Ostatnio tracę serce do
Wizażowych wspólnych zakupów, gdzie nagminnie omijają mnie najciekawsze rozbiórki. Głównie dlatego, ze bywam tam ostatnio raz na kilka dni; więc jestem zła przede wszystkim na siebie. Co, jak wiadomo, jest najgorszym rodzajem złości, ponieważ nie można jej na nikim wyładować. ;]
Lecz przecież i ja mam szczęście znać kilka zapachów oryginalnych, rzadko spotykanych, dziwacznych czy chociażby krótko po światowej premierze. Więc w ostatecznym rozrachunku nie jest tak źle. :)
Na przykład dziś chciałabym napisać co nieco o pachnidłach, które poznałam dzięki uprzejmości nieocenionego Jaroslava. Jarku, dziękuję! :* Gdyby nie Ty, do olfaktorycznych dzieł sygnowanych przez Naomi Goodsir dopchałabym się pewnie za około dwa lata. :)
Ponieważ to one zajmują dziś mój nos oraz mózg.
O podstawowym nurcie działalności australijskiej projektantki kapeluszy oraz akcesoriów z futra czy skóry można było poczytać nieco gdzie indziej. Zresztą, nie wiem, czy mam jakiekolwiek prawo do oceniania zarówno "materiałów" do prac Goodsir jak i moralności jej klientów; szczególnie jako osoba, która od lat, mimo wielokrotnie podejmowanych prób, nie jest w stanie przejść na dietę bezmięsną. Podobnie, jak nie unikam butów czy strojów z naturalnej skóry [inna sprawa, że czasy, kiedy skóra sztuczna automatycznie oznaczała dużo gorszą jakość, szczęśliwie już minęły i naprawdę możemy pozwolić sobie na produkty syntetyczne, które wytrzymają dłużej, niż jeden sezon użytkowania :) ]. Pamiętam jednak, że piersi kurczaka wbrew pozorom nie pochodzą z powleczonej folią styropianowej tacki z supermarketu, zaś bym mogła kupić sobie śliczne kozaczki pewnej polskiej marki z jakiegoś zwierzęcia zdarto wcześniej skórę.
Dlatego uważam, że więcej szkody niż proekologiczne nawoływanie do radykalnej abstynencji, wyrządza ludziom utrzymywanie obecnego status quo, mącenie niegdyś oczywistej wiedzy o pochodzeniu naszej żywności czy ubioru.
Nie należy bać się zakazu spożywania wołowiny a raczej faktu, że dzieci nie widzą żadnego poważnego związku między sympatyczną fioletową krową z reklam czekolady a wkładem do hamburgera. Co dzieje się obecnie.
Do czego dopuszczamy jako przedstawiciele cywilizacji marginalizującej cierpienie i śmierć tak mocno, jak tylko się da, przez co czynimy kolejne pokolenia pozbawionymi elementarnej wrażliwości tępakami, kalecząc młode osobowości już na wstępie. Wyjątkowe okrucieństwo wobec tych, którzy mają utrzymywać nas na starość.
Z tego powodu postanowiłam zilustrować swoje myśli fenomenalnym projektem zmarłego zbyt prędko geniusza mody Alexandra McQueena, którego "etola" jako żywo wydała się idealnym nawiązaniem do łamania tabu śmierci we współczesnej kulturze Zachodu - oraz przemilczanej prawdy o pięknych, kosztownych futrach, o delikatnej cielęcej [cielęcej, czyli zdartej z dziecka] skórze wytłaczanej w kwiatowe wzory, obecnie znów modnej. I w ogóle dlatego też pozwoliłam sobie na całą niniejszą dygresję. Mam wrażenie, że bez niej nie mogłabym spokojnie i z czystym sumieniem przejść do recenzji pachnideł od Pani Goodsir.
Jako pierwsze na moje wezwanie stawiają się
Bois d'Ascèse, olfaktoryczne pejzaże malowane ciemniejszą, grubszą kreską, bardziej dosłowne, kłująco dymne i słono-wędzarnicze, bardzo umami. Co upodabnia je do genialnego
Cuir od Mony di Orio, kolejnej wielkiej artystki, która zmarła o wiele, wiele za wcześnie.
W ogóle zauważam, że podobieństwa między
Lasami Ascetycznymi a
Skórą przebiegają nie tylko w linii najprostszych skojarzeń ale i nieco głębiej. Nie tylko w podstawowym akordzie wyprawionej skóry wędzonej w przesyconym chłodem jagód jałowca żywicznym dymie, lecz równie dobrze w dążeniu do perfekcji w poszukiwaniu węchowego odzwierciedlenia smaku idealnego, czyli umami. [Przy okazji: wiecie, że wszystkie ssaki dzielą wrażenia smakowe jedynie do dwóch smaków: słodkiego i umami; oba zarówno my, ludzie, jak i koty, myszy, niedźwiedzie, świnie czy lisy uważamy za jednoznacznie przyjemne]
Jak w
Cuir, tak i
Bois d'Ascèse wydaje się być aromatem zdeterminowanym, by z płonących żywic wyciągnąć tyle soli ile się uda, zaś z labdanum tyle jasnego ciepła, z wytrawnego, szlachetnego alkoholu tyle słodyczy; aby z koniaku wysączyć wszelką drzewną dobroć, zaś z whisky suchą wytrawność słodu; by z suszonych liści tytoniu wydobyć cały aromat, jakim ta roślina mogłaby się podzielić, bez palenia ich. Aby z każdego elementu składowego wydobyć na światło dzienne zarówno jego najpełniejsze, najbardziej dojrzałe wcielenie, jak i zawarte weń całkowite ich przeciwieństwo. Kobiecość mężczyzny, męskość kobiety. Tak, by każdy z elementów aromatu ukazał nam wszystkie swoje twarze, ani na chwilę nie przestając być sobą. Takie w moim odczuciu jest, powinno być umami. I do czegoś podobnego zdają się dążyć
Bois d'Ascèse.
Zapach gęsty, nasycony, suchy. Z początku potężny i mało finezyjny (to zaleta) z czasem nabierający ciepła oraz pewnej niekulinarnej słodyczy. Naprawdę ładny, naprawdę dobry. Jednak.. czy aby nie trochę za mało przemyślany?
Aby oddać kwintesencję oflaktorycznego umami nie da rady jedynie przepuścić wszelkich akordów przez prasę do wyciskania soku, nie wystarczy poddać ich liofilizacji by potem nawodnić wyciśniętym uprzednio płynem. Nie tędy droga. Stworzenie dzieła jednoznacznego, wysmakowanego choć grubo ciosanego to sztuka daleko większa, niż zabawa ażurem delikatnej formy. Autor
Lasów Ascetycznych obrał dobry kierunek, jednak gdzieś po drodze stracił serce do swojego dzieła. Które okazuje się piękne, lecz wyprane z życia. Przemawia do moich zmysłów, lecz już nie do umysłu. Aprobuję je jako konstrukcję zapachową, jednak wiem świetnie, że budzi ona we mnie rezerwę. A na pewno - sprzeczne uczucia. Więc może jednak za
Bois d'Ascèse kryje się jednak coś więcej, niż kontrowersja...?
Aby się o tym przekonać, potrzebuję czasu.
Który wydaje się zbędny w przypadku kolejnego z dzieł od Naomi Goodsir,
Cuir Velours. Nie dlatego, iż pachnidło okazało się tak wspaniałe, że szkoda czasu na wszelkie wątpliwości. Ani z racji jego całkowitej marności, złego poskładania czy nijakości. Nic z tych rzeczy.
O ile
Bois d'Ascèse dzięki sile skojarzenia ze starszą kompozycją prowokują do dalszego zadawania pytań,
Welur okazuje się po prostu - ładny. Prosty, dymny, skórzano-owocowy, z wyraźnym akordem dymnej śliwkowej słodyczy. Ostatnio spotykanym coraz częściej. To już nie tylko klasyczna
Poison Diora czy późniejsza delikatność Lutensowych
Féminité du Bois czy
Bois Oriental ale oprócz nich tegoż
Boxeuses,
Chambre Noire Olfactive Studio,
Réjouissance marki Yes for Lov,
Cuir Améthyste z prywatnej linii Armaniego oraz jej bliźniaczka z półek perfumerii selektywnych,
Bottega Veneta edp. Tak,
Cuir Velours pochodzi z prawdziwie rozgałęzionej rodziny, której pozostaje nieodrodnym dzieckiem. :)
Dlatego też nie sposób narzekać na ową kompozycję. Jest ładna tak, jak ładne są wspomniane wyżej pachnidła. A że wszystkie do siebie podobne..? Cóż z tego? Widocznie świat potrzebuje jeszcze jednej słodkawej, lekko dymnej, nienachalnie przypudrowanej skóry skąpanej w molekułach świeżo uwędzonych śliwek węgierek. :> No, może z odrobiną egzotycznych liczi, uprzednio wymacerowanych w całkiem niezłym rumie (który jednak do pirackich szaleństw z
Idole edp nawet się nie umywa), obłożonych ciepłym, lekko drażniącym powonienie wianuszkiem kocanek.
Cuir Velours to aromat zacny, przyjemny dla powonienia, pieszczący ludzkie zmysły powoli i wyraźną lubością, zdający się celebrować chwilę. Lecz przy tym na wskroś przesiąknięty przedziwną "wymuszoną nie-autentycznością"; jakby ktoś lub coś domagał się od aromatu - czy też raczej jego twórcy - by ten powściągnął wodze swej radosnej twórczości, aby ograniczył się do stworzenia uniseksu, który będzie kojarzył się szybko a przy tym smakowicie. :] Dzięki czemu zamiast prawdziwej Sztuki otrzymaliśmy kolejny produkt wymuszenie rzemieślniczy, efektowny i budzący zainteresowanie a jednak na dłuższą metę ujawniający coraz to więcej swoich wad.
Wniosek? O ile nie trafimy na prawdziwą igłę w stogu siana, osobę równie piękną w środku, co na zewnątrz, nie ma sensu zatrzymywać przy sobie kochanka jednej nocy. ;) Ten z
Cuir Velours naprawdę mógł być Kimś - podobnie jak jego
Ascetyczny brat - wolał jednak postawić na wygodę oraz wieczne ślizganie się po powierzchni życia. Jego wybór.
Ja podziękuję.
Oba pachnidła od Naomi Goodsir łączy też sposób, w jaki na nie zareagowałam: w pierwszej chwili wzbudziły mój szczery zachwyt, który z czasem trochę przyblakł. Nie na tyle jednak, by zniechęcić mnie do wód; w końcu są one wielce przyjemnymi dziełami. :) Z którymi im dłużej obcowałam, tym więcej pojawiało się wątpliwości. Przez chwilę jednak testom towarzyszył sentyment do ogółu obydwu kompozycji; ów utrzymuje się do dziś. I co prawda chyba nigdy nie przerodzi się w znudzenie, zniechęcenie czy tez jawną antypatię, lecz naprawdę cieszy mnie fakt, iż nie pożądam flakonów od Ms Goodsir. Ich zawartość jest miła acz ździebko nieautentyczna.
Powierzchowna. Jak człowiek, który niegdyś głęboko zraniony wytworzył sobie z ironii i cynizmu pancerz tak gruby, szczelny oraz niezdejmowalny, że z czasem całkiem zrósł się ze skórą naszego bohatera. A mnie brak tak sił, jak i chęci, by zajmować się działalnością samarytańską. Szczególnie w przypadku kogoś, kto już dawno zdążył uwierzyć, że nie tęskni za dawnym sobą.
Czy ja w dalszym ciągu piszę o perfumach...? ^^
Czymże jednak jest Sztuka, jeśli nie życiem piękniej opowiedzianym?
Bois d'Ascèse
Rok produkcji i nos: 2012, Julien Rasquinet
Przeznaczenie: dymne, choć spokojne pachnidło typu uniseks; konwencja sugerowałaby co prawda częściej odziewać weń męskie ciało ale.. chrzanić konwencję! ;)
Raczej pozbawione sillage, nachalnego, długiego śladu; za to charakteryzujące się silną aurą, emanującą na nasze najbliższe otoczenie. Jednak z czasem coraz bliższe skórze.
Na wszelkie okazje.
Trwałość: około pięciu-ośmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (i aromatyczna)
Skład:
Nuta głowy: tytoń, whisky
Nuta serca: labdanum, cynamon, ambra
Nuta bazy: drewno cedrowe, mech dębowy, kadzidło
Cuir Velours
Rok produkcji i nos: 2012, Julien Rasquinet
Przeznaczenie: pachnidło typu uniseks. Skoro poprzednia propozycja miała skłaniać się ku mężczyznom, ta powinna przemawiać raczej do kobiet. ;) I tak chyba jest, zważywszy na skojarzenia olfaktoryczne. Dla mnie jednak jest znakomitym przykładem uniwersalności.
O aurze początkowo znacznej, z czasem redukującej się do wąskiego pasma tuż przy ludzkiej skórze; choć może nie aż tak dosłownie, jak czyniły to
Lasy.
Na wszelkie okazje.
Trwałość: w granicach sześciu-ośmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana
Skład:
tytoń, labdanum, zamsz, kadzidło, kocanka, rum
___
Dziś noszę właśnie
Cuir Velours. :)
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://idreamofaworldofcouture.tumblr.com/
2. http://www.stylebistro.com/runway/Paris+Fashion+Week+Fall+2008/Alexander+McQueen/Details/kVHy77guapb
3. http://eliapan.tumblr.com/