Nie do końca. Najstarsze źródła każą łączyć odpowiedni gatunek krokusów z terenami bliskowschodniego Żyznego Półksiężyca albo basenem morza Śródziemnego, konkretnie z Kretą. Jednak stereotypowo zwykliśmy wiązać go z daleką Azją, z Kaszmirem lub Chinami. W tę stronę podążyły też moje dzisiejsze myśli.
Zazwyczaj kojarzy nam się z czymś delikatnym i nadmiernie rozjaśnionym; no dobrze, mnie się kojarzy. :) Głównie dzięki jednemu z pierwszych olfaktorycznych wcieleń tej przyprawy, które miałam okazję poznać: badziewnemu, słabiuteńkiemu, pozbawionemu ikry Safran Troublant od L'Artisan Parfumeur [jego nazwa to kpina w czystej postaci]. Co jednak, kiedy szafran podać w sosie tyleż pikantnym, co jednoznacznie egzotycznym, w otoczeniu cieni i półcieni wynikających z orientalnego charakteru danego pachnidła? Wówczas owa przyprawa i tak nie stanie się mroczna, nabierze jednak przyjemnej wieloznaczności.
Oczywiście wówczas, gdy szafran dumnie piastuje miano głównego bohatera olfaktorycznej opowieści.
Dziś będzie o dwóch takich przypadkach.
Jako pierwszy Black Saffron od Byredo, pachnidło jednocześnie gęste, lejące się, złocisto-czerwono-pomarańczowe, gorzko-słodkie, łagodnie balsamiczne.
A do tego stanowiące nie całkiem luźne nawiązanie do Rose Anonyme; przy czym obie kompozycje powstały w roku 2012, więc nie całkiem wiadomo kto, od kogo i czy w ogóle zżynał. :) Lecz mniejsza o to. Grunt, że Czarny Szafran to naprawdę przyjemne pachnidło.
Przede wszystkim nie tyle szafranowe, co właśnie oudowo-różane, słodko lejące się, z labdanum i słodyczą soczystych malin (jak przypuszczam...) w miejsce nut znanych z kompozycji Atelier Cologne. Gdzie szafran pełni rolę złocistego, przyjemnie zahaczającego o nos rozświetlacza i ogrzewacza, łagodnie grając z balsamiczną różą oraz stonowanymi woniami ciemnej skóry. Od dołu zaś powoli przebija się niezbyt nachalny oud, pojedyncze nuty szklistego irysa oraz jasna, nęcąca drzewność. No i oczywiście lekka słodycz, płynąca tak z róży, jak i z miazgi bliżej nieokreślonych owoców. Zaś szafran łączy się z drzazgami, stając się bardziej suchym i miękko-słonecznym.
Wszystko dzieje się bez pośpiechu czy spektakularnych fajerwerków, tylko powoli, z namysłem, bliżej ludzkiej skóry. Sugerując nieokreślone acz wyczuwalne, nieprawdopodobne uniwersum azjatyckiej duchowości [jakkolwiek kuriozalnie to brzmi, bo przecież między buddyzmem tybetańskim, szamanizmem, sikhizmem a krajami respektującym wyłącznie islamskie prawo szariatu istnieją kolosalne różnice; ale przypuśćmy, że podobna kondensacja byłaby możliwa], stoickiej oraz odrobinę sennej, uniezależnionej od czasu oraz przestrzeni. Aż do bazy, która jest jeszcze bardziej ciepła, miękka, plastyczna, uformowana z nut drzewnych, resztek labdanum oraz szafranu, już bez soczystych balsamiczności oraz słodyczy. Może nawet trochę zbyt ciepła i miękka; lecz mnie to nie przeszkadza. Może dlatego, że tak bardzo przypadła mi do gustu Rose Anonyme, więc jestem w stanie zachwycić się nawet jej sobowtórem? ;)
Na szczęście drugi z omawianych dziś przypadków, Saffron Rose marki Grossmith, okazuje się znacznie bardziej oryginalny. Więcej w nim przekory, więcej cienia i piekącej goryczy. Jeśli Black Saffron był baśniową abstrakcją na temat azjatyckiej duchowości, Saffron Rose stanowi luźną impresję na temat starożytnych mieszkańców Krety. Według ustaleń archeologów ludu także wywodzącego się z Azji; jak chcą plotki, być może uskuteczniającego rytualny kanibalizm. A może nie, może to tylko wymysł nienawidzących Minojczyków kontynentalnych Greków z Myken czy Aten; przecież poddani mitycznego Minosa byli od Achajów tak różni, jak to tylko możliwe. Dzięki odmiennemu, wschodniemu wyglądowi, standardom estetycznym, może też charakterowi oraz mentalności [by wymienić wyższą niż wśród Greków pozycję kobiet w społeczeństwie]. Co nawiasem mówiąc stanowi kolejny, po opisywanym w nocy Galaad od Lubin, przykład Orientu wczepionego głęboko w europejską tożsamość.
W otwarciu pachnidła uwypuklono mocny, jakby przypalony szafran oraz silną, cokolwiek zbożową słodycz której zapach mnie przywodzi na myśl miód gryczany. Z czasem pojawia się róża, choć bardziej sucha i rozsłoneczniona, niż w przypadku Black Saffron; no i nie aż tak dosłowna. Nie dominuje nad kompozycją, główną rolę przeznaczając suchemu, odymionemu szafranowi w otoczeniu gorzkich nut orientalnych, głównie sandałowca, szczypty gorzkawego cynamonu oraz dobrej jakości cygara. W miarę upływu czasu do nuty tytułowej dołącza niezbyt mocarne wcielenie animalnego agaru, które łącząc się z różą mnie przywodzi na myśl łagodniejszą postać Oudu od Maison Dorin. Natomiast w bazie pojawia się trio labdanum, kastoreum oraz mirry, które razem jawią się jako całość ciemna, wytrawna i miodowa w wyrazie. Może to one stworzyły miód gryczany z otwarcia...? W każdym razie pięknie komponujące się z szafranem oraz różą, otulające ludzką sylwetkę ciężkim, szczelnym, aksamitnym woalem. Niezbyt oryginalne lecz skomplikowane, fascynujące i bez wątpienia dobrze skrojone.
Byredo, Black Saffron
Rok produkcji i nos: 2012, Jérôme Epinette
[czyli ten sam człowiek, który zmajstrował Rose Anonyme. Hmm...]
Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o strukturze aury, w miarę upływu czasu wlepiającej się w ludzką skórę.
Na każdą okazję.
Trwałość: w granicach sześciu-siedmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa
Skład:
Nuta głowy: pomelo, jagody jałowca, szafran
Nuta serca: róża, czarny fiołek, akord skórzany
Nuta bazy: wetyweria, malina, jasne drewno, kaszmeran
Grossmith, Black Label: Saffron Rose
Rok produkcji i nos: 2012, Trevor Nicholl
Przeznaczenie: zapach typu uniseks; początkowo o mocy całkiem sporej (choć sillage krótkim), z czasem redukującej się do ścisłej aury.
Dobór do okazji musicie ustalić sobie sami; dla mnie to pachnidło idealnie uniwersalne choć wiem, że będę w mniejszości. :)
Trwałość: około dziewięciogodzinna
Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa (oraz drzewna)
Skład:
Nuta głowy: cynamon, róża, szafran
Nuta serca: tytoń, mirra, oud, inne nuty drzewne
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno gwajakowe, labdanum, kastoreum, ambra
___
Dziś Vanille od Mony do Orio.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://hepsylone.tumblr.com/post/12331523210
2. http://en.wikipedia.org/wiki/File:Saffron_gatherers_detail_Thera_Santorini.gif
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grossmith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grossmith. Pokaż wszystkie posty
sobota, 30 marca 2013
Czy szafran pochodzi z Azji?
Etykiety:
Byredo,
drzewne,
Grossmith,
nisza,
orientalne,
perfumy,
przyprawowe
wtorek, 8 stycznia 2013
Skarby ukryte w niszy (plus jedno tombakowe świecidełko)
Kilka słów o perfumach dobrych lub wręcz świetnych, które z jakiegoś powodu nie doczekają się pełnoprawnej recenzji: ponieważ nie są w moim typie, więc niczego mi nie mówią; ponieważ są za bardzo w moim typie, więc nie wiem, jak mogłabym o nich opowiedzieć. Lecz żeby nie było zbyt nudno, do grona dołączył jeden średniak. Zapachowy, nie cenowy. ;D
Aedes de Venustas eau de parfum
Zeszłoroczna premiera, drugi z zapachów sygnowanych przez znaną nowojorską perfumerię niszową. Jego poprzednik powstał w roku 2008 i, prawdę mówiąc, na mojej liście zapachów do poznania stał (nadal stoi) znacznie wyżej, niż obecny tu świeżuszek. Ale jak się nie ma, co się lubi... ;)
Nie. Aedes de Venustas edp, zwanego również Signature, nie polubię chyba nigdy. Na to aromat jest zbyt soczysty, zbyt świeży, zbyt mocno wykręcający mój nos i usta wysokim stężeniem ogrodniczych soków: zielonych, niedojrzałych, irytujących. Rabarbar smakuje bosko (nie tylko w towarzystwie cukru), pachnie jednak zdecydowanie gorzej. Czerwona porzeczka wiedźmie dobrze nie kojarzy się nawet kulinarnie. Liście pomidorów pachną nieziemsko, w perfumach też, jednak w ramach Signature edp zmieniają się w jakiś wiecznie świeży, zmutowany kompost [mam wrażenie, że ukąszenie takiego ożywionego kompostu przeistoczyłoby dowolnie wybranego człowieka w anty-superbohatera ;) ]. Zielone jabłuszko ze słodkim wiciokrzewem tylko pogarszają sytuację. Nawet wetyweria cuchnie mi irytującym octem.
Nie, błagam: nie. Nie każcie mi tego dłużej testować. Mogę pachnidło docenić, jednak nie zamierzam przebywać w jego towarzystwie dłużej, niż to konieczne.
Zapach obiektywnie ciekawy, dobrze skonstruowany, godzien uwagi. Subiektywnie: jakiś koszmar.
Skład:
wetyweria, wiciokrzew, rabarbar, czerwona porzeczka, zielone jabłko, liście pomidora, orzech laskowy, kadzidło [hę?]
Armani, Privé: Ambre Soie
Też niekoniecznie mój ulubieniec, jednak przez kontrast z EdV omawiane pachnidło wydaje się niemal skończenie piękne. :)
Zresztą, i tak nie miałabym serca go zgnoić. ;) Ponieważ wiem, jak świetnym dziełem jest Jedwabna Ambra, jak krystaliczna oraz bursztynowo złocista i żywicznie zimna okazuje się, kiedy przyłożyć ją do rozgrzanej ludzkiej skóry. Jak prędko ujawniają się akordy słodkie i pikantne (ech, te przyprawy! wanilia, czarny pieprz, imbir...), gdy pachnidło ściele się na skórze chłodnej.
Jak pięknie skontrastowane, wyrafinowane - naturalne przy całym swoim artystowskim wycyzelowaniu - jak wiotkie i wyraźne jednocześnie. Ambre Soie to najprawdziwsza, nieskłamana Sztuka. Tylko nie całkiem w moim typie. Ale to szczegół, drobniuteńki.
Skład:
imbir, pieprz, paczuli, ambra, goździki (przyprawa), imbir
Grossmith, Black Label: Golden Chypre
Oto i nasz obiecany średniak. ;) Do tego z pewnością nie szyprowy; ani szczególnie złoty.
Takie sobie perfumy. Początkowo przyjemne, lekko przyprawowe, jednolicie a nieinwazyjnie kwiatowe, złożone na postumencie z gładkich, jasnych nut drzewnych w miarę upływu czasu coraz bardziej kwaśne, warzywno-ogródkowe. Takimi pozostają w zasadzie już do samego końca, kiedy najważniejszym składnikiem wydaje się być lubczyk, niewymieniany w składach nut. Co każe mi przypomnieć sobie o Pure marki Boadicea the Victorious.
Dwa lubczyki na jedną, dosyć kosztowną, brytyjską niszę? To o jeden za dużo.
Skład:
gałka muszkatołowa, kardamon, pomarańcza, bergamotka, róża, geranium, paczuli, heliotrop, ambra, piżmo, labdanum, nuty drzewne
Il Profumo, Osmo Scents: Patchouli Noir
Zapach idealny. :) Ziemisty, ciepły, łagodny choć kryjący w sobie pierwotną, tajemną siłę. Głęboki oraz gęsty. Ani słodki, ani wytrawny, nigdy rześki, chociaż i nie przytłaczający ciężarem (nieco wbrew swej gęstej, olejowej konsystencji). Całkowicie oraz niezaprzeczalnie ciemny, od najgłębszej czerni po odcienie szarości oraz ciemnego brązu. Łono Matki Ziemi.
O potężnej mocy oraz trwałości na trzy czwarte doby.
Tak doskonały, że od wielu miesięcy nie wiem, co i jak mogłabym o nim napisać.
Aileen, za prezent w postaci sampla wdzięczna Ci jestem przeogromnie! :*
Skład:
paczuli, nuty kwiatowe, żywiczne oraz drzewne
Ormonde Jayne, Tolu
Balsam tolutański. Rzecz jasna nie sam, a otoczony towarzystewm o dużym stopniu oryginalności. Są tu chyba wszyscy: od lekkiej, wodnistej orchidei przez suchą lecz niezbyt esencjonalną różę po słodkie, prężne pomarańczowe kwiecie. Od szałwii przez jałowiec (w ilości ledwie pozwalającej na rozpoznanie) po żywicę olibanową, która nigdy nie zapłonie jako kadzidło. A do tego przyjemna, niekulinarna, lekko cielesna słodycz ambry.
Lecz i tak najważniejszy wydaje się akcent tytułowy: gorzki, ciemnawy, zimny. Taki, który wymagał ogrzania resztą przyjemnej, wielobarwnej kakofonii.
Lubię Tolu. Choć własnej flaszki nie potrzebuję.
Skład:
kwiat pomarańczy, szałwia, jałowiec, róża, konwalia, orchidea, olibanum, bób tonka, ambra, balsam tolutański
___
Dziś Saffron Rose marki Grossmith. Także miało znaleźć się w powyższym zestawieniu, ale nieoczekiwanie przemówiło do mnie głosem wielkim i mocnym. ;) Więc z opisem się wstrzymałam.
Aedes de Venustas eau de parfum
Zeszłoroczna premiera, drugi z zapachów sygnowanych przez znaną nowojorską perfumerię niszową. Jego poprzednik powstał w roku 2008 i, prawdę mówiąc, na mojej liście zapachów do poznania stał (nadal stoi) znacznie wyżej, niż obecny tu świeżuszek. Ale jak się nie ma, co się lubi... ;)
Nie. Aedes de Venustas edp, zwanego również Signature, nie polubię chyba nigdy. Na to aromat jest zbyt soczysty, zbyt świeży, zbyt mocno wykręcający mój nos i usta wysokim stężeniem ogrodniczych soków: zielonych, niedojrzałych, irytujących. Rabarbar smakuje bosko (nie tylko w towarzystwie cukru), pachnie jednak zdecydowanie gorzej. Czerwona porzeczka wiedźmie dobrze nie kojarzy się nawet kulinarnie. Liście pomidorów pachną nieziemsko, w perfumach też, jednak w ramach Signature edp zmieniają się w jakiś wiecznie świeży, zmutowany kompost [mam wrażenie, że ukąszenie takiego ożywionego kompostu przeistoczyłoby dowolnie wybranego człowieka w anty-superbohatera ;) ]. Zielone jabłuszko ze słodkim wiciokrzewem tylko pogarszają sytuację. Nawet wetyweria cuchnie mi irytującym octem.
Nie, błagam: nie. Nie każcie mi tego dłużej testować. Mogę pachnidło docenić, jednak nie zamierzam przebywać w jego towarzystwie dłużej, niż to konieczne.
Zapach obiektywnie ciekawy, dobrze skonstruowany, godzien uwagi. Subiektywnie: jakiś koszmar.
Skład:
wetyweria, wiciokrzew, rabarbar, czerwona porzeczka, zielone jabłko, liście pomidora, orzech laskowy, kadzidło [hę?]
Też niekoniecznie mój ulubieniec, jednak przez kontrast z EdV omawiane pachnidło wydaje się niemal skończenie piękne. :)
Zresztą, i tak nie miałabym serca go zgnoić. ;) Ponieważ wiem, jak świetnym dziełem jest Jedwabna Ambra, jak krystaliczna oraz bursztynowo złocista i żywicznie zimna okazuje się, kiedy przyłożyć ją do rozgrzanej ludzkiej skóry. Jak prędko ujawniają się akordy słodkie i pikantne (ech, te przyprawy! wanilia, czarny pieprz, imbir...), gdy pachnidło ściele się na skórze chłodnej.
Jak pięknie skontrastowane, wyrafinowane - naturalne przy całym swoim artystowskim wycyzelowaniu - jak wiotkie i wyraźne jednocześnie. Ambre Soie to najprawdziwsza, nieskłamana Sztuka. Tylko nie całkiem w moim typie. Ale to szczegół, drobniuteńki.
Skład:
imbir, pieprz, paczuli, ambra, goździki (przyprawa), imbir
Grossmith, Black Label: Golden Chypre
Oto i nasz obiecany średniak. ;) Do tego z pewnością nie szyprowy; ani szczególnie złoty.
Takie sobie perfumy. Początkowo przyjemne, lekko przyprawowe, jednolicie a nieinwazyjnie kwiatowe, złożone na postumencie z gładkich, jasnych nut drzewnych w miarę upływu czasu coraz bardziej kwaśne, warzywno-ogródkowe. Takimi pozostają w zasadzie już do samego końca, kiedy najważniejszym składnikiem wydaje się być lubczyk, niewymieniany w składach nut. Co każe mi przypomnieć sobie o Pure marki Boadicea the Victorious.
Dwa lubczyki na jedną, dosyć kosztowną, brytyjską niszę? To o jeden za dużo.
Skład:
gałka muszkatołowa, kardamon, pomarańcza, bergamotka, róża, geranium, paczuli, heliotrop, ambra, piżmo, labdanum, nuty drzewne
Il Profumo, Osmo Scents: Patchouli Noir
Zapach idealny. :) Ziemisty, ciepły, łagodny choć kryjący w sobie pierwotną, tajemną siłę. Głęboki oraz gęsty. Ani słodki, ani wytrawny, nigdy rześki, chociaż i nie przytłaczający ciężarem (nieco wbrew swej gęstej, olejowej konsystencji). Całkowicie oraz niezaprzeczalnie ciemny, od najgłębszej czerni po odcienie szarości oraz ciemnego brązu. Łono Matki Ziemi.
O potężnej mocy oraz trwałości na trzy czwarte doby.
Tak doskonały, że od wielu miesięcy nie wiem, co i jak mogłabym o nim napisać.
Aileen, za prezent w postaci sampla wdzięczna Ci jestem przeogromnie! :*
Skład:
paczuli, nuty kwiatowe, żywiczne oraz drzewne
Balsam tolutański. Rzecz jasna nie sam, a otoczony towarzystewm o dużym stopniu oryginalności. Są tu chyba wszyscy: od lekkiej, wodnistej orchidei przez suchą lecz niezbyt esencjonalną różę po słodkie, prężne pomarańczowe kwiecie. Od szałwii przez jałowiec (w ilości ledwie pozwalającej na rozpoznanie) po żywicę olibanową, która nigdy nie zapłonie jako kadzidło. A do tego przyjemna, niekulinarna, lekko cielesna słodycz ambry.
Lecz i tak najważniejszy wydaje się akcent tytułowy: gorzki, ciemnawy, zimny. Taki, który wymagał ogrzania resztą przyjemnej, wielobarwnej kakofonii.
Lubię Tolu. Choć własnej flaszki nie potrzebuję.
Skład:
kwiat pomarańczy, szałwia, jałowiec, róża, konwalia, orchidea, olibanum, bób tonka, ambra, balsam tolutański
___
Dziś Saffron Rose marki Grossmith. Także miało znaleźć się w powyższym zestawieniu, ale nieoczekiwanie przemówiło do mnie głosem wielkim i mocnym. ;) Więc z opisem się wstrzymałam.
Etykiety:
Aedes de Venustas,
Armani,
aromatyczne,
drzewne,
Grossmith,
Il Profumo,
kwiatowe,
nisza,
orientalne,
Ormonde Jayne,
perfumy,
przyprawowe,
świeże
czwartek, 5 stycznia 2012
Fantazjując o Oriencie

U schyłku XIX wieku marka J. Grossmith & Son stworzyła zapach inspirowany "bukietem najprzedniejszych indyjskich kwiatów", Phul-Nana. Wkrótce zresztą okoliła go bogata, jakbyśmy ją dziś nazwali, linia uzupełniająca, zawierająca między innymi mydło, puder do twarzy czy krem, zwany toaletowym. [która to nazwa współcześnie przywodzi na myśl - i Google - raczej pewną chińską restaurację, niż perfumerię. Cóż, w tym przypadku brak elastyczności w odbiorze innych kultur może skutkować "klątwą faraona" (raczej cesarza) i to w sposób aż nadto dosłowny.. ;) ]
Sedno kompozycji miało stanowić zjednoczenie ogrodów: ziołowego i kwiatowego w jedną, ściśle paprociową całość, ponoć rzadką w perfumach dla kobiet. W zasadzie... :) Z pewnością tak właśnie było w czasach zaprzeszłego przełomu wieków, kiedy o Shalimarze, Chanel No. 5 czy choćby Dune nikomu nawet się nie śniło. Więc idea stworzenia damskiego pachnidła, w którym kwiaty stanowią najwyżej pretekst do zagajenia (a najpewniej chwyt marketingowy) spokojnie mogła zostać uznana za odważną, rzecz jasna z punktu widzenia ludzi epoki, przyzwyczajonych do kwiecistej transparentności damskich pachnideł. Zapowiadała się może nie rewolucja, co przyjemne orzeźwienie, kontrastowa, barwna plamka na tle panieńskiej bieli oraz wdowiej czerni. Szczypta dekadencji wśród utytułowanych właścicieli zdrewniałych mózgów i klapek na oczach. [tak, nadal jestem cięta na tę obrzydliwą epokę ;> ]
Misja Grossmithów zakończyła się sukcesem. Bo stworzyli pachnidło inne, niezbyt słodkie, ale też niedosłowne, z pazurem; idealne dla artystycznej bohemy, szeroko rozumianego półświatka tudzież wszelkiej maści ekscentryczek, pragnących nosić zwiewne szaty w nasyconych barwach, zaczytujących się w romansach podróżniczych, tęskniących do krain, gdzie życie można było odczuwać tak intensywnie, jak prażące ziemię są tam promienie słońca. ;) Słowem: stworzono coś w sam raz dla egzaltowanych orientalistek!
Coś w tym jest, bowiem Phul-Nana mimo, że nie powala na podłogę, jest efektownym, dziś niekonwencjonalnym, rzecz jasna ciężkim i "upalnym" pachnidłem. Utrzymane w klimacie własnych czasów, w oderwaniu od których ciężko byłoby je rozpatrywać. A do tego równie indyjskie, co wyobrażenie bladych "imperialnych prowincjuszy" z Wysp Brytyjskich o życiu w koloniach kraju, nad którym słońce nigdy nie zachodzi. Czyli dosyć odległe od prawdy. ;) Co również stanowi jeden z wyznaczników epoki. Orientalizm jako samonapędzająca się wizja. ;)
Omawiana kompozycja od otwarcia aż po, daleki w czasie, finał rzeczywiście wybrzmiewa jako miękki, mocno przypudrowany woal z upojnych kwiatów i, świdrującego nos opiłkami metalu, paczuli. Ten drugi składnik najprościej opisać przez wykluczenie: otóż nie jest słodki, czekoladowy, ale też nie piwnicznie zagrzybiony, nie jednoznacznie ciemny, ale też nie rozświetlony, ani pudrowo gładki, ani spokrewniony z osławioną "zbutwiałą szmatą", ani łatwy, ani trudny. No inny po prostu. :) Dziwny. Staroświecki. Boski.
Tym bardziej, że towarzyszą mu akordy tuberozy i ylang-ylang, sandałowca (pikantnego, stanowczo nie-kremowego) i opoponaksu. Wszystko to jest wyraziste, na wskroś przenikające umysły wszystkich osób w pobliżu, jakkolwiek nie wrzeszczące, skupiające na sobie uwagę bez konieczności podnoszenia głosu. Głębokie, szykowne, irytujące niezachwianą pewnością siebie.
Cudne, ale raczej jako kostium sceniczny niż druga skóra.
Z czasem Phul-Nana nabiera spokojnej, nienachalnie czułej słodyczy, dodatkowo podkreślonej zamszowymi akordami benzoesu i skórzano-słonej bergamotki. Słodki - słony - korzenny, fascynująca triada smaków, w rzeczy samej mało typowa dla nudnych europejskich upodobań [jednak, co zaznaczę po raz kolejny, nie rewolucyjna; dziwna ale zjadliwa, stylizowana a nie autentyczna]. Dzięki niej przykryte staroświeckim pudrem z paczuli i sandałowca kwiaty poczynają układać się w jeden wielki, przytłaczający mocą, bukiet w feerii barw, niemożliwych już do rozdzielenia. Co tu jest jaśminem a co różą, co tuberozą a co ylang-ylang, gdzie skryły się goździki a gdzie kusząca waniliowym poblaskiem orchidea? Czasem okazuje się, iż gdzieś pomiędzy nimi utkwi czerwona główka geranium a gdzie indziej znowu wątłą acz dzielną pierś wyprężą kolendra z kardamonem.
Faktycznie, kwiatów ci tutaj dostatek. :)
Mieszanina nie brzydnie nawet wówczas, gdy z całej przebogatej gamy zapachowej pozostanie paczulowo-sandałowcowy postument, tu i ówdzie przystrojony spływającymi miękko w dół girlandami z waniliny i eugenolu. Jest piękny, ponieważ opowiada o świecie dawno minionym, który my, dzieci XXI wieku znamy wyłącznie dzięki poszlakom. Phul-Nana to jedna z nich. :)
Rok produkcji i nos: (1891) 2010, (John Grossmith) Trevor NichollPrzeznaczenie: ciepły, intensywny zapach stworzony z myślą o kobietach choć testy na męskiej skórze mogłyby okazać się nad wyraz owocne. Początkowo wyrazisty, z czasem nieco bliższy skórze, na wszelkie okazje i raczej dla odważnych. :)
Trwałość: od blisko dziesięciu do ponad dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (i kwiatowa)
Skład:
ylang-ylang, tuberoza, neroli, geranium, pomarańcza, bergamotka, benzoes, drewno cedrowe, drewno sandałowe, benzoes, opoponaks, paczuli, wanilia, bób tonka
___
W tej chwili Magnolia Romana (G.? ;> ) od Eau d'Italie, a wcześniej Amouage Opus III.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://abloomsburylife.blogspot.com/2009_05_01_archive.html
2. http://artbrokerage.com/artist/Philippe-Noyer/Woman-in-Colonial-India-30959
czyli Kobieta w kolonialnych Indiach autorstwa Philippe'a Noyer.
Etykiety:
aromatyczne,
Grossmith,
kwiatowe,
nisza,
orientalne,
perfumy
sobota, 12 listopada 2011
Czyżby szypr doskonały?
Jaki powinien być szypr idealny?
W mojej interpretacji musi spełniać trzy podstawowe warunki. Więc po pierwsze: ciężar gatunkowy; perfumy szyprowe nigdy i pod żadnym pozorem nie powinny być ekwiwalentem elektronicznych odświeżaczy powietrza, uwalniających przyjemny aromat w regularnych odstępach czasu. ;) W życiu! Doskonały szypr musi być ciężki.
Lecz jednocześnie powinien zawierać w sobie tę nieopisaną nieuchwytność, nieziemski blask, eteryczną zwiewność, rodzaj ponadrzeczywistej radości; to dzięki nim pachnidła szyprowe zyskują typową dla siebie niechęć do ujawniania sekretów, niemożność kategorycznego zdefiniowania zespołu cech swojego rodzeństwa. Mają napełniać nas radością, której jesteśmy pewni, choć której źródła nie potrafimy (i nie chcemy) zlokalizować przekonani, iż pochodzi ona z naszego wnętrza. Muszą być soczewką skupiającą w sobie cały nasz przyrodzony czar. :)
Idealny szypr ma za zadanie nieść się w świat lekko, acz wyraziście, jak mit fascynujący i jak baśń niejasny.
Ostatnią z cech już zdążyłam zasygnalizować. ;) Obok ciężaru i blasku, jest nią trudność ze zdefiniowaniem "szyprowości jako takiej" a więc także - pełna i niekłamana subiektywność w jego postrzeganiu; specyficzna dla każdego odbiorcy dzieł olfaktorycznych. I to właśnie jest ta cecha szyprów, z którą nikt nie powinien dyskutować. Umowność i ulotność wrażeń winny być kluczem do zrozumienia, nigdy wytrychem pachnącego watażki.
Oto cechy idealnego szypru w klasyfikacji wiedźmy. ;) Ciężar, świetlistość oraz nieuchwytność [zauważyliście oksymoroniczność? ;)) ] W idealnych proporcjach, w doskonałym stężeniu znajduję je w całkiem sporej ilości pachnących wód: Soir de Lune od Sisley, Royal English Leather marki Creed, Memoir Woman od Amouage, Mitsouko od Guerlain... Długo by wymieniać. Zbyt długo, obawiam się. :) Zdaje się, że przy szyprach tracę zdolność krytycyzmu.
Dlatego dziś opiszę kolejny z nich, doskonały do zilustrowania pogody ostatnich dni: promieni słonecznych, spływających z czystego nieba ku zmrożonej ziemi. Czytając opis marketingowy mojego dzisiejszego bohatera w życiu nie domyślilibyście się takiego przeznaczenia! :)
Hasu-no-Hana marki Grossmith.
Wszak kompozycja trafiła znów do handlu jako kwintesencja "wyszukanej znakomitości i uroku najświetniejszych kwiatów Japonii". Krótko a wulgarnie mówiąc: niesławne 'kwiatki-sratki'. Do tego jeszcze sprzężone z chłodną, ascetyczną, wysmakowaną Japonią, której bliższe jest sangwiniczne i arystokratyczne Kyoto od Comme des Garçons, lecz nie głośne, wielotorowe, drenujące nozdrza pudry.
Zatem wszystko staje się jasne. Brawa dla tria Brooke & Brooke & Melchio! :) Konwencja została zachowana. Oto Japonia nie realistyczna, lecz taka, jaką chciałyby ją widzieć dziewiętnastowieczne elity europejskie. Doskonały przykład olfaktorycznego orientalizmu.
Choć, jak już się pewnie domyślacie, bardzo sympatyczny; skreślony po mistrzowsku, do tematu podchodzący z należytą powagą, dobrze ułożony, niedzisiejszy. Krótko mówiąc: niemal bez wad.
Jego największą zaletą jest zaś - ostre, sypkie, stężone bogactwo.
Kompozycję otwiera głos mocny i czysty: wysuszona słońcem, okryta paczulowym pudrem, miękko podbita skórzaną bergamotką wetyweria. Wetyweria wprost znakomita; idealna w świecie kompozycji stereotypowo damskich. Towarzyszą jej bujne kwiaty, w typie czerwonej róży, ciepłego jaśminu oraz słodkiej orchidei. Są wielkie wielkością bezsporną, może nawet jedynowładczą.
Jednak pomimo tego do głosu szybko dochodzi zimny irys, stworzony ze szklanych okruchów, ostry, stojący w opozycji do akordów typowo orientalnych, coraz bardziej gorących. Właśnie ów dwugłos stanowi o sednie środkowego stadium utworu. Suchość zyskuje na sile, wzmożona przez mech dębowy, gorąco rozprzestrzenia się po skórze, poganiane "nieheblowanym" sandałowcem oraz przyprawami korzennymi, pieprzową różą, paczuli, które z pudrowego awansowało na metaliczne, z silną domieszką żelaznych opiłków. Od czasu do czasu przypomina o sobie nuta słodka, lekka, dziewczęca w jawnej prostolinijności.
Natomiast o skomplikowanej, przemożnej urodzie finału świadczą przemieszane ze sobą przyprawy (chilli, szafran, gałka muszkatołowa, pieprz), opiłki paczuli, wetyweria, mroźny irys oraz róża. Wszystko razem utarte na jednolity proszek, żywy i o mocy tabaki. ;) Żeby jednak nie było zbyt monotonie pojawia się kontrapunkt. Pojawia? Nie, on już jest i to od dawna, lecz dopiero teraz ukazuje się nam w całej chwale. To lekka, zielonkawa słodycz bobu tonka, orchidei waniliowej, ylang-ylang; miękka, jasna, lecz daleka od skojarzeń jadalnych. Zaś nad wszystkim sprawuje pieczę znany, lubiany i sprawdzony po wielokroć tandem drewna sandałowego i cedrowego.
Dzięki nim całość jest klasyczna, nieco ekscentryczna, głośna, ale też wciągająca, z lubością zadająca kolejne zagadki. Nigdy nudna, zawsze - piękna.
Gdyby tylko nie dusiła otoczenia..! [ponieważ mocą Hasu-no-Hana może się równać z gigantami, jak Cinnabar lub Jubilation XXV] Co niniejszym uznaję za jedyną (poza dostępnością oraz ceną ;) ) wadę omawianego pachnidła.
Szypr idealny?
Chyba jednak nie, choć do doskonałości brakuje śmiesznie mało.
Rok produkcji i nos: (1888) 2010, (John Grossmith) Richard Melchio
Przeznaczenie: mocny, wyrazisty zapach teoretycznie dla kobiet, choć dziś bez problemu mógłby zostać uznany za uniseks. O dużej sile rażenia, więc do małych pomieszczeń raczej nie polecam. :) Ryzyko migren! Przed szalonymi zakupami w ciemno koniecznie przetestujcie.
Trwałość: około dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: orientalno-szyprowa (a także kwiatowa)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, gorzka pomarańcza
Nuta serca: irys, jaśmin, ylang-ylang, tynktura różana, mech dębowy
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, bób tonka, wetyweria, paczuli
___
Po prysznicu to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://jeanleonegerome.blogspot.com/2008/08/japanese-imploring-divinity.html
2. http://www.dopw.us/blog/2010/02/01/japan/
W mojej interpretacji musi spełniać trzy podstawowe warunki. Więc po pierwsze: ciężar gatunkowy; perfumy szyprowe nigdy i pod żadnym pozorem nie powinny być ekwiwalentem elektronicznych odświeżaczy powietrza, uwalniających przyjemny aromat w regularnych odstępach czasu. ;) W życiu! Doskonały szypr musi być ciężki.
Idealny szypr ma za zadanie nieść się w świat lekko, acz wyraziście, jak mit fascynujący i jak baśń niejasny.
Ostatnią z cech już zdążyłam zasygnalizować. ;) Obok ciężaru i blasku, jest nią trudność ze zdefiniowaniem "szyprowości jako takiej" a więc także - pełna i niekłamana subiektywność w jego postrzeganiu; specyficzna dla każdego odbiorcy dzieł olfaktorycznych. I to właśnie jest ta cecha szyprów, z którą nikt nie powinien dyskutować. Umowność i ulotność wrażeń winny być kluczem do zrozumienia, nigdy wytrychem pachnącego watażki.
Oto cechy idealnego szypru w klasyfikacji wiedźmy. ;) Ciężar, świetlistość oraz nieuchwytność [zauważyliście oksymoroniczność? ;)) ] W idealnych proporcjach, w doskonałym stężeniu znajduję je w całkiem sporej ilości pachnących wód: Soir de Lune od Sisley, Royal English Leather marki Creed, Memoir Woman od Amouage, Mitsouko od Guerlain... Długo by wymieniać. Zbyt długo, obawiam się. :) Zdaje się, że przy szyprach tracę zdolność krytycyzmu.
Dlatego dziś opiszę kolejny z nich, doskonały do zilustrowania pogody ostatnich dni: promieni słonecznych, spływających z czystego nieba ku zmrożonej ziemi. Czytając opis marketingowy mojego dzisiejszego bohatera w życiu nie domyślilibyście się takiego przeznaczenia! :)
Hasu-no-Hana marki Grossmith.
Wszak kompozycja trafiła znów do handlu jako kwintesencja "wyszukanej znakomitości i uroku najświetniejszych kwiatów Japonii". Krótko a wulgarnie mówiąc: niesławne 'kwiatki-sratki'. Do tego jeszcze sprzężone z chłodną, ascetyczną, wysmakowaną Japonią, której bliższe jest sangwiniczne i arystokratyczne Kyoto od Comme des Garçons, lecz nie głośne, wielotorowe, drenujące nozdrza pudry.Zatem wszystko staje się jasne. Brawa dla tria Brooke & Brooke & Melchio! :) Konwencja została zachowana. Oto Japonia nie realistyczna, lecz taka, jaką chciałyby ją widzieć dziewiętnastowieczne elity europejskie. Doskonały przykład olfaktorycznego orientalizmu.
Choć, jak już się pewnie domyślacie, bardzo sympatyczny; skreślony po mistrzowsku, do tematu podchodzący z należytą powagą, dobrze ułożony, niedzisiejszy. Krótko mówiąc: niemal bez wad.
Jego największą zaletą jest zaś - ostre, sypkie, stężone bogactwo.
Kompozycję otwiera głos mocny i czysty: wysuszona słońcem, okryta paczulowym pudrem, miękko podbita skórzaną bergamotką wetyweria. Wetyweria wprost znakomita; idealna w świecie kompozycji stereotypowo damskich. Towarzyszą jej bujne kwiaty, w typie czerwonej róży, ciepłego jaśminu oraz słodkiej orchidei. Są wielkie wielkością bezsporną, może nawet jedynowładczą.
Jednak pomimo tego do głosu szybko dochodzi zimny irys, stworzony ze szklanych okruchów, ostry, stojący w opozycji do akordów typowo orientalnych, coraz bardziej gorących. Właśnie ów dwugłos stanowi o sednie środkowego stadium utworu. Suchość zyskuje na sile, wzmożona przez mech dębowy, gorąco rozprzestrzenia się po skórze, poganiane "nieheblowanym" sandałowcem oraz przyprawami korzennymi, pieprzową różą, paczuli, które z pudrowego awansowało na metaliczne, z silną domieszką żelaznych opiłków. Od czasu do czasu przypomina o sobie nuta słodka, lekka, dziewczęca w jawnej prostolinijności.
Natomiast o skomplikowanej, przemożnej urodzie finału świadczą przemieszane ze sobą przyprawy (chilli, szafran, gałka muszkatołowa, pieprz), opiłki paczuli, wetyweria, mroźny irys oraz róża. Wszystko razem utarte na jednolity proszek, żywy i o mocy tabaki. ;) Żeby jednak nie było zbyt monotonie pojawia się kontrapunkt. Pojawia? Nie, on już jest i to od dawna, lecz dopiero teraz ukazuje się nam w całej chwale. To lekka, zielonkawa słodycz bobu tonka, orchidei waniliowej, ylang-ylang; miękka, jasna, lecz daleka od skojarzeń jadalnych. Zaś nad wszystkim sprawuje pieczę znany, lubiany i sprawdzony po wielokroć tandem drewna sandałowego i cedrowego.
Dzięki nim całość jest klasyczna, nieco ekscentryczna, głośna, ale też wciągająca, z lubością zadająca kolejne zagadki. Nigdy nudna, zawsze - piękna.
Gdyby tylko nie dusiła otoczenia..! [ponieważ mocą Hasu-no-Hana może się równać z gigantami, jak Cinnabar lub Jubilation XXV] Co niniejszym uznaję za jedyną (poza dostępnością oraz ceną ;) ) wadę omawianego pachnidła.
Szypr idealny?
Chyba jednak nie, choć do doskonałości brakuje śmiesznie mało.
Rok produkcji i nos: (1888) 2010, (John Grossmith) Richard MelchioPrzeznaczenie: mocny, wyrazisty zapach teoretycznie dla kobiet, choć dziś bez problemu mógłby zostać uznany za uniseks. O dużej sile rażenia, więc do małych pomieszczeń raczej nie polecam. :) Ryzyko migren! Przed szalonymi zakupami w ciemno koniecznie przetestujcie.
Trwałość: około dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: orientalno-szyprowa (a także kwiatowa)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, gorzka pomarańcza
Nuta serca: irys, jaśmin, ylang-ylang, tynktura różana, mech dębowy
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, bób tonka, wetyweria, paczuli
___
Po prysznicu to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://jeanleonegerome.blogspot.com/2008/08/japanese-imploring-divinity.html
2. http://www.dopw.us/blog/2010/02/01/japan/
czwartek, 20 października 2011
Za siedmioma górami, za siedmioma lasami...
...był sobie Książę, który poślubił Kopciuszka.
Żyli długo i szczęśliwie i było im zielono. ;)
KONIEC!
Wszyscy lubimy bajki. Do tego stopnia, iż rozkoszujemy się sytuacjami, które z bajkami bywają zbieżne; im podobieństwo silniejsze, tym mocniej je podkreślamy.

Czego doskonały przykład mieliśmy okazję podpatrzeć pewnego piątkowego przedpołudnia pod koniec kwietnia tego roku. :) Całe Zjednoczone Królestwo stanęło na baczność z okazji ślubu pierworodnego syna tamtejszego następcy tronu [czyli następcy następcy ;) ] z "dziewczyną z ludu".
Dziwny to "lud", skoro pannę młodą od pana młodego dzieli jedynie pochodzenie społeczne [w odróżnieniu od stanu posiadania, wykształcenia, kręgu przyjaciół oraz paru innych, jakże mało istotnych, szczegółów]. Generalnie odczucia odnośnie "sprawy" dzielę z Ludwikiem Stommą, wyjąwszy kilka jego felietonowych uproszczeń.
Czy jest w tym coś złego?

Cóż mogę poradzić na to, że miłośnikom historii baśniowych do gustu powinny przypaść raczej koronowane historie skandynawskie? Zarówno norweska, rozpoczęta w 2001 roku, gdy następca tronu poślubił "zwykłą dziewczynę" a do tego samotną, niezamężną matkę, jak i szwedzka, gdzie niezważanie na "linię dynastyczną" nie tylko powoli staje się tradycją rodu Bernadotte, ale też - co nie dziwi w kraju znanym z równouprawnienia płci - Kopciuszek młodszego pokolenia okazał się mężczyzną. :)
Oto powody, dla których nie kupuję "bajkowej ideologii", stworzonej wokół historii Kate i Williama. Bo przecież można bardziej. :) Co nie znaczy, że nowożeńcom nie życzę wszystkiego najlepszego. Sęk w tym że, bardziej niż na nich samych, skupiam się na setkach ludzi, których zaangażowano w przygotowanie ceremonii oraz milionach, które śledziły ją z zapartym tchem; tak na żywo, jak i za pośrednictwem kamer telewizyjnych.
Ponieważ te miliony znalazły powód, by choć na jeden dzień wyrwać się z szarej codzienności. Ponieważ te miliony cieszyły się szczerze i spontanicznie. Ponieważ igrzyska naprawdę są potrzebne równie mocno, co chleb.
Taka jest prawda; czy nam się podoba, czy nie.

Zatem do ceremonii królewskich zaślubin podeszłam z dużym dystansem; nie oglądałam jej, nie sprawdzałam doniesień prasowych, szybko o niej zapomniałam. Tak byłoby do dziś, gdybym pewnej nocy nie włączyła telewizora.
Trafiłam na film dokumentalny, pokazujący "ślub stulecia" (już czternasty... ;) ) przez pryzmat uczuć zwykłych Brytyjczyków. Mogłam zobaczyć żywe emocje, nadzieje, wątpliwości gospodyń domowych, bezdomnego, uczuciowej drag queen, ortodoksyjnej muzułmanki, nawet grupy anarchistów, którzy urządzili sobie anty-przyjęcie pod hasłem "śmierć monarchii" oraz kilku innych osób. Mogłam posłuchać ich zwierzeń, spojrzeć na dzień królewskiego ślubu ich oczami.
Było to całkiem cenne przeżycie. Pokazało, iż za napompowanym balonem kryją się prawdziwi ludzie, którzy do tego dnia przywiązywali duże znaczenie. To właśnie na ich barkach postanowiłam położyć moją dzisiejszą recenzję. :)

Czy jest jeszcze ktoś, kto dobrnął aż tutaj, a do tego odgadł, o jakim pachnidle będzie mowa? ;) Informacje o nim ujrzały światło dzienne wkrótce po ceremonii. Wszyscy maniacy perfum i baśni czekali na informację: czym pachniała panna młoda?
Doczekali się. Illuminum, druga marka Michaela Boadiego ma na swoim koncie perfumy o nazwie White Gardenia Petals. Zwykłe pachnidło za 70 funtów, żadne nie-wiadomo-co. Kolejne nawiązanie do "dziewczyny z ludu"?
Trudno powiedzieć. Ważne, że tuż po poznaniu Płatków Gardenii wiedziałam, iż rozumiem księżnę Cambridge. :) Bez problemu.
Miałam bowiem do czynienia z dziełem po prostu ładnym: słodkim, optymistycznym, dziewczęcym, jak również, co chyba było największą jego w kontekście wydarzenia zaletą - spokojnym.
Chyba nawet aż za spokojnym. Ponieważ mam podstawy podejrzewać, czy zapach przetrwał na skórze panny młodej przez cały dzień. Lecz nie to jest istotne.
Najważniejsze, jak też White Gardenia Petals sprawuje się na skórze.
A tu narzekać nie można. Ponieważ otwarcie jest doprawdy bardzo, bardzo ładne [celowo unikam słowa "piękne", ponieważ mimo wszystko woń nie zachwyca]. Mocna, jasna gardenia miesza się z mleczkiem kokosowym oraz lekkimi nutami drzewnymi, dając mieszankę prostą, lekką i ciepłą, mocą i charakterem zbliżoną do Sensuous Estée Lauder lub mojego (ostatnimi czasy zaniedbywanego) ulubieńca, czyli Anaïs Anaïs od Cacharel.
Z czasem podobieństwo do drugiej z kompozycji staje się wyraźniejsze. Przede wszystkim za sprawą eterycznych, choć niezbyt zmysłowych, białych kwiatów. Konwalia, ylang-ylang, jaśmin, kapka jasnopłatkowej róży - wszystkie pozwalają kokosowi odejść w cień, zastępując go nieco żywicznymi woniami jasnego miodu, jednocześnie słodkiego i lekko ostrego, pachnącego woskiem, o igiełkowej strukturze.
Co trwa aż do finału, kiedy to kwiaty scalają się w jeden bukiet (i odtąd już jako "bukiet" występują), miód przechodzi w cielesną, acz nienachalną, ambrę rodem z Ambre Gris od Balmain oraz świetliste, ożywcze akcenty metaliczne. Drobniutkie, żarzące się iskry uciekają spod kowalskiego młota lub uwalniają się podczas spawania jednej z wielu metalowych konstrukcji, by później spaść na kwiatowo-słodko-drzewną masę jako żelazny pył. A wszytko nadal jest mocno kwiatowe, waniliowo-ambrowe, kobiece. Proste i bezpretensjonalne. W sam raz na ważny dzień wejścia do jeszcze ważniejszej rodziny.
Tutaj też pojawia się największy minus kompozycji, mój największy wobec niej zarzut. Nie tylko jest mało trwała, ale również podejrzanie niemrawa. Szybko wczepia się w skórę, staje się mocno zachowawcza, spokojna, cicha; zupełnie, jakby bała się ujawnić swój żywy charakter, ujmujące poczucie humoru lub intelektualne konotacje. Jakby wstydziła się samej siebie. Jakby zabroniono jej podejmowania szeregu działań.
Raz jeszcze etykieta wzięła górę nad indywidualizmem. A tego nie lubię, oj nie lubię!

Dlatego też [a także, by nieco Was podręczyć gługaśnym postem ;> ] postanowiłam uzupełnić dzisiejszy wpis o bardziej wyrazistą, równie artystyczną oraz inteligentną woń, w dalszym ciągu pozostając w granicach Wielkiej Brytanii. Wszak bajka nie powinna kończyć się słowami: "żyli ze sobą cicho i monotonnie". ;)
J. Grossmith & Son to nazwa perfumiarskiej manufaktury założonej w 1835 roku. Inspiracją dla familii perfumiarzy - jednych z wielu oficjalnych królewskich dostawców pachnideł, pozostawały kultury dalekie i niezbyt zrozumiałe, od Japonii przez Indie po im współczesny Egipt. Kilka lat temu Simon Brooke, potomek rodziny, wpadł na pomysł wskrzeszenia marki. W dostosowaniu wiktoriańskich receptur do potrzeb XXI wieku pomógł mu Roja Dove, zaś piękne kryształowe flakony powstały w hutach Baccarata.
I tak ciężkie, niedzisiejsze, zachwycające pachnidła sygnowane nazwiskiem Grossmith ponownie ujrzały światło dzienne.
Jedno z nich wykazuje znaczne podobieństwo do "królewskiego" White Gardenia Petals: to Shem-el-Nessim, którego nazwa pochodzi od arabskiego Festiwalu Wiosny, celebrowanego wzdłuż brzegów królewskiego [raz jeszcze ;) ] Nilu.

Właściwie przez cały czas przebywania Shem-el-Nessim na ludzkiej skórze nie trzeba wcale się trudzić, by trafnie odszyfrować jego szacowne korzenie. Nie współczesne to perfumy ani nie z epoki olfaktorycznego modernizmu Chanel No.5 i Shalimara pochodzące.
Kompozycję oparto na mocnych, spiżowych podstawach szlachetnego drewna, florenckiego irysa oraz paczulowego pudru. Całość jest kwiatowa, ciężka, wysublimowana. "Interesująca", jakby powiedział dobrze wychowany Brytyjczyk. ;P
A jednak mnie, oddanej miłośniczce perfumowych staroci tudzież innych niepokornych dziwadeł bardzo przypadła do gustu.
W przypadku Shem-el-Nessim trudno mówić o liniowym przebiegu, nie sposób dociekać następstwa kolejnych nut oraz odcieni. To perfumy trącące myszką, skomplikowane, wymagające; wybredne i dla wybrednych skomponowane. Doprawdy niecodzienne.
Do cna przepełnione woniami przypraw, upojnych kwiatów, drewna i składników odzwierzęcych. W początkach ostre, nieco metaliczne i przyprawowe, kręcące w nosie mieszanką cynamonu, sproszkowanych goździków oraz anyżu, splecionych z wonią kwiatów. Te są mocne, sprężyste i rozświetlone; neroli, róża, heliotrop, jaśmin czy wspomniany irys, ostry i ziemisty, dokładają się do wspólnej puli, czyniąc kompozycję bardziej ciepłą, nawet trochę aksamitną.
To jest chwila, w której Shem-el-Nessim staje się podobny do młodszego poprzednika (jakkolwiek śmiesznie to brzmi :) ). Nieco bardziej pastelowy, ciepły, otulony opływowymi kształtami wyrytymi w cedrze i sandałowcu oraz bardzo pudrowy, buduarowy. Wiem, że za ów efekt odpowiada paczuli w ujęciu tak niecodziennym, staroświeckim, iż z miejsca zyskało sobie moją miłość. Jest w mieszaninie także sporo słodyczy dymnej, waniliowej albo tonkowej a także przewrotna, łamiąca schemat czystość. To mydlany puder, piżmo w otoczeniu setki innych składników, proste i chwytające za serce.
Z czasem do opisanego miszmaszu, pozornego bezładu, iście barokowego przeładowania dołącza, czy też: ujawnia się, skryta dotąd za przemożnymi kwiatami, woń świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Wyobraźcie sobie tylko: stare potpourri, szlachetne gatunki drewna, przyprawy, paczulowy puder niczym z puderniczki prababci, metaliczny irys, piżmowe szare mydło a na to wszystko pieprz. To po prostu MUSI przyciągać uwagę. :)
Trudne, niezwykłe, jakże inne od współczesnych "fast perfumes", nijakich zapaszków celebrujących człowieczą nijakość.
Trwałe, silne, ciągnące się przed i długo po przejściu uperfumowanej osoby. To oczywiste, czemu Shem-el-Nessim nie mógłby przejść przez gęste sito etykiety dzisiejszego brytyjskiego dworu: nikt nie lubi czuć na plecach oddechu konkurencji, bez różnicy, robotnikiem jest czy królową. ;>
Shem-el-Nessim jest zbyt wyraziste, za bardzo "jakieś". Dla jednych niedopuszczalne, dla mnie - skończenie piękne.
Illunimum, White Gardenia Petals
Rok produkcji i nos: 2011, Michael Boadi (?)
Przeznaczenie: słodki, bezpretensjonalny i bliskoskórny zapach dla kobiet; nie tylko na śluby i wesela. ;) O słabej emanacji.
Trwałość: w porywach do czterech godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowa
Skład:
Nuta głowy: gardenia
Nuta serca: konwalia, ylang-ylang, jaśmin
Nuta bazy: ambra, nuty drzewne
Grossmith, Shem-el-Nessim
Rok produkcji i nos: (1906) 2010, (John Grossmith) Trevor Nicholl
Przeznaczenie: bardzo mocny, trudny zapach stworzony dla kobiet, choć myślę, że skomplikowana struktura S-e-N ułatwi testy wszystkim mężczyznom. :) Olbrzymi sillage, dzięki któremu kompozycja nie nadaje się do małych pomieszczeń i pracy umysłowej. :) Istnieje ryzyko migren [choć mnie ich oszczędzono].
Trwałość: olbrzymia, bo przeszło dobowa
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna (oraz piżmowa)
Skład:
bergamotka, neroli, geranium, jaśmin, róża, ylang-ylang, kłącze irysa, heliotrop, irys, paczuli, wanilia, drewno cedrowe, drewno sandałowe, piżmo
___
Dziś noszę Shem-el-Nessim właśnie. :)
P.S.
Ilustracje królewskiego ślubu pochodzą z następujących stron:
1. http://www.telegraph.co.uk/news/uknews/royal-wedding/live/8466247/Royal-wedding-live.html
2. http://totallycoolpix.com/2011/04/the-royal-wedding-the-preparations/
3. http://blogs.denverpost.com/captured/2011/04/27/captured-preparations-for-the-royal-wedding/4411/
Żyli długo i szczęśliwie i było im zielono. ;)
KONIEC!
Wszyscy lubimy bajki. Do tego stopnia, iż rozkoszujemy się sytuacjami, które z bajkami bywają zbieżne; im podobieństwo silniejsze, tym mocniej je podkreślamy.
Czego doskonały przykład mieliśmy okazję podpatrzeć pewnego piątkowego przedpołudnia pod koniec kwietnia tego roku. :) Całe Zjednoczone Królestwo stanęło na baczność z okazji ślubu pierworodnego syna tamtejszego następcy tronu [czyli następcy następcy ;) ] z "dziewczyną z ludu".
Dziwny to "lud", skoro pannę młodą od pana młodego dzieli jedynie pochodzenie społeczne [w odróżnieniu od stanu posiadania, wykształcenia, kręgu przyjaciół oraz paru innych, jakże mało istotnych, szczegółów]. Generalnie odczucia odnośnie "sprawy" dzielę z Ludwikiem Stommą, wyjąwszy kilka jego felietonowych uproszczeń.
Czy jest w tym coś złego?
Cóż mogę poradzić na to, że miłośnikom historii baśniowych do gustu powinny przypaść raczej koronowane historie skandynawskie? Zarówno norweska, rozpoczęta w 2001 roku, gdy następca tronu poślubił "zwykłą dziewczynę" a do tego samotną, niezamężną matkę, jak i szwedzka, gdzie niezważanie na "linię dynastyczną" nie tylko powoli staje się tradycją rodu Bernadotte, ale też - co nie dziwi w kraju znanym z równouprawnienia płci - Kopciuszek młodszego pokolenia okazał się mężczyzną. :)
Oto powody, dla których nie kupuję "bajkowej ideologii", stworzonej wokół historii Kate i Williama. Bo przecież można bardziej. :) Co nie znaczy, że nowożeńcom nie życzę wszystkiego najlepszego. Sęk w tym że, bardziej niż na nich samych, skupiam się na setkach ludzi, których zaangażowano w przygotowanie ceremonii oraz milionach, które śledziły ją z zapartym tchem; tak na żywo, jak i za pośrednictwem kamer telewizyjnych.
Ponieważ te miliony znalazły powód, by choć na jeden dzień wyrwać się z szarej codzienności. Ponieważ te miliony cieszyły się szczerze i spontanicznie. Ponieważ igrzyska naprawdę są potrzebne równie mocno, co chleb.
Taka jest prawda; czy nam się podoba, czy nie.
Zatem do ceremonii królewskich zaślubin podeszłam z dużym dystansem; nie oglądałam jej, nie sprawdzałam doniesień prasowych, szybko o niej zapomniałam. Tak byłoby do dziś, gdybym pewnej nocy nie włączyła telewizora.
Trafiłam na film dokumentalny, pokazujący "ślub stulecia" (już czternasty... ;) ) przez pryzmat uczuć zwykłych Brytyjczyków. Mogłam zobaczyć żywe emocje, nadzieje, wątpliwości gospodyń domowych, bezdomnego, uczuciowej drag queen, ortodoksyjnej muzułmanki, nawet grupy anarchistów, którzy urządzili sobie anty-przyjęcie pod hasłem "śmierć monarchii" oraz kilku innych osób. Mogłam posłuchać ich zwierzeń, spojrzeć na dzień królewskiego ślubu ich oczami.
Było to całkiem cenne przeżycie. Pokazało, iż za napompowanym balonem kryją się prawdziwi ludzie, którzy do tego dnia przywiązywali duże znaczenie. To właśnie na ich barkach postanowiłam położyć moją dzisiejszą recenzję. :)

Czy jest jeszcze ktoś, kto dobrnął aż tutaj, a do tego odgadł, o jakim pachnidle będzie mowa? ;) Informacje o nim ujrzały światło dzienne wkrótce po ceremonii. Wszyscy maniacy perfum i baśni czekali na informację: czym pachniała panna młoda?
Doczekali się. Illuminum, druga marka Michaela Boadiego ma na swoim koncie perfumy o nazwie White Gardenia Petals. Zwykłe pachnidło za 70 funtów, żadne nie-wiadomo-co. Kolejne nawiązanie do "dziewczyny z ludu"?
Trudno powiedzieć. Ważne, że tuż po poznaniu Płatków Gardenii wiedziałam, iż rozumiem księżnę Cambridge. :) Bez problemu.
Miałam bowiem do czynienia z dziełem po prostu ładnym: słodkim, optymistycznym, dziewczęcym, jak również, co chyba było największą jego w kontekście wydarzenia zaletą - spokojnym.
Najważniejsze, jak też White Gardenia Petals sprawuje się na skórze.
A tu narzekać nie można. Ponieważ otwarcie jest doprawdy bardzo, bardzo ładne [celowo unikam słowa "piękne", ponieważ mimo wszystko woń nie zachwyca]. Mocna, jasna gardenia miesza się z mleczkiem kokosowym oraz lekkimi nutami drzewnymi, dając mieszankę prostą, lekką i ciepłą, mocą i charakterem zbliżoną do Sensuous Estée Lauder lub mojego (ostatnimi czasy zaniedbywanego) ulubieńca, czyli Anaïs Anaïs od Cacharel.
Z czasem podobieństwo do drugiej z kompozycji staje się wyraźniejsze. Przede wszystkim za sprawą eterycznych, choć niezbyt zmysłowych, białych kwiatów. Konwalia, ylang-ylang, jaśmin, kapka jasnopłatkowej róży - wszystkie pozwalają kokosowi odejść w cień, zastępując go nieco żywicznymi woniami jasnego miodu, jednocześnie słodkiego i lekko ostrego, pachnącego woskiem, o igiełkowej strukturze.
Co trwa aż do finału, kiedy to kwiaty scalają się w jeden bukiet (i odtąd już jako "bukiet" występują), miód przechodzi w cielesną, acz nienachalną, ambrę rodem z Ambre Gris od Balmain oraz świetliste, ożywcze akcenty metaliczne. Drobniutkie, żarzące się iskry uciekają spod kowalskiego młota lub uwalniają się podczas spawania jednej z wielu metalowych konstrukcji, by później spaść na kwiatowo-słodko-drzewną masę jako żelazny pył. A wszytko nadal jest mocno kwiatowe, waniliowo-ambrowe, kobiece. Proste i bezpretensjonalne. W sam raz na ważny dzień wejścia do jeszcze ważniejszej rodziny.
Tutaj też pojawia się największy minus kompozycji, mój największy wobec niej zarzut. Nie tylko jest mało trwała, ale również podejrzanie niemrawa. Szybko wczepia się w skórę, staje się mocno zachowawcza, spokojna, cicha; zupełnie, jakby bała się ujawnić swój żywy charakter, ujmujące poczucie humoru lub intelektualne konotacje. Jakby wstydziła się samej siebie. Jakby zabroniono jej podejmowania szeregu działań.
Raz jeszcze etykieta wzięła górę nad indywidualizmem. A tego nie lubię, oj nie lubię!

Dlatego też [a także, by nieco Was podręczyć gługaśnym postem ;> ] postanowiłam uzupełnić dzisiejszy wpis o bardziej wyrazistą, równie artystyczną oraz inteligentną woń, w dalszym ciągu pozostając w granicach Wielkiej Brytanii. Wszak bajka nie powinna kończyć się słowami: "żyli ze sobą cicho i monotonnie". ;)
J. Grossmith & Son to nazwa perfumiarskiej manufaktury założonej w 1835 roku. Inspiracją dla familii perfumiarzy - jednych z wielu oficjalnych królewskich dostawców pachnideł, pozostawały kultury dalekie i niezbyt zrozumiałe, od Japonii przez Indie po im współczesny Egipt. Kilka lat temu Simon Brooke, potomek rodziny, wpadł na pomysł wskrzeszenia marki. W dostosowaniu wiktoriańskich receptur do potrzeb XXI wieku pomógł mu Roja Dove, zaś piękne kryształowe flakony powstały w hutach Baccarata.
I tak ciężkie, niedzisiejsze, zachwycające pachnidła sygnowane nazwiskiem Grossmith ponownie ujrzały światło dzienne.
Jedno z nich wykazuje znaczne podobieństwo do "królewskiego" White Gardenia Petals: to Shem-el-Nessim, którego nazwa pochodzi od arabskiego Festiwalu Wiosny, celebrowanego wzdłuż brzegów królewskiego [raz jeszcze ;) ] Nilu.

Właściwie przez cały czas przebywania Shem-el-Nessim na ludzkiej skórze nie trzeba wcale się trudzić, by trafnie odszyfrować jego szacowne korzenie. Nie współczesne to perfumy ani nie z epoki olfaktorycznego modernizmu Chanel No.5 i Shalimara pochodzące.
Kompozycję oparto na mocnych, spiżowych podstawach szlachetnego drewna, florenckiego irysa oraz paczulowego pudru. Całość jest kwiatowa, ciężka, wysublimowana. "Interesująca", jakby powiedział dobrze wychowany Brytyjczyk. ;P
A jednak mnie, oddanej miłośniczce perfumowych staroci tudzież innych niepokornych dziwadeł bardzo przypadła do gustu.
W przypadku Shem-el-Nessim trudno mówić o liniowym przebiegu, nie sposób dociekać następstwa kolejnych nut oraz odcieni. To perfumy trącące myszką, skomplikowane, wymagające; wybredne i dla wybrednych skomponowane. Doprawdy niecodzienne.
Do cna przepełnione woniami przypraw, upojnych kwiatów, drewna i składników odzwierzęcych. W początkach ostre, nieco metaliczne i przyprawowe, kręcące w nosie mieszanką cynamonu, sproszkowanych goździków oraz anyżu, splecionych z wonią kwiatów. Te są mocne, sprężyste i rozświetlone; neroli, róża, heliotrop, jaśmin czy wspomniany irys, ostry i ziemisty, dokładają się do wspólnej puli, czyniąc kompozycję bardziej ciepłą, nawet trochę aksamitną.
To jest chwila, w której Shem-el-Nessim staje się podobny do młodszego poprzednika (jakkolwiek śmiesznie to brzmi :) ). Nieco bardziej pastelowy, ciepły, otulony opływowymi kształtami wyrytymi w cedrze i sandałowcu oraz bardzo pudrowy, buduarowy. Wiem, że za ów efekt odpowiada paczuli w ujęciu tak niecodziennym, staroświeckim, iż z miejsca zyskało sobie moją miłość. Jest w mieszaninie także sporo słodyczy dymnej, waniliowej albo tonkowej a także przewrotna, łamiąca schemat czystość. To mydlany puder, piżmo w otoczeniu setki innych składników, proste i chwytające za serce.
Z czasem do opisanego miszmaszu, pozornego bezładu, iście barokowego przeładowania dołącza, czy też: ujawnia się, skryta dotąd za przemożnymi kwiatami, woń świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Wyobraźcie sobie tylko: stare potpourri, szlachetne gatunki drewna, przyprawy, paczulowy puder niczym z puderniczki prababci, metaliczny irys, piżmowe szare mydło a na to wszystko pieprz. To po prostu MUSI przyciągać uwagę. :)
Trudne, niezwykłe, jakże inne od współczesnych "fast perfumes", nijakich zapaszków celebrujących człowieczą nijakość.
Trwałe, silne, ciągnące się przed i długo po przejściu uperfumowanej osoby. To oczywiste, czemu Shem-el-Nessim nie mógłby przejść przez gęste sito etykiety dzisiejszego brytyjskiego dworu: nikt nie lubi czuć na plecach oddechu konkurencji, bez różnicy, robotnikiem jest czy królową. ;>
Shem-el-Nessim jest zbyt wyraziste, za bardzo "jakieś". Dla jednych niedopuszczalne, dla mnie - skończenie piękne.
Illunimum, White Gardenia PetalsRok produkcji i nos: 2011, Michael Boadi (?)
Przeznaczenie: słodki, bezpretensjonalny i bliskoskórny zapach dla kobiet; nie tylko na śluby i wesela. ;) O słabej emanacji.
Trwałość: w porywach do czterech godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowa
Skład:
Nuta głowy: gardenia
Nuta serca: konwalia, ylang-ylang, jaśmin
Nuta bazy: ambra, nuty drzewne
Grossmith, Shem-el-NessimRok produkcji i nos: (1906) 2010, (John Grossmith) Trevor Nicholl
Przeznaczenie: bardzo mocny, trudny zapach stworzony dla kobiet, choć myślę, że skomplikowana struktura S-e-N ułatwi testy wszystkim mężczyznom. :) Olbrzymi sillage, dzięki któremu kompozycja nie nadaje się do małych pomieszczeń i pracy umysłowej. :) Istnieje ryzyko migren [choć mnie ich oszczędzono].
Trwałość: olbrzymia, bo przeszło dobowa
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna (oraz piżmowa)
Skład:
bergamotka, neroli, geranium, jaśmin, róża, ylang-ylang, kłącze irysa, heliotrop, irys, paczuli, wanilia, drewno cedrowe, drewno sandałowe, piżmo
___
Dziś noszę Shem-el-Nessim właśnie. :)
P.S.
Ilustracje królewskiego ślubu pochodzą z następujących stron:
1. http://www.telegraph.co.uk/news/uknews/royal-wedding/live/8466247/Royal-wedding-live.html
2. http://totallycoolpix.com/2011/04/the-royal-wedding-the-preparations/
3. http://blogs.denverpost.com/captured/2011/04/27/captured-preparations-for-the-royal-wedding/4411/
Subskrybuj:
Posty (Atom)








