wtorek, 12 października 2010

Żegnaj, ach, żegnaj, mój piękny wojowniku!

To się musiało kiedyś stać. Nie ma rady, na nic zdadzą się płacz, zgrzytanie zębami i wściekłe pomruki - wczorajszego wieczoru wysączyłam ostatnie krople wywaru z "kiełbasy krakowskiej podsuszanej" (TU przypomnienie, o co właściwie chodzi). Skończył się stary Black Tourmaline. Na otarcie łez pozostaje nowsza wersja; ale, kurczę, to nie to samo!

A poza tym...
Dziś przybył do mnie kolejny zestaw próbek (dwa zestawy, jeśli mam być szczera :) ), tak więc pachnę wszystkim i niczym jednocześnie.
Przeto planowana na dziś recenzja Ambry od Etro, zostaje odłożona na czas jakiś (aż zdobędę nową próbkę).
Jutro, jak tylko się oporządzę, wracam do recenzowania. :)
___
Pachnę głównie Ambrowym Aventusem lub Aventusową Ambrą. Zresztą, sama nie wiem... ;)

poniedziałek, 11 października 2010

Kobieca kobieta

...czyli tradycyjna opozycja dla feministki, jak wiadomo - kobiety niekobiecej (a nawet babochłopa). :)
Więc kobieca kobieta nigdy nie nosi spodni, gardzi pracą zawodową, w pełni realizuje się z rolach żony i matki, wszelkie indywidualne zainteresowania pozostawiając kobietom niekobiecym. Kobieca kobieta uwielbia prać, prasować, gotować, zmywać gary, ścierać kurze i froterować podłogi. Kobieca kobieta nigdy nie miewa chwil załamania ani depresji. Nigdy.
Kobieca kobieta pachnie wyłącznie kwiatami.


Tak sobie kombinowałam, kiedy oczekiwałam na próbkę Donny Lorenzo Villoresiego. Spodziewałam się mieszanki grzecznej, błahej, niewinnej aż do silnych torsji; spodziewałam się czegoś w stylu Eugénie od Rancé. I, jak to zwykle z perfumami bywa, okazało się, iż nie należy nastawiać się na cokolwiek, nie warto ani robić sobie przesadnych nadziei, ani z góry uprzedzać. Bo i tak dostaniemy prztyczka w nos. ;)

Donna okazała się zapachem dziwnym - może kwiatowym, ale też kryjącym w sobie jakąś głębię; może banalnym, ale i tak wyróżniającym się pozytywnie na tle innych kompozycji skierowanych do "kobiet kobiecych"; zdecydowanie w starym stylu. Z tego też powodu zyskała sobie moją aprobatę, choć nie spodziewam się, by wiele osób zdecydowało się ją podzielić. :)

Oczywiście, najpiękniejsze jest otwarcie zapachu: gęste, ciepłe, nieco mroczne, skoncentrowane wokół woni róży, palisandru, goździka i jaśminu, a to wszystko w lekkim obłoku przyprawowym. Wówczas nabieram przekonania, że faktycznie mam do czynienia z perfumami dla dojrzałych, konserwatywnych dam: żadnych lekkich słodziaczków ni próby kastracji, a jedynie spokojne, głębokie tchnienie Tradycji, Patriotyzmu, Honoru, Ojczyzny, Kościoła oraz paru innych wielkich słów. Otwarcie to esencja prawicowości. ;) Co nie znaczy, że jest odpychającą - wszak każdy, kto choć raz czytał Sienkiewiczową Trylogię wie, że tego typu narracja potrafi jednocześnie odstraszać i fascynować (w sensie pozytywnym!).
Im dalej w las, tym więcej ciężkich, staroświeckich aldehydów. Pachnidło stężało w potężną bryłę, trudny do pokawałkowania monolit, z którego trudno wygryźć choć niewielki element: nic nie wystaje, nic się nie wybija do samodzielności: chyba znów wypada winić rozhasanego irysa, który mydli całą kompozycję, uniemożliwiając jej bardziej dynamiczny rozwój.
Za to finał... Ten przynosi nieoczekiwanie rozpogodzenie, łagodny szept piżmowo-sandałowcowy, nieśmiały i wzruszająco niezdarny. Moja konserwatywna matrona zestarzała się z klasą, doczekując się gromadki wnucząt, dzielnie kibicując ich wchodzeniu w dorosłość, pierwszym wielkim sukcesom i porażkom, pierwszym miłościom. Kompozycja stopniowo mięknie, cichnie i zasypia w sposób równie dyskretny, co konsekwentny.

Spodziewałam się kolejnej nijakiej wersji "perfumki" dla pań, a dostałam opowieść - taką, z którą do cna się nie zgadzam, ale której nie mogłabym odmówić prawa do istnienia. W końcu konserwatysta też człowiek. ;)

Wracając do początkowej opowiastki: kobieca kobieta nie rozumie tych wszystkich "męskich gier" typu polityka, filozofia, rozważania na tematy społeczne i naukowe. Kobiecą kobietę bawi jedynie to, co dla jej płci przeznaczone: moda, zakupy, telenowele, harlekiny i ocierające się o ekshibicjonizm plotki. Kobieca kobieta celebruje wszystkie te przyjemności, bo uważa, że to właśnie one różnią ją od mężczyzn, uznaje więc tylko je.
Tylko.
Kobieca kobieta nie istnieje.


Rok produkcji i nos: 1994, Lorenzo Villoresi

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, ale myślę, że idealnie ułożyłby się na skórze mężczyzn - miłośników perfum kwiatowych i/lub staroświeckich (bo jest Donna dzieckiem swoich czasów).

Trwałość:
w granicach siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: róża, kolendra, czarna porzeczka, goździk, palisander
Nuta serca: róża, irys, jaśmin, ylang-ylang, liście fiołka
Nuta bazy: narcyz, drewno sandałowe, piżmo
___
Dziś noszę Opus 1870 od Penhaligon's. :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z DeviantArta; He kissed me... autorstwa użytkowniczki ivymae457.

niedziela, 10 października 2010

Piękni, młodzi, wyperfumowani i... przełamujący stereotyp

Śmieszny stereotyp, dodajmy.

Zresztą, pewnie już to znacie... :)
Postanowiłam "ocalić od zapomnienia" pewien artykuł; o perfumowej manii młodych nowojorskich mężczyzn, którzy wiedzą, czego chcą oraz gdzie mogą to zdobyć.

Wyszperane w archiwach New York Timesa. KLIK

Niestety, nie bardzo mam dziś czas (i chęci), by podjąć się tłumaczenia artykułu. Pocieszam się myślą, iż spora część (gros??) polskiego światka perfumoholicznego posługuje się językiem angielskim. :)

Na zachętę pan w, jakże znajomym, dylemacie:


                                                                        Fot. Tom Ackerman dla New York Timesa.


Miłej lektury! :)


___
Póki co pachnę różanym olejkiem do ciała, ale zaraz wskoczę w Zagorsk od Comme des Garçons [sama siebie zaskakuję ;) ].

sobota, 9 października 2010

Zapach Elfolandu


Coś Wam wyznam: nigdy, ale to nigdy nie zastanawiałam się, jak mogli pachnieć bohaterowie powieści Tolkiena, ergo: przenigdy nie usiłowałam zaprzątać sobie głowy myślami, jaki zapach mógł towarzyszyć takiemu na przykład elfowi Legolasowi [w pewnych kręgach zwanego elfem Lowelasem ;) ]; a może autor gdzieś nawet o tym wspomina...? Nie wiem, nigdy nie przykładałam się też do Władcy Pierścieni - w czasach mojego zachłyśnięcia literaturą fantastyczną był to cykl stanowczo zbyt... popularny, by wystarczająco mocno zaciekawić (przeczytałam, a jakże, lecz bez rewelacji czy spazmów :) ).
W każdym razie, zapach Tolkienowego świata nie był dla mnie istotny. Więc zdziwiłam się, gdy pewnego dnia, paradując po świecie w oparach Au Masculin Lolity Lempickiej, pomyślałam o tamtej właśnie rzeczywistości. Przed oczami stanęła mi niezwykła, magiczna kraina, w której błogostan miesza się z pełną niebezpieczeństw, wciągającą, epicką w swym wymiarze Przygodą. Choć to dosyć luźne nawiązanie.

Przede wszystkim, podstawowym łącznikiem między rzeczywistościami Au Masculin a Śródziemia jest słodko-gorzka, niecodzienna głębia; urocza mieszanka, która jednoznacznie przywodzi mi na myśl oblany czekoladą anyż, podany na kryształowym talerzyku razem z lukrecjowymi ciągutkami. :) I jeszcze coś: o ile w damskim klasyku marki nie wyczuwam ani grama bluszczu, o tyle jego chłodna, trochę ostra a trochę korzenna zieleń w tym przypadku jest łatwa do wychwycenia już od pierwszych chwil po aplikacji.


Tak więc słodko-gorzka, kapitalnie dwoista mieszanina nie ma przed nosicielem niczego do ukrycia, od początku wykłada karty na stół - zupełnie, jak ktoś bardzo naiwny... albo bardzo silny, pewny swego. A już na pewno nie pozwala się lekceważyć. :)
Wkrótce w pobliże talerzyka pełnego niezbyt słodkich łakoci trafiają wytrawne, głębokie nuty alkoholu: rum oraz gorzki, wściekle piołunowy absynt, który zdaje się ponosić odpowiedzialność za bezsprzeczną wyrazistość bluszczu. A wszystko to sprawia, że mnie zaczyna ciec ślinka.

Bo po krótkiej chwili dołącza czarowna woń fiołka (kłącze irysa?), tworząc z rumem i lukrecją nieoczekiwanie zabawowe trio. :) Jednak wkrótce mieszanka ogrzewa się, tężeje, uspokaja, mięknie. Zaczyna mościć się na posłaniu z mchu, wśród purpurowego kwiecia i oddychać. Po prostu - oddychać.
W finale do głosu dochodzi mięciutka, bezpieczna wanilia oraz przestrzenna wetyweria, która do spółki z cedrem dba o leśnego ducha kompozycji. W miarę upływu czasu jednak coraz mniej lasu, a coraz więcej puszystej miękkości: rządzić zaczynają wanilia i piżmo, a dzielnie wtórują im, trudne do jednoznacznego określenia, akcenty ziołowe.
Elfy moszczą się w swoich posłaniach, wtulają buzie w obleczone arystokratycznym aksamitem poduszki i zasypiają.
A ja wycofuję się na palcach. ;) Cicho-sza...


[uwielbiam te kiczowate plakaty! są słodkie. :) ]

Rok produkcji i nos: 2000, Annick Menardo

Przeznaczenie: zapach skomponowany jako męski, choć ma znamiona uniseksu. Dla odważnych mężczyzn i wymagających kobiet. :) Świetny na wszelkie niezobowiązujące okazje (ale i podczas bardziej oficjalnych nie powinien zawieść).

Trwałość: od siedmiu do dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna (i waniliowa!)

Skład:

Nuta głowy: bluszcz, anyż, lukrecja, rum, absynt
Nuta serca: fiołek, kleik jęczmienny, bób tonka
Nuta bazy: wetyweria, wanilia, drewno cedrowe, piżmo, praliny
___
Dziś noszę to, o czym powyżej (mniam! zapach idealny na sobotę ;) ).

P.S.
Ilustracje pochodzą z czeluści mojego twardego dysku i - niestety - nie jestem w stanie podać ich źródeł.

piątek, 8 października 2010

Tarocistka z Sewilli


Podobno labdanum, róża skalna, rośnie dziko na spalonych słońcem stokach Andaluzji. Jak wieść niesie, między innymi właśnie dzięki woni tego kwiecia, podróżujący po Śródziemnomorzu żeglarze upewniali się, iż trafili na południe Hiszpanii. ;) Prawda to czy nie, nieważne - grunt, że wspomniany aromat doczekał się uroczej perfumowej oprawy.
Pisząc te słowa, myślę o Labdanum de Séville Eau de Parfum z asortymentu L'Occitane en Provence.

Kompozycja oparta jest o dwa, usiłujące to zapanować nad sobą, to znów się równoważyć, akcenty - tytułowe labdanum oraz wanilię. Początkowo nie wyczuwam wiele więcej nad miękkie waniliowo-dymne nuty, delikatnie złamane akcentem cytrusowym; i nie bardzo wiem, co o mieszance myśleć. Przede wszystkim zachodzę w głowę: no i gdzie to labdanum?
A ono, cwane, skryło się w sercu. :) I gdy smętne, blade cytrusy odpływają w siną dal (do Polski? ;) ), spomiędzy oparów podwędzonej wanilii, jednocześnie ciepłobrązowej i kremowo jasnej, puchatej i gładkiej, zaczyna wyzierać składnik tytułowy. Z czasem jest go coraz więcej, aż zaczyna dominować nad puszystą słodyczą, aż przywołuje do siebie surowe grudki żywicy "kadzidłotwórczej" oraz ciche akcenty przypraw (trochę kardamonu, trochę kminu, trochę goździków i cynamonu).
Robi się ciepło, czule, zmysłowo. Przy czym aromatowi udaje się nie popadać w kadzidlano-orientalną dosłowność, nadal pozostaje pastelowy i lekko słodki. Oraz cholernie magnetyczny.

Ostatnia faza oznacza sromotną klęskę przypraw i żywicy, wygnanych precz przez wracającą do łask wanilię (a może wanilinę?), która zdołała podporządkować sobie nawet niepokorną skalną różę. Tak, iż ta ostatnia pokornieje i godzi się na rolę cichego tła, delikatnego zrównoważenia mocnej, ale nie próbującej tłamsić nosiciela, słodyczy. Wraca puchata dosłowność, choć wspomnienie małej orgietki nadal pozostaje żywe.  ;)  ...ale to tylko i wyłącznie wspomnienie, więc nie pozostaje nam nic innego, jak pogodzić się z losem. Albo zmienić perfumy.

Mimo rozczarowującego finału, mnie Labdanum de Séville przypadło do gustu; bo jest miękkie, ciepłe, urocze, bo udowadnia, że ma mocne pazurki, bo ciekawie wpasowuje się w kategorię "zimowego antydepresanta". Bo jest śliczne mimo, że duszyczkę ma raczej prostą i niezbyt fascynującą.

No dobrze, ale gdzie tu tarot?
Przede wszystkim w ciepłej, nieco magicznej ilustracji, przedstawiającej Rycerza Buław z tarotowych Małych Arkanów, a według mnie - kapitalnego graficznego odzwierciedlania Labdanum z Sewilli. :)

Na koniec wątpliwość: w ofercie polskojęzycznego sklepu L'Occitane en Provence brak bohatera mojej dzisiejszej recenzji, więc można założyć, iż w Polsce go nie uświadczysz. Tymczasem zapas flaszek stoi sobie spokojnie we wrocławskim salonie. Więc jak to jest? Przyznaję, że nieco się w tym pogubiłam.


Rok produkcji i nos: 2009, ??

Przeznaczenie: ciepły, bezpieczny, stonowany i stopniowo zbliżający się do ciała zapach typu uniseks. Świetny jako "poprawiacz humoru" oraz na wszelkie niezobowiązujące okazje.

Trwałość: od pięciu do ponad dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: owoce cytrusowe, przyprawy
Nuta serca: labdanum, kadzidło
Nuta bazy: balsam tolu, benzoes, wanilia
___
Dziś noszę Eau de Sisley 3.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z DeviantArta, nosi tytuł Knight of Wands, a jej twórcą jest puimun. KLIK

środa, 6 października 2010

Pierścienie Saturna


Powstały w wyniku śmierci jednego ze skalistych księżyców planety, zniszczonego podczas zderzenia z innym dużym ciałem (albo są pozostałością pierwotnej mgławicy, z której powstał Saturn, choć mnie ta teza średnio przekonuje :) ) i składają się z drobin, grud oraz dużych brył skał i lodu. Choć miały sporo czasu, nigdy ponownie nie zestaliły się w jednolite ciało, ponieważ znajdują się wewnątrz tzw. granicy Roche'a, w której oddziaływanie grawitacyjne danego ciała jest tak silne, iż dominuje ono nad całym swoim najbliższym sąsiedztwem. Tak więc pierścienie Saturna ostatecznie opadną po spirali na planetę.
Bo z grawitacją nie sposób się kłócić. ;)

Mamy więc spore objętościowo, zachłanne ciało o tradycyjnie mrocznych konotacjach, ku któremu lgnie to, co - zdawałoby się - już na zawsze świadczyć będzie o jego wyjątkowości. Co mi to przypomina?
Ano, jeden z największych blogowo-forumowych przebojów ostatniego czasu, czyli Ikon od Zirh.

Podobnie, jak wspomniane ciało niebieskie, jest Ikon kompozycją dziwną: jednocześnie przestrzenna i masywną, ziołowo-lekką, ale z czasem nabierającą ciężaru i oleistej statyczności (a Saturn, jako planeta gazowa, jest w istocie całkiem lekki - oczywiście, jak na standardy kosmiczne... ;) ). Z początku uderzający w nutę słodkiego, niekoniecznie europejskiego kadzidła, rzeczywiście ma w sobie coś z Black Cashmere, ale jest to porównanie stanowczo zbyt swobodne: bo choć oba pachnidła penetrują te same obszary, to jednak różnią się polem zainteresowań czy konstrukcją; gdzie BC popada w miękką słodycz, Ikon obiera kurs na kanciastą ostrość i świeżą wytrawność ziół.


Po początkowej, lekko afrykańskiej i niemal kobiecej dawce miękkiego, bezpiecznego ciepła robi się goręcej: aromat, zamiast okrzepnąć i snuć nam do ucha opowieści o bogach i kreacji wszechświata, wkracza w pas asteroid, nabierając gorzkiej przestrzenności, unikając agorafobii, luźno osnuwając się na soku z cytrynowej skórki oraz przyprawach, ze świeżym imbirem, cynamonem, goździkami i kardamonem na czele. Dzięki tej właśnie lekkości, kompozycja zdołała się wybronić przed wpadnięciem w samozapętlające się kadzidlane klimaty i cudem uniknęła zderzenia z asteroidą. ;)
Mniejsze stężenie kadzidlanych dymów jest w tym przypadku miłą niespodzianką, dowodem na indywidualizm mieszanki. A mnie przypomina że inny Saturn, ten oryginalny, mitologiczny rzymski odpowiednik greckiego Kronosa zjadł, co prawda, własne dzieci, ale ostatecznie przywrócono je życiu. :) Więc nie mamy do czynienia z jeszcze jedną interpretacją, coraz popularniejszego ostatnio, kadzidła a raczej z całkiem odważnym żywiczno-przyprawowym cudakiem, niespotykanym zazwyczaj na półkach perfumerii głównonurtowych (dlatego też szybko z nich zniknął, ku rozpaczy perfumoholików całego świata).
W miarę upływu czasu kompozycja w zdwojonym tempie nadrabia zaległości, stając się coraz bardziej ciężką, statyczną, oleiście przysadzistą i bliską ciału (bardzo bliską nawet); co jednak nie odstręcza, a przeciwnie - nadaje jej wymiaru ludzkiego, organicznego i naturalistycznego.

Baza zapachu jest, w mojej opinii, najmniej udaną jego odsłoną: to typowa "męska" interpretacja kadzidła, dość płaska i często spotykana [że wspomnę tylko Incense Williamsona]: grzeczna, pozbawiona kantów, podejrzanie syntetyczna. Łatwa. Lekko zwęglona, ale i niepozbawiona przewidywalnej słodyczy. Lecz mnie to nie dziwi: wszak porządne perfumy winny posiadać osobowość, a ta składa się również z wad. :) Więc Ikon to kapitalne pachnidło, obdarzone pełnowymiarową duszą. I słusznie!

Na koniec jeszcze jedno kosmiczne zdjęcie (uwielbiam je!), wykonane przez sondę NASA, Cassini:


Ta duża, półokrągła płaszczyzna po prawej to Saturn (widziany od nocnej strony), wystające zza niego obręcze są pierścieniami, a ta mała kropeczka poniżej to jeden z księżyców, Enceladus. Lodowa, skalista bryła plująca w niebo... gejzerami wody! Cassini, dokonawszy pomiarów cieczy stwierdziła nie tylko jej "ziemski" skład, ale też obecność aminokwasów, czyli budulca życia.
Mała, potencjalnie żywa kuleczka tuż koło opasłego cielska planety - całkiem, jak Ikon ;)



Rok produkcji i nos: 2008, Frank Voelkl

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach, ale - jak bodaj wszystkie wonie kadzidlane - jest w istocie uniseksem. Wydaje się być idealnym na wszystkie okazje, jakie tylko wpadną nam do głowy. :) Choć trudno odmówić mu klasy czy niewymuszonej elegancji.

Trwałość: niezła - w granicach ośmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: cytryna, imbir, kardamon, kwiat davana
Nuta serca: cynamon, kłącze irysa, goździki, labdanum
Nuta bazy: drewno cedrowe, wetyweria, paczuli, ambra, olibanum
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.stfc.ac.uk/News%20and%20Events/3373.aspx
2. http://s2.webstarts.com/lunarsabbath/origin_of_saturday.html
3. http://saturn.jpl.nasa.gov/photos/imagedetails/index.cfm?imageId=4107

wtorek, 5 października 2010

Złociście

Chyba każdy (a przynajmniej większość) maniak perfumowy tak ma: poszukujemy idealnej, najbardziej do nas przemawiającej interpretacji jakiegoś zapachu: któregoś drewna, róży, kadzidła, piżma, bursztynu czy czegokolwiek innego.
Nie jestem wyjątkiem. Od dawna marzę, między innymi, o najpiękniejszej z możliwych olfaktorycznej interpretacji bursztynu; nie ambry, bursztynu. Poszukiwania do łatwych nie należą, ale przecież one również są integralną częścią zabawy. :) Delikatny, ledwie wyczuwalny ślad skamieniałej bryłki trzeciorzędowej żywicy znalazłam w perfumach z półki bardzo selektywnej, czyli w Ambra Indiana od Tesori d'Oriente.


Chciałabym uniknąć nieporozumień: AI od początku do końca jest aromatem ambrowym, grzecznym, miękkim, niemal zupełnie wyzutym z - typowego dla woni tej substancji - erotyzmu; ale jednak stanowczo i bez dwóch zdań opartym na syntetycznej (choć wcale nie niemiłej!) ambrze. Może właśnie dzięki tej miękkości i niedosłowności ma w sobie coś z ducha tajemnego, na poły mrocznego i romantycznego, bursztynu.
Początek to urocza, świetlista słodycz, jednocześnie rozkoszna i pulchna, niczym barokowe putto. Kompozycja wije się wokół sylwetki miękką, całkiem aksamitną smugą, sugerując rozwój w stronę odzwierciedlenia damy o kształtach raczej rubensowskich (i burzy jasnych, złocistych włosów, spływających w puklach na ramiona). Jednak nie jest nam dane zbliżenie się do ambrowej niewiasty, ponieważ - gdzieś w połowie drogi - jej sylwetka rozmywa się w wiejącym od morza wietrze. Kompozycja staje się nieco bardziej kanciasta, przestrzenna i żywiczno-przyprawowa, z ledwie wyczuwalnym słonym akcentem. W tym momencie Indyjskiej Ambrze najbliżej do mojego wymarzonego bursztynu i przyznaję, że gdyby rozwój nut dryfował dalej w tę stronę, mogłabym z czystym sumieniem zignorować ewidentną sztuczność po to, by cieszyć się pełną flachą.  ;)
Jednak baza jest tak gładka, kremowa i uroczo cieplutka, iż moja mina rzednie podejrzanie szybko. Mogę odtrąbić powrót barokowej zjawy, okrytej jeno złocistym aksamitem oraz własnymi włosami. Nawet cichy obłok drażniącej nos żywicznej pieprzności, który śmignie czasem po horyzoncie, nie jest w stanie zapewnić kompozycji wystarczającej pikanterii.

Mimo wszystko, co stwierdzam wszem i wobec, nie jest Ambra Indiana zapachem złym. Bo może się podobać i - jako żywo - tak się właśnie dzieje. Lubię tę delikatność, ciepłą przysadzistość i przesadną miękkość; bo czy ambra zawsze musi działać afrodyzjakalnie?? Kiedy zaś wziąć pod uwagę cenę perfum, okazuje się, że mamy do czynienia z czymś wręcz genialnym, bo nie sztuka z tanich, marnych zamienników stworzyć całość złą, wtórną, męczącą, ze wszech miar tandetną. Sztuką jest, posiadając do dyspozycji mierne chemikalia, porwać się na nową interpretację popularnego składnika; i niechby to była nawet interpretacja mocno ocenzurowana. Prawdziwa cnota krytyki się nie boi [albo "prawdziwy krytyk cnoty się nie boi" - zależy, jak spojrzeć ;) ].


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: gładki, puchaty, nienachalnie zmysłowy aromat typu uniseks, z racji słodyczy oraz żywicznej korzenności wydaje się być stosownym na nadchodzące chłody. 

Trwałość: zadowalająca - do dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

poza ambrą nie ujawniono żadnych składników, ale "one tam są" i ja to wiem.  ;)
___
Dziś noszę Donnę od Lorenzo Villoresiego.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://nettg.pl/Artykuly/Analizy-i-Komentarze/Bursztynowe-gornictwo,27114,1

poniedziałek, 4 października 2010

Prosta historia


Wyobraźcie sobie taką historię: odziedziczyliście starą, malowniczo położoną willę: okoloną na wpół zdziczałym angielskim ogrodem oraz starym kamiennym murem. Na teren Waszej posesji można dostać się przez piękną, misternie kutą frontową bramę oraz maleńką furtkę umiejscowioną gdzieś na tyłach. Tuż za ogrodem rozciąga się las (góry i/lub jeziora także nie są wykluczone :) ). Wnętrze budynku pełne jest antyków, ukrytych pod zabezpieczającymi przed kurzem płachtami jasnego płótna. Waszą uwagę zwrócił też efektowny kryształowy żyrandol w salonie.
Wraz z upływem czasu poznajecie Wasz nowy dom, wczuwacie się w jego klimat, zaznajamiacie z każdym zakamarkiem, nawiązujecie więź z murami i ich otoczeniem. Oraz z poprzednimi mieszkańcami willi; znajdujecie różne ciekawe przedmioty: a to kilkanaście roczników starych gazet, a to ciężkie i porządnie zabrudzone żeliwne garnki, rondle i patelnie, a to komplet listów miłosnych, których autorzy (oraz osoba, do której były adresowane) już od dawna nie dbają o żadne z ziemskich namiętności. Prawdziwym i niekwestionowanym skarbcem jest na pewno strych, pełen starych ubrań, nielubianych mebli, skazanych na pożarcie przez korniki, słoików i butelek pełnych zapleśniałych/skisłych przetworów [choć to wino porzeczkowe wygląda na całkiem dobre... ;) ], maszyn do szycia, skrzyniowych odbiorników radiowych, telewizora sprzed czterdziestu lat, patefonu z gigantyczną tubą, a pod ścianą, tuż za ogromną posagową skrzynię, komuś z dawnych mieszkańców udało się wcisnąć nawet bicykl!
W opisanym rozgardiaszu, w pewien późnojesienny, choć słoneczny i dość ciepły dzień, natrafiacie również na małą metalową skrzynkę, zdobioną emaliowymi arabeskami, prostą w kroju i o stonowanej barwie. Otwieracie ją. A wewnątrz...


...wewnątrz nie znajdujecie dżinna ani klątwy rzuconej na wszystkich ciekawskich, ani mapy prowadzącej do ukrytego skarbu, ani nawet kolekcji egzotycznych amuletów. W skrzyneczce mieści się fiolka z jakąś brudną, brązowawą cieczą oraz koperta, a w niej - zasuszona róża i pukiel zbutwiałych już włosów. I tyle.

Ta wizja zrodziła się w mojej głowie dzięki Patchouly od Etro, która wydaje się być idealnym węchowym odzwierciedleniem opisanego domu i jego klimatu: oto wchodzimy "z butami" prosto w świat nostalgiczny, ulotny, nieco niedzisiejszy, zdający się "pamiętać" wszystkie przemijające chwile, uczucia, słowa, gesty, emocje, które ktokolwiek i kiedykolwiek w owym miejscu uzewnętrznił. A warto dodać, że nie były to zdarzenia nagłe i dramatyczne, generujące tragedie, tak więc - jeśli willa w ogóle jest nawiedzona - to wyłącznie przez dobre duchy opiekuńcze. :) Jasne i pogodne. Oddane miejscu, z którym przez lata wiązał je sentyment.
Patchouly to aromat ciepły i świetlisty, miękko opływający sylwetkę, by spłynąć po niej długą, gęstą strugą. Będący interpretacją paczuli suchej, pogodnej, wyzutej z wszelkich gwałtowności, choć też zaprawionej nutką nostalgii za "starymi dobrymi czasami" i za tym "co było, a nie wróci". W pierwszej chwili wyczuwam tę charakterystyczną piwniczną nutę, która jednak szybko schnie ("robota" bylicy) i robi się bardziej ciepła, głównie dzięki cytrusom w wydaniu "bożonarodzeniowym", czyli esencjonalnym, lekko osłodzonym, przytulnym. Wkrótce dołącza geranium, a tuż za nim - róża, która zręcznie wymija cichnące nuty cytrusowe, jednocześnie pozwalając paczuli ususzyć swe, nie do końca rozwinięte, pąki (stąd róża w szkatułce). Z czasem mieszanka mięknie, staje się jeszcze bardziej delikatna i "niedzisiejsza", za co winić mogę dziwny, nie do końca zdeklarowany sandałowiec, zatrzymany gdzieś w pół drogi między Tam Dao a Sensuous.
Baza jest cicha i dyskretna, ale jednocześnie na tyle wyraźna, że wyczuwalna dla otoczenia. Oto miękkie, ciepłe i aksamitne orientalne nuty zlewają się w jedną, trudną do pokawałkowania całość: wanilia miesza się z ambrą, piżmo dotrzymuje kroku paczuli (a z reguły nigdy, nawet przez moment, nie psuje efektu mdłym, mydlanym akcentem), cyprys wtula się w kadzidło. I jest dobrze. A nawet jeszcze lepiej. :)

Choć próbowaliśmy się dowiedzieć, co to za tajemna ciecz oraz kto i dlaczego zamknął ją w skrzynce wraz sentymentalną różyczką i puklem włosów Nieznanej Osoby, nigdy nam się to nie udało. Jeszcze jedna niewyjaśniona tajemnica starej willi na uboczu, zawieszonej gdzieś ponad czasem.
Mówiłam, że to prosta historia. ;)


Rok produkcji i nos: 1989, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników spokojnej paczuli i nostalgicznych klimatów. Na dzień lub wieczór. :) Idealny zimową porą.

Trwałość: stosowałam wodę toaletową, która utrzymuje się na skórze od siedmiu do dziesięciu godzin.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: pomarańcza, bylica, bergamotka
Nuta serca: geranium, róża, sandałowiec, kadzidło
Nuta bazy: paczuli, cyprys, wanilia, piżmo, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródło ważniejszych ilustracji - DeviantArt:
1. Magdalenes Salvation autorstwa użytkownika steelgohst.
2. Patchouli autorstwa użytkowniczki Tinka1107.

niedziela, 3 października 2010

Niespodziewany duet

Niespodziewany - jak na polskie warunki, rzecz jasna...
Dwa tygodnie temu pisałam, jak w świecie perfum czują się współczesne polskie panny młode [Kura, co niedziela, to jakaś "bride" mi się nawija! ;) ]. Dziś pragnę zamieścić żywy dowód na to, iż popkultura (w osobie czasopisma drukowanego na kredowym papierze) ma szczęśliwym narzeczonym do zaproponowania coś więcej, niźli standardowe kwiatowo-owocowe i/lub świeże pachnidła.

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce jeden z numerów czasopisma Magazyn Wesele, kierowanego do wszystkich osób, a w praktyce - wyłącznie kobiet, pragnących wstąpić w związek małżeński. Gazeta pochodzi z 2008 roku [nr 3 (11), lato 2008], ale pewien artykuł zainteresował mnie szczególnie mocno: prezentacja perfum opartych na bazie... paczuli (z reprezentacją woni niszowych!).


Tekst powiększy się po kliknięciu nań myszką.

Nie wiem, może zapas kompilacji o kwiatach, owocach, piżmie, ambrze czy sandałowcu zdążył się już wyczerpać, ale pomyślcie: panna młoda zmierzająca do ołtarza w chmurze paczuli. Mocne. ;) I choć podejrzewam, że za publikacją mogła skryć się pewna niemiecka sieć perfumerii (bo - dziwnym trafem - wszystkie prezentowane produkty można nabyć u nich, ale już nie u "Francuzów" :) ), niespecjalnie mnie to rusza. Grunt, że znalazłam dowód na próbę przełamania hegemonii aromatów słodkich, świeżych, prostych, nudnych.

Miłej lektury! :)
___
Dziś noszę 21 od Costume National.

P.S.
Szperając po internetowym archiwum Magazynu Wesele można znaleźć więcej pachnących artykułów.

piątek, 1 października 2010

Złoto otwiera wszystkie drzwi

Jak głosi popularne przysłowie. :) Któremu zresztą nie sposób odmówić słuszności jako, że ów plastyczny, niezbyt wytrzymały i rzadko występujący w przyrodzie kruszec budzi w ludziach jak najżywsze emocje. O jego olfaktoryczną interpretację swego czasu pokusili się spece z Comme des Garçons, nadając jednemu ze swych produktów enigmatyczną oraz wyszukaną nazwę 8 88.


"Złoto znaczy więcej niż dwudziestu mówców".
                                                                             William Szekspir



Ciekawy to pomysł, bo zarazem chwytliwy, bezczelny i budzący respekt - perfumy wyprodukowane w hołdzie złotu; nie upstrzone jego drobinkami, nie "robiące wagę" flakonowi, nie odwołujące się bezpośrednio do ludzkiej próżności, definiowanej jako pragnienie luksusu i wygody, ale mające na celu oddać hipotetyczny aromat sztabki złota (albo wręcz samorodka). Naprawdę, jestem pełna podziwu dla marketingowej kreatywności i to bez sarkastycznego podtekstu: takie coś po prostu musi się sprzedawać. Musi przyciągać spojrzenia, skupiać uwagę, budzić pragnienie poznania: bo ilu z ludzkich mieszkańców Ziemi jest naprawdę, całkowicie i bezsprzecznie obojętnych na migotliwy blask złota (tudzież szelest banknotów czy znikomy ciężar kilku kart płatniczych w portfelu)?

Dlatego tak trudno nam przejść obojętnie obok czegoś, co ma jakikolwiek związek ze sferą finansów. Dlatego jestem pełna uznania dla pragmatycznej idei marketingowców CdG.
Nic dziwnego, że z chęcią zaopatrzyłam się w próbkę Trzech Ósemek.


"Nauką i złotem drudzy Cię wzbogacą, mądrość musisz sam z siebie własną dobyć pracą".

                                                                                                                parafraza Adama Mickiewicza




Uwertura perfum, miła, świeża, jasna i dosyć przewrotna, przywiodła mi na myśl białe kwiaty z Guerrilli 1, aromatu budzącego we mnie przygnębienie lub wręcz poczucie dojmującej beznadziei. Owszem, doceniam czarowne, gładkie piękno otwarcia, ujmujących przypraw i lekkich kwiatowych woni (które - w ciepłe dni - na mojej skórze układają się w aromat... konwalii! :) ), jestem w stanie wmówić sobie, iż mam do czynienia z kompozycją lekką, radosną i żywą, ba! raz czy drugi zapragnęłam nawet całego flakonu, ale w gruncie rzeczy wiem, że wszystko to, co opisałam wyżej, jest jedynie zręczną iluzją.
Ponieważ, zanim łapczywa dłoń nieopacznie kliknie w przycisk "buy" lub "do koszyka" lub "i'll take one!" [ ;) ], warto się zastanowić: czego my właściwie od tych perfum chcemy?
Czy woni unikatowej, zapadającej w pamięć, niezwykłej? Jeśli tak, to szukamy w złym miejscu. A może czegoś bezpiecznego, stroniącego od niespodzianek, ale przyjemnie otulającego sylwetkę? Również błąd. Albo odwrotnie: czegoś krzykliwego, snobistycznego, sugerującego Naprawdę Wielką Forsę? W takim wypadku polecałabym raczej - w zależności od środowiska, w którym przyszło nam się obracać - Silver Rain od La Prairie albo któryś z flakonów od Clive'a Christiana lub tych sygnowanych "Ramon Molvizar".

I w tym momencie naszym oczom ukazuje się przykra prawda: 8 88 jest kompozycją - przeciętną; poprawną zaledwie. Zręczną robotą rzemieślniczą, pozbawioną kunsztu artystycznego. Starannie wycyzelowanym konceptem obarczonym przesadną ideologią ze szczęściem, pomyślnością wszelaką i chińskimi wierzeniami w tle.

Po miłym, opisanym wyżej, początku następuje faza, w której główną rolę grają przyprawy: kardamon, kolendra, szafran, szczypta cynamonu oraz dyskretne nuty pieprzu - wówczas kompozycja ogrzewa się i tężeje, nabiera pewnej głębi. Oraz kusi łagodnym czarem, dokładając obłok ciemnej, gorzkiej czekolady. Szkoda tylko, że tego kuszenia nie wystarcza już na bazę, którą zdominowuje miks geranium, szafranu i kolendry, z czasem przechodzący w słabiuteńką, ledwie wyczuwalną dziesiątą wodę po ambrze (a raczej: szafranowej ambrze).

Nie znaczy to, że jestem absolutnie nieczuła na uroki Trzech Ósemek lub też, że ich nie trawię, bo tak nie jest - miło jest czasem ów aromat poczuć na sobie czy bliźnich, miło jest też dać się ponieść opowieściom o czarownym, wesołym, ładnym złocie; tyle, że one nie są prawdziwe. Ponieważ wydobycie złota to krew, pot, łzy, brutalna przemoc, wyzysk, praca za głodowe stawki, niewolnictwo i morderstwa - podobnie, jak w przypadku diamentów. I wiem, że łatwiej jest o tym nie myśleć, gdy tacy czy inni specjaliści serwują nam piękną bajeczkę w odcieniach glamour. Rozumiem to; choć nie podzielam.
Dlatego podziękuję: i za 8 88, i za złote łańcuchy; nie tym razem. Panie i Panowie, musicie się bardziej postarać. ;)


"Nie zależy mi na pieniądzach i na sławie, chcę być tylko doskonała".
                                                                                                                 Marilyn Monroe



Rok produkcji i nos: 2008, Antoine Lie

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, równie stosowny latem, co zimą.

Trwałość: w granicach pięciu czy sześciu godzin, więc nie zachwyca (ale to w końcu CdG :) ).

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: kurkuma, kolendra
Nuta serca: kadzidło, geranium, szafran
Nuta bazy: ambra, paczuli, pepperwood [tylko które?? - TO, TO czy TO?]
___
Dziś noszę Shalimar od Guerlain.

P.S.
Wszystkie ilustracje pochodzą z http://dianepernet.typepad.com/diane/2007/11/if-gold-had-a-f.html
Cytaty, oprócz ostatniego, wzięłam z portalu Złoto On-Line.