
___
Od wczoraj chodzę po świecie w oparach Ambre Noir od SSS. Zapach, który pasuje do dzisiejszego święta.

wtorek, 29 października 2013

Rośnie drzewo sandałowe

Plany planami a życie swoje. Wczorajszego wieczora miałam zamieścić kilka krótkich notek impresyjnych, lecz parę godzin wcześniej wyskoczyło coś znacznie ważniejszego od blogowania. :) A dziś jakoś nie mam na nie ochoty, więc postanowiłam skupić się na napisaniu recenzji; szczególnie, że omawiane pachnidło - niczym wczorajsze R'oud Elements - zasługuje na pełną uwagę.
Santal 33 od Le Labo.
Lorieno, dzięki za próbkę! :)

Sandałowiec, jaki jest, każdy widzi. Tak sobie myślałam przed poznaniem nowojorskiej interpretacji owego drewna. Może być piękny i naturalistyczny, jak w Sandalo od Etro, może cieszyć powonienie ciemnymi, tłustymi zwojami, spotykanymi np. w Tam Dao Diptyque lub Santal de Mysore Lutensa [ale też w kilku innym kompozycjach], może okazać się świeżą pastą ze sproszkowanego drewna oraz oleju, jak w przypadku tegoż Lutensa Santal Majuscule. Może wreszcie okazać się miękkim, pastelowym, delikatnym jak chmurka ciepłym puchatkiem, niczym w najpierwszym Sensuous marki Estée Lauder.
Drewno sandałowe niejedno ma imię - a wszystkie ujawnione zdążyłam już poznać.
Tak myślałam.


I wiecie co?
Specjalnie się nie pomyliłam. :P Santal 33 nie zachwyca niczym, czego wcześniej bym nie wąchała. Żadna z jego twarzy nie budzi we mnie zdumienia nieznanym albo nieoczekiwanym splotem molekuł, nie czaruje aurą wyjątkowości (jakkolwiek byśmy ją rozumieli). Z przedstawionego szkicu o sandałowcu trudno dowiedzieć się czegoś nowego. Poza odkryciem, iż jedno pachnidło potrafi mieć tych twarzy więcej, niż jedną; obie zaś - całkiem od siebie różne. ;) Najprawdziwszy sandałowy Janus. :)

Otwarcie omawianego aromatu dosłownie zabija ostrą, drapiącą narządy zmysłów ostrością. To sandałowiec w stylu Santal Majuscule, świeży i zgrzytający w zębach niczym piasek, dodatkowo podkręcony drapieżnym cypriolowym twistem, wytarzany w ziemistym fiołku, zakolegowany ze szklisto-igiełkowym irysem.
Paskudny, zieloniutki dzieciak, niepozbawiony jednak wdzięku.

Trzeba czasu oraz ciepła ludzkiego ciała, aby perfumy zaczęły się zmieniać. Dojrzewać.


Dzięki rozgrzewającemu, eugenolowemu i wpadającemu w goryczkę z nadmiernego dodatku kardamonowi, dzięki ciemnym akordom skórzanym ostrość ze świeżej dryfuje w stronę głębszej, śmiało ocierającej się o klimaty orientalne. Zaś sandałowiec, główny bohater wonnej opowieści, może dzięki temu przepoczwarzyć się z irytującego quasi-świeżaczka w drewno ciepłe, pełne oraz lekko słodkie.
To już bardziej wspomniane Santal de Mysore czy też Santal Blush od Toma Forda: struktura lekko oleista, wypolerowana aż do połysku, przypuszczalnie będąca surowcem do stworzenia pachnącej figurki czy tez płaskorzeźby. Sztuka popularna z pogranicza folku oraz dizajnu. Miękko rozjaśniona daleką słodyczą wanilii, ułożona na ciepłej, pierzasto-papierowej nucie ambroksanu; taka, w której odległe ciepło korzenne równoważy powiew postarzanego cedru oraz pojedynczy strumyczek woni podwędzanej skórzanej galanterii, zaś wszystkie wspomniane akordy wirują wokół głównego bohatera bacząc, aby w żaden sposób go nie zagłuszyć.
Jednak od czasu do czasu zza tej rozleniwiającej, hedonistycznej pulpy wychynie cypriolowo-papirusowe wspomnienie, dźgające w żebra zaskakująco delikatnie. ;) Tak, by zranić lecz w żadnym wypadku nie zabijać. Abyśmy nie byli w stanie zapomnieć o tej drugiej, trudniejszej twarzy Santal 33; by uniknąć banału oraz nudy. I aby w końcu zniknąć z ludzkiej skóry jako regularna przeplatanka miękko-ostra oraz orientalno-świeża. Jako dwa idealne przeciwieństwa, zwalczające się aż do końca.
Fascynujący, wybitny zapach. Wart każdych zachwytów, co nawet ja muszę przyznać.

Bo cóż z tego, że świeże i agresywne otwarcie nie przypadło mi do gustu? Wszak liczy się sztuka olfaktoryczna - a w jej ramach taki właśnie rozkład nut to zagranie iście mistrzowskie. :) Le Labo, jak zwykle zresztą, wyrywa podstawowy akord z rzeczywistości naszych utartych skojarzeń, by za chwilę wrzucić go w ich [skojarzeń] całkowite przeciwieństwo. Perfumiarze tworzący soczki dla owej marki najwyraźniej dostają polecenie, aby manipulować zmysłami i pamięcią węchową użytkowników tak mocno, jak to tylko możliwe. :) Co dobrze świadczy o patronach marki.
Gdyż tak się wykorzystuje antropologię, dokładnie tak tworzy się Sztukę.


Rok produkcji i nos: 2011, Frank Voelkl

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o dosyć sporej mocy, tworzącej jednak aurę niż ślad. Niemniej gęste oraz intensywne acz zmieniające natężenie w zależności od temperatury otaczającego nas powietrza [więc latem czy intensywnie dogrzewaną zimą uważajcie, aby nie przedobrzyć :) ].
Dobre na okazje dzienne oraz wieczorowe nieformalne, tak przynajmniej czuję; choć wyobrażam sobie Santal 33 jako dyskretne wsparcie podczas ważnych biznesowych negocjacji, egzaminów lub innych wyzwań w tym stylu, jakoś nie "czuję" go przy świątecznym stole lub podczas balu sylwestrowego [jednak już na sylwestrowej imprezie u znajomych - jak najbardziej :D ]. Czyli jak zwykle musicie zdać się na własny gust. :)

Trwałość: od dziesięciu godzin wzwyż [kiedy zapach wciąż jest dobrze wyczuwalny, choć oczywiście już nie wpada w cudze nozdrza od razu]

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz świeża)


Skład:

papirus, fiołek, irys, kardamon, drewno sandałowe, drewno cedrowe, ambra, skóra
___
Dziś Lapis Philosophorum od Oliviera Durbano.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://hawaiigardening.blogspot.com/2008/09/sandalwood-guy.html
2. http://philaquelymoi.blogspot.com/2013/06/scented-stamps.html

poniedziałek, 28 października 2013

Jesień Północy

Długo nie wiedziałam, co napisać o tym pachnidle. Zwlekałam tyle czasu, że w końcu się wzięło i prawie wyparowało. W końcu miałam poświęcić mu chwilę w impresjach, jednak kiedy tylko wypsikałam resztki zawartości sampla na skórę zrozumiałam, że bez pełnej recenzji się nie obejdzie. Nie w tym przypadku.
R'oud Elements marki Kerosene z całą pewnością nie zasługuje na pobłażliwe traktowanie. Zbyt dużo w nim czystego, niezmąconego piękna. Wyciągnęłam więc stare notatki i dalejże recenzować, póki wrażenia gorące! ;)


Czystość, gęstość, moc oraz niski stopień banału wewnątrz kompozycji spotkały się z moim prywatnym gustem a ich zetknięcie było tak intensywne, że podczas wciągania wonnych molekuł w nos aż musiałam głośno westchnąć. ;)
Nie potrafiłam nie zachwycić się pachnidłem, w którym mocne, przewiewne oraz trochę ziołowe kadzidło spotyka się z frakcjonowanym oudem a wszystko to skontrastowane jest woniami świeżych roślinnych soków. Gdzieś pomiędzy Epic Man od Amouage, Jaisalmerem CdG, Pardon Nasomatto a Oud Wood z butikowej kolekcji Toma Forda znalazło się miejsce na wybitne, nowatorskie, odświeżające dzieło; łączące w sobie elementy wszystkich wspomnianych zapachów, lecz nie nawiązujące do żadnego z nich.

A na dokładkę wybitnie synestetyczne.
Ponieważ kiedy wwąchuję się we własne przedramię skropione R'oud Elements czuję się trochę jak zaklęta w takie oto dźwięki i klimaty:


Przy czym nie chodzi mi ani o film, z którego pochodzi muzyka ani nawet nie o powieść na której podstawie go zrealizowano [podkreślam, bo to ważne!], lecz li tylko o sam klimat. O chłód, pochmurno-wietrzno-deszczową aurę, o stare kamienne domostwa oraz o bezkres tego nieco mrocznego choć przecież malowniczego świata; o wrażenie, że zgaszone barwy na zawsze zdominowały krajobraz a słońce nie powróci już chyba nigdy. No, dla mnie to klimat idealny! :D

I R'oud Elements opowiadają mi dokładnie taką historię; jesienną, kiedy czas zbiorów już się kończy, przyroda szykuje się do zimowego snu a ludzie coraz częściej uśmiechają się w sposób nieobecny, melancholijny... Czas powoli zastygającego ognia.
W otwarciu czuję fantastyczny, przestrzenny oud wzbogacony o cienką strużkę olibanum, kilka drzazg postarzanego sandałowca jak również olejek lawendowy - wszystko razem zadziwiająco lekkie, chwytające za serce, ożywiające delikatną goryczką. Później też jest ciekawie, kiedy lawenda dyskretnie wycofuje się wgłąb obrazu a zamiast niej miejsce wśród krystalicznych akordów żywiczno-drzewnych zajmuje jasne, żywiołowe neroli, dodające energii podstawowym nutom mieszanki. Och, jakie piękne! Ta świeżość i chłód, ten złocisty promień, wcinający się między surowe północne krajobrazy... Skądś je znam.
I nagle: bach! Przecież to dokładnie ten sam akord, który kiedyś tak bardzo zachwycił mnie w otwarciu Rock Crystal Durbano! Jeszcze zanim Olivier polecił usunąć go z nut głowy, czyniąc pachnidło skończenie piękne troszkę bardziej banalnym, odbierając mu odrobinę magii. A że tym razem akcent z olibanum przesunięty został w stronę ciemnego, trochę lizolowego oudu, naprawdę nie mam na co narzekać. :) Jest super.
Nawet w bazie, której głównym aktorem pomału lecz konsekwentnie staje się drewno sandałowe, trochę w stylu niedoścignionego sandałowego wzorca z Mysore. To ono wraz z żywicami i oudem rozpływa się w delikatnym cieple ludzkiego ciała, układane do snu przez gorzką pomarańczę oraz nadtopione grudki mirry. Gdzieś w tle wyczuwam spokojną, ciemną waniliową słodycz oraz złocistą ambrę - a może to labdanum w postaci kilku frakcji? Lub coś zupełnie innego, udanie zwodzącego mój węch?
Czy w świecie zjaw, przychodzących wraz z gwałtowną jesienną burzą, można być czegokolwiek pewną...?

R'oud Elements to na pewno jedno z najbardziej zajmujących i zachwycających pachnideł, jakie dane mi było poznać. Porywająca historia, klarowny przekaz, złożona kompozycja, niemała moc - oto, czego mi trzeba. Kiedy jeszcze dzieło wpadnie w widełki mojego olfaktorycznego gustu, możecie być pewni, że się zakocham. :)


Rok produkcji i nos: 2011, John Pegg

Przeznaczenie: zapach stworzony ponoć jako męski ale niech mnie kule biją, jeżeli faktycznie nie jest uniseksem! Charakteryzuje się całkiem spora mocą oraz kilkunastocentrymetrowym śladem, z czasem redukującym się do niezbyt przyległej, gęstej aury.
Naprawdę na wszystkie okazje czy pory roku, dla każdego. Mniam! ;)

Trwałość: od ośmiu do prawie szesnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

gorzka pomarańcza, drewno sandałowe, irys, lawenda, wanilia, ambra, oud [i czyżby olibanum?]
___
W tej chwili Santal 33 od Le Labo.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.flickr.com/photos/toktam/333664526/sizes/z/in/photostream/

środa, 23 października 2013

Kto pali biblioteki...

Timbuktu. Jak je najczęściej postrzegamy (o ile nazwa w ogóle cokolwiek nam mówi)? Ot, jakaś bidna dziura gdzieś w Afryce, z pocieszną, bidną architekturą i takoż bidnymi mieszkańcami. Miłośnik perfum doda zapewne, że dziura, która z nie do końca zrozumiałych powodów stała się inspiracją do stworzenia przez Bertranda Duchaufoura pachnidła dla L'Artisan Parfumeur. No ale niech im będzie! Nie pierwsza to z kosmosu wzięta "inspiracja" dla perfumiarza i nie ostatnia.
Oto Timbuktu. Miasto w Mali. [Zagadka: kto bez googlowania mapy politycznej Afryki jest w stanie w ciągu mniej, niż pięciu sekund powiedzieć, gdzie dokładnie leży Mali? ;> ] Wielkie nic pośrodku niczego.


Lecz nie zawsze tak było.
Kiedy w styczniu 2013 roku, podczas trwającego wówczas powstania, świat obiegła informacja o przejęciu przez rebeliantów kontroli nad Timbuktu zamarłam. Znając chaos towarzyszący zazwyczaj podobnym konfliktom z przerażeniem myślałam o przyszłym losie jednego z najcenniejszych zabytków malijskiej kultury. 28 stycznia okazało się, że moje obawy nie były bezzasadne; tego dnia media podały informację o podłożeniu przez powiązanych z Al-Kaidą bojowników ognia pod dwa budynki, w których zgromadzono tysiące cennych, średniowiecznych manuskryptów.

Przy czym nie były to ot, takie sobie zwykłe, stare książeczki lecz świadectwo ogromnego znaczenia Timbuktu dla całej Afryki Zachodniej. Zapis bodaj całej wiedzy, jaką świat muzułmański dysponował kilka stuleci temu [czyli - przypominam - większej, aniżeli wiedza ówczesnej Europy, ponieważ uwzględniającej także np. dziedzictwo grecko-rzymskiej starożytności czy wspaniałe osiągnięcia islamskich matematyków, astronomów albo lekarzy], unikatowe przykłady pism z dziedziny filozofii, teologii, historii, teorii sztuki oraz literatury pięknej. Wszystkie na najwyższym światowym poziomie: tak merytorycznym ówcześnie, jak historyczno-kulturowym w naszych czasach. Skąd podobne skarby wiedzy w podłej mieścinie na skraju Sahary, na północ od rzeki Niger? No cóż, w czasie swojej Złotej Ery czyli od XIII do XVII wieku Timbuktu było znanym oraz cenionym ośrodkiem uniwersyteckim, zachodnioafrykańskim Oksfordem, Bolonią albo Krakowem. Świadectwo niegdysiejszej wielkości miasta stanowiły właśnie owe bezcenne manuskrypty, liczone w setkach tysięcy egzemplarzy.


Swego czasu należące nie tylko do struktur, które dziś znamy pod nazwą Uniwersytetu Timbuktu ale też do osób prywatnych. Timbuktu było nawet szeroko znane z handlu księgarskiego! Mieszkańcy owego miasta naprawdę kochali naukę. I dali temu wyraz, kiedy ich kraj trafił pod kontrolę francuskich kolonistów, którzy rozwiązali islamski uniwersytet. Choć po tym czasie wiele ksiąg zostało zniszczonych lub sprzedanych za bezcen, ich większą ilość poukrywano w domach czy wręcz gdzieś poza miastem, aby dzięki temu doczekały lepszych czasów.
Te zaś nastały dopiero w roku 1970, dekadę po odzyskaniu przez Mali niepodległości, dzięki powołaniu do życia przez UNESCO instytucji ds. odnalezienia i ochrony ksiąg Timbuktu. Lecz w praktyce niewiele zmieniło się aż do przełomu wieków XX i XXI, kiedy to dzięki współpracy międzynarodowej projekt faktycznie ruszył z kopyta. Ponowne kompletowanie księgozbioru nie zakończyło się do dziś.

W czasie, kiedy kolejne tysiące woluminów wyciągano na światło dzienne, zwracając je nauce, powstało Timbuktu, perfumy stworzone dla marki L'Artisan Parfumeur. Zapach ostry, drapiący nozdrza od środka i przejrzysty, jak powietrze nad miastem o barwie pustyni; oraz intrygująco zielony, kojarzący się z niezbyt bujną roślinnością górnego biegu rzeki Niger. :) Początkowa ogłuszająca świeżość papirusu i przypraw (głównie kardamonu) po ok. dziesięciu minutach ustępuje delikatnej słodyczy, kaszmirowej miękkości soków owocowo-kwiatowych [ech, ten uroczy, mleczno-miodowy wątek mango! :) ] przy jednoczesnym pogłębianiu wątku papirusowego niezwykłym, zielono-suszkowym kadzidłem. Pogłębione mirrą, z czasem rozmywające się w karmelizowanym benzoesowym zamszu. To dzięki niemu docieramy ku bazie: bardziej miękkiej, nieprzejrzystej; uplecionej z zielonych wetyweriowych cieni oraz oprószonej z lekka czekoladowym paczulowym pudrem; subtelnej choć od czasu do czasu podnoszonej ku górze dzięki ożywczym powiewom mieszanki papirusowo-kadzidlanej.
Timbuktu perfumowe to niecodzienne połączenie ostrego, podejrzanie świeżego [jak na żywiczne możliwości... ;) ] kadzidła oraz najdelikatniejszej olfaktorycznej goryczy, jaką znam. Dzieło niepodobne do niczego, fascynujący niszowy dziwak, szczególnie z perspektywy roku swego powstania. Bardzo bliski skórze ale jednocześnie całkiem trwały i niedający o sobie zapomnieć. Hołd złożony trudnej historii miasta.

A jednocześnie zastrzyk energii na przyszłość, dowód na to, że ze wszystkich skarbów naszego świata to właśnie Wiedza jest tym, dla którego warto ryzykować życie. Ponieważ kiedy tylko usłyszałam o zniszczeniu bezcennych rękopisów pomyślałam o dwóch rzeczach: pierwsza dotyczyła koszmarnej, bolesnej ironii losu, każącej ludziom uważającym samych siebie za natchnionych wojowników Allaha bez mrugnięcia okiem niszczyć niezbite dowody muzułmańskiego rządu dusz na malijskiej ziemi, de facto wycinać swoje własne korzenie.
Drugą było wykonanie kilku mejli do znajomych, którzy mogli mrożącą krew w żyłach medialną plotkę zweryfikować. Dzięki nim wkrótce [czyli faktycznie mniej więcej w czasie upublicznienia tej informacji przez agencje prasowe ale mniejsza o to ;) ] dowiedziałam się, iż zawartość prywatnych bibliotek Timbuktu w większości poukrywano w bezpiecznych miejscach. Jeszcze raz opiekunowie ksiąg musieli ochronić spuściznę kulturową miasta przed ludzką bezmyślnością. Po raz kolejny się udało! Zaś w budynkach Instytutu Ahmeda Baby, największej publicznej biblioteki oraz ośrodka badawczego Timbuktu, rebelianci mogli tylko spać. :] Na szczęście.

My jednak udajemy się teraz na południe kraju, wprost na tereny zalewowe Nigru, gdzie czeka na nas miasto Dżenne.


W czasach współczesnych - i poprzedzających - Złotą Epokę Timbuktu to właśnie w Dżenne początek brał gęsto zaludniony, quasi-miejski organizm, rozciągający się wzdłuż Nigru. Istniejący od starożytności, kilkukrotnie większy od ówczesnego Londynu, sprzyjający rozwojowi cywilizacji, handlu, sztuki, przemysłu [niegdyś obszar ten był całkiem gęsto zalesiony lecz intensywny wytop metali drastycznie zredukował tamtejsze tereny zielone], umożliwiający pokojowe współżycie muzułmanów z przedstawicielami innych religii. Znany z obrotu metalami, w tym złotem, oraz z bycia ważnym punktem na handlowej mapie zachodu Afryki.
Mieszkańcy współczesnego Dżenne uważają się przede wszystkim za "ludzi Dżenne"; związani ze swoim miastem identycznie, jak stereotypowi neapolitańczycy lub wrocławianie. ;)
Kultura, której kres położyły lokalne konflikty (m.in. zależność od Imperium Mali), zaś ostatecznie dzieła dokonał okres kolonialny. Już w naszych czasach, do tego nie bez przygód, dżenneńską starówkę wpisano na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Dziś natomiast musi walczyć o przetrwanie w swoim odwiecznym kształcie.
Kolejne miasto, które ukrywa bogatą, wielką i ciekawą historię. I mamy szansę je "poznać" dzięki perfumom.

A konkretnie dzięki twórcy Parfumerie Generale, który dwudzieste drugie dzieło swej pierwszej marki zatytułował właśnie Djenné. :) I oto jesteśmy, wdychamy woń bogatą i pełną, przesyconą słońcem, woniami mlecznymi oraz mineralnym, gliniano-piaskowym pyłem. A jest nam słodko, gdyż swe dżenneńskie perfumy Pierre Guillaume postanowił oprzeć o nuty kakao oraz pszenicy, dodatkowo wspomożonych przez wibrującą słodycz mirry wraz z bogactwem na poły jasnych nut drzewno-żywicznych.
Djenné to pachnidło nieco śniadaniowe, podejrzanie pełne, przyjemne; zupełnie inne aniżeli przewiane wiatrem żywiczno-drzewne ostrości Timbuktu. Nie mam zielonego pojęcia, na ile mogę ufać nasuwającej się na myśl analogii [zapewne wcale] ale jakoś trudno uniknąć myśli, że o ile Timbuktu to miejsce dla pielęgnujących przede wszystkim Ducha intelektualistów oraz badaczy, Dżenne stawia raczej na jakość życia, wszelkie drobne przyjemności umilające nam czas na ziemi: zacne towarzystwo, pyszne jedzenie, przyjemną muzykę i tak dalej. Bardziej przesunięte w stronę stanowczo nie-erotycznej zmysłowości. Pewnie dlatego wydaje się pulchne niczym dobrze wyrośnięta, posypana kruszonką pszenna bułeczka (lub francuski croissant), maczana w niezbyt słodkim kakao. Co prawda na samym wstępie całkiem przejrzyste są nuty ziołowe, naznaczone antyseptyczną lawendową goryczką lecz już od samego początku frakcja słodkości wzmaga się, by osiągnąć pełnię w sercu, zaś w najgłębszej bazie opadać powoli na cedrowo-żywiczno-lawendowy stelaż z ciepłym paczulowym pudrem w tle, przywodzący na myśl znacznie mniej dosłowny i pozbawiony kawy bondowski New Haarlem.
Wszystko to okazuje się całkiem wyraźne choć dosyć jednostajne; stanowczo mało oryginalne - z perspektywy wyobrażeń nawet lekko rozczarowujące - ale przecież jak przyjemne! :) Drobna, niezobowiązująca przyjemność dnia codziennego. Trochę pysznych kalorii, dających energię na nadchodzący dzień. Wszak kolonizatorzy pozostawiają po sobie nie tylko chaos i zubożenie kulturalne ale także rzeczy przyjemne. Na przykład wzorzec śniadania. :)


Kraje tzw. Afryki Subsaharyjskiej - o większości z nich wiemy mało ale zazwyczaj nie czujemy z tego powodu specjalnego dyskomfortu. Nie jesteśmy wszak pierwszymi, którzy domniemany brak źródeł pisanych w nowo poznanym miejscu świata biorą za dowód nieistnienia wyższej kultury - tak samo sądzili na przykład starożytni Rzymianie. Identycznie myśleli archeolodzy z przełomu wieków dziewiętnastego i dwudziestego, którzy badając egipskopodobne ruiny na terenie dzisiejszego Sudanu brali je za kolonie Egiptu, zaś znajdowane w tamtejszych grobowcach szkielety wskazujące na afrykańskie pochodzenie zmarłych - za złożonych w ofierze niewolników. Bo przecież Czarny nie mógłby być urzędnikiem, arystokratą ani nawet władcą osobnego, niezależnego od Egiptu państwa, prawda? ;> Jeżeli rzeczywistość nie przystaje do naszych wyobrażeń, tym gorzej dla rzeczywistości. ;] Nie jesteśmy pierwszymi, którzy tak właśnie uważają.
Może jednak warto wreszcie dać sobie spokój z podobnym myśleniem? Zafundować sobie oraz kolejnym pokoleniom umysły chłonne oraz otwarte na nieszablonowe rozwiązania? Bez tego dobrowolnie skażemy samych siebie na pustą wegetację w oderwaniu od korzeni. Zupełnie, jak podpalacze bibliotek Timbuktu.


L'Artisan Parfumeur, Timbuktu

Rok produkcji i nos: 2004, Bertrand Duchaufour

Przeznaczenie: zapach uniseksualny z samego środka skali (lub wręcz: całkowicie niezależny od płci), o mocy od początku ograniczonej, z czasem coraz bardziej bliskoskórny.
Teoretycznie byłby dobry na wszelkie okazje, lecz jego nietypowość wymaga od nas obowiązkowych wcześniejszych testów. Oraz intensywnych eksperymentów z dawkowaniem. ;)

Trwałość: w granicach pięciu-dziesięciu godzin (to drugie latem)

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-drzewna (oraz aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: kardamon, różowy pieprz, mango
Nuta serca: karo karoundé, papirus, kadzidło
Nuta bazy: wetyweria, paczuli, mirra, benzoes


Parfumerie Generale, Djenné

Rok produkcji i nos: 2012, Pierre Guillaume

Przeznaczenie: również uniseks, w sam raz dla miłośników niezbyt dosadnego gourmand. Całkiem wyraźny, o zadowalającej mnie (czyli nieco ponadprzeciętnej) projekcji, ciągnący się za uperfumowaną osobą śledem krótkim lecz zwartym, z czasem redukującym się do kilkucentymetrowej aury; wyraźny przy każdym poruszeniu ręką.
Na wszystkie okazje.

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-gourmand (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: jaśminowiec, lawenda, mięta
Nuta serca: strąk kakaowca, drewno cedrowe
Nuta bazy: pszenica, mirra
___
Dziś Exultat od Marii Candidy Gentile.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.historyforkids.org/learn/economy/economy.htm
2. http://prettyawfulthings.com/2013/02/23/the-telltale-scribes-of-timbuktu/
3. http://forums.civfanatics.com/showthread.php?t=454123

wtorek, 22 października 2013

Sfotografować zapach, sprzedać perfumy, promować Sztukę

Pamiętacie mój wpis dotyczący fotografii autorstwa Marii Robledo? :) Dziś znalazłam kolejną gratkę w zbliżonym stylu, tym razem bardziej artystyczną oraz umowną [info szczególnie dla Parabelki ;) (szczegóły w komentarzach pod przysznurowaną notką)], osadzoną raczej w tradycji malarstwa flamandzkiego.

Lilly Marthe Ebener jest paryską projektantką, stylistką oraz redaktorką modową, która w swojej pracy często odwołuje się do tradycyjnej koncepcji martwych natur; jak na przykład tu:






Jednak, kiedy trzeba, potrafi stworzyć także bardzo klasyczne, jakby żywcem wyjęte z siedemnastowiecznego obrazu, festony. Choćby na zamówienie marki Guerlain, dla której w roku 2012 wykonała roślinne odzwierciedlenia czterech grup olfaktorycznych:

Chypre

Citrus

Oriental

Floral

Lub w pełen przepychu ale też pomysłowy (a nawet lekko ironiczny) sposób połączyć piękno zbytkownej biżuterii z sugestią idealnego dlań dopełnienia - zapachu:





Bo zapach można sprzedać z pomocą wzroku pięknie - z pomysłem, stylowo, bez erotycznych konotacji. Inaczej, niż zwykle. Lilly Marthe Ebener zna się na swoim fachu.

Choć część ilustracji rozmija się z moim prywatnym gustem (szczególnie te jubilerskie), nie mogę nie docenić ich inności, czegoś niecodziennego w świecie fotografii reklamowej perfum. Przyciągają spojrzenie, każą wracać do siebie myślami a nawet - zachęcają do wysiłku umysłowego [bo jakież to flakony dopasowano do biżutów? Które rośliny składają się na guerlainowskie festony? I dlaczego tak a nie inaczej?]. To lubię!
Bardzo, bardzo lubię. ;)


P.S.
Poza serią guerlainowską wszystkie ilustracje pochodzą z internetowej strony artystki. Sesję kwiatową natomiast zaczerpnęłam z Trendlandu.

Krajobrazy jesieni


Jesień to, wbrew pozorom, najbarwniejsza ze wszystkich pór roku klimatu umiarkowanego. Rozpoczyna się często klimatami lata a jej pierwsze dni część z nas wykorzystuje, aby po raz ostatni zasmakować wakacji (tak w kraju, jak i za granicą), ogrody są pełne kwiatów a sady owoców. Później następuje pora zbiorów; miejsce jeżyn, malin oraz jagód na naszych stołach zajmują śliwki, jabłka i orzechy. To odpowiedni czas, aby udać się na grzybobranie, gdzie po raz ostatni w sezonie mamy okazję nacieszyć nasze nozdrza głębokimi aromatami żyjącego lasu. Rolnicy palą na polach ziemniaczane łęty, pozostałe po kradzieży roślinom bulw tworząc dym o niezapomnianym, piwniczno-paczulowym zapachu.
Pora, kiedy przyroda szykuje się do snu; polski listopad, tak nostalgiczny i tak magiczny... Ostatnie dni jesieni, gdy listopad zamienia się w grudzień, to już czas barw gołej ziemi, błota, sinego nieba, nagich drzew oraz spłowiałej trawy, gdzieniegdzie przetykany brudną żółcią zbutwiałych opadłych liści, krwistą czerwienią zapomnianych owoców dzikiej róży oraz ciemną zielenią strzelistych choin. Coraz częściej pojawia się akcent zmrożonej bieli, czy to w postaci śniegu, czy szronu.

Późna jesień to czas, kiedy majaczące na horyzoncie światełko, szczególnie w połączeniu ze smugą dymu, naprawdę potrafi dać nadzieję znużonemu wędrowcowi. Tak było przed wiekami, tak jest i obecnie.
Zaś perfumomaniacy podczas jesieni coraz częściej pozwalają sobie na wonie cięższe, otulające, bogate. :) Często drzewne albo szyprowe. Niejednokrotnie słodkie. Zawsze wyrafinowane albo przytulne.

Takie, jak na przykład Vanille oraz Ambre marki Mona di Orio, powstałe jeszcze dzięki talentowi przedwcześnie zmarłej Mistrzyni.

Dwa zapachy, które nie testowane ręka w rękę wydają się do siebie nadzwyczajnie podobne: tak samo głębokie, krystaliczne i rozwibrowane, tak samo żywe, mięsiste, bogate. W identyczny sposób otaczające ludzką sylwetkę szczelnym, kaszmirowym szalem. Mieszaniny z charakterem oraz duszą; tylko... dlaczego koniecznie bliźniaczą?

To oczywiście pytanie lekko prowokacyjne. Bowiem ani Ambre, ani Vanille w istocie nie wydają się aż tak bardzo podobne. Łączy je tylko i aż - opowieść, którą szepczą mi do ucha. O barwach, które nie są ani ciepłe ani zimne, o ogniu, który nie grzeje oraz o wietrze, który nie chłodzi. O świecie tak dalekim od pocztówkowego, tandetnego przecież krajobrazu z palmami i turkusowym niebem; o urodzie mniej dosłownej, kruchej ale przecież porywającej. Świat obu omawianych dziś kompozycji Mony wydaje się być opisem stworzonym w wyobraźni zakochanej osoby, nieświadomie idealizującej obiekt uczuć. Choć.. czy aby na pewno?

Przecież na dobrą sprawę obie dzisiejsze bohaterki szczycą się urodą doprawdy wirtuozerską, godną dzieł starych mistrzów konwencjonalnych dziedzin sztuki: w obu przypadkach akord tytułowy jest z cała pewnością obecny, jednak przedstawiono go w sposób tak mało dosłowny, wyniesiono na takie wyżyny twórczej swobody, ustawiono w towarzystwie akordów tak doskonale dobranych, że doprawdy trudno znaleźć odpowiednie słowa, aby opisać ich piękno. To trzeba po prostu poczuć własnym nosem. ;)
Ambre, początkowo ostra, kanciasta, gryząca powoli, za wstawiennictwem słodko-tłustego gwajaku oraz gorzkiego balsamu tolutańskiego powoli rozpływa się w miękkiej, żywicznej słodyczy. Po drodze minęła bokiem akord paliwowy, lecz mimo tego potrafiąca konsekwentnie trzymać się obranego kursu. Z czasem coraz bardziej ambrowa, otoczona ciepłem wanilii, benzoesu oraz plastycznych nut drzewnych coraz śmielej spogląda w stronę nut słonych, przywodzących na myśl naturalną szarą ambrę. Lecz niech Was nie zwiedzie owa maniera! To w istocie laboratoryjny akord ambrowy, piękny dzięki drewno, żywicom, słodyczy tak przyjemnie oraz potulnie płoży się po ludzkim ciele. Ambre okazuje się wariacją na temat ambry a jednocześnie z całą pewnością nie bursztynem. Oto zapach miękki, kaszmirowy, kawiarniany. W sam raz na chłodny, słotny poranek; dla rozbudzenia oraz dodania otuchy na nadchodzący dzień. :)

Vanille natomiast wydaje się być mieszanką troszkę bardziej dymną, jeszcze głębszą oraz zdecydowanie bardziej słodką. Jak nazwa wskazuje. :) Od pierwszych chwil nieomal przepastny oraz rozgrzewający, głównie dzięki rumowi oraz przyprawom eugenolowym (goździki!), odmierzanym aptekarską miarą. Najpierw jednak, niczym pojedynczy błysk światła, pojawia się świeża chociaż lekko oleista petigranowa goryczka, jakby wspomnienie spóźnionych wakacji na południu Europy, jakże nieprzystających po polskiej jesiennej aury! Szybko jednak rozmywany jest przez nuty ciepłe, aksamitnie płynne; wówczas opisane wcześniej akordy wygładza lekko dymna, słodka lecz niezbyt deserowa wanilia. Lecz możliwe, że wspomagana przez łagodne a śmietankowe drewna, bób tonka albo słodkie kwiaty. Dopuszczam taką możliwość, jednak nie potrafię jej zweryfikować. :) Wiem za to, że po chwili sandałowiec staje się wyraźny, ciemny ale czuły (trochę w stylu łagodniejszego Tam Dao Diptyque) a jeszcze później mieszanka odzyskuje lekkie, roślinne zadziory. Pewnie za sprawą wetywerii, skóry, piżma czy dosłownie odrobiny kastoreum waniliowo-drzewna, słodko-śmietankowa całość nie daje się banałowi, to dzięki owym zadziorom powraca melasopodobna głębia rumu czy ostatnie tchnienia goździków (ze szczyptą cynamonu). Baza Vanille to słodycz zbudowana na stelażu z nut lekko drapiących w gardle, niepokornych jednak z akordem tytułowym współpracujących harmonijnie. Vanille to siła w bardzo mało oczywistym wydaniu oraz zastrzyk energii w czasie, kiedy powinniśmy już spać. Dzieło w sam raz na wieczór. :)

Zatem wyjaśniło się. Choć trwałość obu mieszanej gwarantuje ich całodzienne towarzystwo, wydają się pomyślane jako dwa oblicza tego samego jesiennego dnia. Dwie różne sytuacje, odmienne samopoczucie, ta sama osoba.
Nie umiem opisać ich tak, jakbym chciała. W streszczeniach przebiegu wód nie ujęłam nawet połowy tego, co chciałam, nie potrafiłam w sposób przekonujący wyjaśnić, dlaczego uważam Ambre oraz Vanille za dzieła wybitne [i o ile w przypadku Ambre nie jestem całkiem przekonana, o uznanie wielkości Vanille biłabym się do krwi ostatniej ;) ], co różni je od setek ambrowców albo waniliowców obecnych na rynku teraz lub kiedykolwiek wcześniej. Tak bardzo chciałam Wam rzecz wyłożyć ale - nie mogę. Nie mogę. Nie daję rady.
Mona di Orio pokonała we mnie recenzentkę a jednocześnie umocniła fankę swej twórczości. Jak bardzo żałuję, że zaczęłam poznawać ją zbyt późno!
Czasami dobrze jest przegrać.
Wszak coroczna przegrana życia - to jesień, najpiękniejsza pora roku. :)


Ambre

Rok produkcji i nos: 2010, Mona di Orio

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, tworzący wokół ludzkiego ciała kilkucentymetrową aurę i ciągnący się krótkim śladem. Zatem moc nie zachwyca, za to emanacja okazuj się przyjazna zarówno dla osoby uperfumowanej, jak i jej otoczenia. :)
Na każdą okazję. ;)

Trwałość: od pięciu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

ylang-ylang, drewno cedrowe, benzoes, balsam tolutański, akord ambrowy, wanilia


Vanille

Rok produkcji i nos: 2011, Mona di Orio

Przeznaczenie: zapach doskonale uniseksualny, początkowo wirujący wokół sylwetki jako silna, zwarta ale wąska aura, z czasem coraz bliższy skórze. Za to przy ciele żyje długo, wciąż się rozwijając; więc po prostu taki Wanilii urok. :)
Na wszelkie okazje, niekoniecznie wymagające oficjalnego ubioru. ;)

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna(oraz waniliowa, rzecz jasna :) )

Skład:

Nuta głowy: gorzka pomarańcza, goździki (przyprawa), petit grain, rum
Nuta serca: ylang-ylang, wetyweria, drewno gwajakowe, drewno sandałowe
Nuta bazy: bób tonka, wanilia, skóra, balsam tolutański, ambra, piżmo
___
Dziś noszę Indochine od Parfumerie Generale.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/403494447834234662/
2. http://www.redbubble.com/people/artsaus/works/9124061-autumn-solitude

poniedziałek, 21 października 2013

Sen letniego lasu

A właściwie, skoro mam być konsekwentna i w dalszym ciągu trzymać się anglosaskiego sposobu zapisu nazw perfum, Sen Letniego Lasu. Piękny, ciepły, słodki; delikatny jak pajęczyny, na których osiadły krople rosy oraz stabilny i przedwieczny niczym sam las. Songe d'un Bois d'Été z guerlainowskiej butikowej serii Les Déserts d'Orient. Tak człowiek miasta i cywilizacji wyobraża sobie spokojne, dynamiczne choć trwałe piękno natury, pełną zadumy głębię oraz czar lasu.


Długo zastanawiałam się, jakimi słowami opisać ów zapach. Czy można w przekonujący sposób opowiedzieć o ciepłej drzewnej miękkości, o kaszmirowym drewnie oraz miodowych żywicach?


Czy potrafiłabym powiedzieć Wam o charakterystycznej, zapadającej w pamięć słodyczy, zdającej się być doskonale gładką, przyjemną w dotyku taflą o temperaturze ludzkiego ciała, przeciętej czysto delikatną lecz kontrastową rysą przyprawowej goryczki? I że owa rysa wcale nie wydaje się dysonansem a przeciwnie - ostatecznym, niezbędnym szlifem; granicą pomiędzy (jeszcze) perfekcyjnością a (już) doświadczaniem piękna absolutnego.


Jak Wam opowiedzieć o grze szafranu z mirrą i sokiem jaśminowym przy wtórze jasnych, wypolerowanych na gładko akordów drzewnych? Oraz o skórze czy też oudzie, nadającym temu wszystkiemu głębsze brzmienie, zahaczającym o nuty mroczno-dymne, jednak nigdy nie wpadającym w ich ramiona otwarcie?



Jak przedstawić późniejsze etapy rozwoju mieszanki, gdy słodycz staje się coraz ważniejsza a mimo to, najpewniej dzięki pomocy magii, cały czas zdaje się być konstytucyjną częścią marzeń o lesie, tym razem bardziej pyłkowo-paczulowym? W jaki sposób oddać wrażenie największej miękkości i delikatności nut drzewno-żywicznych, jakiej dane mi było doświadczyć?


Gdzie szukać słów zdolnych opisać mój zachwyt, kiedy owo leśne, wymarzone, słodkie ciepło zaczyna płynnie przeistaczać się w ciepło zdecydowanie zwierzęce - lub ściślej: ludzkie? Jakim cudem spomiędzy szafranu, skóry oraz mirry potrafiło wydobyć się płynne, pozłociste labdanum?


Oraz jak całość zamiera, omywana najpierw długimi promieniami słońca, później rozpływająca się w szarościach zmroku i, być może, mgły? Czyżby do najdelikatniejszego ze wszystkich znanych mi lasów zawitały pierwsze znaki jesieni...? Choć kompozycja rozmywa się coraz bardziej, nie potrafię żałować jej odejścia. Jest takie bajkowe... Podobnie, jak i reszta mieszaniny.


Czy potrafiłabym Wam o tym opowiedzieć? Nie sądzę. ;)
Podczas testów Snu Letniego Lasu trudno było skupić się na szczególe, wizje generowane przez synestetyczny umysł okazały się zbyt silne. Lub też opowieść, którą przekazała mi omawiana kompozycja była niemożliwa do zignorowania. :) Obserwując ją miałam wrażenie obcowania z finezyjnym dziełem sztuki, jednocześnie filigranowym oraz monumentalnym, kruchym ale przecież niemożliwym do objęcia rozumem. Niemożliwym do skonstruowania w ramach jakiejkolwiek innej sztuki poza olfaktoryczną. Tu łamanie najbardziej podstawowych zasad fizyki zdarza się całkiem często. :) [Przynajmniej na mojej skórze, mającej tendencję do pogłębiania każdego pachnidła, które jakąkolwiek głębie w sobie kryje].

Uważam, że Thierry Wasser tworząc Songe d'un Bois d'Été wspiął się na szczyty swojego talentu oraz popisał rzadką wirtuozerią. Z chęcią na dłużej zanurzyłabym się w ów magiczny świat. Nawet, gdyby miał okazać się jedynie snem.

Rok produkcji i nos: 2012, Thierry Wasser

Przeznaczenie: zapach doskonale uniseksualny; przede wszystkim dla miłośników klimatów żywiczno-drzewnych choć niebanalne, lekko przytłumione ciepło oraz słodycz mieszanki potrafią zachęcić do testów także fanów łagodniejszych perfumowych brzmień. :) A jeżeli ktoś woli akordy ciemniejsze, to i kawałek gorącego, troszkę wędzarniczego dymu dla siebie znajdzie. ;)
Całe to bogactwo zazwyczaj popisuje się hojną emanacją, otaczając uperfumowaną osobę dużą, nieco pulsującą aurą, z czasem troszkę gęstniejącą [choć gęstą jest od samego początku] i redukującą się do kilku centymetrów ponad ciałem.
Na dosłownie wszystkie okazje, pory dnia oraz roku.

Trwałość: od dwunastu godzin w górę (choć nie więcej, niż piętnaście-osiemnaście)

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa (oraz aromatyczna)


Skład:

Nuta głowy: neroli, wawrzyn
Nuta serca: szafran, jaśmin, drewno cedrowe, paczuli, (kaszmeran?)
Nuta bazy: mirra, skóra, (oud?)


P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/winter-light/6807653786/sizes/l/in/faves-daydream_fantasy/
2. http://yourstruly-malik.tumblr.com/post/59316174163/tearingdowndoors-untitled-jonathan
3. http://www.flickr.com/photos/cukimuki/2920930237/sizes/z/in/faves-will_scobie/
4. http://www.pinterest.com/pin/316940892496960821/
5. http://www.pinterest.com/pin/371687775467053814/
6. http://www3.jsonline.com/onwisconsin/arts/mam/

Dama wśród industrialnych klimatów

No i wróciłam. :) Od razu z recenzję zapachu, którego nieopisanie byłoby prawdziwą zbrodnią, popełnioną na blogu. O ile opisywana przed przerwą  Miriam może szczycić się mianem przodkini Noontide Petals, Loretta nie przypomina absolutnie niczego. Ani spośród dzieł Tauera, ani żadnych innych. Choć to bez cienia wątpliwości dzieło sympatycznego Szwajcara - charakterystyczne dla niego zmieszanie nut nie może kłamać. ;)

Już od pierwszej chwili daje się wyczuć chmurę gęstych, złożonych aldehydów o zdecydowanie nowoczesnym sznycie lecz ułożonych zgodnie z dawnymi wymogami sztuki. Pewnie dlatego wirują żywo, wznosząc ku światłu nie tylko siebie ale również sypką, jakby postarzaną chmurę korzennych przypraw. Dzięki temu zabiegowi mamy możliwość przyjrzeć się kolejnym etapom rozwoju pachnidła, coraz śmielej prześwitującym przez umami-aldehydy: pełnym, lekko mięsistym jesiennym owocom (spośród których najwyraźniejsza jest cudowna, kusząca fruktozowym cieniem śliwka węgierka) a także kwiatom. Przede wszystkim tuberozie, która łączy się z sokiem wieloowocowym oraz śliwką, by na kanwie zamierających aldehydów oraz gorzkniejących już przypraw (cynamon, goździki, gałka muszkatołowa, kolendra) stworzyć całość niepodobną do niczego. Równie szybko zapadającą w pamięć, co trudną do opisania. ;) Tym bardziej, że w tej chwili ujawnia się dziwny, nie wiadomo skąd pochodzący, srebrzysty powidok metalu, niepokojący ale i fascynujący.
Kiedy do gęstych konfitur miodowo-tuberozowo-śliwkowo-korzennych dołączają inne kwiaty, głównie indolowy kwiat pomarańczy oraz jaśmin, którego apetyczna jasna zieleń po prostu musi pochodzić z rejonów kwiatu wielkolistnego. :) Pojawia się też goździk, słodki, korzenny, nęcący; znakomicie podtrzymujący woń mieszanki przypraw. Zaś metal pokrywa się warstwą ciemnego, jakby kopalnego  oleju... może smaru? Skąd on się bierze?? Czyżby gdzieś za kulisami Loretty działał tajny agent ananas, który podobnymi aktami przemysłowej dywersji w świecie perfum teoretycznie miękkich czy kwiatowo-owocowych wsławił się już kilkukrotnie? Nie mam nawet cienia pewności, jednak to możliwe.

Z czasem benzynowe klimaty uspokajają się i wraz z olejem przeistaczają w płat bardzo wiarygodnego, nawet lekko dymnego skaju. A skóra plus śliwka i zmysłowe kwiaty to już bardziej znane klimaty! ;) Lecz nie tym razem, nie do końca, gdyż w świecie opisywanej właśnie "staroświeckiej nowoczesności" po raz kolejny pojawia się słodycz, waniliowo-benzoesowe krówki ciągutki, co prawda szybko okolone łagodnymi, starannie wypolerowanymi nutami drzewnymi, głównie sandałowcem oraz kilkoma syntetycznymi molekułami, może też szczyptą gwajakowych drzazg. Zauważam coraz więcej cennego, podkręconego żywicami dymu, nieśmiało omywającego kwiaty ze śliwką oraz osiadającego na ciemnej skórzanej galanterii o nasyconej woni [po skaju wiele już nie zostało, teraz to niemal czysta, naturalna skóra]. Kiedy pachnidło stopniowo rozmywa się i słabnie, jednym z ostatnich znikających ze skóry akordów jest tuberoza w otoczeniu stygnących opiłków metalu.
Przedziwna kompozycja!

Jaka szkoda, że nie mam większej ilości Loretty. Przydałaby się na długie jesienne oraz zimowe wieczory. Długie, ponieważ nie pozwala zasnąć zbyt łatwo, wciąż i wciąż wracając do naszego nosa i zajmując umysł. :) A to akurat w perfumach bardzo ale to bardzo lubię. :)

Rok produkcji i nos: 2012, Andy Tauer

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, choć w mojej opinii ta druga, metaliczno-paliwowo-skórzana strona Loretty mogłaby sugerować użycie także panom. :)
Charakteryzuje się sporą, typowo tauerowską mocą oraz skalą oddziaływania, z czasem redukującą się do krótkiej lecz zwartej aury.
Na wszystkie okazje.

Trwałość: fenomenalna! Przez dwanaście godzin L. towarzyszy nam przy każdym ruchu i niemal drugie tyle czai się w ukryciu, tuż przy skórze.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (oraz aromatyczna)

Skład:

aldehydy, rozgniecione owoce (w tym śliwka), cynamon, goździki, kolendra, tuberoza, kwiat pomarańczy, róża, jaśmin, cynamon, postarzane paczuli oraz wetyweria, wanilia, skóra, labdanum, akordy drzewne, żywice, ambra

___
Dziś Sideris marki Maria Candida Gentile.

P.S.
Pierwsza ilustracja to dzieło brytyjskiego fotografa Tima Walkera. Przedstawia modelkę Lily Cole w sukni projektu Stelli McCartney, zostało zrobione w roku 2005 w indyjskm Gudżaracie dla brytyjskiej edycji magazynu Vogue, zaś ja zaczerpnełam je (oraz opis :) ) stąd: http://www.tvn24.pl/zdjecia/tim-walker,31676,lista.html