sobota, 7 stycznia 2012

Gdybam o perfumach, łakociach i trunkach

Bezpośrednią inspiracją dla niniejszej notki był mój wybór perfum na czas "po-kąpieli" [czyli w tej chwili :) ], muzami pośrednimi zaś były dwa wpisy zaprzyjaźnionych Blogerek: Olfaktorii o wysypie polskich perfum oraz Anny Marii na temat ikon mody, których pozbawiło Polaków pół wieku socjalizmu. Zaś sama myśl zaszczyciła moją głowę podczas otwierania próbki z 1270 marki Frapin & Co.

Skoro nazwa pachnidła zawiera w sobie datę, od której rodzina Frapin zajmuje się produkcją koniaku pomyślałam, ile straciliśmy, w brutalny sposób przerywając istnienie - a czasem wręcz epokę prosperity [no dobra, akurat TO przerwał kto inny, we wrześniu 1939 roku... ;) ] - niektórych marek powiązanych z gastronomią.
Nieraz, w ramach samowolnie uprawianej kontrafaktycznej historii kultury, rozmyślałam jak dziś miałyby się takie marki, jak E.Wedel, Blikle czy J.A.Baczewski, gdyby nie druga wojna światowa i panujący tu po niej porządek polityczny. Czy zniknęłyby pod naporem konkurencji, bardziej skorej do ekonomicznych kompromisów, czy połączyłyby się w koncern w rodzaju LMVH, a może nadal by trwały mocne, samodzielne, niezagrożone oraz - ikoniczne?
Może nawet - zaryzykujmy założenie - byłyby skłonne zainwestować w, ostatnimi dekady modną, promocję za pomocą własnych perfum? ;) Jak myślicie?

Biorąc pod uwagę fakt, iż wszystkie wymienione nazwy handlowe wykorzystywane są współcześnie, ryzyko teoretycznie istnieje. ;) Więc postanowiłam się zabawić i poszukać nut, którym najlepiej przyjdzie oddać charakter danej marki, jej specjalności oraz tradycji.
Zechcielibyście dołączyć?


Fabryka wódek i likierów J.A.Baczewski istniała we Lwowie od roku 1782, nic więc dziwnego, że miała czas, by urosnąć nie tylko ekonomicznie, co umożliwił tytuł Cesarsko-Królewskiego Dostawcy Dworu oraz późniejsze sprytne akcje promocyjne [w tym jedna uknuta do spółki z rosyjską marką Smirnoff; tak, ten Smirnoff ;) ] ale także kulturowo, w oczach Lwowiaków urastając do rangi lokalnej dumy oraz stając się słownikowym synonimem wódki w ogóle. ;) Pasmo sukcesów przerwało bombardowanie fabryk i magazynów przez Luftwaffe we wrześniu 1939 roku (ponoć paliły się przez ładnych kilka dni). To, co przetrwało lotniczą hekatombę, po 17 września trafiło na Sowietów. I tyle Polacy "Baczewskiego" widzieli... ;>
W roku 2011, po latach wiedeńskiej emigracji, marka J.A.Baczewski wróciła na polski rynek. Czego żałuję, to faktu, że jeszcze nie dane mi było spróbować jej wytworów.

Mimo to pozwoliłam sobie na gdybanie, jak też mogłyby pachnieć perfumy osnute wokół legendy Vodki Monopolowej J.A.Baczewski, z najwyższej jakości spirytusu ziemniaczanego. :)
Cóż, produkt tytułowy ewidentnie odpada, choć co nieco paczuli raczej nie powinno zaszkodzić. Lecz o niej dopiero w bazie.
Gdyż wprzódy postawiłabym raczej na nuty wytrawne, męskie, w klasyczny sposób paprociowe. Tak, aby miłośnicy topornych świeżaczków bez trudu mogli sklasyfikować perfumy od Baczewskiego jako "dziadkowe". ;> Ponadto przeczuwam woń bergamotki, suchej cytryny, cichego geranium, brzozowych soków, nieco zużytego zamszu, kapeczki cielesnego kastoreum, rześkich cedrowych wiórów.
Ażeby całość była stanowcza, acz dystyngowana, dżentelmeńska, dosyć żywa aczkolwiek unikająca prawienia tanich pochlebstw byle komu. Spokojna, ale wykonana ze składników wyłącznie najwyższej jakości.
Dosyć bliska skórze.

Lecz prawdziwym wyzwaniem byłoby skomponowanie odpowiadającego im pachnidła dla kobiet. Ono moją wyobraźnię przerasta. ;) Przynajmniej chwilowo.


Który to problem nie istnieje w przypadku pachnidła opisującego dzieje Wedla (BEZ przedimka "22 Lipca" ;) ).
Nie potrzeba szczególnej fantazji by wydumać, co też mogłoby być przewodnią nutą perfum marki E.Wedel. ;) Czekolada w każdej możliwej postaci, istne szaleństwo akordów gourmand!
Od gorzkiej, oddającej aromat świeżo wypalonych i ledwie zmiażdżonych ziaren, doprawionych nęcącymi dodatkami chili oraz galbanum i nut mlecznych przez śmietankowo-sandałowcowo-leśną (od owoców leśnych) po delikatny jasny puder czekolady białej, otaczającej plaster kandyzowanej pomarańczy, utrzymującej się na ludzkim ciele dzięki dodatkowi białego piżma.
Tak, Wedel to bułka z masłem. :) Oraz prawdziwe pole do popisu!


Skoro wspomniałam już o maśle, pójdę za ciosem. :)
Blikle, A.Blikle słynie z pączków, wypiekanych nieprzerwanie od roku 1869 (uwaga! te franczyzowe smakują zupełnie inaczej). Ów produkt, w dzisiejszych czasach niemal grzesznie sybarycki, bezczelnie smaczny mimo - dzięki - smażeniu w głębokim tłuszczu nie zna podziałów po linii wieku, przekonań politycznych czy płci. Ostatni z rzeczowników szczególnej mocy nabiera zwłaszcza z olfaktorycznego punktu widzenia. ;)

Gdyż wymyśliłam sobie, że pachnidło od Bliklego mogłoby być rasowym uniseksem, bez odchyłów w żadną ze stron, a przy tym w sposób oczywisty zajmującym miejsce w nurcie pachnących smakowitości. Cóż, zadanie nie wygląda na łatwe.
Chciałabym widzieć (czuć?) zapach marki Blikle osnuty na woni niesłodkiego drożdżowego ciasta, ciężkiego od wanilii w stylu tej rodem z męskiej Romy Laury Biagiotti, które dopiero z upływem czasu zaczyna wpadać w klimaty słodkiego, nieco oleistego drewna gwajakowego, nadpalonej melasy oraz ostrawego sandałowca. Dla kontrastu można by dodać nieco cynamonu spokrewnionego z Musc Ravageur; nawet dobrze się składa, bowiem ten mógłby potowarzyszyć aromatycznym, niekoniecznie słodkim sokom z pomarańczowej skórki oraz żywej ambrze.
Kto mógłby stworzyć ów zapach? Maurice Roucel, Pierre Bourdon a może.. Sophia Grojsman? :)


Skoro fantazja tak mnie ponosi, to czemu nie dodać jeszcze jednego produktu, w założeniu penetrującego obszary nieco bardziej nowoczesne? Gin Lubuski perfumami sygnowanymi własnym logo mógłby utrafić w sam środek tarczy. :)
Wyobraźmy sobie tę fantastyczną świeżość, ułożoną wokół aromatów limonki, jagód jałowca, szczypty bazylii roztartej z cukrem, ozonowych nut morskich, kolendry, drewna cyprysowego czy akordów ziemi. Całość mogłaby być miłym dodatkiem na niezobowiązujące wieczorne wyjścia, odskakującym od skóry, gdy tylko zrobi się nieco chłodniej. A może charakterku dodałyby pomidorowe liście w miejsce bazylii, jak myślicie?
Przy zapachach świeżych moja wena najwyraźniej bierze sobie wolne. :) Lecz z takowego profilu pachnidła marki Lubuski nie zrezygnuję. Współcześni mężczyźni, choć nie tylko oni, zasługują na zieloną, wytrawną świeżość.

Podobno jedyne, co nas tak naprawdę ogranicza, to nasza wyobraźnia. Pozwolę sobie zadać kłam temu stwierdzeniu. Gdyż czy to na pewno zdrewniały nerw fantazji powstrzymał "Baczewskiego" przed dalszą ekspansją na Europę i świat [z czym firma i tak radziła sobie świetnie, wysyłając swoje produkty nawet za Atlantyk, tak na północ, jak i na południe]? Czy to zbyt lekkie traktowanie budżetu pchnęło Wedla w szpony koncernu Nestlé? A może przez ostatnie sześćdziesiąt lat rodzinie Blikle zabrakło, niezbędnej przecież, odwagi, którą to passę przerwali dopiero jaką dekadę temu?
Nie. To nie wyobraźnia nas ogranicza. A raczej: wyobraźnia jest niczym, jeśli w spełnieniu marzeń oraz realizacji celów przeszkadza nam Pani Historia, ta potężna jak i ta troszkę mniejsza.

Choć z drugiej strony... Teoretycznie - niestety czysto - realną szansę na własne perfumy ma inna alkoholowa marka kojarzona z Polską. Myślę o wódce Chopin, której wytwórców najwyższym zwierzchnikiem pozostaje zarząd, wspomnianego na początku notki, koncernu LMVH.


Jemu zalet z posiadania dodatkowego źródła zarobkowania, płynącego z perfumerii całego świata, tłumaczyć raczej nie ma potrzeby. Z czego wynika jeden wniosek, prosty jak konstrukcja cepa: produkcja perfum opatrzonych logo Chopin Vodka niesie ryzyko wtopy. A przynajmniej tak sądzą w krainie winopijów. ;>
Cóż, ich brak zysku, nasza nie-strata (jak można tęsknić do czegoś, o czym nie ma się bladego pojęcia?).

Aczkolwiek, gdybym tylko miała szansę, chętnie przyoblekłabym się w wytrawny szypr marki Chopin. Niezbyt ciężki za to niezwykle nośny. Harmonijny niczym muzyka patrona, zalotnie miękki choć niepozbawiony skłonności do okazywania iście artystycznego temperamentu. Zaś gdyby na jego drodze stanęła jakaś skandalizująca George Sand... :)
Takie perfumy, suche, słoneczno-mchowe, nostalgiczno-wierzbowe, krystaliczne niczym złota grudka bursztynu i bezczelnie proste, orzeźwiająco czyste jak majorkański wiatr, wiejący wprost od morza, byłyby warte wielu dni i nocy spędzonych w towarzystwie duszy genialnego muzyka.
Ba! Tylko kto je stworzy..?


Pięć pomysłów na kolejne polskie perfumy. Niestety, niczym ten owad w bursztynie, pewnie już na wieczność uwięzionych w wyobraźni miłośniczki pięknych zapachów. Szkoda, nawet bardziej niż trochę. Smutne. Co zaskakuje nawet mnie samą. Lecz cóż począć: romantyczny zapał i takaż melancholia. :)
Jak ją wyleczyć?

"Jeden oktawy wielbi Słowackiego,
Drugi znajduje cały smak w sonecie,
Dla mnie zaś cztery wódki Baczewskiego
Tworzą najlepszy czterowiersz na świecie..."

Henryk Zbierzchowski, poeta lwowski
ŹRÓDŁO

A Wy? Może macie pomysły na podobne polskie perfumy? Nie dajmy im zniknąć w całkowitym zapomnieniu! :)
___
Czym pachnę, już napisałam. Wcześniej był Boudoir od Vivienne Westwood (dziękuję, Jarku! :) )

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.luxlux.pl/artykul/wodka-j-a-baczewski-wraca-na-polski-rynek-18777
2. http://www.rodzinny-krakow.pl/ciekawe-miejsca.aspx?KatNazwa=Miejsca%20przyjazne%20rodzinie
3. http://www.poloniamusic.com/PaczkiDay.html
4. http://www.vinpol.pl/page_ginlubuski.html
5. http://www.packagingoftheworld.com/2010/11/chopin-200.html

czwartek, 5 stycznia 2012

Fantazjując o Oriencie


U schyłku XIX wieku marka J. Grossmith & Son stworzyła zapach inspirowany "bukietem najprzedniejszych indyjskich kwiatów", Phul-Nana. Wkrótce zresztą okoliła go bogata, jakbyśmy ją dziś nazwali, linia uzupełniająca, zawierająca między innymi mydło, puder do twarzy czy krem, zwany toaletowym. [która to nazwa współcześnie przywodzi na myśl - i Google - raczej pewną chińską restaurację, niż perfumerię. Cóż, w tym przypadku brak elastyczności w odbiorze innych kultur może skutkować "klątwą faraona" (raczej cesarza) i to w sposób aż nadto dosłowny.. ;) ]

Sedno kompozycji miało stanowić zjednoczenie ogrodów: ziołowego i kwiatowego w jedną, ściśle paprociową całość, ponoć rzadką w perfumach dla kobiet. W zasadzie... :) Z pewnością tak właśnie było w czasach zaprzeszłego przełomu wieków, kiedy o Shalimarze, Chanel No. 5 czy choćby Dune nikomu nawet się nie śniło. Więc idea stworzenia damskiego pachnidła, w którym kwiaty stanowią najwyżej pretekst do zagajenia (a najpewniej chwyt marketingowy) spokojnie mogła zostać uznana za odważną, rzecz jasna z punktu widzenia ludzi epoki, przyzwyczajonych do kwiecistej transparentności damskich pachnideł. Zapowiadała się może nie rewolucja, co przyjemne orzeźwienie, kontrastowa, barwna plamka na tle panieńskiej bieli oraz wdowiej czerni. Szczypta dekadencji wśród utytułowanych właścicieli zdrewniałych mózgów i klapek na oczach. [tak, nadal jestem cięta na tę obrzydliwą epokę ;> ]

Misja Grossmithów zakończyła się sukcesem. Bo stworzyli pachnidło inne, niezbyt słodkie, ale też niedosłowne, z pazurem; idealne dla artystycznej bohemy, szeroko rozumianego półświatka tudzież wszelkiej maści ekscentryczek, pragnących nosić zwiewne szaty w nasyconych barwach, zaczytujących się w romansach podróżniczych, tęskniących do krain, gdzie życie można było odczuwać tak intensywnie, jak prażące ziemię są tam promienie słońca. ;) Słowem: stworzono coś w sam raz dla egzaltowanych orientalistek!
Coś w tym jest, bowiem Phul-Nana mimo, że nie powala na podłogę, jest efektownym, dziś niekonwencjonalnym, rzecz jasna ciężkim i "upalnym" pachnidłem. Utrzymane w klimacie własnych czasów, w oderwaniu od których ciężko byłoby je rozpatrywać. A do tego równie indyjskie, co wyobrażenie bladych "imperialnych prowincjuszy" z Wysp Brytyjskich o życiu w koloniach kraju, nad którym słońce nigdy nie zachodzi. Czyli dosyć odległe od prawdy. ;) Co również stanowi jeden z wyznaczników epoki. Orientalizm jako samonapędzająca się wizja. ;)


Omawiana kompozycja od otwarcia aż po, daleki w czasie, finał rzeczywiście wybrzmiewa jako miękki, mocno przypudrowany woal z upojnych kwiatów i, świdrującego nos opiłkami metalu, paczuli. Ten drugi składnik najprościej opisać przez wykluczenie: otóż nie jest słodki, czekoladowy, ale też nie piwnicznie zagrzybiony, nie jednoznacznie ciemny, ale też nie rozświetlony, ani pudrowo gładki, ani spokrewniony z osławioną "zbutwiałą szmatą", ani łatwy, ani trudny. No inny po prostu. :) Dziwny. Staroświecki. Boski.
Tym bardziej, że towarzyszą mu akordy tuberozy i ylang-ylang, sandałowca (pikantnego, stanowczo nie-kremowego) i opoponaksu. Wszystko to jest wyraziste, na wskroś przenikające umysły wszystkich osób w pobliżu, jakkolwiek nie wrzeszczące, skupiające na sobie uwagę bez konieczności podnoszenia głosu. Głębokie, szykowne, irytujące niezachwianą pewnością siebie.
Cudne, ale raczej jako kostium sceniczny niż druga skóra.

Z czasem Phul-Nana nabiera spokojnej, nienachalnie czułej słodyczy, dodatkowo podkreślonej zamszowymi akordami benzoesu i skórzano-słonej bergamotki. Słodki - słony - korzenny, fascynująca triada smaków, w rzeczy samej mało typowa dla nudnych europejskich upodobań [jednak, co zaznaczę po raz kolejny, nie rewolucyjna; dziwna ale zjadliwa, stylizowana a nie autentyczna]. Dzięki niej przykryte staroświeckim pudrem z paczuli i sandałowca kwiaty poczynają układać się w jeden wielki, przytłaczający mocą, bukiet w feerii barw, niemożliwych już do rozdzielenia. Co tu jest jaśminem a co różą, co tuberozą a co ylang-ylang, gdzie skryły się goździki a gdzie kusząca waniliowym poblaskiem orchidea? Czasem okazuje się, iż gdzieś pomiędzy nimi utkwi czerwona główka geranium a gdzie indziej znowu wątłą acz dzielną pierś wyprężą kolendra z kardamonem.
Faktycznie, kwiatów ci tutaj dostatek. :)

Mieszanina nie brzydnie nawet wówczas, gdy z całej przebogatej gamy zapachowej pozostanie paczulowo-sandałowcowy postument, tu i ówdzie przystrojony spływającymi miękko w dół girlandami z waniliny i eugenolu. Jest piękny, ponieważ opowiada o świecie dawno minionym, który my, dzieci XXI wieku znamy wyłącznie dzięki poszlakom. Phul-Nana to jedna z nich. :)

Rok produkcji i nos: (1891) 2010, (John Grossmith) Trevor Nicholl

Przeznaczenie: ciepły, intensywny zapach stworzony z myślą o kobietach choć testy na męskiej skórze mogłyby okazać się nad wyraz owocne. Początkowo wyrazisty, z czasem nieco bliższy skórze, na wszelkie okazje i raczej dla odważnych. :)

Trwałość: od blisko dziesięciu do ponad dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (i kwiatowa)

Skład:

ylang-ylang, tuberoza, neroli, geranium, pomarańcza, bergamotka, benzoes, drewno cedrowe, drewno sandałowe, benzoes, opoponaks, paczuli, wanilia, bób tonka
___
W tej chwili Magnolia Romana (G.? ;> ) od Eau d'Italie, a wcześniej Amouage Opus III.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://abloomsburylife.blogspot.com/2009_05_01_archive.html
2. http://artbrokerage.com/artist/Philippe-Noyer/Woman-in-Colonial-India-30959
czyli
Kobieta w kolonialnych Indiach autorstwa Philippe'a Noyer.

wtorek, 3 stycznia 2012

Miejsce w Sieci

Nie dalej, jak dwadzieścia cztery godziny temu odkryłam w polskojęzycznym internecie stronę, której brak odczuwałam dotkliwie. Takiej lub choć podobnej. :) Dlatego dziś pozwolę sobie na poświęcenie jej osobnej notki.
Znacie może?



Czas Gentlemanów ujrzał światło dzienne dzięki Łukaszowi Kielbanowi, doktorantowi Wydziału Historycznego UAM i bodaj pierwszemu w Polsce naukowcowi, który za przedmiot badań obrał sobie historię męskości.
I nie, nie jest andrologiem-teoretykiem [nie ten wydział, nie ta uczelnia ;) ].

Aby rozjaśnić nieco tę, dosyć enigmatyczną dla przeciętnego Polaka, profesję zacytuję część notatki prasowej, jaką Głos Wielkopolski poświęcił Czasowi Gentlemanów i jego twórcy [którego na wszelki wypadek przepraszam za zrzynanie; to "pro bono" :) ].

"- Wasz pułk to banda koniokradów - krzyknął jeden z bywalców winiarni "Carlton" w Poznaniu do siedzącego tam oficera. Za chwilę leżał martwy na podłodze. Po trzydniowym procesie zabójców uniewinniono. Obrońcy twierdzili, że działali oni w obronie honoru oficera, a jest to tym samym, co obrona życia.
Opisana sytuacja to nie akapit z dobrego kryminału, ale autentyczna scena, jaka rozegrała się w Poznaniu w latach 20. ubiegłego wieku. O podobnych przypadkach można było regularnie przeczytać na łamach międzywojennej prasy. Oficer zabił, bo musiał bronić honoru. Wszelkimi sposobami. Gdyby wyszedł z winiarni, uznano by go za tchórza. A to oznaczało jedno: wykluczenie z grona ludzi honorowych.

Tragiczna historia, to zaledwie jeden z przypadków, które bada Łukasz Kielban (...). Jego praca polega na analizie wzorów męskości wśród międzywojennych oficerów. I nie chodzi o to, by pisać o faktach i statystykach, ale zadawać pytania: dlaczego zabił? Co by się stało, gdyby postąpił inaczej?
Na tej bazie tworzy model męskości oficerów. Ludzi z założenia honorowych, myślących o ojczyźnie. Z drugiej strony będących również pod nieustanną presją środowiska.

Czym jest sama historia męskości? To jeden z elementów historii płci. W latach 70. feministki zaczęły tworzyć historię kobiet, by w ten sposób przełamać męski monopol na spisywanie dziejów. Poszły też dalej, bo zaczęły badać znaczenie płci, a także rolę kobiet w społeczeństwie. Podobnie jest z historią męskości, która od lat 90. nieśmiało pojawia się na Zachodzie. Jej zadanie, to pokazanie wzorów kulturowych, które wpływają na to, jak dzisiaj widzimy mężczyzn.

- Moja praca to przepisywanie historii na nowo i wyłuskiwanie z niej informacji o mężczyznach, ludziach z krwi i kości, ze swoimi problemami i dylematami - podkreśla Łukasz Kielban. - Sprawdzam archiwa, wspomnienia i listy, analizuję je, szukając odpowiedzi, dlaczego zachowywali się w taki, a nie inny sposób. Kultura zmusza i zmuszała mężczyzn do pewnych zachowań - mówi.

I tłumaczy: - Pojedynki są tego jaskrawym, choć skrajnym przykładem. Jak sobie to uświadamiamy, okazuje się, że tak nie musi być. Mężczyzna może siedzieć w domu i gotować. Dlaczego nie? Być może wzorzec kulturowy jest inny, ale przecież on się ciągle zmieniał. To elastyczny konstrukt, którym można manipulować".


Sam portal zaś warto odwiedzić, by przekonać się między innymi, jakie znaczenie miał kolor lamówki oficerskiego munduru w II Rzeczypospolitej, jakie korzyści płynęły ze świętego stanu kawalerskiego a jakie z jeszcze świętszego małżeńskiego, kto i dlaczego w kłopotach z humorami żony pomagał biednym panom oficerom, jak nazywało się najpopularniejsze wówczas panaceum przeciw chorobom wenerycznym oraz co ma tworzywo, z którego wykonano trumnę do zdrowia ludzkiego. :) A także wiele innych.

Gładki sposób wypowiedzi Autora, jak również nieprzesadna długość poszczególnych wpisów, tylko ułatwiają podróż w czasie do lat dwudziestych i trzydziestych minionego wieku.
Jeśli więc nie boicie się dżentelmenów, dam, robotników i panien służących, wstąpcie. Wieczór macie już z głowy! ;)
___
Dziś Opus IV od Amouage.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Piękne jest to, co podoba się całkiem bezinteresownie

Jakiś czas temu Sabbath napisała o mężczyznach, którzy czasem zjawiają się w jej świecie, choć sami pewno nie mają o tym bladego pojęcia, i wywierają dodatni wpływ na rzeczonej Sabbath zmysł estetyki [tak "to" nazwijmy :) ]. Słowem: skreśliła post o ciachach, które Ją kręcą. :D W zakończeniu "zarazę" przekazała "każdej bloggerce, która zechce się zabawić".
Trochę to trwało, ale jestem. ;)

Na wpis o facetach musiałam mieć pomysł. Nie znaczy to bynajmniej, iż sami w sobie nie są wystarczającą inspiracją. Można mieć pewność, że godnego wychwalenia uroku mają aż nadto. I to nie niektórzy, lecz większość.
Poważnie.
Jak nie ciało, to ujmująca osobowość, ciekawy uśmiech, czarujące poczucie humoru, głębokie spojrzenie, erogenny tembr głosu, miły sposób bycia - zawsze coś się znajdzie. No chyba, że nie. ;) Narcyzm, chamstwo, okrucieństwo, umysłowa ociężałość oraz "zwykła" arogancja skreślają nawet najpiękniejszego i nie najgłupszego w jednym.
Poza tym łykam wszystko, bez różnicy wyznania, koloru skóry, grupy krwi, ulubionego gatunku muzycznego oraz przekonań [jakkolwiek popieram hasło "kein Sex mit Nazis" :) ]. No sorry, jestem wszystkożerna. ;>
Co wyjaśniam, by już wkrótce skupić się na sednie konceptu, czyli pięknych panach z reklamy... perfum. :)
Bez ładu i składu, w części przypadków nawet nie znam nazwisk uwiecznionych mężczyzn. Choć.. czy one naprawdę mają jakieś znaczenie? ;)

Koniec lania wody. Do rzeczy!


Niejaki Oriol Elcacho; niestety, z profilu wygląda lepiej, niż en face.



... za to Clive Owen prezentuje się dobrze z każdej strony. :) Ciekawe, czy zostanie mu to na dłużej?



Miła memu oku stylistyka retro, stworzona dzięki modelowi nazwiskiem Forbes March. Tylko nie pytajcie mnie, proszę, który człon to imię. ;)



Bardziej znana twarz Pour un Homme to francuski rugbysta Sébastien Chabal. Mnie przypomina osobliwe skrzyżowanie wampira z wilkołakiem z niesławnego Zmierzchu. ;P Poza tym miło się na niego patrzy. :)



Afrodyta to jedno z najstarszych bóstw greckiego panteonu. Jak myślicie, czy - zważywszy na zaprezentowane okoliczności - ów pan mógłby być jej znacznie młodszym bratem? ;)



Widok śpiącego spokojnie mężczyzny potrafi być rozbrajający. Szczególnie, gdy ów drzemie w stroju Adama. Oczywiście, jeżeli nie ma przy tym sylwetki Ryszarda Ochódzkiego, prezesa Klubu Tęcza. ;) Ten pan na szczęście nie wygląda na krewnego Misia.



Albowiem zbiór bez "twarzy" Eau Sauvage niepełnym będzie. :)



Poszukiwanie perfumowej reklamy z bohaterem w postaci czarnoskórego mężczyzny o wyglądzie NIE-raperskim należało do zadań cokolwiek żmudnych, a i tak nie skończyło się pełnym sukcesem. Ostatecznie zdecydowałam się na jeden tylko fotos, Dieslowego Paliwa, firmowanego sylwetką Djebrila Didier Zongi. Cóż, eksploracje trwają. ;)



Bo James Franco ładnym chłopcem jest. I tyle.



I cóż z tego, że oczęta ewidentnie wyfotoszopowane? I tak są piękne! :)



Norbert Michalke, czyli kolejne wcielenie urody z lekka niedzisiejszej. Tylko troszkę, reszta to stylizacja; ale i tak jest nieźle. :)



Tommy Dunn, czyli dzikość (wysoce) kontrolowana. Bez rewelacji, ale za to mam dosłownie odrobinkę tajemniczego "cosia".



Odrobina optymizmu na co dzień. ;) Bo przecież nie trzeba zaraz odwoływać się do popularnych wzorów na 'męskość kulturową'.



Mamy i kawałek męskiego ciała, sprowadzony do postaci czysto erotycznej. Zarówno "obyczajowo bezpieczny"...



...jak i nie. :) Samuel de Cubber w pełnej krasie. Reklama odważna, co nie powinno dziwić, gdyż za prezentowanym jej kształtem stoi niejaki Tom Ford.



Kategoria "przystojni brzydale" jest zastanawiająco pojemna, zauważyłyście (lub zauważyliście)? Vincent Cassel pasuje do niej jak ulał. :)



Podobnie jak Ned Shatzer. :) Temu panu również lepiej patrzy z jednego oka, konkretnie lewego. ;)



Rozbieraną kampanię, tym razem dla Zirh, zaliczył i David Gandy. W tym przypadku od ciała wolę jednak twarz modela. Znów przez oczy.



I to by było na tyle. To znaczy, na tyLU interesujących Panów pozwala mi serwis Blogger. A właściwie zmieści się jeszcze ze dwóch...

Wzdychać do pięknego Pana, raz zobaczonego w technikolorze (tudzież w Sieci czy gazecie) każdy może. Lecz na wszelki wypadek lepiej nie prosić złotej rybki o jednego takiego z dostawą do domu. Bo co będzie, jeśli przyniesie jego:


albo jego:


W pierwszym przypadku nie minie dzień, a staniemy przed sądem pod zarzutem pedofilii lub dopadnie nas trzynastoletnia córka sąsiadów, by wespół z koleżankami wymierzyć sprawiedliwość. ;) Milczeniem pomijam "walory dodatkowe" w postaci słowiczego głosu współczesnego Farinellego dla ubogich. ;>
W drugim zaś.. woń przypieczonego wołowego łyka nie opuści nas już nigdy. ;>

Dlatego uważajcie. I strzeżcie się Andrzejek! ;P

Łańcuszka nie przekażę. Po prostu przyłączę się do cytowanej prośby Sabb. Mogę, prawda?
___
Dziś Phul-Nana marki Grossmith.

P.S.
Chciałabym podziękować Michałowi Enckiemu oraz Poli. Sami wiedzą, dlaczego [lub przynajmniej powinni :) ].

P.S. 2
Witajcie w nowym roku! :)

piątek, 30 grudnia 2011

Mija kilka dni i znów składamy sobie życzenia

Jako, że jutro nie będę miała okazji, życzenia noworoczne chciałabym złożyć Wam już dzisiaj. :)


Tak więc: w chwili, gdy stary rok nie powiedział jeszcze ostatniego słowa...


...życzę Wam udanego Sylwestra spędzonego w najmilszym gronie,


szampańskiej zabawy (w ścisłym tych słów znaczeniu :) ),


a jeśli przypadkiem urządzacie szaleństwa po własnym dachem życzę, aby pierwszego stycznia ominął Was taki oto widok:


Szczęśliwego Nowego Roku 2012! :)



[i oby starożytni Majowie się mylili ;) ]
___
Dziś noszę Perles od Lalique.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.liveinternet.ru/users/larirka/post198115926/
2.http://lovesrobots.blogspot.com/2010_12_01_archive.html
3. http://bobbinsandbombshells.blogspot.com/2010/12/mid-week-inspiration-plans-for-new.html
4. http://www.thevintagewife.com/2011/01/01/2011-resolutions/
5. http://oldecrowprimitives-janet.blogspot.com/2011/12/happy-new-year.html

czwartek, 29 grudnia 2011

Jaśmin cokolwiek egocentryczny ;)

Skusiłam się na recenzję chyba jedynego, sądząc po spisach opinii "konkurencji", zapachu z Lustrzanej serii Muglera, który dostępny jest w Polsce. Mam tylko nadzieję, że nie opisujemy zawartości jednej i tej samej próbki. ;) Miroir des Envies, Zwierciadło Zachcianek, czyli skrzyżowanie Aliena z... czymś innym. :)


Z czym? Właściwie trudno powiedzieć. Wiem jedynie, jak dokładnie przemyślany, wręcz wystylizowany to zapach. W jego ramach nie ma miejsca na niespodziankę, żadne niedociągnięcia czy przerysowania; wszystko ma być na tip-top. Co jednak nie znaczy, że kompozycja nie należy do ciekawych. :) Wprost przeciwnie: może nie poszerza horyzontów, za to nosi się ją bardzo przyjemnie. A i na szczyptę dziwactwa znajdzie się miejsce. Lecz o niej w swoim czasie.

Na co jeszcze nie można narzekać, to wysoka jakość składników. Może niekoniecznie naturalnych, za to złączonych w miksturę finezyjną, wymyślną, o szerokim stadium tolerowalności, w pewnym stopniu nawet snobistyczną (ograniczona dostępność to jest to! ;) ). Dzięki nim otwierający kompozycję jaśmin, najpierw subtelny, miękki, niczym waniliowa chmurka, apetycznie delikatny stopniowo zyskuje na sile, ciemniejąc i ujawniając odrobinkę ze swego przyrodzonego okrucieństwa. I to właśnie jest kopiowanie "efektu Aliena", szczęśliwie nie zawsze rażące dosłownością.
Zaś jeszcze później aromatyczne kwiecie mięknie, ścieląc się gładko na czymś przymilnym, słodkim. Z dna odbija się i szybuje ku szczytowi piramidy akord jadalny, maślano-biszkoptowy, herbatnikowy a może drożdżowy...? Na takim tle, nadal szykownym jak również małokalorycznym, wystudiowanym, jaśmin odzyskuje odcień wyrazisty, znacznie pikantniejszy niż zazwyczaj.
Jest kuszący, interesujący, acz nie zawsze apetyczny. Niczym lody podawane w laboratoryjnej menzurce: w myśl idei, że za grzechy (przeciw Świętemu Kaloriusowi) trzeba zapłacić.


Za to później niejednoznaczna słodycz cichnie, jaśmin zasycha. A kiedy jest już suchy - schnie jeszcze bardziej. :) Jego soki nadal są wyczuwalne bez najmniejszego problemu, jednak przesuszenie postępuje aż do nuty, której żadnym sposobem nie da rady nazwać "konwencjonalną": oto woń rozgrzanego żelazka.
Czyli mamy niszowość pełną gębą. ;) [mimo, że samą linię Miroir Miroir klasyfikować należy jako butikową] Choć czy na pewno? Ostatecznie kompozycja okazuje się bardzo noszalna, dosyć konwencjonalna, bez trudu zyskująca uznanie nawet najzwyklejszych nosów. ;) A trzeba Wam wiedzieć, że diagnoza dotyczy także "gorącego żelazka", które nie sprawia problemów z identyfikacją. [w pewnej chwili usłyszałam nawet: "Ojej! Pachniesz żelazkiem! Ale pięknie..." :O ;) ]

Cóż, nie sposób ukryć, że fascynuje mnie ta nuta. :) Jest tak dziwna, a przy tym wdzięczna, ułożona ze składników raczej mało rewolucyjnych, bezpiecznych w perfumiarstwie głównego nurtu, iż z miejsca zyskuje sympatię. Szczególnie, że jaśminowa, delikatnie cukiernicza słodycz cały czas tkwi gdzieś na granicy zauważalności, nienazwana, a jednak wyczuwalna dzięki intuicji, prosta. Pojawia się nawet Alienowy plastik czy też "mój" papier czerpany nasączony jaśminowym absolutem, gęsty ale przejrzysty, jasny chociaż ciemny.
Najwyraźniej lubię jaśmin w interpretacji perfumiarzy Muglera. ;)

Dlatego Zwierciadło Zachcianek przypadło mi do gustu; lecz co w tym dziwnego? Kto oparłby się takiej nazwie? ;) Jest piękne, stworzone ze smakiem i znawstwem, może nawet przeestetyzowane. Snów nie burzy, za to przyjemnie jest wiedzieć, że gdzieś tam sobie istnieje i w każdej chwili mogę je mieć, jeśli najdzie mnie ochota.
Aktualnie nie nachodzi. W tej chwili mam jeden perfumowy jaśmin i dobrze mi z nim. :)


Rok produkcji i nos(y): 2008, Christine Nagel oraz Louise Turner

Przeznaczenie: teoretycznie kobiecy, choć "gorące żelazko" umożliwia testy także Panom. :) O typowo Muglerowej mocy oraz na wszelkie okazje.

Trwałość: kilkunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

jaśmin, skóra, akordy jadalne
___
Dziś noszę Sarrasins (czyli jeszcze inny jaśmin ;) ) od Lutensa.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://veganyumyum.com/2007/04/lavender-shortbread/
2. http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/northamerica/usa/7880885/Man-held-mother-hostage-for-not-ironing-clothes.html

środa, 28 grudnia 2011

W kilku zdaniach - raz jeszcze

Słodkie, kobiece, urocze - ot, pachnidła jakich wiele. Z jednym wyjątkiem. A na koniec refleksja.
Do rzeczy:

Boucheron, B

Niewinny, gładki, "śliczny, liryczny i apetyczny..." ;) Jassne.
Pudrowe, słodko-kwiatowe pachnidełko, dosyć banalne, a z pewnością bezpieczne. Dla osób, które boją się zwrócić na siebie uwagę. Mimo to jestem w stanie zaakceptować B w swoim otoczeniu, zapewne z powodu głębokiej nuty paczulowo-przyprawowej na śmietankowym stelażu, dzięki którym bibułkowa różyczka unika styczności z szalejącą groteską upupionej kobiecości.

Skład:
różowy pieprz, osmantus, róża, kwiat pomarańczy, paczuli, drewno cedrowe, drewno sandałowe


M.Micallef, Special Edition

A otóż wspomniany wyjątek [nie na tyle jednak, by doczekał się indywidualnej recenzji]: wszechstronne, słodko-owocowe, wwiercające się w nos nowoczesne aldehydy, inaczej limitowanej wody od Martine M. nie potrafię określić. :) Te "nowoczesne aldehydy" przyplątały się do mnie i twardo siedzą gdzieś w zwojach mózgowych i za nic sobie mają spisy nut, w myśl których winnam oczekiwać raczej ozonowo-kfiatuszkowego banału. Tymczasem nic z tego! :)
Trwałość średnia, emanacja zaskakująco pozytywna, całość w bazie leciutko pudrowa, miękko-orientalna, skrystalizowana w cukier ale wciąż daleko - choć wyraźnie - skoligacona z dawnymi klasykami.
Ogólnie duży plus. :)

Skład:
czerwone owoce jagodowe, jabłko, melon, woda różana (to wyjaśnia cukier), róża, drewno sandałowe, piżmo


Valentino, Rock'n'Rose

Nieco wyżej wspomniałam o upupionej kobiecości: oto ona w pełnej krasie.
Śliczna, słodka dzieweczka po lobotomii wspartej kilkuletnią kuracją elektrowstrząsami: gwarantuję, że jej piękna główka (tudzież reszta ciałka) już nigdy nie skala się ani myślą, ani działaniem. Niczym gumowa lala z otwartymi ustami, tyle że ciepła i elastyczna. ;>
Tych, którzy ją tak urządzili najchętniej widziałabym wysmarowanych świńską krwią oraz porzuconych nago w piwnicy pełnej wygłodniałych szczurów. Co i tak nie byłoby wystarczającą karą: może przedtem jakaś mała kastracyjka? ;>

Okej, już poskramiam krwiożercze zapędy. Po prostu nie rozumiem, jak można było wmówić w kobiety, że są tak niewiele warte, że nie mają własnej siły ni własnego głosu? Że powinny zachwycać się leciuśkimi perfumikami, już na starcie pomyślanymi jako tanie, badziewne ochłapy, bezczelnie jawny sposób na złowienie frajera?
Plastik, papier i tanie barwniki. Troszkę słodyczy, pudru i pseudo-kwiatów rodem z nagrobnych bukietów, nic takiego. Konstrukcja Rock'n'Rose obraża podstawowe skojarzenie z nazwą oraz tytułowe kwiaty.
Nigdy więcej.

Skład:
bergamotka, czarna porzeczka, gardenia, kwiat pomarańczy, konwalia, róża, heliotrop, wanilia, piżmo, drewno sandałowe, inne nuty drzewne


Van Cleef & Arpels, Oriens

Czas uspokoić trochę rozedrgane nerwy. ;)
Przesympatyczny twór spod znaku jubilerów znanych z dobrej ręki do pachnideł na taką okazję nada się znakomicie. :) Nawet jako kolejne wcielenie paczulowej oranżadki, mrocznych czekoladowo-owocowych landrynek, słodkich jak-nie-wiem-co.
Myślę, że ujął mnie jako kolejny nowoczesny, a więc tradycyjnie smakowity, szypr, utkany na bazie malin, porzeczek, jaśminu oraz słodkiego paczuli, którego występowanie już dawno przestało ograniczać się do Angela. Ponadto wyczuwam soczysty ozon, słodkie płatki gardenii a w bazie pobrzmiewa cukierniczy (chociaż pełen wystudiowanego uroku) nugat. Ładny z cukrowym paczuli i bukietem laboratoryjnych kwiatów.
A ponadto dosyć trwały.

Skład:
mandarynka, czarna porzeczka, malina, jaśmin, konwalia, nuty wodne, nuty słoneczne (hę?), białe drewno (?), drewno sandałowe, paczuli, wanilia, pralinki, ambra


Na koniec zaś obiecana myśl.
O erotyce w reklamie powiedziano, napisano, wygłoszono i wykrzyczano już bodaj wszystko. W tej chwili chcę jedynie dorzucić mały kamyczek do feministycznego ogródka. Zastanawiam się, kto w zamyśle ma kupować takie na przykład Rock'n'Rose? Mężczyźni swoim kobietom? Kobiety homoseksualne sobie lub swoim partnerkom? A może uzależnione od lektury portalu Pudelek bądź gazety Party dziewoje, trawione zazdrością o wyfotoszopowane ciała celebrytek?
Czyli: do kogo właściwie skierowany jest plakat promujący mizerię Valentino?
I że co? Goła dupa wszystko sprzeda?

Jeśli tak, domagam się większej ilości nagich męskich ciał w reklamach perfum dla panów! Hej, co jest? Golizna rodem z M7 YSL czy Ikona Zirh to stanowczo za mało! :))
Gimmie more! :D
___
Dziś noszę wspomniane Special Edition.

wtorek, 27 grudnia 2011

W dzień Bożego Narodzenia


...a właściwie w Wigilię tegoż, na Zachodnim Brzegu Jordanu, w palestyńskim mieście Betlejem ulice wypełniają się tłumami mieszkańców, pątników oraz zwykłych turystów. Z całą pewnością nie sposób znaleźć ani jednego miejsca w najmniejszej nawet gospodzie. ;) Czyż to nie ironiczne? ;>
Wszyscy oczekują na kulminacyjny moment obchodów tego, chrześcijańskiego przecież [a czczonego w muzułmańskim głównie mieście], święta: Paradę Bożonarodzeniową.
Drobni handlarze, harcerze, uczniowie przejdą w głośnym i radosnym pochodzie ulicami miasta otoczonego wysokim na osiem metrów, betonowym murem, przez władze Izraela zmienionego w swego rodzaju getto [po raz kolejny pytam: czyż to nie ironiczne? ;> ].
Trudno dziwić się, iż cała społeczność tak przykłada się do uświetnienia okazji, która przyciąga do ich miasta tysiące turystów, którzy przecież muszą gdzieś spać, coś jeść i w ogóle czuć się możliwie najbardziej komfortowo. Rozumiem to, a nawet w pewien sposób podziwiam. Interesujący przykład życiowego pragmatyzmu i to z kilku co najmniej powodów. Lecz roztrząsać ich nie mam zamiaru; kto zechce, domyśli się na własną rękę. :) Interesuje mnie ogólne skojarzenie z Paradą, które w mojej głowie zaczęło krystalizować się po obejrzeniu pewnego telewizyjnego dokumentu.


The Frankincense Trail, Kadzidlany Szlak, zrealizowany dla BBC Two i z pewnością znany każdemu miłośnikowi perfum. :) Jasne, że oglądałam go dzięki uprzejmości pewnego wielce użytecznego portalu przeznaczonego do zamieszczania własnych filmów. I nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. :) Innej możliwości zapoznania się z serią nie miałabym nigdy. W życiu.
Dlatego też obejrzałam ją z wdzięcznością i zainteresowaniem. Pomysł zderzenia zachodniej kobiety z patriarchalną i mocno schematyczną kulturą Półwyspu Arabskiego (co szczególnie jaskrawo przedstawiało się w odcinku o Arabii Saudyjskiej) wydawał się odważny. Lecz wysokie standardy BBC oraz profesjonalizm i klasa Kate Humble, bohaterki i narratorki w jednym, umożliwiły bezpieczne przepłynięcie między wszystkimi rafami.

Być może z racji nagromadzenia kilku mocnych skojarzeń Opus V od Amouage splótł się w mojej głowie z innym genialnym dziełem marki z ojczyzny kadzidła frankońskiego, Jubilation XXV.
I dlatego, wkrótce po początkowym akordzie chłodnego, maślanego irysa w ostatniej póki co części serii Library Collection główną rolę gra składnik, o którym wszelkie spisy nut uparcie milczą: kadzidło.


W pierwszej chwili, a właściwie chwilce dominuje akcent zimnego irysa. Wspominanej tu i ówdzie marchewki nie czuję; to po prostu ostry, krystalicznie-oślizły, sangwiniczny irys. Obiektywnie interesujący, subiektywnie obrzydliwy, odrzucający [i to pomimo zwalczonej niedawno mojej niechęci do wspomnianej nuty], zbyt prosty, zbyt minimalistycznie ś w i e ż y. ;)
Jak to dobrze, iż cała ta paskudność znika po minucie do trzech, zastąpiona przez irys nadal zimny i dosyć obły, lecz już znacznie suchszy, bardziej plastyczny, okraszony miękkimi nutami przypraw. W miarę upływu czasu główna nuta, już nie zimna lecz chłodna, wysmakowana, stopniowo usuwa się w cień, zastępowana przez dymy oraz surowe żywice.

Drewno sandałowe, olibanum, łagodne przyprawy oraz wątły cień irysowego mydełka mieszają się z oudem dziwnym i nad wyraz skromnym. Ponieważ trwa gdzieś z boku, na stronie, spokojnie tworząc dystans, do czego - rozbestwiona wszechwładnymi kompozycjami Montale - przyzwyczajona nie jestem. :) Czasami zastanawiam się, czy za ów miks korzeni z kadzidłem odpowiada irys ze wstydliwym oudem, podparte plastycznym, sypkim cywetem; spis nut każe przychylać się do tej wersji. Sęk w tym, że nie jest zbyt wiele warta, skoro wpadłam na nią dopiero po lekturze nut. :)
Tak więc karty rozdają irys, kadzidło, bliżej niezidentyfikowane przyprawy korzenne oraz delikatne tchnienie cywetu. (delikatny cywet, macie pojęcie?) Proste, estetyczne, z klasą.
Opus Piąte stanowi doskonały przykład dzieła bogatego, orientalnego w sposób nietypowy, przekornie zimnego dzięki pobrzmiewającej do końca nucie igiełkowatego irysa.
W sam raz dla mnie, gdyby nie irytujące otwarcie.

Ciekawy debiut twórcy w świecie "typowej" niszy [choć przecież szlagierowe kompozycje z wyraźnym, oryginalnym charakterem to jego numer popisowy].
Zaś dla ciekawych mam pierwszy odcinek Szlaku Kadzidlanego:


Ciąg dalszy na stronie z YT. Miłego oglądania! :)



Rok produkcji i nos: 2011, Jacques Cavallier

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o dość dużym sillage oraz "stopniu angażowania otoczenia". ;) Cóż, Amouage... :) Na dowolne okazje, byle w dużych pomieszczeniach.

Trwałość: od przeszło dziesięciu godzin do blisko doby

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: irys, rum
Nuta serca: jaśmin, absolut irysowy, róża
Nuta bazy: cywet, oud, nuty drzewne
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.israelnewsagency.com/bethlehemchristmasmassisraelpalestinelivevideo48771223.html
2. http://english.peopledaily.com.cn/90001/90783/91321/6852068.html
3. http://www.dawn.com/2011/12/26/no-room-at-the-inn-as-bethlehem-celebrates-christmas.html

niedziela, 25 grudnia 2011

Choinka przyśniona

Z mojego dzisiejszego snu zapamiętałam tylko przedziwną mieszankę historii o starożytnych i współczesnych niewolnikach. Oraz choinkę, malowaną zielonym tuszem na karcie pergaminu. To był pokręcony sen.
Lecz przynajmniej przywiódł mi na myśl zapach gorący, żywiczny, leśny oraz - przerysowany do granic: Pino Silvestre Classico.


Prawdę mówiąc, wyrazu "przerysowany" użyłam w niewłaściwym kontekście. Ponieważ Classico, znany też jako Original, to sosna przemożna, zimno-ciepła, obłędnie aromatyczna; pełna swoistego wdzięku, a jednak niewiarygodna. Gdybym chciała szukać autentycznej woni lasu, musiałabym doznać zawodu. Omawiana woń jest na to zdecydowanie zbyt ciepła, utopiona w rudym proszku korzennym; mimo wszystko powstała w czasach, kiedy naśladowanie natury nie było priorytetem sztuki perfumeryjnej. [Właściwie ideałem byłaby sytuacja, w której to przyroda naśladuje sztukę, pozwalając człowiekowi dowolnie się modyfikować. ;> ]

W Classico dominującą nutą jest oczywiście chłodne, przesycone żywicą, lekko klejące igliwie aczkolwiek przedstawione w sposób ewidentnie syntetyczny, przekornie wystylizowany. Być może z tego powodu nie drażnią mnie akcenty jałowca, ziół, przypraw i geranium. Całość okazuje się przemyślana, choć pozbawiona cienia wirtuozerii, staranna, ale nie-dystansująca. Zwykła, codzienna, do noszenia. :)
Niekonwencjonalna i bezpretensjonalna (jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi ;) ).
Zapach jasny choć czuję, że gdzieś tam, tuż pod powierzchnią, czai się komplikująca banał ciemność.


Ujawnia się w głębi suchego cedru, słodko-pikantnych drzewnych igłach, ciemnych przyprawach, z których najważniejsze to cynamon oraz kminek a nawet cichutkie widmo kadzidlanego dymu. Zakłóca je wątły acz wysmakowany, optymistyczny dodatek słonawej, lekko skórzanej bergamotki z geranium i eteryczną lawendą.
Z czasem drzewno-ziołowo-przyprawowej dosłowności ubywa, słonych nut pojawia się coraz więcej jednak daje się wyczuć akord miękkiej, zielonej słodyczy. To bób tonka, zręcznie podparty niecielesną ambrą i - dla kontrastu - ciepłym, przyjaźnie animalnym piżmem. W tle mamy pudrowe zioła, sosnowe gałązki oraz powracające jagody jałowca. Już spokojne, wyważone, optymistyczne w sposób raczej mało konwencjonalny.

Jako miłośniczka nurtu vintage jestem zachwycona. Jako przeciwniczka olfaktorycznego minimalizmu także. :) Jako osoba, dla której "naturalność sama w sobie" nie jest zaletą - tym bardziej. Podsumowując: Pino Silvestre Classico to przyjemna, bardzo życiowa, choć niedoceniana kompozycja. O przyzwoitej trwałości i mocy.
Zaskakuje użytecznością.
Ogólnie duży plus. :)

Rok produkcji i nos: 1955 (!), Lino Vidal

Przeznaczenie: w zasadzie uniseks ;) o nienachalnym sillage, a później bliskoskórny. W sam raz na dzień, choć nie jest to norma.

Trwałość: do ośmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna, bazylia, lawenda, jagody jałowca
Nuta serca: geranium, szałwia, goździk (kwiat), sosnowe szyszki, kminek
Nuta bazy: drewno cedrowe, mech dębowy, bób tonka, ambra, piżmo

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://matthewsalomon.wordpress.com/category/don-pagis/
2. http://www.treefullcommunities.com/company.html

Czym pachniała Wam Wigilia?

Jak w tytule: czym pachniał miniony wieczór, nawet, jeśli spędziliście go przed monitorem komputera, zajadając czipsy i popijając piwo? ;) Lub odpoczywając po białym szaleństwie.
W moim przypadku wybór był tematyczny: Messe de Minuit [na okoliczność powrotu ulubionego zmysłu ;) ].
I nie żałuję; śliczne, nieco demoniczne ziołowe kadzidło w takich chwilach sprawdza się idealnie.
___
A w tej chwili - znaleziony pod choinką Bal à Versailles marki Jean Desprez.


Byłabym zapomniała: w czasie świątecznego błogostanu nie zapominajcie o ...