Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Etro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Etro. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 listopada 2013
Zimowe zaklęcie
Choć czasu dziś trochę mało, pędzę z obiecaną recenzją. Choćby dlatego, że [jak trafnie przepowiedziała onegdaj Patrycja-Perfumoholiczka ;) ] ze wczorajszego śniegu ostały się zaledwie symboliczne resztki a tej nocy ma spaść co najwyżej marznący deszcz. Tylko, że on do Musk od Etro ma się nijak...
Piżmo to biel, czystość, pewna delikatna tkliwość; jasna cielesność podszyta mydlaną świeżością, osnuta na ramie z wszechobecnego akordu drzewnego, równie białego i klarownego, co reszta składników. I jest to drewno przede wszystkim syntetyczne, zdecydowanie Iso E lub coś podobnego, ułożone wszelako na miękkich słodkościach sandałowca oraz gwajaku.
Klimatem Musk bardzo przypomina mi powyższą ilustrację, to znaczy doskonale zbilansowane: czysty chłód śniegu, swojską nienachalną chropowatość drewna, ciepłą przytulność piżma oraz wyraźny acz nienarzucający się słodki dymek. Idealna sceneria dla idealnego zapachu, chwili uchwyconej w pachnidle identycznie, jak przy pomocy aparatu fotograficznego. [I nie przeszkadza mi, że anonimowy perfumiarz lub perfumiarka oraz ich zleceniodawcy mogą nie mieć o tym pojęcia. ;) ] Coś niezwykle ulotnego i właśnie dzięki swojej kruchości - pięknego.
Kompozycja otwiera się nietypowo jak na dzisiejsze czasy, bo niepozornie, jakby cichym szeptem. Miękką jasnością wschodzącego zimowego słońca. To lekkie oraz nadzwyczaj dyskretne akordy cytrusowe, trochę jakby zawstydzone i od pierwszej chwili pokorne wobec piżma, jednocześnie mydlano-zwierzęcego, lekko pieniącego się ale też i pierzastego, odrobinę tylko silniejszego aniżeli cytrusy. Które znikają z naszej skóry tak dyskretnie, że nawet tego nie zauważamy. Po prostu w pewnym momencie stwierdzamy, że składnikowi tytułowemu towarzyszy już fascynująco precyzyjny choć miękki, dosyć futurystyczny akord iso e super. Za nim zaś jak cień podążają pozostałe drewna, już bardziej naturalne. Zauważam jasność starych cedrowych desek czy odrobinę nasyconego, wypolerowanego na gładko indyjskiego sandałowca; jednak najważniejszy wydaje się akord gwajaku, słodkiego, lekko oleistego oraz zdecydowanie ciemnego, w miarę upływu czasu od niejadalnego deseru zmierzającego ku słodkiemu, dosyć ciężkiemu dymowi. Towarzyszące im piżmo schodzi w tym miejscu na drugi plan i chociaż wciąż jest wyraźne, i choć nadal promieniuje ciepłem odbitym od ludzkiego ciała, to już nieodwracalnie wtopiło się w drewna.
Gdzieś na przełomie serca i bazy pojawia się efemeryczny akcent zielonego roślinnego soku, ni to białokwiatowego, ni pochodzącego z żywych drzew południowych. Jednak znika zbyt szybko, bym miała okazje przyjrzeć mu się bliżej; jak to efemeryda. ;) Wiem za to, że im dłużej pachnidło przebywa ze mną, tym silnie piżmo oraz jasne, ciepłe drewna scalają się w jedność, łagodną mieszankę roślinno-zwierzęcą, całkowicie pozbawioną agresji, statyczną oraz trochę nostalgiczną. Nawet składnik tytułowy ujawnia swoje białe strony, powoli zmieniając się w pyłek (lub może raczej puder na ludzkim ciele). :) Zaś do dymno-drzewnej słodyczy oraz sandałowcowej głębi dołącza znów nuta drzew syntetycznych, przynosząca tym razem więcej akordów papierowych. Całość jeszcze bardziej blaknie, rozpływając się w otaczającej nas przestrzeni. Im cieplejszą wydaje się baza, tym bardzie Piżmo słabnie, unieważniając samo siebie.
Abstrakcyjna, miękka śnieżna jasność, złamana biel kompozycji powoli przejmuje kontrolę nad całym światem mimo, iż wie, że jej czas już minął. Zimowa, pełna spokoju baśń.
Błogość ostatniej pory roku. Nawet teraz robię się senna. :)
A przecież nie mogę jeszcze iść spać. Skoleboller same się nie polukrują . ;) Zimą nawet moja kuchnia spogląda w stronę Skandynawii.
Chyba właśnie zrozumiałam, dlaczego oprócz słodkości w nadchodzących miesiącach będę łaskawszym okiem spoglądać także na pachnidła piżmowe. Gdyby śnieg mógł być ciepły, i gdyby nadać mu rys zmysłowości... Ach! :)
Kocham zimę.
Rok produkcji i nos: 2004, ??
Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o ograniczonej mocy; tworzy aurę dosyć gęstą choć niezbyt nachalną; z czasem coraz bardziej transparentny.
Naprawdę świetny umilacz codzienności, nie tylko dla miłośników zimy ale także (tak podejrzewam) ich zupełnych przeciwieństw. ;) Na każdą możliwa okazję, wystarczy tylko - jak zawsze - odpowiednio dobrać dawkę. :)
Trwałość: niezła, bo w granicach dziesięciu-trzynastu godzin
Grupa olfaktoryczna: piżmowo-drzewna
Skład:
Nuta głowy: werbena, bergamotka, grejpfrut
Nuta serca: drewno cedrowe, drewno gwajakowe, (iso e super?)
Nuta bazy: drewno sandałowe, piżmo
___
Dziś La Yuqawam Orchid Prairie od Rasasi.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/423056958717689910/
2. http://www.pinterest.com/pin/423056958717689907/
czwartek, 8 grudnia 2011
Dostawa drobiazgów
Kolejna w przeciągu ostatnich kilku tygodni. :)
Cóż jeszcze mogę napisać?
Przyjemnej lektury!
Antonio Visconti, Temps d'hiver
Zapach na zimę? Możliwe, nie wykluczam.
Choć nie ukrywam, że byłoby lepiej, gdyby kompozycja okazała się bardziej zajmująca. ;) Ponieważ niespójna, neurotyczna, klasyczna w sposób nudny woda niezbyt mi imponuje. Nie zaskakuje, ale męczy: jednostajnym goździkowym kwieciem, pudrowo-skórzanymi żywicami, sproszkowanym anyżkiem, pastą o buroróżowej barwie - słodką, zatykającą i mdłą jednocześnie.
Temps d'hiver nie jest pachnidłem tragicznym, jednak zaszkodziła mu kostyczna ortodoksja perfumiarza.
Słaby punkt w portfolio marki.
Skład:
rozmaryn, goździk (kwiat), róża damasceńska, ylang-ylang, heliotrop, konwalia, galbanum, benzoes, bób tonka, wanilia, balsam peruwiański
Chanel, Chance
Woda perfumowana, klasyk, żadne popłuczynowe Tądry i Fresze, które strach testować. ;>
Przyjemne damskie pachnidło. Jedne z - nielicznych we współczesnym perfumiarstwie - cytrusów z prawdziwą Klasą. W stylu pewnym i konsekwentnym, upojnie optymistycznym.
Czaruje przekorną nutą czerwonego (różowego) pieprzu, będącej preludium dla suchej cytryny, grejpfruta, klementynki oraz lekkich, słodkawych kwiatów; wyjątek stanowi ostry irys. Wyczuwam także dosyć gęstą wanilię oraz... tak! pierwowzór modnej współcześnie paczulowej oranżadki. :) Oto bezpośredni przodek większości dzisiejszych sephoro-douglasowych damskich premier. ;)
O wiele ciekawszy od dzieci, dodajmy. Bo szyprowy.
Skład:
różowy pieprz, cytrusy, hiacynt, jaśmin, irys, wanilia, paczuli, wetyweria
Etro, Magot
Ten zapach skłania do namysłu.
Muszę się nad nim porządnie zastanowić. Mieszanka nie jest ani cytrusowa, ani kwiatowa czy przesycona zamorskimi korzeniami. Z pewnością nie jest orientalna ani szyprowa, choć do szypru brakuje jej naprawdę niewiele.
Spokojna, jasna lawenda na cedrowo-paczulowej bazie skłania ku klasyfikacji pachnidła jako nowoczesnego paprociowca. Tym bardziej, iż subtelnego smaczku dodaje masa utarta z niesłodkich cytrusów, słodkiego bobu tonka oraz ostro-mydlanego irysa. Pojawiają się też ozonowe kwiaty w chmurce rudego proszku. Całość jest niejednorodna, trudna do opisania (co chyba widać :) ), skomplikowana a jednak niezbyt intrygująca. Nie rusza mnie, przynajmniej nie w sposób rejestrowalny przez moje prywatne radary. ;)
Skład:
irys, bergamotka, cytryna, jaśmin, lawenda, goździki, wanilia, paczuli, drewno cedrowe, piżmo
José Eisenberg, Diabolique
...w wydaniu kobiecym.
Trudno powiedzieć, ile w zapachu tkwi pierwiastka infernalnego; możliwe, że dużo. Chcecie wiedzieć, dlaczego?
Infusion d'Iris Prady jest dla mnie tak prosty i jasny, że aż toksyczny. Okropny i zatykający, oślepiający tubalną jasnością. Świetlisty, niczym Lucyfer w swym pierwszym wcieleniu. ;> Gdyby więc jakoś podkręcić ten efekt, uwypuklić męczący blask, nieco go ubrudzić, na przykład świeżą papryczką chili w kolorze karminowym, wówczas otrzymalibyśmy Diabolique. ;)
Mydlano-ostry irys pogłębiony dodatkiem chili, w tle kardamon lub szafran i lekkie kwiaty. Puder.
Jak na Sephorę zaskakująco dobry (choć, hm.. inspirowany ;) ), w szerszym kontekście - doskonale obojętny.
Skład:
mandarynka, kardamon, heliotrop, irys, fiołek, drewno cedrowe, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes, piżmo
Shiseido, Zen Purple
Letnia limitowanka z 2010 roku. Woń miękka, słodka, apetyczna. :)
Owocowa i kwiatowa, z wyraźnym akcentem mimozy, konwalii oraz frezji. Gdzieś w tle kusi pokruszone niejadalne ciasteczko, ukręcone na podstawie wywaru z kwiatów delikatnie zmysłowych. Z czasem mieszanka ogrzewa się i powolutku zyskuje coś z aromatu rozgrzanego smacznym snem ciała. Łagodna i pełna ambra oraz ostrawe, lecz niemęczące piżmo wychodzą słodkim kwiatom tylko na lepsze. :)
Całość okazuje się gładka, fascynująca i warta uwagi, nawet pomimo ewidentnej sztuczności.
Skład:
konwalia, frezja, yuzu, tuberoza, jaśmin, drewno cedrowe, ambra, piżmo
___
A w tej chwili.. Le Péché od Eisenberga. :)
Cóż jeszcze mogę napisać?
Przyjemnej lektury!
Antonio Visconti, Temps d'hiverZapach na zimę? Możliwe, nie wykluczam.
Choć nie ukrywam, że byłoby lepiej, gdyby kompozycja okazała się bardziej zajmująca. ;) Ponieważ niespójna, neurotyczna, klasyczna w sposób nudny woda niezbyt mi imponuje. Nie zaskakuje, ale męczy: jednostajnym goździkowym kwieciem, pudrowo-skórzanymi żywicami, sproszkowanym anyżkiem, pastą o buroróżowej barwie - słodką, zatykającą i mdłą jednocześnie.
Temps d'hiver nie jest pachnidłem tragicznym, jednak zaszkodziła mu kostyczna ortodoksja perfumiarza.
Słaby punkt w portfolio marki.
Skład:
rozmaryn, goździk (kwiat), róża damasceńska, ylang-ylang, heliotrop, konwalia, galbanum, benzoes, bób tonka, wanilia, balsam peruwiański
Chanel, ChanceWoda perfumowana, klasyk, żadne popłuczynowe Tądry i Fresze, które strach testować. ;>
Przyjemne damskie pachnidło. Jedne z - nielicznych we współczesnym perfumiarstwie - cytrusów z prawdziwą Klasą. W stylu pewnym i konsekwentnym, upojnie optymistycznym.
Czaruje przekorną nutą czerwonego (różowego) pieprzu, będącej preludium dla suchej cytryny, grejpfruta, klementynki oraz lekkich, słodkawych kwiatów; wyjątek stanowi ostry irys. Wyczuwam także dosyć gęstą wanilię oraz... tak! pierwowzór modnej współcześnie paczulowej oranżadki. :) Oto bezpośredni przodek większości dzisiejszych sephoro-douglasowych damskich premier. ;)
O wiele ciekawszy od dzieci, dodajmy. Bo szyprowy.
Skład:
różowy pieprz, cytrusy, hiacynt, jaśmin, irys, wanilia, paczuli, wetyweria
Etro, MagotTen zapach skłania do namysłu.
Muszę się nad nim porządnie zastanowić. Mieszanka nie jest ani cytrusowa, ani kwiatowa czy przesycona zamorskimi korzeniami. Z pewnością nie jest orientalna ani szyprowa, choć do szypru brakuje jej naprawdę niewiele.
Spokojna, jasna lawenda na cedrowo-paczulowej bazie skłania ku klasyfikacji pachnidła jako nowoczesnego paprociowca. Tym bardziej, iż subtelnego smaczku dodaje masa utarta z niesłodkich cytrusów, słodkiego bobu tonka oraz ostro-mydlanego irysa. Pojawiają się też ozonowe kwiaty w chmurce rudego proszku. Całość jest niejednorodna, trudna do opisania (co chyba widać :) ), skomplikowana a jednak niezbyt intrygująca. Nie rusza mnie, przynajmniej nie w sposób rejestrowalny przez moje prywatne radary. ;)
Skład:
irys, bergamotka, cytryna, jaśmin, lawenda, goździki, wanilia, paczuli, drewno cedrowe, piżmo
José Eisenberg, Diabolique...w wydaniu kobiecym.
Trudno powiedzieć, ile w zapachu tkwi pierwiastka infernalnego; możliwe, że dużo. Chcecie wiedzieć, dlaczego?
Infusion d'Iris Prady jest dla mnie tak prosty i jasny, że aż toksyczny. Okropny i zatykający, oślepiający tubalną jasnością. Świetlisty, niczym Lucyfer w swym pierwszym wcieleniu. ;> Gdyby więc jakoś podkręcić ten efekt, uwypuklić męczący blask, nieco go ubrudzić, na przykład świeżą papryczką chili w kolorze karminowym, wówczas otrzymalibyśmy Diabolique. ;)
Mydlano-ostry irys pogłębiony dodatkiem chili, w tle kardamon lub szafran i lekkie kwiaty. Puder.
Jak na Sephorę zaskakująco dobry (choć, hm.. inspirowany ;) ), w szerszym kontekście - doskonale obojętny.
Skład:
mandarynka, kardamon, heliotrop, irys, fiołek, drewno cedrowe, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes, piżmo
Shiseido, Zen PurpleLetnia limitowanka z 2010 roku. Woń miękka, słodka, apetyczna. :)
Owocowa i kwiatowa, z wyraźnym akcentem mimozy, konwalii oraz frezji. Gdzieś w tle kusi pokruszone niejadalne ciasteczko, ukręcone na podstawie wywaru z kwiatów delikatnie zmysłowych. Z czasem mieszanka ogrzewa się i powolutku zyskuje coś z aromatu rozgrzanego smacznym snem ciała. Łagodna i pełna ambra oraz ostrawe, lecz niemęczące piżmo wychodzą słodkim kwiatom tylko na lepsze. :)
Całość okazuje się gładka, fascynująca i warta uwagi, nawet pomimo ewidentnej sztuczności.
Skład:
konwalia, frezja, yuzu, tuberoza, jaśmin, drewno cedrowe, ambra, piżmo
___
A w tej chwili.. Le Péché od Eisenberga. :)
Etykiety:
Antonio Visconti,
aromatyczne,
Chanel,
Etro,
José Eisenberg,
kwiatowe,
mainstream,
nisza,
owocowe,
perfumy,
Shiseido,
szyprowe
czwartek, 18 sierpnia 2011
Pegaz dęba
Niestety, i tym razem oszczędzę Wam zachwytów, zaś o rozkosznym absurdzie - który zdaje się sugerować tytuł - nawet nie ma co marzyć. "Pegaz dęba" czyli Pegaz, który się znarowił. Nie mityczny zdobywca Olimpu, lecz śmieszna mała istotka, o emocjonalności oraz intelekcie najwyżej trzyletniego dziecka. Może i wyglądającego uroczo, ale nadal śmierdzącego mlekiem i ubrudzoną pieluchą.
Śliczne małe Pegaziątko. ;)
Gdyby formuła Pegaso marki Etro dziwnym zrządzeniem losu trafiła w ręce naczelnego perfumiarskiego kompozytora marki należącej do potomków pewnego szacownego rodu paryskich siodlarzy, spokojnie mogłaby zostać przygarnięta, zaakceptowana, przerobiona na pachnidło, zabutelkowana w kolejny zielonkawobłękitny flakon i rozesłana do perfumerii całego świata pod nazwą Le Jardin du Mont Olympe. ;>
Nawet świetnie się składa, ponieważ Olimp znany jest także jako park we francuskim mieście Charleville-Mézières, będącym stolicą regionu (powiatu) Szampania-Ardeny. Tak więc w poszukiwaniu skrzydlatego rumaka decydenci Hermèsa razem z J-C.E. nie musieliby nawet opuszczać kraju. Co stanowi spore ułatwienie. ;)
I problem z głowy; nie trzeba wymyślać nowej formuły, nawet koncept marketingowy też się znalazł! Żebyście tylko nie pomyśleli, że z kogokolwiek się nabijam. :) Nie nabijam się, naprawdę.
Po prostu Pegaso od początku do końca pachnie, jak słynne Hermèsowe Ogródki; te jednojajowe wieloraczki, których nader często - bez podpowiedzi w postaci odpowiedniego napisu na flakonie czy próbce - kompletnie nie potrafię rozróżnić. Kubek w kubek identyczne; o powierzchowności jak spod kalki, różniące się jedynie osobowościami [choć niezbyt jaskrawo]. Pegaz to po prostu piąta, jeszcze nie powstała, część serii. :) Zaginiony w dzieciństwie brat, niczym z jednego z transoceanicznych telewizyjnych tasiemców. ;)
Mnóstwo ziół z bazylią i kolendrą na czele, skórzana, lekko słona bergamotka, przejrzyste neroli, sucha cytryna, cedr, zmydlony irys i ten charakterystyczny, ascetyczny chłód. Gdyby kompozycji ująć późniejsze akcenty ciepłe w postaci żywicy i pieprzu, z pozostawić jedynie dokładnie przystrzyżone labdanum wyszedłby klon współczesnych dokonań pana Elleny. Bo tak normalnie, omawiana mieszanka pachnie jak wcześniejsze jego dzieła, od Eau de Campagne począwszy na Déclaration kończąc. Jest w Pegazie za to spora szczypta sławnego Terre.
Jak również słaba trwałość i kiepska moc.
Kompletnie nie-moja bajka.
I teraz powiedzcie, proszę: kto zrobił te perfumy?? Napisał formułę, wymieszał składniki?
Etro na ten temat milczy, za to ja mam pewną teorię... ;)
Rok produkcji i nos: 2009, ?? Alberto Morillas
Przeznaczenie: typowy, niekoniecznie nudny letni świeżaczek typu uniseks. Dla miłośników perfumiarskiego ascetyzmu, na wszelkie okazje. Dość bezpieczny i przewidywalny, bliski skórze (choć nie na każdym).
Trwałość: identyczna, jak przy "pozostałych" Ogródkach - około pięciu, może sześciu godzin
Grupa olfaktoryczna: świeżo-drzewna (i aromatyczna)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, neroli, cedrat
Nuta serca: irys, czarny pieprz, bazylia
Nuta bazy: drewno cedrowe, labdanum, benzoes
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://disney-clipart.com/Hercules/
Śliczne małe Pegaziątko. ;)
Gdyby formuła Pegaso marki Etro dziwnym zrządzeniem losu trafiła w ręce naczelnego perfumiarskiego kompozytora marki należącej do potomków pewnego szacownego rodu paryskich siodlarzy, spokojnie mogłaby zostać przygarnięta, zaakceptowana, przerobiona na pachnidło, zabutelkowana w kolejny zielonkawobłękitny flakon i rozesłana do perfumerii całego świata pod nazwą Le Jardin du Mont Olympe. ;>
Nawet świetnie się składa, ponieważ Olimp znany jest także jako park we francuskim mieście Charleville-Mézières, będącym stolicą regionu (powiatu) Szampania-Ardeny. Tak więc w poszukiwaniu skrzydlatego rumaka decydenci Hermèsa razem z J-C.E. nie musieliby nawet opuszczać kraju. Co stanowi spore ułatwienie. ;)
I problem z głowy; nie trzeba wymyślać nowej formuły, nawet koncept marketingowy też się znalazł! Żebyście tylko nie pomyśleli, że z kogokolwiek się nabijam. :) Nie nabijam się, naprawdę.
Po prostu Pegaso od początku do końca pachnie, jak słynne Hermèsowe Ogródki; te jednojajowe wieloraczki, których nader często - bez podpowiedzi w postaci odpowiedniego napisu na flakonie czy próbce - kompletnie nie potrafię rozróżnić. Kubek w kubek identyczne; o powierzchowności jak spod kalki, różniące się jedynie osobowościami [choć niezbyt jaskrawo]. Pegaz to po prostu piąta, jeszcze nie powstała, część serii. :) Zaginiony w dzieciństwie brat, niczym z jednego z transoceanicznych telewizyjnych tasiemców. ;)
Mnóstwo ziół z bazylią i kolendrą na czele, skórzana, lekko słona bergamotka, przejrzyste neroli, sucha cytryna, cedr, zmydlony irys i ten charakterystyczny, ascetyczny chłód. Gdyby kompozycji ująć późniejsze akcenty ciepłe w postaci żywicy i pieprzu, z pozostawić jedynie dokładnie przystrzyżone labdanum wyszedłby klon współczesnych dokonań pana Elleny. Bo tak normalnie, omawiana mieszanka pachnie jak wcześniejsze jego dzieła, od Eau de Campagne począwszy na Déclaration kończąc. Jest w Pegazie za to spora szczypta sławnego Terre.
Jak również słaba trwałość i kiepska moc.
Kompletnie nie-moja bajka.
I teraz powiedzcie, proszę: kto zrobił te perfumy?? Napisał formułę, wymieszał składniki?
Etro na ten temat milczy, za to ja mam pewną teorię... ;)
Rok produkcji i nos: 2009, Przeznaczenie: typowy, niekoniecznie nudny letni świeżaczek typu uniseks. Dla miłośników perfumiarskiego ascetyzmu, na wszelkie okazje. Dość bezpieczny i przewidywalny, bliski skórze (choć nie na każdym).
Trwałość: identyczna, jak przy "pozostałych" Ogródkach - około pięciu, może sześciu godzin
Grupa olfaktoryczna: świeżo-drzewna (i aromatyczna)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, neroli, cedrat
Nuta serca: irys, czarny pieprz, bazylia
Nuta bazy: drewno cedrowe, labdanum, benzoes
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://disney-clipart.com/Hercules/
poniedziałek, 4 października 2010
Prosta historia

Wyobraźcie sobie taką historię: odziedziczyliście starą, malowniczo położoną willę: okoloną na wpół zdziczałym angielskim ogrodem oraz starym kamiennym murem. Na teren Waszej posesji można dostać się przez piękną, misternie kutą frontową bramę oraz maleńką furtkę umiejscowioną gdzieś na tyłach. Tuż za ogrodem rozciąga się las (góry i/lub jeziora także nie są wykluczone :) ). Wnętrze budynku pełne jest antyków, ukrytych pod zabezpieczającymi przed kurzem płachtami jasnego płótna. Waszą uwagę zwrócił też efektowny kryształowy żyrandol w salonie.
Wraz z upływem czasu poznajecie Wasz nowy dom, wczuwacie się w jego klimat, zaznajamiacie z każdym zakamarkiem, nawiązujecie więź z murami i ich otoczeniem. Oraz z poprzednimi mieszkańcami willi; znajdujecie różne ciekawe przedmioty: a to kilkanaście roczników starych gazet, a to ciężkie i porządnie zabrudzone żeliwne garnki, rondle i patelnie, a to komplet listów miłosnych, których autorzy (oraz osoba, do której były adresowane) już od dawna nie dbają o żadne z ziemskich namiętności. Prawdziwym i niekwestionowanym skarbcem jest na pewno strych, pełen starych ubrań, nielubianych mebli, skazanych na pożarcie przez korniki, słoików i butelek pełnych zapleśniałych/skisłych przetworów [choć to wino porzeczkowe wygląda na całkiem dobre... ;) ], maszyn do szycia, skrzyniowych odbiorników radiowych, telewizora sprzed czterdziestu lat, patefonu z gigantyczną tubą, a pod ścianą, tuż za ogromną posagową skrzynię, komuś z dawnych mieszkańców udało się wcisnąć nawet bicykl!
W opisanym rozgardiaszu, w pewien późnojesienny, choć słoneczny i dość ciepły dzień, natrafiacie również na małą metalową skrzynkę, zdobioną emaliowymi arabeskami, prostą w kroju i o stonowanej barwie. Otwieracie ją. A wewnątrz...

...wewnątrz nie znajdujecie dżinna ani klątwy rzuconej na wszystkich ciekawskich, ani mapy prowadzącej do ukrytego skarbu, ani nawet kolekcji egzotycznych amuletów. W skrzyneczce mieści się fiolka z jakąś brudną, brązowawą cieczą oraz koperta, a w niej - zasuszona róża i pukiel zbutwiałych już włosów. I tyle.
Ta wizja zrodziła się w mojej głowie dzięki Patchouly od Etro, która wydaje się być idealnym węchowym odzwierciedleniem opisanego domu i jego klimatu: oto wchodzimy "z butami" prosto w świat nostalgiczny, ulotny, nieco niedzisiejszy, zdający się "pamiętać" wszystkie przemijające chwile, uczucia, słowa, gesty, emocje, które ktokolwiek i kiedykolwiek w owym miejscu uzewnętrznił. A warto dodać, że nie były to zdarzenia nagłe i dramatyczne, generujące tragedie, tak więc - jeśli willa w ogóle jest nawiedzona - to wyłącznie przez dobre duchy opiekuńcze. :) Jasne i pogodne. Oddane miejscu, z którym przez lata wiązał je sentyment.
Patchouly to aromat ciepły i świetlisty, miękko opływający sylwetkę, by spłynąć po niej długą, gęstą strugą. Będący interpretacją paczuli suchej, pogodnej, wyzutej z wszelkich gwałtowności, choć też zaprawionej nutką nostalgii za "starymi dobrymi czasami" i za tym "co było, a nie wróci". W pierwszej chwili wyczuwam tę charakterystyczną piwniczną nutę, która jednak szybko schnie ("robota" bylicy) i robi się bardziej ciepła, głównie dzięki cytrusom w wydaniu "bożonarodzeniowym", czyli esencjonalnym, lekko osłodzonym, przytulnym. Wkrótce dołącza geranium, a tuż za nim - róża, która zręcznie wymija cichnące nuty cytrusowe, jednocześnie pozwalając paczuli ususzyć swe, nie do końca rozwinięte, pąki (stąd róża w szkatułce). Z czasem mieszanka mięknie, staje się jeszcze bardziej delikatna i "niedzisiejsza", za co winić mogę dziwny, nie do końca zdeklarowany sandałowiec, zatrzymany gdzieś w pół drogi między Tam Dao a Sensuous.
Baza jest cicha i dyskretna, ale jednocześnie na tyle wyraźna, że wyczuwalna dla otoczenia. Oto miękkie, ciepłe i aksamitne orientalne nuty zlewają się w jedną, trudną do pokawałkowania całość: wanilia miesza się z ambrą, piżmo dotrzymuje kroku paczuli (a z reguły nigdy, nawet przez moment, nie psuje efektu mdłym, mydlanym akcentem), cyprys wtula się w kadzidło. I jest dobrze. A nawet jeszcze lepiej. :)
Choć próbowaliśmy się dowiedzieć, co to za tajemna ciecz oraz kto i dlaczego zamknął ją w skrzynce wraz sentymentalną różyczką i puklem włosów Nieznanej Osoby, nigdy nam się to nie udało. Jeszcze jedna niewyjaśniona tajemnica starej willi na uboczu, zawieszonej gdzieś ponad czasem.
Mówiłam, że to prosta historia. ;)

Rok produkcji i nos: 1989, ??
Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników spokojnej paczuli i nostalgicznych klimatów. Na dzień lub wieczór. :) Idealny zimową porą.
Trwałość: stosowałam wodę toaletową, która utrzymuje się na skórze od siedmiu do dziesięciu godzin.
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: pomarańcza, bylica, bergamotka
Nuta serca: geranium, róża, sandałowiec, kadzidło
Nuta bazy: paczuli, cyprys, wanilia, piżmo, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródło ważniejszych ilustracji - DeviantArt:
1. Magdalenes Salvation autorstwa użytkownika steelgohst.
2. Patchouli autorstwa użytkowniczki Tinka1107.
Etykiety:
drzewne,
Etro,
nisza,
orientalne,
perfumy
poniedziałek, 27 września 2010
Skarb
Zanim opowiem Wam o moim dzisiejszym zapachu pozwólcie, że głos zabierze najpierw kto inny:
"(...) Potem zrobił klika kroków naprzód, a ponieważ mniemał, że jaskinia jest pozbawiona światła, nie mógł się nadziwić, gdy ujrzał przed sobą jasną salę wykładaną marmurem z wysokimi kolumnami i wspaniałymi ozdobami na ścianach. W sali było nagromadzone tyle potraw i napoi, ile dusza zapragnie.
Stamtąd Ali Baba [ ;) ] przeszedł do drugiej sali, która była jeszcze większa i obszerniejsza od pierwszej. Były tam przedziwne sprzęty, wysadzane najrzadszymi kamieniami, których blask oślepiał i których nikt nie zdoła opisać. Leżało tam mnóstwo sztab szczerego złota oraz przeróżnych przedmiotów kowanych z czystego srebra. Denary i dirhemy leżały usypane w kupy niczym żwir czy piasek w nieprzeliczonej ilości.
Gdy Ali Baba po tej wspaniałej sali przez chwilę się rozejrzał, otwarły się przed nim jeszcze jedne drzwi. Przez nie wszedł do trzeciej sali, która była jeszcze wspanialsza i piękniejsza od poprzednich i cała wypełniona po brzegi najwykwintniejszymi tkaninami ze wszystkich krain świata. Były tam bele kosztownej delikatnej bawełny, cienkie jedwabie i wypukły złotogłów. Nie było chyba ani jednego gatunku tkanin, którego byś w tej sali nie znalazł. Pochodziły one z syryjskich równin i odległych afrykańskich krain, z Chin i doliny Indu [czyli Indusu - przyp. WzP], z Nubii i najdalszych prowincji Hindustanu.
Następnie Ali Baba przeszedł do jeszcze innej sali, pełnej drogich kamieni, która była największa i najcudowniejsza ze wszystkich. Znajdowały się tam lśniące matowym blaskiem perły i różne klejnoty, których nie można było ogarnąć wzrokiem ani przeliczyć, opalizujące hiacynty, ciemnozielone szmaragdy, blade turkusy i różnokolorowe topazy. Pereł leżały całe góry, a obok nich - przejrzyste agaty i różowe korale.
Wreszcie Ali Baba przeszedł do jeszcze jednej sali, pełnej zamorskich korzeni, kadzidła i przeróżnych wonności. I to była już ostatnia sala. Znajdowały się tam specjały najbardziej wyszukane i i najdelikatniejsze. Gorzka woń aloesu i mocny zapach piżma unosiły się w powietrzu, ambra i cynamon roztaczały najpiękniejszy aromat. Słodki zapach mirry, wody różanej i mieszanina różnych innych wonności napełniały całą salę. Jak drwa na opał leżało wszędzie drogocenne drzewo sandałowe, a zamorskie korzenie rozrzucone były niczym chrust, jakby nie miały wartości.
Ali Baba był widokiem tych wszystkich niezmierzonych skarbów oślepiony i niemal nie postradał zmysłów, a rozum jego był bezradny. Stał tak przez chwilę nieruchomo, jakby odurzony i urzeczony tym cudownym widokiem. Potem podszedł bliżej skarbów, aby im się dokładniej przyjrzeć. To brał do ręki najczarowniejszą z pereł, to wyszukiwał wśród klejnotów najdrogocenniejszy kamień, to odkładał na bok sztukę złotogłowiu, to znów ulegał pokusie i podchodził do błyszczącego złota. Zbliżał się do delikatnych i cienkich jedwabi i wchłaniał w siebie aromaty aloesu i kadzidła".
Ali Baba i czterdziestu rozbójników, cyt. za [to będzie pełny tytuł! ;) ]: Baśnie z 1001 nocy. Wg niemieckiego opracowania Enno Littmanna. Spolszczyli: Krzysztof Radziwiłł i Janina Zeltzer. Ilustracje reprodukowane ze staroindyjskich miniatur znajdujących się w państwowych zbiorach w Berlinie, Nasza Księgarnia, Warszawa 1989, s. 12-13.
Uff! Wybaczcie, proszę, ów długi cytat; nie byłam w stanie skrócić go tak, by nie uszczknąć opisowi ani krztyny czarownego klimatu. :) A teraz niech podniosą rękę do góry ci, którzy zauważyli, jak wysoko w przytoczonej wyliczance uplasowały się "perfumowe półprodukty". ;) A jak jeszcze ktoś mi ktoś powie, że Arabowie nie umieli cenić przyjemności życia, to zdzielę kindżałem przez łeb! ;)

Powyższe przytoczenie zamieściłam z kliku powodów, z których dwa najistotniejsze to niedawne pytanie Skarbka o to, jakie zapachy lubię najbardziej [wszystko, co mieści się w bezpośrednim sąsiedztwie klimatów ostatniej sali w grocie zbójców, Skarbie :) ] oraz zagajenie recenzji Sandalo od Etro.
Baśnie z 1001 nocy były jedną z najwspanialszych lektur mojego dzieciństwa: dość wcześnie, bo wkrótce po dacie wydania, sprezentowano mi zanotowane wcześniej dzieło. Jeszcze nie byłam w stanie przeczytać więcej, niż kliku słów naraz, przeto zadowalałam się pozycją słuchaczki (oglądającej obrazki :) ) oraz bawiłam się książką oddając jej honory w jedyny znany mi sposób, czyli nie rozstając się z nią nawet na krok (aż dziw, że małe dziecko targało ze sobą takie opasłe tomiszcze); uwierzcie, nie chcecie wiedzieć, jak ono dziś wygląda. ;)
A wspominam o tym dlatego, że wizja jaskini Ali Baby musiała być niezwykle stymulująca dla wyobraźni cztero- czy pięcioletniego dziecka, skoro pamięć o niej jest dla mnie żywa i dziś. Do tego stopnia, iż rozpoczynając przygodę z perfumami - zwłaszcza z tymi niszowymi - poszukiwałam idealnego zapachu sandałowca. Takiego, który odpowiadałby dziecięcym wyobrażeniom o baśniowej wyjątkowości, zaprawionej nutą ryzyka (w końcu zbójcy mogli wrócić w każdej chwili, przyłapując poczciwego perskiego biedaka na gorącym uczynku!). Nic więc dziwnego, że każdy kolejny aromat ze znacznym dodatkiem sandałowca rozczarowywał: Santal Blanc był przewrotny, ale dość miękki i płaski, podobnie, jak mleczne Tam Dao, nie wspominając już o puchatych nutach pokroju Sensuous. To wiecznie nie było "to".
Aż tu nagle, pewnego zimnego dnia (to tak, jak dzisiaj!) zjawiło się Etrowe Sandalo i sprawiło, że nareszcie uśmiechnęłam się z satysfakcją. Ali Baba wrócił. :)

Właściwie nie jest to mieszanina wybitna, choć nie sposób odmówić jej mocy: oto nareszcie odarto drewno sandałowe ze wszystkich zbędnych puchatych krągłości, płowych zmiękczaczy oraz bezpiecznych pluszów. Stworzono mieszankę ostrą, zadziorną, nieobrobioną i pozbawioną wszelkich zbędnych ułatwień; po prostu czystą.
Sandalo to kompozycja sucha ale i przestrzenna, sugerująca możliwość objęcia wzrokiem całych połaci pustyni, aż po horyzont i zachłyśnięcia się możliwością przemierzenia tej krainy, choć bez - charakterystycznego dla wszystkich istot obdarzonych ciałem - lęku przed zabłądzeniem, przegrzaniem, brakiem wody i pomocy. Mam wrażenie, że mój dzisiejszy aromat to czysta emanacja ducha bliskowschodnich opowieści, dżinn, który czeka wewnątrz butelki na śmiałka bądź głupca, który nieopatrznie wypuści go na wolność.
Podobnie, jak uwolniony z więzienia demon, tak Sandalo zaraz po aplikacji musi rozprostować kości, uwolnić nadmiar energii, zaszaleć. Od samego początku wyczuwam niepojętą, niemożliwą do podziału mieszaninę drogocennych drzew, ambry, czegoś gorzkiego (paczuli), czegoś słodkiego (mirra), czegoś pieprzowego (lawenda, róża) z cytrusową zbitką, równie niejasną, co reszta kompozycji. Nad wszystkim zaś czuwa suche, nieheblowane, rzucone byle jak i byle gdzie naręcze surowego sandałowca.
Wraz z upływem czasu kompozycja traci na mocy, choć nigdy nie przetasowuje się na skórze, a jedynie stopniowo, systematycznie zanika. [Wyjątkiem jest krótki, ledwie wyczuwalny piżmowy meteor w sercu]. Dzięki temu zabiegowi nie bardzo potrafię pochwalić się rozpoznaniem kolejnych nut, zaimponować (?) znajomością zamorskich korzeni oraz ich sekretów, wzbudzić zazdrość opisem dynamicznego rozwoju mieszanki na skórze. Nie tym razem. Dziś po prostu stoję zbaraniała pośrodku sali niczym Ali Baba i w oszołomieniu doświadczam świadomego poplątania zmysłów w najbardziej dosłownym ze znaczeń. ;) I całkiem mi z tym dobrze. :)
Dodam też, że Sandalo duchem przypomina mojego drogiego Ambrowego Fetysza od pań Goutal i Doyen; jest podobnie zachwycający i erotyczny (ach, ta ambra!).
W każdym razie, zapach rozpoczyna się donośnym, spazmatycznym wdechem, trwa poprzez narkotyczne oszołomienie, by zakończyć życie wśród cichego mruczenia i czułych szeptów. Czy trzeba dodawać, że go uwielbiam? :)
W końcu Sandalo to Przygoda na wyciągnięcie ręki. Spełnione marzenie małej dziewczynki. :)

Rok produkcji i nos: 1989, ??
Przeznaczenie: aromat typu uniseks; niech każdy oceni, na jakie okazje będzie odpowiedni. W każdym razie, dość bezpiecznie można zrobić to w czasie nadchodzących chłodów - migreny nie powinny dawać się we znaki. ;)
Trwałość: od pięciu do ośmiu godzin (jako
Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna
Skład:
Nuta głowy: róża, pomarańcza, cytryna
Nuta serca: sandałowiec, paczuli, lawenda, drewno cedrowe
Nuta bazy: piżmo, ambra, mirra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Ilustracja do Ali Baby i czterdziestu rozbójników autorstwa Edmunda Dulaca; Serwis Flickr, konto użytkownika ayacata7. KLIK
2. Ali Baba autorstwa Maxfielda Parrisha; z zasobów Wikimedia Commons. KLIK
Etykiety:
drzewne,
Etro,
nisza,
orientalne,
perfumy
piątek, 3 września 2010
Tabakiery w natarciu ;)
Stoję sobie dziś w jednym z wrocławskich Douglasów przed półką z zapachami Etro i myślę: "Dianthus czy Patchouly?" (bowiem koniecznie chciałam ubrać coś tej marki, spoza mojego arsenału). Dumam sobie i dumam, pan ochroniarz krąży coraz bliżej i bliżej, bo to przecież bezpośrednie sąsiedztwo najdroższych zapachów jest [a nuż coś wsadzę za pazuchę? ;) ]; a znana prawda głosi, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. I dobrze głosi jako, że po chwili wpadłam na pomysł dania kolejnej szansy New Tradition. A pachnidło zwyczajnie nie doceniło mojej dobrej woli i się było wypięło. O czym zaraz Wam opowiem. :)
Są aktorzy, których widoku nijak nie potrafię strawić. Niczym konkretnym sobie na moją awersję nie zasłużyli, mogę doceniać pracę każdego z nich bądź nie, ale spoglądanie na ich twarze dodatkowej rozrywki mi nie zapewnia. I o ile jestem w stanie przemóc jakoś swoją niechęć do Leonarda Di Caprio czy Nicholasa Cage'a, to pasuję, gdy na ekranie pojawia się Tom Cruise. Po prostu go nie lubię. I tyle.
W jego oczach wychwytuję coś śliskiego, kpiąco-cyniczno-zimnego (może to przez scjentologię? nie mam pojęcia). Do tego z wiekiem traci wiarygodność - i to nie tylko na ekranie; uroku nie dodaje mu także maniacka walka z upływającym czasem. A szkoda, bo gdy trafię gdzieś na którąś z jego wczesnych ról, to z żalem stwierdzam, że wówczas przynajmniej było na co popatrzeć.
Podobnie z Etrowym New Tradition: pierwsze chwile są wielce obiecujące, ostre, głębokie, przestrzenne, kwiatowo-przyprawowe z silnym akcentem wetywerii, natomiast później coraz trudniej mi wychwycić coś, co nie byłoby piżmem.
Początkowy miks lawendy, róży, wetywerii, goździków, kolendry oraz białego pieprzu (których brak w składzie, choć wyraźnie je wyczuwam) stopniowo ustępuje miejsca śliskiemu, spienionemu piżmu. Zmieszanemu w dość makabryczny - dla mnie, rzecz jasna - sposób z geranium, ylang-ylang i... irysem, dzięki czemu "wyłazi" z Nowej Tradycji ni mniej, ni więcej, jak tani płyn do płukania tkanin. Proszę ewentualnych obrażonych o wybaczenie; wiem, jak niemiłe to uczucie, gdy ktoś przyrówna jedne z, naszym zdaniem, wspanialszych perfum do czegoś w tak podłym stylu, ale naprawdę się starałam poszukać innego skojarzenia. ;) Stąd pojawił się Cruise; oraz paru innych.
Dla wyżej podpisanej New Tradition to zapach przykry, brzydki, zbyt obły, spieniony i sztuczny. Jak panowie z gatunku "im starszy, tym młodszy". ;) Rzeczony rodzaj obejmuje także sporą grupę pań, jednak na mnie dzisiejszy aromat to pan z odruchem kompulsywnego liftingu. Płeć bezdyskusyjnie męska (poza rozpoczęciem, które było cudnym, idealnie wyważonym uniseksem).
Jeśli wykazuję się dostatecznie dużą dawką cierpliwości (jak dziś, póki co), to po pewnym czasie z piżma ulatują kwiaty, a zastępuje je znacznie bardziej okazała dawka wetywerii, jednocześnie zielonej, wilgotnawej oraz wyschniętej na wiór. Paczuli, niestety, nie stwierdza się.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam nazwę New Tradition, przez moją głowę przepłynęły dwa skojarzenia: wyrażenie "nowa świecka tradycja" oraz Marek Siudym, nawołujący w filmie Miś swoją córeczkę: "Tradycja, chodź do tatusia!". ;) Ze wszystkich szołbiznesowych nazwisk, które się dzisiaj przewinęły, chyba wolałabym już to ostatnie. Przynajmniej poczciwe Misiowe chłopstwo - jako jedyni - nie tylko niczego i nikogo nie udawało, a nawet zadawało pytania o sens.
A skąd tytuł recenzji?
W końcu na stare kobiety, które pragną za wszelką cenę zatrzymać czas mówi się "pudernice", więc dlaczego "tabakiery" nie miałyby być ich męskim odpowiednikiem? ;)
(mimo, że zapach prawdziwej tabakiery bywa magnetycznie piękny).
Rok produkcji i nos: 2002, ??
Przeznaczenie: zapach typu uniseks. I na tym zakończę. ;)
Trwałość: niezła; od pięciu do blisko ośmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczna
Skład:
Nuta głowy: geranium, lawenda, róża
Nuta serca: ylang-ylang, goździki, wetyweria
Nuta bazy: piżmo, paczuli
___
Pachnę tym, o czym powyżej ale dłużej nie zdzierżę! :)
P.S.
Fot. nr 1 przedstawia plecy Toma Cruise'a (po prawej). Dowód TU.
Fot. nr 2 zaś - wiadomo kogo uwiecznia, a pochodzi STĄD.
Są aktorzy, których widoku nijak nie potrafię strawić. Niczym konkretnym sobie na moją awersję nie zasłużyli, mogę doceniać pracę każdego z nich bądź nie, ale spoglądanie na ich twarze dodatkowej rozrywki mi nie zapewnia. I o ile jestem w stanie przemóc jakoś swoją niechęć do Leonarda Di Caprio czy Nicholasa Cage'a, to pasuję, gdy na ekranie pojawia się Tom Cruise. Po prostu go nie lubię. I tyle.
W jego oczach wychwytuję coś śliskiego, kpiąco-cyniczno-zimnego (może to przez scjentologię? nie mam pojęcia). Do tego z wiekiem traci wiarygodność - i to nie tylko na ekranie; uroku nie dodaje mu także maniacka walka z upływającym czasem. A szkoda, bo gdy trafię gdzieś na którąś z jego wczesnych ról, to z żalem stwierdzam, że wówczas przynajmniej było na co popatrzeć.
Podobnie z Etrowym New Tradition: pierwsze chwile są wielce obiecujące, ostre, głębokie, przestrzenne, kwiatowo-przyprawowe z silnym akcentem wetywerii, natomiast później coraz trudniej mi wychwycić coś, co nie byłoby piżmem.
Początkowy miks lawendy, róży, wetywerii, goździków, kolendry oraz białego pieprzu (których brak w składzie, choć wyraźnie je wyczuwam) stopniowo ustępuje miejsca śliskiemu, spienionemu piżmu. Zmieszanemu w dość makabryczny - dla mnie, rzecz jasna - sposób z geranium, ylang-ylang i... irysem, dzięki czemu "wyłazi" z Nowej Tradycji ni mniej, ni więcej, jak tani płyn do płukania tkanin. Proszę ewentualnych obrażonych o wybaczenie; wiem, jak niemiłe to uczucie, gdy ktoś przyrówna jedne z, naszym zdaniem, wspanialszych perfum do czegoś w tak podłym stylu, ale naprawdę się starałam poszukać innego skojarzenia. ;) Stąd pojawił się Cruise; oraz paru innych.
Dla wyżej podpisanej New Tradition to zapach przykry, brzydki, zbyt obły, spieniony i sztuczny. Jak panowie z gatunku "im starszy, tym młodszy". ;) Rzeczony rodzaj obejmuje także sporą grupę pań, jednak na mnie dzisiejszy aromat to pan z odruchem kompulsywnego liftingu. Płeć bezdyskusyjnie męska (poza rozpoczęciem, które było cudnym, idealnie wyważonym uniseksem).
Jeśli wykazuję się dostatecznie dużą dawką cierpliwości (jak dziś, póki co), to po pewnym czasie z piżma ulatują kwiaty, a zastępuje je znacznie bardziej okazała dawka wetywerii, jednocześnie zielonej, wilgotnawej oraz wyschniętej na wiór. Paczuli, niestety, nie stwierdza się.
Kiedy po raz pierwszy usłyszałam nazwę New Tradition, przez moją głowę przepłynęły dwa skojarzenia: wyrażenie "nowa świecka tradycja" oraz Marek Siudym, nawołujący w filmie Miś swoją córeczkę: "Tradycja, chodź do tatusia!". ;) Ze wszystkich szołbiznesowych nazwisk, które się dzisiaj przewinęły, chyba wolałabym już to ostatnie. Przynajmniej poczciwe Misiowe chłopstwo - jako jedyni - nie tylko niczego i nikogo nie udawało, a nawet zadawało pytania o sens.
A skąd tytuł recenzji?
W końcu na stare kobiety, które pragną za wszelką cenę zatrzymać czas mówi się "pudernice", więc dlaczego "tabakiery" nie miałyby być ich męskim odpowiednikiem? ;)
(mimo, że zapach prawdziwej tabakiery bywa magnetycznie piękny).
Rok produkcji i nos: 2002, ??
Przeznaczenie: zapach typu uniseks. I na tym zakończę. ;)
Trwałość: niezła; od pięciu do blisko ośmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczna
Skład:
Nuta głowy: geranium, lawenda, róża
Nuta serca: ylang-ylang, goździki, wetyweria
Nuta bazy: piżmo, paczuli
___
Pachnę tym, o czym powyżej ale dłużej nie zdzierżę! :)
P.S.
Fot. nr 1 przedstawia plecy Toma Cruise'a (po prawej). Dowód TU.
Fot. nr 2 zaś - wiadomo kogo uwiecznia, a pochodzi STĄD.
czwartek, 29 kwietnia 2010
O zamorskich podróżach

To, jakie wrażenie wywołuje na mnie Shaal Nur marki Etro ująć można pod postacią stwierdzenia: przednowoczesna wyprawa kupiecka. Długi, wyczerpujący rejs statkiem do miejsc odległych, dziwnych, ze wszech miar Innych. Podróż rozpoczyna się na morzu, wśród słonych oparów i rześkiego, świeżego wiatru. W tle wyczuć można aromaty cytrusów i gorzkich ziół, słowem - to, co zostawiamy za sobą. Wspomniana słoność ujawnia się po krótkiej chwili, drażni mój nos, ale i ciekawie komponuje się z orzeźwiającymi cytrusami oraz aromatami europejskich ziół. Ten etap podróży jest jednocześnie świeży i słoneczny, prawie gorący; bardzo przyjemny.

Natomiast nie bardzo rozumiem to, co dzieje się później. Niby logiczne, ze podczas wielomiesięcznej podróży przez oceany po prostu musi przydarzyć się jakiś porządny sztorm, jednak dlaczego akurat na mojej skórze? ;)To, co pierwotnie było słonymi owocami południowymi, kiszonymi cytrynami z Maroka, jedzonymi nad brzegiem morza, miało przypuszczalnie przeistoczyć się w ziołowo-kadzidlaną mieszankę dzięki pomocy lekkich nut kwiatowych. Tak to sobie przynajmniej wyobrażałam. Zamiast tego dostałam regularną morską bitwę między Człowiekiem a Naturą. :) Totalna olfaktoryczna anarchia: zioła atakują Orient i cytrusy, cytrusy ścierają się z Orientem, osłaniając się ziołami, Orient przypuszcza zmasowany atak na swoich poprzedników, zaś kwiaty leżą podeptane gdzieś na bruku. Nie mówię, że to źle - wcale tak nie jest. Czasami chaos może pomóc wydobyć się zupełnie nowej, interesującej jakości. Tak jest i tym razem. Gdy wichry ustają, a nędzne resztki okrętu dobiły już do brzegów arabskich lub indyjskich, Shaal Nur dokonuje przepoczwarzenia. Aromat na mojej skórze uspokaja się, wysładza, pozwala uwypuklić całą egzotyczną, zafałszowaną aromatem przypraw, kadzidlaność. Staje się nietypowym, ciepłym, zaskakująco optymistycznym pachnidłem, którego nie sposób zapomnieć. Rodzi nieoczekiwaną przytulność, rodzaj domowego ciepełka (o ile ktoś wychował się na Dalekim Wschodzie... ;) ), ponadzmysłową radość. Nawet drewno różane wyziera co rusz. Szkoda tylko, że nie ma go więcej...

Rok produkcji i nos: 1997, ??
Przeznaczenie: zapach typu uniseks, mający to do siebie, iż na każdej skórze potrafi zachowywać się całkiem inaczej - warto więc testować, testować, testować... Osobiście noszę go tak w dzień, jak i po zmroku, w zależności od okazji i nastroju. :)
Trwałość: niezbyt imponująca - do czterech godzin
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: cytryna, bergamotka, grejpfrut, petit grain, drewno różane
Nuta serca: granat, róża, bylica, rozmaryn
Nuta bazy: styraks, mirra, opoponaks, cedr, wetyweria, paczuli, wanilia, piżmo, ambra
Etykiety:
drzewne,
Etro,
nisza,
orientalne,
perfumy
czwartek, 22 kwietnia 2010
Boże Ciało
Tak postanowiłam zatytułować recenzję słynnej Messe de Minuit marki Etro. A dlaczegóż by nie...? W końcu, bardziej niż z pasterką, kojarzę go właśnie z katolickimi uroczystościami schyłkowej wiosny, z czasem, gdy nie jest możliwe, by z wystarczającą pewnością przewidzieć pogodę na czas procesji. ;) Tak właśnie odbieram Messe: niekiedy otacza ciało noszącej ją osoby ciepłym, wręcz opiekuńczym kokonem, czasem męczy nadmiarem opacznie pojmowanej troskliwości niczym stereotypowa matka-Polka, a czasami szczerzy kły w obłudnym uśmiechu po to, by zaatakować znienacka każdego, kto był na tyle nierozważny, aby podejść zbyt blisko. :) A bywa, że skrzy się i mieni, kusi ciepłym wspomnieniem kadzidlanego dymu, osadzającego się akurat wśród egzotycznych przypraw i miodu, zapewniającego o czystości własnych intencji - w tym wydaniu jest zapachem romantycznej, niedzisiejszej panny młodej.
Messe de Minuit to aromat małego i urokliwego gotyckiego (lub późnobarokowego) kościółka, schowanego gdzieś w górach, niekoniecznie majestatycznych w sensie wysokości i strzelistości nagich skał. Nie, kościół-Messe ukrywa się wśród gór starych, takich, które niejedno już widziały. Pamiętających Ziemię bez wszędobylskich homo sapiens, a z czasów późniejszych - wojny, rzezie, klęski żywiołowe i ogromne epidemie, pustoszące całe połacie krajów. Góry, które nie zapominają i chwil radosnych - gdy wreszcie nastawał pokój, kończyły się zarazy, ludzie wracali do swoich siedlisk, aby podnieść je ze zniszczeń i przywrócić życiu. Takie miejsca bez wysiłku sprawiają wrażenie, iż naprawdę Pamiętają. Są jakby terytorialnym odzwierciedleniem marzeń o nieśmiertelności.
Messe przywodzi mi na myśl także jakieś zupełnie niestraszne, za to niezwykle klimatyczne horrory, w rodzaju Draculi w reż. F.F. Coppoli, mające za zadanie nie tyle po prostu przerazić widza, ile powiedzieć mu/jej co nieco o człowieku jako takim, jego słabościach i zaletach, o tchórzostwie i heroizmie, małych oszustwach i wielkich łajdactwach, o Kłamstwie i o Prawdzie. Oczywiście, wszystko tylko do pewnego stopnia. W końcu tego typu filmy mają cieszyć oko (tak, jak perfumy - nos :) ), nie zaś być przytłaczającym moralitetem. Tak czy siak, dla mnie Messe de Minuit to także wampir, który ukrył zęby, by móc oczarowywać i zjednywać sobie sojuszników (stąd Gary Oldman w swej wampirzej kreacji na zdjęciu powyżej); ten typ krwiopijcy nigdy nie spiłował kłów a jedynie, zmęczony niekończącym się bólem życia, pragnie pokazać swoje drugie oblicze. Czy należy się go bać...?
Nie mam pojęcia; to tak, jak z używaniem Messe de Minuit - wszystko zależy od okoliczności. ;)
Rok produkcji i nos: 1994, R. Jacques Flori.
[podobno około roku 2000, wraz ze zmianą wizerunku flakonu i opakowania, miała miejsce pokątna reformulacja. Nie mam pojęcia, czy to prawda...]
Przeznaczenie: uniseksualny zapach dla ludzi o wielu twarzach. :)
Trwałość: mogłaby być lepsza; na mojej skórze MdM - i to w wydaniu eau de toilette - utrzymuje się około pięciu godzin. Ale i tak ją kocham!
Grupa olfaktoryczna: drzewno-aromatyczna
Skład:
Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, galbanum, nuty drzewne
Nuta serca: mirra, cynamon
Nuta bazy: miód, piżmo, ambra, paczuli, wanilia
Etykiety:
aromatyczne,
drzewne,
Etro,
nisza,
perfumy
Subskrybuj:
Posty (Atom)





