
Coś Wam wyznam: nigdy, ale to nigdy nie zastanawiałam się, jak mogli pachnieć bohaterowie powieści Tolkiena, ergo: przenigdy nie usiłowałam zaprzątać sobie głowy myślami, jaki zapach mógł towarzyszyć takiemu na przykład elfowi Legolasowi [w pewnych kręgach zwanego elfem Lowelasem ;) ]; a może autor gdzieś nawet o tym wspomina...? Nie wiem, nigdy nie przykładałam się też do Władcy Pierścieni - w czasach mojego zachłyśnięcia literaturą fantastyczną był to cykl stanowczo zbyt... popularny, by wystarczająco mocno zaciekawić (przeczytałam, a jakże, lecz bez rewelacji czy spazmów :) ).
W każdym razie, zapach Tolkienowego świata nie był dla mnie istotny. Więc zdziwiłam się, gdy pewnego dnia, paradując po świecie w oparach Au Masculin Lolity Lempickiej, pomyślałam o tamtej właśnie rzeczywistości. Przed oczami stanęła mi niezwykła, magiczna kraina, w której błogostan miesza się z pełną niebezpieczeństw, wciągającą, epicką w swym wymiarze Przygodą. Choć to dosyć luźne nawiązanie.
Przede wszystkim, podstawowym łącznikiem między rzeczywistościami Au Masculin a Śródziemia jest słodko-gorzka, niecodzienna głębia; urocza mieszanka, która jednoznacznie przywodzi mi na myśl oblany czekoladą anyż, podany na kryształowym talerzyku razem z lukrecjowymi ciągutkami. :) I jeszcze coś: o ile w damskim klasyku marki nie wyczuwam ani grama bluszczu, o tyle jego chłodna, trochę ostra a trochę korzenna zieleń w tym przypadku jest łatwa do wychwycenia już od pierwszych chwil po aplikacji.

Tak więc słodko-gorzka, kapitalnie dwoista mieszanina nie ma przed nosicielem niczego do ukrycia, od początku wykłada karty na stół - zupełnie, jak ktoś bardzo naiwny... albo bardzo silny, pewny swego. A już na pewno nie pozwala się lekceważyć. :)
Wkrótce w pobliże talerzyka pełnego niezbyt słodkich łakoci trafiają wytrawne, głębokie nuty alkoholu: rum oraz gorzki, wściekle piołunowy absynt, który zdaje się ponosić odpowiedzialność za bezsprzeczną wyrazistość bluszczu. A wszystko to sprawia, że mnie zaczyna ciec ślinka.
Bo po krótkiej chwili dołącza czarowna woń fiołka (kłącze irysa?), tworząc z rumem i lukrecją nieoczekiwanie zabawowe trio. :) Jednak wkrótce mieszanka ogrzewa się, tężeje, uspokaja, mięknie. Zaczyna mościć się na posłaniu z mchu, wśród purpurowego kwiecia i oddychać. Po prostu - oddychać.
W finale do głosu dochodzi mięciutka, bezpieczna wanilia oraz przestrzenna wetyweria, która do spółki z cedrem dba o leśnego ducha kompozycji. W miarę upływu czasu jednak coraz mniej lasu, a coraz więcej puszystej miękkości: rządzić zaczynają wanilia i piżmo, a dzielnie wtórują im, trudne do jednoznacznego określenia, akcenty ziołowe.
Elfy moszczą się w swoich posłaniach, wtulają buzie w obleczone arystokratycznym aksamitem poduszki i zasypiają.
A ja wycofuję się na palcach. ;) Cicho-sza...

[uwielbiam te kiczowate plakaty! są słodkie. :) ]
Rok produkcji i nos: 2000, Annick Menardo
Przeznaczenie: zapach skomponowany jako męski, choć ma znamiona uniseksu. Dla odważnych mężczyzn i wymagających kobiet. :) Świetny na wszelkie niezobowiązujące okazje (ale i podczas bardziej oficjalnych nie powinien zawieść).
Trwałość: od siedmiu do dziesięciu godzin
Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna (i waniliowa!)
Skład:
Nuta głowy: bluszcz, anyż, lukrecja, rum, absynt
Nuta serca: fiołek, kleik jęczmienny, bób tonka
Nuta bazy: wetyweria, wanilia, drewno cedrowe, piżmo, praliny
___
Dziś noszę to, o czym powyżej (mniam! zapach idealny na sobotę ;) ).
P.S.
Ilustracje pochodzą z czeluści mojego twardego dysku i - niestety - nie jestem w stanie podać ich źródeł.


