sobota, 22 lutego 2014

Bal na sto par, tydzień trzeci

Och, jakie to cudowne uczucie znów móc w pełni cieszyć się zapachami - oraz pisać o nich! Na marginesie wspomnę tylko,  że mój nos wykazał się sporym taktem umożliwiając mi powrót do cyklu karnawałowego, zanim ten się skończył. ;) Muszę jednak się pospieszyć, ponieważ czeka mnie jeszcze opisanie trzech zapachów.
Dziś będzie o jednym z nich - pachnidle pięknej, żywiołowej dziewczyny, która kochała taniec. :)


"Borys, przewodnik tańców, ów carski adiutant i wielu innych najlepszych tancerzy rzuciło się teraz do Nataszki, zapraszając do tańca jeden przez drugiego. Nie mogąc podołać tylu zaproszeniom, połowę Soni odstępowała. Z rozpłomienioną twarzyczką nie usiadła prawie przez całą noc. Uszczęśliwiona, w siódmym niebie, na nic zresztą uwagi nie zwracała. Nie uderzyła jej ani bardzo długa rozmowa cara z francuskim posłem, ani umizgi monarchy do pięknej księżnej C., ani obecność księcia krwi z innego kraju, (...) ani nawet odjazd cara. Tego domyśliła się dopiero po wzmagającym się w całym tłumie zapale do tańca".

Lew Tołstoj, Wojna i pokój, tom I-II, tekst na podstawie anonimowego XIX-wiecznego przekładu opracowały Katarzyna Kierejsza i Agnieszka Misiaszek, wyd. Zielona Sowa, Kraków 2005,  s. 414.

Czy byliście kiedyś tak bardzo na czymś skoncentrowani, ze nie zauważaliście świata wokół? Czy jakaś pasja pochłaniała Was do tego stopnia, że moglibyście zapomnieć o jedzeniu i spaniu, gdyby ktoś lub coś nie przywróciłoby Was rzeczywistości?
Jeżeli tak znaczy to, że nie powinniście mieć problemów ze zrozumieniem Nataszy Rostowej. :) Mam wrażenie, że w tym szczególnym przypadku temperament bohaterki, jej muzyczne zainteresowania i talent oraz inteligencja motoryczna splotły się w mieszankę tak wybitną, że wręcz wybuchową. W naszych czasach z pewnością stworzyłoby to dla niej niemal gotową ścieżkę kariery, wiodącej przez sztukę lub sport; zrobiłyby zeń postać, wobec której trudno pozostać obojętnym. Żywiołową, wyrazistą, piękną i bezpretensjonalną jednocześnie. Będącą żywym dowodem na to, że można z wdziękiem kruszyć mury a z brawurową wręcz odwagą wojować pięknem.


Natasza żyła jednak w czasach, kiedy taniec był przede wszystkim rozrywką oraz grą towarzyską ale niekoniecznie sposobem wyrażania własnego "ja". Czego nawet Tołstoj wydawał się nie rozumieć - i pewnie dlatego często interpretuje się postać hrabianki Rostowej z pewną dobroduszną pobłażliwością: "ot, płoche dziewczę rozkochane w typowo dziewczyńskich rozrywkach". Trochę to smutne, jednak dziś nie zamierzam poddawać się negatywnym uczuciom. Dziś rządzi mną olfaktoryczne alter ego tańczącej Nataszy Rostowej. :)
Pachnidło, które niczym starożytna bogini, własnym tańcem tworzy kolejne światy. Zapach z werwą godną zarówno dziewiętnastowiecznej kokietki jak i majestatycznej władczyni, budzącej jednoczesne miłość i grozę. Poemat ku czci królowej kwiatów - Rose de Taif marki Perris Monte Carlo.

Oto zapach zawierający w sobie wszystko to, o czym wspominałam w poprzednich akapitach: gorący temperament, pasję zrodzoną z rzadkiej jakości talentu, niekłamany wdzięk oraz siłę, której trudno podołać. A wszystko dzieje się na raz, poprzez siebie, pomiędzy sobą, o sobie nawzajem. Oto jedność przeciwieństw; i to znacznie więcej, niż dwóch. :) Sami przyznajcie, że ze wszystkich kwiatów świata na taki przepych, na równie złożony, dosyć neurotyczny charakter może pozwolić sobie jedynie róża. :)

Ta z Rose de Taif jest bezsprzeczna, atakuje nasze nozdrza śmiało, już w pierwszej chwili po aplikacji pachnidła na skórę. Jednak nie jest do końca tą, za która się podaje. ;) Bowiem w pierwszej chwili pod imieniem róży - roziskrzonej, ciepłej, esencjonalnej - poznajemy geranium i jest to chyba najbardziej jaskrawy przykład, kiedy wyczuwam je w różanym szafarzu bez cienia wątpliwości co do prawdziwej genezy akordu. Czego jednak z całą pewnością nie wolno uznać Rose de Taif za wadę. Nie! Tutaj początek miał być świeży, ożywczy, skupiający uwagę otoczenia, co udało się osiągnąć dzięki składnikowi, bez którego otwarcie mieszanki nie byłoby nawet w połowie tak piękne. Bez krystalicznej, złocistej cytryny - lub raczej soków cytrynowego drzewka - moglibyśmy zanudzić się na śmierć, tymczasem otrzymujemy możliwość odbycia inspirującego, zajmującego głowę i zmysły spaceru pośród cytrynowego gaju, nie wiedzieć czemu gęsto obsadzonego również krzewami róży oraz geranium. Jest cudnie!


Szczególnie, że w kolejnej fazie cytryna cofa się gdzieś tuż poza scenę, geranium stopniowo ciemnieje, płynnie przechodząc w aromat róży już bardziej mrocznej - albo bardziej zmysłowej. Aksamitne i grube bordowe płatki ktoś rozgniata w dłoni, po jego lub jej dłoni cieknie krew kwiatu; soki, które powinny tkwić na skali kolorów gdzieś pomiędzy bladą mlecznością a bezbarwnością nie wiedzieć czemu są jasnoczerwone.
Okazuje się, że Róża ma ciało, bardzo żywe oraz czujące, wrażliwe na dotyk. Bo oto Ta, którą jeszcze niedawno rozpierała czysta energia, teraz tęskni albo marzy, świadomie skupiona na własnym wnętrzu. Zamiast żywego kwiatu doświadczamy dosłowności potpourri, posuwistym krokiem przechodzącego w akord różanego drewna. Gdzieś w tle pojawia się brunatna pyłkowa goryczka, nadzwyczaj dyskretna ale przecież pozwalająca się zauważyć.

Czy to dzięki niej naszą bohaterkę, po długiej bezsennej nocy spędzonej na wpatrywaniu się w gwiazdy, zaczyna jednak ogarniać znużenie? Czy dzięki pyłkom ta, już coraz starsza, osoba decyduje się wreszcie wrócić do łóżka, przytulić głowę do poduszki i - zasnąć, otulona coraz bardziej miękkim, coraz jaśniejszym obłoczkiem niewinnego różanego pudru?
Zasnąć oczywiście samotnie. Lecz bez cienia goryczy ni żalu. Ta Róża na wszystko ma jeszcze czas, na namiętność oraz na ból, na gniew i na uczucie spełnienia, na wszystko.
Teraz, po wielogodzinnym nocnym czuwaniu, chce już tylko spać. Będą jeszcze inne bale, już wkrótce. Lecz nie dzisiaj; dzisiaj trzeba wypocząć.
Dobranoc. :)

Łukaszu, dziękuję za Twoją próbkę. :*


Rok produkcji i nos: 2013, ??

Przeznaczenie: pachnidło typu uniseks, choć pewnie wielu mężczyzn podejdzie doń z rezerwą z powodu siły i oczywistości akordu przewodniego. Mimo to jednak zachęcałabym do poznania Rose de Taif, bo to bardzo zacny kawałek sztuki perfumeryjnej. :)
Charakteryzuje się olbrzymią projekcją i śladem, które w miarę upływu czasu redukują się do wyraźnej, ciepłej, pulsującej aury. Cichną dopiero do wielu godzinach na skórze (szczególnie mam tu na myśli długo wybrzmiewające serce zapachu). W związku z czym wydają się wymarzone na wszelkie okazje wieczorowe, szczególnie te Bardzo Ważne. ;)

Trwałość: przeszło dwunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: cytryna, gałka muszkatołowa, geranium
Nuta serca: róża z Taif
Nuta bazy: róża damasceńska, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://alsolikelife.com/shooting/2007/07/927-voyna-i-mir-war-and-peace-1966-sergei-bondarchuk-notes-on-part-ii/
2. http://cinemaclassico.com/index.php?option=com_content&view=article&id=6966:filmografia-em-fotos-audrey-hepburn&catid=54:conte-mais&Itemid=129
3. http://the-garden-of-delights.tumblr.com/page/49

czwartek, 20 lutego 2014

Zapytaj swojego europosła!


Wieść o planowanych obostrzeniach Komisji Europejskiej, które uderzą w sztukę perfumeryjną, być może już na zawsze zmieniając jej oblicze i odzierając z największych dotychczasowych dokonań zdążyła już obiec świat dookoła kilka razy. Pamiętacie dramatyczny apel Luca Gabriela, dyrektora generalnego The Different Company, który zobowiązał się poruszyć temat podczas zbliżających się mediolańskich targów Esxence, wszelako nie będąc pewnym rezultatu? Pomóżmy mu!

W naszych skromnych możliwościach leży zdobycie się na choćby minimalny sprzeciw. Zapytajmy, co na temat gwałtu na sztuce perfumeryjnej myślą ci, którzy teoretycznie powinni reprezentować również i NASZE interesy na europejskiej arenie? Z lewa i prawa, kobiet oraz mężczyzn, starych i młodych - bez różnicy. Postawmy ich przed koniecznością wytłumaczenia się z grabieży na europejskim dziedzictwie kulturowym.
Jeżeli nie udzielą żadnej odpowiedzi, nie przejmujcie się. Wybory do europarlamentu tuż tuż a Wy już teraz będzie mieli jasność, na kogo na pewno nie zagłosować. ;>

Zróbmy coś, na miłość boską!!


Dziś cały wieczór przeznaczyłam na układanie listu do europarlamentarzystów z dolnośląsko-opolskiego okręgu wyborczego jak również do dwóch przedstawicielstw Komisji Europejskiej, ogólnopolskiego oraz regionalnego. Ciekawa jestem czy - i co - odpiszą? ;]

W każdym razie o wyniku mojej małej sondy wśród polityków zamierzam Was poinformować.


P.S.
Ilustrację zaczerpnęłam z http://www.citizens-initiative.eu/?p=961

wtorek, 18 lutego 2014

Opowieść rodzinna z nartami w tle

Poza tematem bloga zjazd w stylu dowolnym. :D


Zauważyliście, że kiedy jestem chora, to narzekam? No pewnie, że zauważyliście. Nie jesteście głupi. Jednak pocieszam się tym, że przynajmniej narzekam na ciekawe tematy. :P
Bo przecież są ciekawe, prawda? ;)

Na przykład teraz. Zasłyszane wczoraj oświadczenie premiera D.T. na temat dotowania sportów zimowych napsuło mi trochę krwi. Wiecie dlaczego?


Sam cel jest szczytny - i chciałabym, żeby coś z tych zapowiedzi stało się faktem. Bo czemu nie? Wolę nawet skocznie i lodowiska aniżeli kolejne orliki; także dlatego, że w przypadku ww. obiektów łatwiej i szybciej mogłyby skorzystać z nich kobiety. I to w praktyce, nie tylko w ramach teoretycznego listka figowego, jak to zwykle dzieje się w przypadku finansowania stadionów do "haratania w gałę". Taką przynajmniej mam nadzieję. :>
Jednak nie to jest najbardziej irytujące.

"Pomysł, aby kryty tor powstał w Krakowie był już dość mocno zaawansowany. W Zakopanem słyszę racjonalne argumenty (...)".
ŹRÓDŁO

Kraków, Zakopane; pewnie jeszcze Nowy Targ i może nawet miejscowości wysunięte dalej na zachód, jak np. Żywiec. Gdzie w Polsce jest śnieg i góry? No przecież, że tam!
To oczywista oczywistość jak to, że słońce wschodzi na wschodzie a zachodzi na zachodzie.

Jasne, że chodzi przede wszystkim o wspieranie olimpijskich ambicji małopolskiej stolicy [inna rzecz, czy sensownych ale temu wolę dać chwilowo spokój]. Jasne, że należy maksymalnie wspomagać sportowców światowej klasy, których już mamy - a ci pochodzą przecież głównie z rejonów beskidzko-tatrzańskich. Naprawdę to wszystko rozumiem. Ale wiecie co?
Jednocześnie mam ochotę komuś bardzo nabluzgać.


Pozwólcie, że podzielę się z Wami pewną historyjką. W czasach pierwszej małyszomanii miałam czternaście lat i lubiłam się przechwalać, że w mojej rodzinie skoki narciarskie były znaną dyscypliną sportu na długo, zanim Tato Małysz poznał Mamę Małyszową. ;) Jedne z moich najwcześniejszych wspomnień dotyczą chwil, kiedy razem z Mamą i Dziadkiem oglądałam zawody w ramach Konkursu Turnieju [gorączka, migrena, katar... rozumicie ;) ] Czterech Skoczni - lub jakieś mistrzostwa w biegach narciarskich - albo w łyżwiarstwie figurowym [no dobrze, akurat je raczej z Mamą i Babcią ;) ]. Zresztą narty i łyżwy nie były mi obce także w ramach osobistych doświadczeń.


W latach 50. moja rodzina, która jeszcze kilka lat wcześniej od ładnych paru pokoleń żyła w okolicach Lwowa, wraz z sąsiadami w swoich nowych, dolnośląskich i poniemieckich domach powszechnie znajdowała sprzęt do uprawiania sportów zimowych. Zarówno w tych, które wyglądały na zamieszkane przez ludzi zamożnych i światowych, jak i w uboższych, zawsze były jakieś narty czy łyżwy. Często po kilka rodzajów. 
Na przykład takie charakterystyczne, przeszło dwumetrowe dechy, przy których kijki wyglądały raczej na dowcip aniżeli coś, co może autentycznie pomóc w korzystaniu z nich. ;) Na szczęście trafiały na świadomych użytkowników, którzy wiedzieli, do czego służą. Zresztą znajdująca się w sąsiedniej miejscowości skocznia - niewielka ale zawsze - szybko pomagała dodać dwa do dwóch.

Miejscowi chłopcy ochoczo zaczęli korzystać z nart do skakania. Jeżeli komuś ten sport nie leżał, zawsze istniało prawdopodobieństwo, że sąsiad czy kumpel zrobi ze sprzętu lepszy użytek. Dochodziło do sytuacji, w których skakały nawet dziewczyny. Na przykład moja Mama, która pamięta siebie, jako małą dziewczynkę korzystającą ze zwykłych nart biegówek, gdyż właściwych do skakania żadną miarą nie mogła do siebie dopasować. ;)
Jednak działo się to już w latach 60., czyli właściwie już pod koniec lokalnej skokomanii. Dlaczego taka piękna pasja nie znalazła ciągu dalszego w poważnym wyczynowym sporcie?
Przecież nie chodziło o słabość wyników. Jednym z najlepszych miejscowych "skoczków" - oczywiście bez trenera i znajomości szczegółów technicznych - był kuzyn mojej Mamy. Osiągał znakomite wyniki i z perspektywy czasu można zaryzykować stwierdzenia, że w tamtych czasach cechował go naturalny talent w owej dziedzinie. Tak... możliwe, że mój kilkunastoletni wówczas Wujek miałby spore szanse w rywalizacji wyczynowej.

Jednak dzięki panującemu wówczas w Polsce jedynie słusznemu ustrojowi nie miał na to nawet cienia szans. Ponieważ sporty zimowe miały prawo istnieć tylko w rejonie Beskidów i Tatr. Tylko stamtąd mogli pochodzić wszyscy ewentualni przyszli mistrzowie. Tylko tam była infrastruktura, tylko tam były szkółki i trenerzy, tylko tam odbywały się zawody, tylko tam szukano talentów. Działo się tak z powodu polityki centralnego planowania. Ponieważ dokładnie tak zadecydowała Warszawa - na co wyraziła zgodę Moskwa. :]
Chłopak o bardzo niewłaściwym pochodzeniu, urodzony w baaardzo niewłaściwym miejscu [bo jeszcze "na terenie ZSRR", jak według ówczesnej nomenklatury określano utracone przez Polskę Kresy] a na dokładkę żyjący i korzystający ze sprzętu "na mocy odwiecznych polskich praw do pradawnej śląskiej, piastowskiej ziemi" odebranego tym paskudnym hitlerowskim pomiotom, razem z ich domami oraz całym dorobkiem kilku pokoleń [zresztą w zamian za utracone dobra materialne, które moi przodkowie musieli zostawić na Wschodzie].
Nie, ktoś taki nie miał prawa zaistnieć (jako postać pozytywna) w powszechnej świadomości obywateli  komunistycznego państwa, że o przywileju oficjalnego reprezentowania go na arenie międzynarodowej ledwie wspomnę. Mój Wujek, jego koledzy, również moja Mama, która wówczas nawet nie przypuszczała, że pół wieku później skoki narciarskie kobiet będą pełnoprawną dyscypliną olimpijską - dla nich sen o sportowych sukcesach wśród zaśnieżonych aren całego świata skończył się szybko i nieodwołalnie.


Lata mijały, odciskając swoje piętno nie tylko na ludziach, którzy po kolej rezygnowali z dziecięcych marzeń, nazywając je mrzonkami, ale też - przede wszystkim - na sprzęcie. Pękającym, łamiącym się, przechowywanym i konserwowanym często niewłaściwie. Bez najmniejszych szans na zastąpienie sędziwych już, poniemieckich nart i łyżew nowszymi egzemplarzami. Bo przecież nie było ani pieniędzy, ani dostępu do nowych akcesoriów, ani nawet osoby, która wiedziałaby, w jaki sposób wykonać je od podstaw. Nie było niczego! [Kononowicz miał rację, chociaż wstecz. ;) ]

Dziś po tamtym sprzęcie narciarskim nie ma już śladu. Zajeżdżony doszczętnie, dogorywał gdzieś po strychach i komórkach, aż pewnie którejś zimy trafił do pieca. Nie ma już tej malutkiej skoczni. Najbliższe lodowisko znajduje się trzydzieści kilometrów od mojego domu rodzinnego, zresztą tutaj mało kto poważnie się nim interesuje.
Nie ma już nawet o czym marzyć, nawet dzisiaj.

Dzieciaki z województwa dolnośląskiego w tym tygodniu zaczęły swoje ferie zimowe. Wiem, że organizują się w grupy, aby wspólnie oglądać olimpijskie zmagania. Dziś w sklepie spożywczym stałam w kolejce za obupłciową bandą kilkorga dziesięciolatków kupujących wafelki, czipsy, napoje w puszkach [typu cola oraz izotoniczne] a jednocześnie spieszących na transmisję jakichś zawodów. Załapaliście ironię?
Zamiast samodzielnych prób z dyscyplinami zimowymi lepiej kupić "sportowy" napój izotoniczny, usiąść przed telewizorem i, być może, dopiero wtedy nieśmiało marzyć, co by to było "gdybym to ja za kilka lat tak samo jak oni teraz...". Nie robiąc jednocześnie niczego w kierunku urzeczywistnienia tych snów, bo przecież gdzie? Jak? I za co?


Zresztą i tak nie ma nawet grama śniegu by szkoła, dom kultury czy ktokolwiek inny mógł zorganizować dzieciakom wyjazd na najbliższy stok narciarki, który - oczywiście - jest zbyt mały i nieznaczący, aby pozwolić sobie na sztuczne naśnieżanie.
Kilkudziesięciu lat zaniedbań nie sposób cofnąć w kilka chwil.

Czego zresztą i tak nikt nie próbuje robić. Bo po co? Dla kogo? I za co?
Czy oni tam, na Dolnym Śląsku mają w ogóle jakiekolwiek tradycje w sportach zimowych?? No to co mi tu pani głowę zawraca?! Przepraszam, co pani mówi? Że mogliby mieć, gdyby ktoś dał im szansę? Paaani, hahaha! A to dobre! Wie pani, kim JA bym mógł być, gdyby ktoś mi dał szansę??

Kraków, Zakopane, może też Nowy Targ lub Żywiec - tam zawsze znajdzie się ktoś gotowy wyłożyć pieniądze na infrastrukturę do uprawiania sportów zimowych. U mnie można co najwyżej zbierać kolejne rodzinne historie o porzuconych marzeniach, zajechanym sprzęcie i dzieciach, które współcześnie nawet nie marzą o sukcesach takich, jak Kamila Stocha, Justyny Kowalczyk czy Zbigniewa Bródki.
Dwunastolatkach, których nikt nigdy nie zapyta o ich sportowe plany na przyszłość.
Bo i po co? Dlaczego? Na jakiej podstawie?

Właśnie dlatego rozgoryczona słuchałam słów premiera D.T. życząc mu jednocześnie aby zwichnął palec, szusując gdzieś po szwajcarskich czy austriackich stokach.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.rmf.fm/index.html?a=encyklopedia&op=al&id=1578760
2. http://sport.newsweek.pl/igrzyska-olimpijskie-w-soczi-dzien-drugi-relacja-na-zywo-newsweek,artykuly,280506,1.html
3. http://www.mowimyjak.pl/fakty/galeria/1026/20843/najlepsze-memy-z-justyna-kowalczyk-po-zwyciestwie-w-soczi/
4. http://www.wprzerwie.pl/Wpis,Sport,540377,1,Dwunastoletni-kamil-stoch-o-igrzyskach-olimpijskich.html

piątek, 14 lutego 2014

Bal na sto par, tydzień drugi


Witajcie... w moich skromnych progach.

Wchodźcie. Śmiało, nie bójcie się!
Nalegam.
Wstąpcie z własnej woli i zostawcie mi trochę radości, którą ze sobą wnosicie. ;>


Będziemy bawić się już dziś. W piątek - dzień zabawom niegdyś niedostępny na pamiątkę męki i śmierci Chrystusa.
Któż sto lat temu miałby odwagę balować w piątek?

Chyba tylko studenci, dekadenci, innowiercy albo... Albo dzieci nocy. :] Imprezowanie w piątek miało w sobie coś z buntu; niosło posmak ryzyka oraz złudzenie odwagi, jaką zawsze daje świadomość łamania konkretnego tabu. Czyli w praktyce tylko trochę różniło się od tej nietypowej przyjemności, jaką daje nam... oglądanie horrorów.


Świadomość uczestnictwa w czymś, co jest mroczne, zakazane, złe, występne; czymś, co jawnie przeczy utartym normom społecznym. Z drugiej strony może chodzić także o dobrowolne - ale pośrednie - doświadczanie strachu, paraliżującej niepewności jutra, która jednak nijak ma się do naszych codziennych zmartwień. Dzięki horrorom mamy także możliwość zetknięcia się z tym, co przez ponowoczesną kulturę Zachodu zostało zepchnięte daleko poza jej główny obieg: od choroby, cierpienia i śmierci począwszy na brzydocie (tu: zniekształceniach ludzkiej sylwetki), okrucieństwie fizycznym i psychicznym, kanibalizmie tudzież najróżniejszych parafiliach - ogólnie: wszystkim, co skrajnie nieprzyjemne - skończywszy.

Horrory pozwalają nam w sposób wymierny obcować ze społecznym tabu, jednocześnie nawet przez moment go nie łamiąc. Doświadczać uczuć wybitnie negatywnych, abyśmy dzięki nim mogli docenić normalność, przewidywalność jak również względne bezpieczeństwo naszej własnej egzystencji.
Czy można więc powiedzieć, że dzięki oglądaniu horrorów doświadczamy katharsis? To pewnie zbyt daleko posunięty wniosek, jednak z pewnością coś jest na rzeczy. ;)


I czy z tego samego pragnienia udałoby się wyprowadzić sensowność istnienia brzydkich perfum? Perfum prowokacyjnie drażniących, rażących brakiem elementów łagodnych - lub przeciwnie, ich celowym uwypuklaniem albo kuszeniem użytkownika ciepłą, zmysłową stroną pachnidła?
Czy gniew oraz zło, pokusa i okrucieństwo, bezwzględność połączona ze skrajnym egoizmem dadzą się zakląć we flakonie wonności? Moim zdaniem - tak. Z powodzeniem.

Przynajmniej w jednym przypadku. Takim, któremu na imię... Kinski.


Perfumy Gezy Schoena rozpoczynają się agresywną szklistością nowoczesnych aldehydów, skontrastowanych gorącą goryczą przypraw, roztartych w moździerzu wraz z jakąś wyrazistą żywicą (mastyks? elemi?) na jednolitą, burą pastę. Do której niepokorny, nieco butny perfumiarz hojną ręką dorzucił sporo kastoreum.
Upewniwszy się, że nadało ono mieszance jeszcze więcej ciepła, zatopionego w naturalistycznej zwierzęcości zaschniętego męskiego potu [coś, co na własny użytek nazywam "akordem chłopięcej szatni", na cześć uroczego wspomnienia z czasów szkolnych :P ], z wrednym uśmiechem dorzucił go jeszcze więcej. Na dokładkę przywalając ciemnym, zwierzęcym piżmem :] Ktoś narzekał? ;>


Całą tę gorącą, cokolwiek metaliczną (tak bowiem rozwijają się aldehydy), naturalistyczną gorycz, cały ten pot i zatykającą kurzawę przypraw obudowano czymś kusząco słodkim; pozornie niewinnym oraz lekko dymiącym. Karmelowy benzoes mięknie dzięki lekko naszkicowanym nutom kwiatowym, zmieniając pachnidło w coś magnetycznie pięknego, zmysłowego, niemal wdzięcznego.

Wówczas pod całą tą brutalnością, pod nutami masywnymi, przypominającymi tłuste, grube maźnięcia ciemną farbą po papierze, mamy okazję dostrzec delikatność. Coś jednocześnie smutnego oraz tęsknego.
Coś, co tylko dla niepoznaki ubiera się w kostium krwiożerczej brutalności, zaś w istocie najlepiej czuje się w płaszczu dramatycznego poety i romantycznego kochanka.

Brzmi to pięknie, sama jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w istocie jest tylko iluzją. Piękna bajką, w którą chcielibyśmy uwierzyć. Z całych sił. Byle tylko nie widzieć strasznej, brutalnej, wpatrzonej w nas zimnym, kpiarskim wzrokiem - prawdy.


Ponieważ Kinski to nie są przyjemne perfumy. To zapach co najmniej trudny; głośny, pewny siebie aż do butności, agresywny. Tu nie ma piękna ani delikatności nawet, jeżeli w pewnym momencie zdaje nam się coś przeciwnego. Dostajemy za to suchość wetywerii, zmieszanej z kastoreum, piżmem oraz ziołową maślanością niepalonej marihuany. Dalej wyczuwałam zawsze akord drzewno-ambrowy wraz z przyprawami i ciepłymi żywicznymi grudkami, niczym drutem kolczastym obramowane suchym, drażniącym i mocnym kostowcem [kojarzycie tę roślinkę, która odpowiadała za cielesność w Opus VII od Amouage?].

Kinski jest brzydki brzydotą fascynującą ale jednoznaczną. Taką, która ze środka człowieka wyziera na zewnątrz, skaża jego fizyczność, infekuje duszę, zaburza wszelką równowagę. Zbyt mocno przypominającą prawdziwy charakter oraz skłonności patrona perfum, byśmy mogli poczuć się weń komfortowo. Ba! Tu nawet do zwykłej, przemijającej przyjemności jest tak daleko, jak z podgórza na Marsa. ;)
Oto pachnidło będące niewątpliwym dziełem sztuki, znakomitym przykładem olfaktorycznego turpizmu ale również - igraniem z żywym ogniem.
Klaus Kinski, wielki aktor ale malutki, raczej obrzydliwy człowiek; archetyp wampira, na naszych oczach tracący jakąkolwiek moc; zło - jakże łatwo jest to wszystko uwznioślić, usprawiedliwić, zrelatywizować. Ignorując niszczycielską siłę a tym samym nieświadomie zezwalając na jej dalsze, nieograniczone rozplenianie.

Aby stawić czoła takiej rzeczywistości nie wystarczy już dwugodzinny seans strachu, po którym spokojnie możemy wrócić do robienia obiadu, wypełniania PITów lub pomocy dziecku przy zadaniu domowym z matematyki. Nie, tu potrzeba czegoś znacznie, znacznie większego.
I obyśmy nigdy nie musieli dowiadywać się, czego właściwie.


Kinski, Kinski

Rok produkcji i nos: 2011, Geza Schoen

Przeznaczenie: zapach uniseksualny z niewielkim choć zauważalnym wahnięciem w męską stronę. A przynajmniej tak twierdzi Sieć.
Charakteryzuje się ogromną, nieznającą kompromisów mocą i równie potężną aurą; co ciekawe, choć nie zostawia za sobą typowego sillage, to szybko potrafi wypełnić całą dostępną przestrzeń. Posiada więc cechy charakterystyczne dla czarnych dziur. ;)
Na okazje, hmmm... sami oceńcie. :)

Trwałość: od dziesięciu-dwunastu godzin do ponad doby w ciepłe dni (wytrzyma nawet prysznic)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (i drzewna)

Skład:

Nuta głowy: czarna porzeczka, jagody jałowca, pieprz peruwiański, kastoreum
Nuta serca: gałka muszkatołowa, orchidea, magnolia, śliwka, akord marihuany, kwiat pomarańczy, róża
Nuta bazy: benzoes, drewno cedrowe oraz inne akordy drzewne, paczuli, wetyweria, labdanum, styraks, kostowiec, mech dębowy, szara ambra, piżmo
___
Dziś Orlando z Jardins d'Écrivains.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.cinefreaks.com/news/671/Top-10---Die-besten-Vampirfilme-aller-Zeiten
2. http://www.starburstmagazine.com/features/feature-articles/1077-dracula-on-film-is-he-dead-and-buried-part-one
3. http://www.telegraph.co.uk/culture/film/filmreviews/10417692/Nosferatu-the-Vampyre-review.html
4. http://theredlist.fr/wiki-2-20-777-782-view-1990-2000-profile-1992-bdracula-b-ff-coppola-t-sanders-g-lewis-a-precht.html
5. http://blog.kaleidico.com/art/5-movies-one-tv-show-one-can-see-22634

czwartek, 13 lutego 2014

Cuda i dziwy u Rouge Bunny Rouge

Jakiś czas temu na fejsbukowym profilu Pracowni wyznałam, że moją głowę zaprząta zagadka związana z dwoma uroczymi flakonikami perfum, którą postanowiłam podzielić się z polskimi przedstawicielami marki. Nie miałam pojęcia, czy będą na tyle profesjonalni aby odpowiedzieć osobie, której blog nie posiada tysięcy fanów, skłonnych kupić wszystko, co poleci im ich guru. ;P
Cóż, odpowiedzieli. :D

Kiedy podczas ostatniej wizyty w Daglasie na półce z nowościami odkryłam dwa nowe zapachy od Rouge Bunny Rouge, poczułam się zaintrygowana. Nawet bardziej, niż zazwyczaj, ponieważ o akurat tych pachnidłach nie miałam wcześniej zielonego pojęcia. Nie bez przyczyny.


Informacji o Muse i Allegrii nie znajdziecie na niemal żadnym portalu internetowym; nie ma ich na Fragrantice, Basenotes, Parfumo ani na Osmoz; na Wizażu ni na Beautyhabit, na Now Smell This ani nawet na internetowej stronie marki. Skąpą wzmiankę można znaleźć jedynie na Ça Fleure Bon, gdzie jednak próżno szukać informacji o nutach czy twórcy lub twórcach. Pojawia się w zasadzie tylko przewidywana data światowe premiery zapachu; to... marzec 2014 roku, Szanowni Państwo. :) (I kto teraz powie, że podróże w czasie nie są możliwe? ;) )
No dobrze, zakrzywianie czasoprzestrzeni także sobie darujemy, gdyż istnieje ważny powód, dla którego Muse i Allegria są już dostępne w perfumeriach. Jednak jego zdradzić Wam nie mogę. :P
Przyjmijmy więc, że mamy rzadką możliwość - bez ruszania się z kraju, bez pielgrzymowania po targach zapachowych - uczestniczyć w jednym wielkim przedpremierowym pokazie dwóch nowych zapachów marki, które już wkrótce dołączą do serii Fragrant Confections. :)


Allegria - świeża, pełna młodzieńczego wdzięku, sympatyczna choć z charakterem. Czyżbym wyczuwała figę oraz wiciokrzew? Lub kapkę czegoś bluszczopodobnego...? W każdym razie: idzie wiosna. :)

oraz Muse [mój faworyt ze wszystkich propozycji marki (o ile nie liczyć serii Provenance Tales)] - ciepły, zmysłowy ale nie przytłaczający. Kuszący mieszanką ciepłych balsamów, laboratoryjnie podrasowanych drzazg drogocennego drewna, słonych akordów ambrowych oraz złocistego, lejącego się labdanum. Oczywiście między innymi. Cudo! :)


Teraz ciekawe, ile z moich przypuszczeń znajdzie pokrycie w zadeklarowanej przez producenta rzeczywistości? ;) Znaczy w oficjalnym spisie nut.
Na odpowiedź musimy poczekać do marca.
___
Dziś Mon Parfum Cristal marki M. Micallef. [Nie, katar jeszcze nie minął ale nie mogę powstrzymać się od przetestowania kilku cudów :) ].

P.S.
Ilustracja pochodzi z podlinkowanej strony z portalu Ça Fleure Bon.

niedziela, 9 lutego 2014

Nie-recenzje, ciąg dalszy

No tak. Katar katarem ale perfumerie kuszą, aby zajrzeć do nich choć na krótką chwilę. Co też robiłam w czwartek oraz wczoraj. Obwąchałam przy okazji kilka zapachów, o których chciałabym napisać dosłownie słówko. Bardzo pobieżnie oraz z ogromnym marginesem błędu, niemniej jednak pokusa okazała się zbyt silna. ;)
Więc, bardzo proszę, nie traktujcie moich opinii poważniej, niż na to zasługują. :]


Balmain, Extatic

Na początku koszmarny banał, kwiatowo-owocowy ulep z quasiorientalnym podszyciem, później delikatnieje, jaśnieje i robi się ciekawszy. Sympatyczny drzewny jaśmin z subtelnym na subtelnym, pyłkowo-zamszowym tle, nowoczesny floriental jak się patrzy.
Polubiłam, choć pewnie pełnoprawnego testu pachnidło się nie doczeka. Niemniej jednak: sprawdźcie, co Wam szkodzi! ;)

Skład:
gruszka nashi, osmantus, róża, orchidea Sharry Baby, irys, jaśmin, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, amyris, skóra


Escada, Born in Paradise

Limitowanki Escady w interpretacji perfumoholików stoją tylko jedno oczko wyżej niż Lacoste, zapachy celebryckie oraz Avon. Tak głosi stereotyp. Który, w mojej skromnej opinii, ma ogromną rację bytu. ;> Jednak nie wolno pozwalać mu nad sobą dominować; warto czasem przeprosić się z nielubianymi markami, bo a nuż omija nas coś ciekawego?
Na przykład takie Born in Paradise: słodki, skoncentrowany syrop, koktajl na bazie mleka kokosowego oraz soku z ananasa, ożywiony lekkością gujawy oraz arbuza, z czymś wyraźnie kwaskowym w tle. Sympatyczny materiał na kompletnie niezobowiązującą wakacyjną znajomość, nie tylko dla fanów drinka piña colada! ;)
Jak na tę markę, rzecz zdecydowanie warta uwagi.

Skład:
gujawa, zielone jabłko, arbuz, mleko kokosowe, ananas, drewno sandałow, drewno cedrowe, białe piżmo


Estée Lauder, Modern Muse

Miał być przebój na wiele lat, jest magiczny eliksir o właściwościach usypiających. Takie nic. Taaaka nuuuuudaa! ;P Kwiatki istnieją tu głównie na papierze, również sztuczny pseudoorient łka po cichu w kącie. Całkowity brak osobowości, wypracowanej samodzielnie ani nawet zapożyczonej. Nie.
Classic level? Estée Lauder, robicie to źle.
Ogromnie żal mi zmarnowanej okazji.

Ekhm, skład:
jaśmin, mandarynka, wiciokrzew, jaśmin wielkolistny, tuberoza, lilia oraz inne akordy kwiatowe, akordy drzewne, dwa rodzaje paczuli, drewno ambrowe (?), łagodne piżmo, wanilia


Jimmy Choo, Flash London Club

:przeciąga się i ziewa:
Aaaaa...! O, to już?! Trzeba opisać ten zapach? Wybaczcie ale kompletnie go przespałam. Kom-plet-nie. :P
Niby wąchałam, nawet podwinęłam rękaw swetra żeby psiknąć tym w okolice łokcia ale teraz nie potrafię Wam niczego powiedzieć. Marniutka moc, trwałość bardzo podobna. Zaś sama konstrukcja nut... wyparowała mi z głowy, co chyba mówi o niej wystarczająco dużo. :>

Skład:
liczi, bergamotka, tuberoza oraz inne białe kwiaty, jasne drewna oraz piżmo


Masakï Matsushïma, Aqua Earth

Jedni twierdzą, że to uniseks, inni - że perfumy męskie. Co za różnica; i tak nosić będzie, kto zechce. Jak zwykle zresztą. :)
Dla mnie ta woda to sympatyczny, niekoniecznie słodki oraz mało banalny zielony świeżak, z lekko gorzkimi cytrusami oraz soczystym, chłodnym neroli na pierwszych miejscach. Kroku dotrzymuje im wyraźne choć łagodne, gładziutkie cedrowe deski, na których ktoś rozłożył dosłownie parę listków mięty i obsypał je pączkami owocujących gałązek czarnej porzeczki (których zresztą także nie ma zbyt wielu). Gdzieś w tle prawie naturalistyczne nuty morskie [wiecie, driftwood, glony, sól etc.] łączą się cedrem oraz cytrusowo-nerolowym akordem głównym a wszystko to nie wiadomo jakim cudem układa się na skórze w energetyczny, ciepły płaszcz.
Potęga reklamy? Wątpię, ponieważ przed i podczas szybkiego testu Aqua Earth nie miałam z nią nawet pobieżnej styczności. Zatem twórcom chyba udało się osiągnąć zamierzony cel. :)

Skład:
pomarańcza, tangerynka, cytryna, czarna porzeczka, mięta, akord wody morskiej, neroli, drewno cedrowe, paczuli


Paco Rabanne, Invictus

Uwaga: pasztet alert! ;P
Nie no, model na fotografii nie wygląda znowu tak źle; to w reklamie stanowił widok średnio atrakcyjny by nie rzec, że mało apetyczny. ;] Jednak to nie on powinien robić wrażenie - ani nie kiczowaty flakon - ale sam zapach, tworzony przez prawdziwą plejadę perfumiarskich gwiazd, z Dominikiem Ropion i Olivierem Polge na czele. Tu jednak nie wyszło. Ponieważ każde z twórców ma na swoim koncie także porażające gnioty, cieszące się wszelako popularnością wśród mas, podczas prac nad Invictusem widocznie kazano im obrać właśnie taki kierunek.
W efekcie otrzymaliśmy dzieło mocne, duszące, zapychające moje nozdrza mieszaniną najbardziej popularnych... środków do czyszczenia kuchni i łazienek. :P Chemiczne cytrusy z wyraźną nutką chloru, morski odświeżacz powietrza do toalet oraz niby-kwiatowy, "przyjemny i świeży" płyn do płukania tkanin. Agresywny oraz trwały jak one same.
Borze szumiący, co za porażka. A idź se facet wygrywać zawody w sprzątaniu na czas i nie zawracaj mi więcej głowy.

Skład:
mandarynka, grejpfrut, akord morski, liść laurowy, jaśmin, paczuli, drewno gwajakowe, mech dębowy, szara (???) ambra

___
Dziś u mnie Cuir de Russie marki L. T. Piver.

środa, 5 lutego 2014

Kryzys nasz powszedni

Czasem dopada każdego z nas; dotyczyć może rzeczy poważnych albo kompletnych głupot, mających jednak wpływ na jakość naszego życia. Mnie na przykład dorwał podczas kataru. Perfumowy kryzys.

Przy czym nie chodzi o pachnienie "w ogóle", lecz o jakość moich kontaktów ze sztuką olfaktoryczną. O to, że poznaję; owszem, wiele pachnideł jest wartych poznania, mnóstwo chciałabym opisać - tylko kiedy znaleźć tu miejsce i czas na cieszenie się tymi aromatami, które już przypadły mi do serca? A które teraz zaniedbuję z powodu praktycznie niekończących się testów.


Dziś na blogowym Fejsbuku zamieściłam taki post:

"Bycie osobą zakatarzoną - a konkretnie zakatarzoną recenzentką perfum - ma jednak pewne plusy. Można przestać przejmować się rozwojem noszonych właśnie perfum i po prostu pachnieć, tak dla siebie.

Można bez wyrzutów sumienia ani śladu poczucia niestosowności próbować zmyć bazę diabelnie cennych perfum marki Roja Dove a kiedy to nie wyjdzie - bezczelnie zapsikać je taniutkim Sephorowym ulepem o zapachu karmelu i toffi a następnie wyjść z domu.
Po powrocie można, nie dbając o to, czy aby pozbyliśmy się ze skóry resztek pachnidła, beztrosko otoczyć się wonią kakaowo-malinowego mleczka do ciała. A już następnego dnia hasać radośnie po świecie w oparach klasycznego Angela.

Czyż to nie piękne?"


No właśnie: czyż nie? :D Już dawno w obcowaniu z pachnącym światem nie czułam takiej swobody, takiej... wolności. Wolności do korzystania z perfum, które kocham lub które po prostu sprawiają mi węchową przyjemność. Co jest tym bardziej groteskowe, że prawdopodobnie nie zaznałabym podobnych emocji, gdyby nie katar, będący wszak udręką dla każdego szanującego się miłośnika perfum. ;)

Nie piszę, że od tej pory będę więcej czasu przeznaczać na noszenie perfum "tylko dla siebie", bo przecież testy i, postępujące za nimi, opisy także tworzę tylko i wyłącznie dla własnej przyjemności, nie kierując się zainteresowaniem rynku ani chęcią zysku. Jestem sama sobie panią i własnie dlatego mogę pozwolić sobie na przywilej testowania oraz opisywania, czego tylko zapragnę. Poza tym wiem, że nie minie kilka dni od zakończenia niedyspozycji węchowej a znów zacznę testy w dawnym rytmie.
Nie, nie zapowiadam zmiany; zbyt wiele razy kończyła się bowiem na samych deklaracjach. ;)

Chciałam jedynie napisać, jakie to cudowne uczucie móc sobie pachnieć Angelem - i mleczkiem do ciała - i jeszcze La Danza delle Libellule z nadgarstka. Tak po prostu, bez ciśnienia ani przymusu "zachowania neutralności (?) zapachowej". Dla własnej satysfakcji.
Czyli dokładnie tak, jak pewnie większość z Was każdego dnia. :)
___
Dziś, jak wspomniałam, towarzyszy mi klasyczny Angel Muglera. Między innymi.

P.S.
Ilustracja pochodzi z http://195.188.87.10/iplayer/episode/b01sdw1w/You_and_Yours_Digital_exclusion_perfume_homebuilding_crisis/

poniedziałek, 3 lutego 2014

Dzieło stworzenia zaprawdę warte jest zniszczenia

Ponieważ katar i lekkie przeziębienie w dalszym ciągu uniemożliwiają mi zajmowanie się perfumami, dziś postanowiłam zamieścić wpis odbiegający od zasadniczej tematyki Pracowni alchemicznej. Może kiedyś, gdy wreszcie stworzę kolejnego bloga, ostatecznie przeniosę go właśnie tam...? Niewykluczone. :)

Lecz póki co, chciałabym przedstawić Wam refleksję dotyczącą pewnego głośnego i popularnego filmu - lub raczej cyklu filmowego - który od chwili premiery nie przestaje budzić kontrowersji, moim zdaniem w większości kompletnie pozbawionych sensu. I to z powodu zasadniczego, który większości krytykujących w tajemniczy sposób umyka.


W ostatnim rozdziale Hobbita J. R. R. Tolkiena możemy znaleźć poniższy urywek:

"W ten sposób z kilku słów, które czarodziej rzucił Elrondowi, Bilbo dowiedział się, gdzie bywał Gandalf. Okazało się, że uczestniczył w wielkiej naradzie dobrych czarodziejów, mędrców i mistrzów białej magii i że wreszcie udało im się wypędzić Czarnoksiężnika z jego mrocznej fortecy z południowej części Puszczy.
 - Wkrótce więc - mówił Gandalf - w lasach oczyści się powietrze. Północ na długie wieki uwolniona została od tej zmory. Ale chciałbym, żebyśmy ją mogli wygnać z całego świata.
 - Dobrze by to było - rzekł Elrond - obawiam się jednak, że nie stanie się to jeszcze ani w naszej erze, ani w ciągu kilku następnych".
J.R.R. Tolkien, Hobbit czyli tam i z powrotem, przeł. Maria Skibniewska, wyd. Iskry, Warszawa 1997, s. 229.

Tuż po premierze pierwszej części Hobbiciej trylogii odkryłam, iż właśnie te słowa są kluczem do zrozumienia zamysłu Petera Jacksona, dlaczego (poza większym zyskiem) z jednej niewielkiej książeczki warto stworzyć trzy epickie filmy.
Bo czegóż dowiadujemy się z przytoczonego cytatu? Ano właściwie niczego. :D Niczego, jeżeli odnosić je do treści pierwszego z dzieł Tolkiena o akcji osadzonej w Śródziemiu. Optyka zmienia się natomiast radykalnie, kiedy spojrzeć na nie z perspektywy pozostałych opowieści, ze szczególnym uwzględnieniem Władcy Pierścieni.

Przez całą treść Hobbita Gandalf znikał i pojawiał się nagle, najczęściej w najmniej oczekiwanych momentach, by jako najprawdziwszy deus ex machina rozwiązywać konkretną akcję w sposób korzystny dla naszych bohaterów. I w porządku, jest to całkiem sympatyczne oraz zrozumiałe literackie rozwiązanie - w powieści skierowanej głównie dla młodzieży i, przede wszystkim, w powieści mającej pierwotnie istnieć jako samodzielny twór literacki.
Skoro jednak ta spotkała z olbrzymim zainteresowaniem, trudno dziwić się, iż wydawca oczekiwał od oksfordzkiego profesora ciągu dalszego. Ten ukazał się, nawiasem mówiąc z blisko dwudziestoletnim opóźnieniem. :) Co okazało się czasem wystarczająco dużym, aby zmienić wiele nie tylko w skali czy ogólnej konstrukcji świata, którego zręby pojawiły się właśnie w Hobbicie, ale też w naszej rzeczywistości. W międzyczasie zmieniło się nie tylko życie prywatne i zawodowe Tolkiena lecz także cały zachodni świat, który dzięki bezprzykładnemu okrucieństwu drugiej wojny światowej aż nadto wyraźnie zrozumiał, czym może być i do czego prowadzić zło.

W połowie lat trzydziestych mieszkaniec idyllicznej, zaściankowej Anglii [nie piszę jednak o rzeczywistej sytuacji politycznej ówczesnego Imperium Brytyjskiego lecz o mocno wyidealizowanym autoportrecie ceniących spokój i harmonię Anglików] mógł co najwyżej mgliście podejrzewać, że wspomniane w cytacie "długie wieki" pomiędzy jedną wojną a drugą okażą się zaledwie mgnieniem oka - a i to tylko wówczas, jeżeli był zorientowanym w sytuacji międzynarodowej pesymistą. ;) W rzeczywistości Śródziemia tej niemiłej niespodziance odpowiadało "zaledwie" kilkadziesiąt lat. W momencie premiery literackiego Hobbita któż jednak mógł zdawać sobie z tego sprawę?


Kolejną kwestię można oprzeć o zdanie: "Okazało się, że [Gandalf] uczestniczył w wielkiej naradzie dobrych czarodziejów, mędrców i mistrzów białej magii i że wreszcie udało im się wypędzić Czarnoksiężnika z jego mrocznej fortecy z południowej części Puszczy".

Tu także trudno do czegokolwiek się przyczepić - jednak wyłącznie z perspektywy treści Hobbita. Czyli, jak już wiemy, perspektywy zawężonej, ledwie szkicowej w odniesieniu do dalszej twórczości Tolkiena. Kiedy patrzeć na nie z pozycji niezależnej Opowieści, trudno w powyższym zdaniu dopatrzyć się jakichkolwiek nieprawidłowości. Ponieważ skoro mamy Gandalfa - czarodzieja służącego dobru, uczciwego i prawego, który może i posiada swoje własne, magiczne plany jednak ostatecznie ani razu nie sprzeniewierzające się walce z nieprawością - więc dlaczegóż by nie miało istnieć jego przeciwieństwo, jakiś zły i perfidny Czarnoksiężnik? W końcu dobro i zło istnieją obok siebie w naszym świecie, zatem muszą znajdować odzwierciedlenie również w baśniowo-mitycznej rzeczywistości Śródziemia, także wśród osób parających się magią. To logiczne i naturalne rozumowanie.

Tak, tylko że słowa Silmarillionu oraz Władcy Pierścieni (w tej kolejności) niemal łopatologicznie tłumaczą nam, iż w Śródziemiu Trzeciej Ery źli czarodzieje nie mieli prawa istnieć! Istari, czyli Mędrcy - Saruman, Gandalf, Radagast oraz dwóch pozostałych - w rzeczywistości byli istotami nadprzyrodzonymi, kimś pomiędzy aniołami a bogami, zesłanymi na ziemię aby wspomóc jej mieszkańców w walce z Sauronem (który zresztą pierwotnie także był identyczną istotą).W swoim czasie byli najpotężniejszymi, i jedynymi prawdziwymi, czarodziejami, którzy jednak zobowiązani byli ukrywać swoją prawdziwą tożsamość oraz moc, dlatego też przybrali postacie starców. I właśnie dlatego późniejsza zdrada Sarumana okazała się prawdziwym ciosem dla wszystkich ludów zagrożonych zniewoleniem przez Saurona.
Jednak podczas pisania Hobbita  John Tolkien nie miał na ten temat bladego pojęcia. Nie mógł więc zamieścić w treści książki informacji, których jeszcze nie wymyślił; zrobił to dopiero w swoich kolejnych dziełach o Śródziemiu, będących systematycznym uzupełnianiem mitologii oraz dziejów owej mitycznej krainy. Które, musicie to przyznać, kompletnie zmieniają nasze postrzeganie krótkiej bajeczki pod tytułem Hobbit czyli tam i z powrotem. :]

Kiedy więc po raz kolejny napotykam narzekania, jakiejż to straszliwej profanacji dopuścił się Peter Jackson, jaką achach krzywdę wyrządził doskonałemu dziełu Tolkiena, trafia mnie szlag.


Ponieważ o ile jeszcze mogą jakoś przyjąć do wiadomości protesty, wedle których za decyzją stworzenia kolejnej filmowej trylogii stała li tylko chciwość producentów - co i tak jest zarzutem śmiesznym, bo nie oszukujmy się: gdyby nie czyjaś chęć zarobku/snobizm dziś nie mielibyśmy ani jednego z największych, otaczanych czcią dzieł sztuki; ani jednego - to już jakiekolwiek argumenty wytaczane przeciwko scenariuszowi kompletnie do mnie nie trafiają.

Przy czym ważne jest, abyście zrozumieli jedną rzecz: zupełnie inaczej bym na to patrzyła, gdyby jako pierwszego wyprodukowano Hobbita a dopiero potem Władcę Pierścieni. Tak się jednak nie stało.
Dostaliśmy do masowej, popkulturowej konsumpcji dzieła w kolejności odwrotnej, niejako przeczącej logice. Czyli mleko już się rozlało i to ponad dekadę temu. :] Obecnie należało pokazać świat, który byłby godnym (chronologicznym) poprzednikiem epickiej, wielowymiarowej opowieści ukazanej we Władcy. [Szczególnie że, jak pokazuje przykład z premierą pierwszego filmu o Hobbicie, relatywnie niewielu widzów w ogóle zadało sobie trud uprzedniego przeczytania książek Tolkiena].

Z tej kwestii zresztą wynika kolejna. W pierwszej filmowej trylogii mieliśmy okazję poznać świat, w którym najważniejszymi wartościami są wolność, zaangażowanie i poświęcenie, sprzeciwianie się złu oraz okrucieństwu, dowód, że można pokojowo współistnieć niezależnie od dzielących nas różnic, nadzieja. Jak na tym tle wyglądałaby opowiastka o bandzie krasnoludów, której marzy się złoto, zagrabione ich ludowi ileś lat wcześniej przez smoka? Typom, których opisane wyżej cnoty nie obchodzą nawet w połowie tak bardzo, jak klejnoty?? Którzy ogromnego diamentu pragną dlatego, ponieważ jest błyszczący i wart kupę forsy?? A Bilbo jest im potrzebny tylko dlatego, gdyż są zbyt porywczy i nieudolni aby samodzielnie zorganizować skok na smoczą kasę??? Trochę to wszystko płytkie.
Jak tu się z takimi identyfikować, jak przejmować się ich perypetiami? Szczególnie w czasach kryzysu, kiedy aż nadto wyraźnie widzimy, do czego chciwość i bezwzględność niewielkiej grupy osób może doprowadzić znaczną większość społeczeństwa, jaki może mieć wpływ na jakość życia większości.


Tu dochodzi jeszcze jedna kwestia: odpowiedzialność twórcy za klimat, w jakim tworzy i w jakim jego dzieło będzie odbierane. One natomiast w prostej linii wywodzą się z ducha epoki, w jakiej dane dzieło powstało. Natomiast jego, ducha epoki, Ducha Czasów, nigdy nie możemy być do końca pewni.

W kwietniu roku 1933 w swoim cotygodniowym felietonie dla Wiadomości literackich Antoni Słonimski napisał:

"Na dobrą sprawę nie wiemy, w czyich czasach przyszło nam spędzić życie. Być może w historii zostanie tylko, że na skutek zamieszek w Niemczech Einstein przeniósł się do Paryża".
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe tom 2, 1932-1935, oprac. Rafał Habielski, wyd. LTW, Warszawa 2001, s. 98.

Napisał to człowiek, który od samego początku okazał się zdeklarowanym przeciwnikiem nazizmu i faszyzmu, który w miarę upływu lat od przejęcia przez Hitlera władzy w Niemczech, ostrzegał przed nim coraz głośniej i coraz poważniejszym tonem; nie tylko dlatego, że sam był Żydem. Jednak wtedy, w pierwszej połowie roku 1933, trzy  miesiące po wyborczym zwycięstwie NSDAP Słonimski odczuwał co najwyżej niepokój; lecz przecież nie mógł wiedzieć, do czego ono finalnie doprowadzi. Nie wiedział tego, co my teraz. Nie miał pojęcia, że "na skutek zamieszek w Niemczech" nie tylko Einstein wyemigruje dalej, niż do Paryża ale że wkrótce analogiczną trasą podąży i on sam, Antoni Słonimski.

Niektóre rzeczy stają się zrozumiałe dopiero wtedy, gdy zdołamy ustawić je w odpowiedniej perspektywie, co jednak wymaga od ludzkości wytrwałości oraz czasu. W prawdziwym świecie rzadko kiedy możemy pozwolić sobie na taki luksus, głównie z powodu powszechnych przywar naszego charakteru oraz mikrej długości życia, uniemożliwiającej objęcie rozumem szerszego przedziału czasu, zauważenie pewnych powtarzających się zjawisk jak również trafne przewidywanie ich skutków. Nie mógł również John Ronald Reuel Tolkien - twórca spójnej i fascynującej mitologii a jednocześnie najzwyklejszy w świecie człowiek. :) Ktoś, kto nie znał tajników lub meandrów ani przyszłych zdarzeń, ani nawet własnych myśli. Mógł je co najwyżej przeczuwać i pielęgnować, dopieszczać i - w miarę upływu czasu - nadawać im bardziej konkretną, usystematyzowaną oraz pisemną formę.


W chwili, kiedy pisał Hobbita, Tolkien nie znał szczegółów pochodzenia Gandalfa ani nie przyszedł mu do głowy pomysł aby obdarzyć króla elfów z Mrocznej Puszczy synem (króla zresztą w całym Hobbicie bezimiennego ;) ). Nie wiedział nic o Galadrieli, zaś pomysł stworzenia elfki-wojowniczki prawdopodobnie wydawałby mu się - jemu, konserwatywnemu mężczyźnie z początków wieku XX - kompletnie niedorzeczny, gdyż stojący w sprzeczności z obrazem świata, w który wierzył i z wartościami, które wyznawał. Jemu, wtedy, owszem - lecz już nie nam.

Wszystkie te kwestie w chwili premiery Hobbita były dla Tolkiena tajemnicą (albo kołatały się po jego głowie jako bliżej niesprecyzowane pomysły), lecz my, dzięki o tyle wcześniejszej premierze filmowego Władcy Pierścieni, zdołaliśmy świetnie przyswoić oraz przetrawić wiedzę o śródziemnym uniwersum. Bez uwzględnienia ich wszystkich Hobbit byłby tylko tym, czym z perspektywy późniejszych dokonań Tolkiena się wydaje: uroczą, nieowiązującą i niegłupią powiastką dla grzecznych dzieci.
Miałby sporo sensu ale już nie głębię porównywalną z Władcą tudzież Silmarillionem. Byłby ładny ale powierzchowny; być może pełen akcji i wdzięku, nieposiadających wszelako żadnego głębszego osadzenia w rzeczywistości, którą zdążyliśmy już tak dobrze poznać i pokochać. I na pewno nie przystawałby do naszych czasów, do Ziemi lat 2012-2014. :]
Byłby bajką, zamiast mówić nam cokolwiek o narodzinach zła i o tym, jak łatwo można ulec złudzeniu, że oto pokonaliśmy je na zawsze, że odeszło w siną dal i minie jeszcze tyle, tyle lat, zanim plugastwo powróci, by po raz kolejny niszczyć nam życie. Że predestynacja nie jest niczym więcej jak fatamorganą, do tego szkodliwą. Oraz - że nawet pomimo świadomości tego wszystkiego, niemożliwym jest, aby nie ulec pokusie spokojnego życia, bodaj kilku lat harmonii, życia na pożyczonym czasie, które przecież są pragnieniem dogłębnie ludzkim i pięknym, zrozumiałym.

Podsumowując: Hobbit kręcony w naszych czasach, już po Władcy Pierścieni nie może być jedynie prostym przeniesieniem na ekran krótkiej powiastki Tolkiena. Bo Hobbit o samym hobbicie i o trzynastu krasnoludach, o Gandalfie, elfach, ludziach, o trollach, goblinach czy pająkach, o Beornie oraz o Smaugu nie miałby sensu. Byłby - zbyt płytki.
Jakkolwiek okrutnie może to brzmieć.

Czy wszystko to naprawdę jest tak bardzo trudne do zauważenia??

___
Dziś zdecydowałam się na Royal English Leather  marki Creed (pozdrowienia dla Cezarego! :) ). Chociaż i tak prawie nic nie czuję...

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://absolutebadasses.com/2013/11/04/the-hobbit-the-desolation-of-smaug-2013-character-posters/
2. i 4. http://www.thelandofshadow.com/mordors-review-of-the-hobbit-an-unexpected-journey-part-one/
3. http://www.containsmoderateperil.com/the-hobbit-an-unexpected-journey-2012/
5. http://absolutebadasses.com/2013/10/28/the-hobbit-the-desolation-of-smaug-2013-movie-banners/?relatedposts_exclude=680

piątek, 31 stycznia 2014

Let the sunshine...

Dziś robię sobie mały prezent: wpis w starym stylu z początków blogowania. Chociaż nie byłoby go bez pewnego konkretnego zapachu, o samym soczku wiele nie przeczytacie; zamiast tego skupię się na opowieści, jaką ów wpuściły do mojej głowy. :) Mało konkretów, dużo błądzenia dookoła tematu.
Jednocześnie przypominam, że kto nie chce czytać, ten nie musi. Czujcie się ostrzeżeni. ;)


Dzieci Kwiaty wcale nie pachniały kwiatami, to znany fakt.
Z ruchem hipisowskim można wiązać zapachy natury, rozlicznych nielegalnych substancji psychoaktywnych oraz paczuli. Konkretnie to olejku paczulowego, który - jak chcą plotki - miał znakomicie zagłuszać zapach marihuany, aczkolwiek wszyscy weterani "pierwszej fali" ruchu zgodnie temu zaprzeczają. Ponieważ to nie w celach kamuflażowych (nad)używali paczulowych pachnideł.

Paczuli pochodziło przecież z Indii; kraju, który fascynował hipisów, do którego pielgrzymowali, którego dziedzictwo kulturowe stanowiło ważny element tożsamości najsłynniejszych młodych buntowników lat 60. XX wieku. Już samo to skłaniało, aby poznać zapach w tamtych czasach wydający się przenikać każdego człowieka oraz każdy przedmiot posądzany o jakąkolwiek styczność z subkontynentem indyjskim.
Myślę jednak, że bardziej chodziło nie o egzotyczne i dalekie kraje lecz o coś znacznie bliższego, ponieważ dotykającego samej istoty hipisowskiej niezgody na dotychczasowy porządek świata.


Przypomnijcie sobie, czemu sprzeciwiali się hipisi? Konformizmowi, galopującej konsumpcji, wyścigowi szczurów, grze pozorów, dyskryminacji, agresji i nietolerancji, tabuizacji ludzkiej seksualności, autorytarnemu traktowaniu przez przedstawicieli starszych pokoleń [i pewnie jeszcze paru innym kwestiom społecznym, które w tej chwili nie chcą mi wpaść do głowy]. Wszystkiemu, co składało się na świat ich rodziców, nauczycieli, polityków, duchownych. Hipisi nie akceptowali braku autentyczności, rozumianej jako życie w zgodzie z naturą i poza demoralizującym Ducha "układem", zmuszającym człowieka do pokornego godzenia się na systematyczne łamanie własnej woli.
Nie chcieli tego, do czego dążyli ich rodzice: świętego spokoju, regularnej pracy, akceptacji lokalnych autorytetów, stabilizacji, ustępstw, kredytów ani oceniania bliźnich po ilości posiadanych przezeń przedmiotów; domu z ogródkiem, auta, telewizora, odkurzacza, trwałej ondulacji, lakierowanych butów, sukienek koktajlowych, włoskich garniturów, szwajcarskich zegarków, francuskich perfum... No właśnie; w tym miejscu się zatrzymamy. :D

Powąchajmy teraz olejek paczulowy. Co czujecie?
Wilgotną piwnicę? Stęchłą szmatę? Runo leśne? Jesień? Dżunglę amazońską? Ziółka o właściwościach narkotycznych? Oddech Ziemi? Wykopki? ;)
Czymkolwiek by to było, zauważcie proszę jedną rzecz: myśląc o paczuli, takim prawdziwym niszowym paczuli, myśli się zawsze o aromatach natury - a nawet Natury [bo przecież nawet piwnica i szmata symbolizują takie elementy naszej cywilizacyjnej układanki, które w jakiś sposób wymykają się Kulturze, puszczając oko w stronę jej przeciwieństwa i "goszcząc" w sobie grzyby lub bakterie]. Takie prawdziwe, naturalne paczuli nie pachnie jak Shalimar, Chanel No. 5, Soir de Paris ani nawet Miss Dior. Nie zachowuje się, jak perfumy pokoleń przedhipisowskich, nie zagłusza prawdziwych woni ludzkiego ciała ale jeszcze dodatkowo je podkreśla, jednocześnie pozwalając wyobraźni dryfować w stronę skojarzeń z potęgą nieujarzmionej natury. Jest autentyczne.

Paczuli to kolejna deklaracja zerwania ze starym światem i światem starych, równie wyraźna co życie w komunach oraz odmowa służby wojskowej. :) Tylko nie aż tak brzemienna w skutki.


Choć to także nie jest prawdą. Dziś bowiem wiadomo, że jednym z najtrudniejszych niszowych zapachów dla mieszkańców USA jest właśnie aromat paczuli, w języku potocznym kojarzonej z poważnymi brakami w dziedzinie higieny oraz włóczęgostwem.
Cóż, lata mijały , ruch upadał i stopniowo się wykruszał ale przecież przez dwadzieścia lat skłonił ku sobie miliony ludzi, z których niektórzy pozostali wierni młodzieńczym ideałom do samej śmierci. Problem w tym, że świat pędził do przodu wyraźnie pokazując, iż prąd hipisowski miał także drugą, mroczniejszą stronę; jednak nie trzeba było zniżać się do poziomu bandy Mansona aby obrzydzić życie zachodnim społeczeństwom. W końcu co może być pociągającego w egzystencji wiecznie przyćpanego, starzejącego się włóczęgi jeżdżącego od miasta do miasta, okupującego miejsca użyteczności publicznej i okazjonalnie podejmującego się najpodlejszych, nieopodatkowanych prac? I jakby tego było mało, to jeszcze wylewającego na siebie kolejne buteleczki taniego paczulowego olejku zamiast, przynajmniej raz na jakiś czas, porządnie domyć się i wyprać ciuchy??
Ruch hipisowski zabiło ludzkie dążenie do wygody oraz niechęć do zmian; także - ich własne.

Przecież - teoretyzując - gdyby hipisi nie gardzili stałą pracą, mogliby sobie pozwolić na lepsze jakościowo paczulowe pachnidła; albo i czyste olejki ale pochodzenia organicznego, nie zaś te produkowane z syntetycznych zamienników. Gdyż właśnie takie paczuli kojarzy się dziś z opisywaną grupą, zresztą jak najbardziej słusznie; tanie jak barszcz, kiepskiej jakości, niechlujnie wykonane - ale czy przez to mniej autentyczne?
Mniej kojarzące się z potęgą Natury oraz głębią hinduistycznej duchowości? Mniej dosłowne? Mniej żywe?
Przecież to ludzie dawali temu zapachowi życie! To oni nadawali mu kontekst i przez niego wyrażali siebie samych. Hipisi w znacznej mierze stworzyli paczuli w jego zachodnich interpretacjach - zapach "inności", symbol wolności [jeden z wielu ale zawsze :) ], miłości, równości, jedności.


I kiedy wydawać by się mogło, że współcześnie po tamtym doświadczaniu paczulowych aromatów nie został w nas żaden poważny ślad, wystarczy wejść do pierwszej lepszej mydlarni by zrozumieć, jak bardzo się mylimy. Wystarczy wstąpić do India shopu po prezent urodzinowy dla czternastoletniej siostry lub kuzynki. Wystarczy przestąpić próg wegańskiej knajpy o której wiadomo, że można tam podpisać petycję w obronie praw zwierząt i zapisać się na kursy medytacji. We wszelkich podobnych miejscach możemy łatwo wyczuć woń tamtego syntetycznego, ziemistego i ostrego paczuli, niekiedy dodatkowo podkreślaną aromatem dymu pyłkowych kadzidełek.

Ono jest wśród nas, choć egzystuje głównie w pół-ukryciu. W dalszym ciągu pozostaje wyraźnym tłem życia uczestników i/lub sympatyków pewnej kontrkultury. Wszak czyż w mydlarniach nie szukamy naturalnych kosmetyków, wolnych od parabenów, składników ropopochodnych oraz innego świństwa, które zwykliśmy kojarzyć z ogólnodostępnymi produktami wielkich koncernów?  Czy do India shopów nie kieruje nas pragnienie posiadania wielobarwnych i zwiewnych strojów lub taniej, pstrokatej biżuterii, czy nie polujemy tam na obrzydliwie kiczowatą figurkę Buddy lub Ganeszy albo innego Śiwy, nie szukamy kadzidełek, olejków, wachlarzy tudzież jakiegokolwiek innego taniego, quasi-orientalnego niby-folku? Czyż małe, niszowe wegańskie knajpy nie skupiają wokół siebie ekologów, pacyfistów, osób aspirujących do miana "znawców dalekowschodniego mistycyzmu", czy nie siedzi się tam na poduszkach porozkładanych przy niskich stolikach, wśród mebli kolonialnych - lub odwrotnie, w otoczeniu byle jakim, bo przecież "nie wygląd ma znaczenie"? Czy nie zaglądamy wszędzie tam po ekscytującą odmienność? Moim zdaniem chodzi głównie o to. :)


W każdym z wyżej wymienionych miejsc możemy poczuć aromaty zbliżone do Patchouli włoskiej marki Planter's. :D Zapachu głośnego, potężnego, ostrego tak, że aż wkłuwającego się w nozdrza; suchego ale jednocześnie roziskrzonego lśniącymi, oleistymi kroplami. Soku z mnóstwem dysonujących, rażących wątków pobocznych, ślepych uliczek, wewnętrznych niespójności. Takiego, któremu potrzeba czasu, żeby mógł się uspokoić i pokryć brunatnym pyłkiem, by choć trochę przypominać paczuli naturalne albo to znane z popularnych pachnideł niszowych, w rodzaju paczul od Etro, M. Micallef, Pro Fumum Roma, Histoires de Parfums czy Mazzolari.
Tanie i kiepskiej jakości - ale też nie udające niczego, czym nie jest. Proste, kontrowersyjne a w tym wszystkim odważne. Nie wstydzące się siebie.
Dziś takich pachnideł mamy coraz mniej; szczególnie w zbliżonym segmencie cenowym. Bo przecież nie sztuka podkreślać własny olfaktoryczny indywidualizm oraz silny charakter za minimum pięćset złotych per flaszka. ;> [Swoją drogą... Ciekawe, jak zareagowaliby hipisi z lat 60. i 70. na wieść, że dziś sprzedajemy ich zapach za grube pieniądze, z ich filozofią życiową w gratisie? ;> ] Najtrudniej być niepokornym, kiedy w portfelu mamy pustkę a w kieszeni rachunki do zapłacenia. O, to już wymaga wielkiej odwagi - albo wielkiej lekkomyślności. Nie mnie osądzać.

W Patchouli od Planter's odnajduję echo tamtych czasów i ówczesnych olejków paczulowych, istniejących przecież także i dziś. Tego autentyzmu wyrażanego za pomocą sztuczności czy raczej sztuczność uświęcającego. Tej prawości wynikającej z podważania utartych norm współżycia społecznego. Tej hedonistycznej krótkowzroczności, bez której nie byłoby ani odwagi, ani kręgosłupa moralnego.
Sprzeczności, o których nie sposób opowiedzieć w blogowej notce, choćby nie wiem, jak bardzo się chciało. :)

Ju, ogromnie dziękuję Ci za możliwość poznania tego zapachu. :*


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o ogromnej mocy oraz sillage, głośny i bezkompromisowy; z wyraźnym akordem szkolnego laboratorium chemicznego w tle [nie pytajcie nawet, jak to możliwe :) ], zatem nie dla każdego i stanowczo nie na każdą okazję. Dawkowanie także należy dokładnie wybadać, gdyż intensywność i chemiczność woni może prowokować migreny (mnie jedna dopadła).

Trwałość: siedem-osiem godzin wyrazistej, mocnej projekcji

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

paczuli
___
Dziś nosiłam Barkhane marki Téo Cabanel.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/236720524137212589/
2. http://www.mustbemajor.com/2013/03/love-in-her-eyes-and-flowers-in-her-hair.html
3. http://www.glogster.com/breey1174923/hippie/g-6m8eqlmr5hjpmu6vv9scga0
4. http://www.taringa.net/posts/imagenes/11942214/Fotos-clasicas-del-Rock.html

środa, 29 stycznia 2014

Matecznik


Dziś zapragnęłam podróży wgłąb lasu. Lasu dziwnego, trochę mrocznego ale obfitującego we wszystkie odcienie zieleni, bajkowego pomimo, iż stworzonego z całkowicie realnych elementów. Do lasu, w którym roślinność, ziemia oraz zwierzęcy mieszkańcy prezentują się dumnie jako jeden potężny organizm, multipuszcza. :) Gdzie nie ma dnia ani nocy chociaż cały czas świeci słońce - lub raczej wciąż jest widno, zaś bardziej w sercu owego organizmu, w mickiewiczowskim mateczniku panuje przyjemny dla oka półmrok. I jest ciepło; nieprzesadnie lecz na tyle, aby życie mogło kwitnąć w całej swojej okazałości.

W opisane wyżej miejsce zabiera mnie jednak nie żadne ziemiste paczuli ani drzewny oriental, osnuty wokół kadzidlanych dymów lecz... pachnidło z wyrazem "cologne" w nazwie. Konkretnie Cologne Reloaded marki Bogue Profumo [bosz... cóż to za fantastyczna nazwa dla marki! ;) Czy jakikolwiek Amerykanin nazwałby swój brand Bug Perfumes? Przecież to nie będzie się sprzedawało! ;D A w Polsce, mielibyśmy jakiekolwiek szanse na Robacze Perfumy? ;P Raczej nie przez najbliższych kilkadziesiąt lat]. I uwierzcie, że dla omawianego soczku jest to bardzo, bardzo, bardzo adekwatna nazwa. :)
Wszystko dlatego, iż jest to kolońskość definiowana na nowo. Trochę jak w przypadku dokonań marki Atelier Cologne, lecz tym razem w oparciu o naturalne składniki, bez celowego eksponowania ułatwień oferowanych przez nowoczesną chemię; praca na żywym organizmie. Bez prób obchodzenia przyrody skrótami, ze wszystkimi tego konsekwencjami w rozwoju oraz charakterze mieszanki. Właśnie taką jest Cologne Reloaded.


Pierwszych kilka-kilkanaście sekund po aplikacji pachnidła na skórę czuję chłodną, niezwykle naturalistyczną lawendę otoczoną przez suche, lekko chininowe cytrusy, co rzeczywiście daje bardzo wyraźne złudzenie obcowania z wodą kolońską naszych dziadków albo i pradziadków. :) Jednak pierwsza faza znika prędziutko, powoli przykrywana przez suchą mieszankę mchu dębowego z ziołami oraz silne opary styraksu o wyraźnie naftalinowym wydźwięku. Co wraz ze wciąż obecnym olejkiem lawendowym miesza się w ostrą, gęstą ale nie nieprzyjemną mieszankę o wybitnie inhalacyjnych zdolnościach. Ot, przecudny niszowy dziwak, mocno odrealniony aromat serca pradawnej puszczy, skoncentrowany do konsystencji niebywale gęstego oleju - tak widzę kolejną fazę opisywanych perfum.

Zaś pewność co do leśnych konotacji wody uzyskałam dzięki mieszance żywic, stopniowo ogrzewających zapach, nadających mu, hmmm... mięsistości? namacalności? głębi? Nie potrafię znaleźć odpowiedniego słowa, ponieważ nie chodzi tu ani o "lekkość" (czyż mieszanki do inhalacji nie są już wystarczająco lotne?) ani też o "ciężar", bo przecież olejowi będącemu już w zasadzie ciałem stałym stanowczo nie potrzeba dodatkowego obciążenia. :) W jednak elementy żywiczne coś zmieniają, coś więcej oprócz dogrzania mieszaniny; nie potrafię ich nawet ponazywać, tak enigmatyczne się okazały. Mniejsza o nie, gdyż wkrótce następuje baza, która do żywiczno-styraksowo-lawendowej burzowej chmury (tak! To właściwe określenie: inhalacyjno-naftalinowa faza CR to istna chmura naładowana elektrycznością! :D ), do odcieni szarości oraz ciemnej zieleni dodaje całkiem sporo barwy suchej i ostrej, brunatnej, ziemistej. Oraz zwierzęcej, ponieważ czym byłby las bez zwierząt? :)


Tu pojawiają się pod postacią groźnych ssaków klimatu umiarkowanego, porośniętych ciemnym i gęstym futrem; o ciałach masywnych i potężnych, które można by uznać za dowód ociężałości gdyby nie wiedza, jak szybkimi i zwinnymi mogą być owe zwierzęta, jeżeli tak nakazuje im instynkt. A raczej takimi by były, gdybyśmy nie mieli do czynienia z młodymi, psotnymi osobnikami, dopiero poznającymi swoje królestwo. :) Małe i ruchliwe istotki o uroczych pyszczkach, suche i zakurzone, gdzieniegdzie podrapane ale bez cienia wątpliwości szczęśliwe - jak dzieci wszystkich innych gatunków ssaków podczas udanej zabawy. ;) Tak w Cologne Reloaded przedstawia się kastoreum, jednocześnie żywe, suche, ciemno-sierściowe ale w sumie (jeszcze) nieszkodliwe. Przy czym niekoniecznie musi tu chodzić o prawdziwy strój bobrowy, równie dobrze mogło powstać z zamienników, dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia.
Choćby dlatego, że cieszę się obserwowaniem, jak w miarę upływu czasu ta charakterystyczna woń, wsparta na opisanych wcześniej zawiłościach środkowej części pachnidła, stopniowo wytraca odziedziczoną po nich goryczkę oraz wyraźny kopalny sznyt [mnie kojarzący się trochę z ciemnym, paliwowym piżmem z Al Ward Al Musk od Rasasi] a zyskuje subtelną, karmelowo-żywiczną słodycz. Bardzo niedosłowną, wygładzającą, niewinną pieszczotę benzoesu z balsamem tolutańskim. Jak cichnie i pięknieje, uspokaja się i zasypia, spokojne o swoje jutro.

Cologne Reloaded bez cienia wątpliwości nie jest pachnidłem ładnym, trudno nazwać go pięknym ale poruszającym...? O tak, z pewnością. Mnie przynajmniej poruszył mocno na trzech poziomach poznania: zmysłowym, emocjonalnym oraz intelektualnym. Z intensywnością zaskakującą po tylu perfumach poznanych, po tylu niszowych dziwakach, jakie przyszło mi zgłębić, po tylu woniach cielesnych, drzewnych , aromatycznych... Nie ma sobie równych ta przedziwna, nierzeczywista lekkość-nielekkość.
Nie wiem, co jeszcze mogłabym napisać. Mam wrażenie, że już bełkoczę jak zakochana. ;)


Rok produkcji i nos: 2013, Antonio Gardoni

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla radykalnych miłośników perfum naturalnych oraz niszy w starym tego słowa znaczeniu. ;) A poważnie to dla każdego, kto nie boi się pachnieć inaczej, niż dziewięćdziesiąt procent mijanych na ulicy osób i kogo nie przeraża perspektywa przebywania w gęstej, nieprzejrzystej aurze pachnidła, które daje się wyczuć przy każdym poruszeniu ciałem jak również długo pozostaje w nozdrzach.
Więc zalecałabym stosować Cologne Reloaded raczej na okazje nieformalne.

Trwałość: w granicach sześciu-siedmiu godzin, czyli niespecjalnie kolońska.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna [i... czy może być jeszcze piżmowa, skoro w składzie brak piżma lecz mimo to obecność nuty zwierzęcej trudno zignorować?]

Skład:

cytrusy, lawenda, styraks oraz inne żywice, kastoreum
___
Dziś noszę Fortis Eau Delà marki Les Liquides Imaginaires.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. To Redwoods Forest Life California autorstwa fotografa nazwiskiem Rolf Hicker; wypożyczona STĄD.
2. Matecznik, który pochodzi z serwisu Garnek.pl, gdzie swoją pracę zamieścił użytkownik o pseudonimie (?) Hektor.
3. Jeden z pejzaży leśnych Iwana Szyszkina namalowany przy współudziale Konstantina Sawickiego nosi tytuł Poranek w sosnowym lesie i na mojego bloga przywędrował bezpośrednio STĄD.