środa, 7 listopada 2012

Apel poległych?

Ostatnio nie mam czasu - ani serca, tak prawdę mówiąc - na pisanie o perfumach. Bo dzieje się zbyt dużo i niestety niekoniecznie dobrego.


W jednej sprawie jednak muszę zabrać głos.
Od dłuższego czasu Octavian Coifan z 1000 Fragrances donosi, iż Unia Europejska z początkiem 2013 roku ma zakazać produkcji wielu kultowych zapachów, z Chanel No. 5 na czele. Gdyż produkty te mają zawierać substancje uczulające ergo: potencjalnie szkodliwe dla ludzkiego organizmu.


Jeżeli tak, pozwolę sobie zrobić listę pomocniczą.
Skróconą; specjaliści pewnie będą wiedzieli, co jeszcze do niej dołożyć.

Drzewa i trawy.
Egzotyczne rośliny doniczkowe.
Kwiaty.
Ptaki.
Koty.
Psy.
Chomiki.
Muchy.
Pszczoły.
Komary.
Osy.
Kurz.
Chrom.
Nikiel.
Znicze.
Remonty domów.
Farba do włosów.
Książki oraz prasa (z powodu farby drukarskiej).
Antybiotyki.
Buty masowej produkcji.
Jaja - kurze, przepiórcze, indycze, strusie...
Mleko krowie.
Sery.
Jogurty.
Śmietana.
Kakao oraz czekolada.
Kawa.
Orzechy.
Pomidory.
Owoce cytrusowe.
Rośliny strączkowe.
Truskawki.
Kuchenki gazowe.
Silniki dieslowskie.
Meble.
Wykładziny.
Proszki do prania.
Płyny do płukania tkanin.
Mydła.
Płyny do naczyń.
Środki do czyszczenia armatury.
Kremy do rąk oraz stóp.
Balsamy, mleczka i masła do ciała.
Maseczki pielęgnujące.
Szampony oraz odżywki do włosów.
Wełniane swetry, szaliki czy czapki.
Wszelkie produkty w aerozolu.

Produkcji oraz rozpowszechniania w handlu tego wszystkiego musiałaby zakazać Unia Europejska, chcąc wyeliminować z życia swoich obywateli wszelkie czynniki wywołujące alergię.

Pytanie tylko: kto z Szanownych Europosłów i Europosłanek zgodziłby się paradować po Brukseli bez butów? ;) Że o permanentnym niedomyciu ciała czy ubrań ledwie wspomnę. ;>
___
Dziś noszę Mitzah marki Dior. Polu, bardzo, bardzo dziękuję! :* Niespodzianka naprawdę była przyjemna. Ta druga jeszcze bardziej. :)

sobota, 3 listopada 2012

Cukiereczki

Dziś będzie o zapachu, którego próbkę nie tak dawno temu otrzymałam od nieocenionego Jaroslava. :) Jarku, dziękuję!


"Od 2003 r. Bond No. 9 rozwija sztukę perfumeryjną, ukazując kolejne oblicza Nowego Jorku".
Pomysł na biznes całkiem niezły, idea cyklu perfum poświęconych jednemu miejscu na świecie oraz jego okolicom - przednia. :)

"Nasz ostatni zapach poszedł inną drogą i wyczarowuje współczesną nowojorską wersję starożytnego wschodniego oud".
Też jestem skłonna uwierzyć.

"Musimy przyznać, jesteśmy w nim zakochani. Powstał dla naszej własnej przyjemności (… ale także dla Waszej).
A zatem, spotkaliśmy godnego siebie i nie mieliśmy wyboru. Musieliśmy nazwać ten oudowy zapach Bond No. 9
Perfume, nie na cześć Nowego Jorku, ale na cześć naszego butiku w NoHo". 
Rzeczywiście, istnieje pewien budynek Nowego Jorku, który przyszedł mi na myśl, kiedy na mojej drodze stanęło Perfume Gold, obecnie zwane również Signature Scent. Jednak, bogowie świadkami, nie jest to butik Bond No. 9. ;)

"Co sprawia, że Bond No 9 Perfume jest wyjątkowym zapachem w naszym repertuarze? Jest to przede wszystkim studium kontrastów, mieszanka antycznego i nowoczesnego Wschodu i Zachodu, Dubaju i Nowego Jorku, Oddaje nastrój Nowego Jorku z XXI wieku".
Studium kontrastów? Być może. O ile twardy biznes daje się pomieszać z tęsknotą dorosłych do lat dzieciństwa. "Antyczny" Wschód z "nowoczesnym" Zachodem? Jeśli już, to prędzej dokładnie na odwrót. ;)
Nowy Jork XXI wieku? Możliwe. O ile jego kwintesencją będzie poniższy budynek ze wszystkim, co w nim się kryje:


Dylan's Candy Bar. Cukierkowy bar Dylan.
Sieć luksusowych sklepów oraz "deserodajni", które stworzyła córka Ralpha Laurena, Dylan, zainspirowana broadwayowskim musicalem na podstawie powieści Roalda Dahla Charlie i fabryka czekolady [dziś znanej dzięki ekranizacji z Johnym Deppem w jednej z głównych ról]. Kolejny concept store, w którym można wyciągać od ludzi pieniądze w zamian za miraż uczestnictwa w zwariowanym, niemal karnawalistycznym projekcie [w odróżnieniu od innych miejsc tego typu, gdzie zwykło się "naciągać" klientów na Sztukę, jak choćby w cyklu firmowych sklepów marki Comme des Garçons].

Teoretycznie proponuje zapracowanym mieszkańcom miasta, które nigdy nie zasypia powrót do spokojnych, kolorowych lat dzieciństwa, kiedy zamknięcie na noc w przybytku tego typu jawiło się najmłodszym jako szczyt szczęśliwości. :) W praktyce jednak dość szybko okazuje się chwytliwym, niezbyt finezyjnym marketingowych chwytem. Niczym samo Bond No. 9. :]


Z pewnych powodów stanowczo nie jest to wizja, którą chciałabym karmić się często. Choćby dlatego, że zbyt mało w niej czekolady. ;)

Podobne uczucia żywię w stosunku do Perfume Gold/Signature Scent, zapachu któremu daleko do jakiejkolwiek oryginalności. Dlaczego?

Ponieważ charakterystyczną dlań masywną, krystaliczną słodycz zaschniętego lukru z dużą ilością barwników oraz substancji aromatycznych (w stylu zielonego jabłuszka, poziomki oraz śliwki mirabelki) znaleźć można w wielu pachnidłach. Od uroczego Blue Sugar Aquoliny przez Loverdose Diesla czy paczulową oranżadkę w męskim wcieleniu (głównie B*Men, La Nuit de l'Homme, Joop! Homme, 1 Million) po aromatyczno-słodko-drzewno-balsamiczne tony 212 VIP for Men, Black Soul Lapidusa oraz męskie Black XS Paco Rabanne'a. Od wiotkiej słodyczy Pi Givenchy po naznaczoną krystalicznym paczuloorientem moc wspomnianego Black XS.
A do tego na Siganture Scent zwanym niegdyś Perfume Gold cieniem kładzie się jeszcze jedno podobieństwo, do poznanego niedawno Attaru Al Mohabba Male marki Rasasi, tylko mniej słodkiego oraz mniej arabskiego.

Podobna ilość bliskich krewnych i znajomych zdyskwalifikowałaby bodaj każdy zapach. Szczególnie taki, który jawić się chce jako niezwykle wyjątkowy.

Taak, jedno z moich początkowych stwierdzeń okazało się nad wyraz słuszne. W omawianym pachnidle to Wschód prze do przodu, szukając dla siebie nowych dróg rozwoju, również twórczego; Zachód natomiast woli siedzieć na dwukolorowych stołkach w kształcie landrynek śmietankowo-truskawkowych i narkotyzować się słodkim wrażeniem, iż w dalszym ciągu żadna część Ziemi nie jest równie cool (czy jak tam się dzisiaj mówi..), co ichnia. Kolorowy skansen dla nieuleczalnych wygodnickich.

"Co założyć wraz z Bond No. 9 Perfume?
Odpowiadamy… absolutnie nic. Bond No. 9 Perfume to wyjątkowe nocne przeżycie".

Aha. Się domyślam. :>

Rok produkcji i nos: 2010, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks. Dla wszystkich, którzy lubią przynajmniej trzy ze wspomnianych wyżej zapachów. ;)
Moc i sillage nieliche.

Trwałość: przeszło dziesięciogodzinna

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna

Skład:

Nuta głowy: róża, oud
Nuta serca: bób tonka
Nuta bazy: piżmo
___
Dziś nowa wersja Venezii od Laury Biagiotti.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.oprah.com/oprahshow/Classic-Americana/9
2. http://nycitydreams.tumblr.com/post/5446823986/dylans-candy-bar

Cytaty zaczerpnęłam ze strony Perfumerii Quality.

środa, 31 października 2012

Dżuma


Nadchodzi czas w roku, który zazwyczaj bardzo lubię. Listopad.
Ważny już od pierwszego dnia. :)

Kiedy to nie jest istotne dla mnie targowisko próżności we wszystkich jego odsłonach, gdy ignoruję postępujące spłycenie wartości, jakie winny nieść nam dni Zaduszne. Nie mają one dla mnie znaczenia [jeśli już, to najwyżej stricte antropologiczne, kiedy obserwując swoją - lecz i cudze - rodzinę czuję się, jak etnograf wśród przedstawicieli jakiegoś wielce egzotycznego plemienia. ;]. Przelatują mi przez palce niczym woda.
I tak przeminą. Jak wszystko.
Jak wszyscy.

Dzień Wszystkich Świętych jest dla mnie intymny.


Nawet beethovenowska Sonata Księżycowa, w mediach męczona wówczas na wszystkie możliwe sposoby, zdołała jakoś zrosnąć się ze stanem mego ducha w czas Zaduszek. Czasem, kiedy o tym myślę, czuję się trochę (w śmiesznie pomniejszonej skali!) jak pasażerowie słynnego amerykańskiego lotu American Airlines z 11 września 2001 roku: ludzie wychowani na kiepskich filmach o osiłkach ratujących świat - lub choć rodzinę prezydenta USA - przed zagładą, którzy poczuli, że w chwili zagrożenia nie mogą wypaść gorzej od nich. I nie wypadli.
Stając się jednocześnie chyba najbardziej tragicznymi bohaterami tego dnia.

Pierwszego listopada myślę o wielu osobach. O osobach, o zdarzeniach, o myślach, słowach, uczynkach - tych złych i tych dobrych. Staram się, spoglądając w rozsnutą przez tysiące drobnych światełek łunę, objąć wspomnieniem jak najszerszy ułamek własnej świadomości, każdej osobie, który kiedykolwiek w jakikolwiek sposób mi brakowało (a o której wiem, że odeszła już z tego świata) poświęcić choć drobną myśl. Jedno wspomnienie to jeden ognik.
I nawet nie zdołam się zorientować, kiedy nad moim sercem jaśnieje identyczna łuna, co nad cmentarzem.

Czy można być świętym bez Boga?, zastanawiał się Jean Tarrou. Wierzę, mimo wszystko wierzę, że tak.


"Płomień powoduje zniszczenie, unicestwienie tego, co stare, zużyte i złe, a tym samym zapowiada pojawienie się nowego życia. Powodując destrukcję, ogień doprowadza więc przedmiot czy postać do stanu amorficzności, który jest niezbędnym warunkiem ponownych narodzin, w nowej już formie (jak Feniks powstający z popiołów). Rozjaśniając mrok nocy, która - jako metonimia śmierci - odwzorowuje porządek zaświatów będący zaprzeczeniem ludzkiego, światło ognia pozwala nadać ład widzialnemu światu i czyni rozświetlony obszar domem człowieka".
Piotr Kowalski, Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie, wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. 371.

Ogień, jego blask i ciepło czyni każdy kawałek kuli ziemskiej domem zgromadzonych wokół niego istot - ludzi ale także ich zwierzęcych towarzyszy - choć w drobnym stopniu. Będąc symbolem śmierci, oddala ją. Jako dawca życia, może nam przynieść zagładę.
Ogień, ta ambiwalentna siła, to my.

Czujemy to podświadomie, dlatego nadaliśmy mu tak ogromne znaczenie.

Czy ogień, jako naturalne panaceum na szerzącą się zarazę jest w stanie powstrzymać również śmierć?
Chcielibyśmy tak myśleć. Wierzymy w to.
Jednak od śmierci uciec nie możemy.

"Wiem na pewno, że każdy nosi w sobie dżumę, nikt bowiem, nie, nikt na świecie nie jest od niej wolny..."


Pochylmy więc przed nią czoło. Choć raz, jeden raz w tym naszym chorym, unikającym trudnych tematów świecie.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://wd2.photoblog.pl/np1/201202/EE/115755721.jpg
2. http://x.garnek.pl/ga4267/24d7e04068b07ba7669218a3/noc_wszystkich_swietych.jpg
3. Artur Grottger, Puszcza, czyli pierwszy z cyklu kartonów pod wspólnym tytułem Lituania. Mój prywatny symbol wszystkich Świętych oraz Dnia Zadusznego. :)

Spokój

Wpuszczę tu trochę Halloweenowej atmosfery. ;) A pomogą mi w tym nastrojowe zdjęcia, odpowiednie perfumy oraz Wojciech Kilar. :)


Wiecie, co tak pachnie? Pewno znakomite pachnidło, które znacie chyba wszyscy, być może nadal stosujecie z upodobaniem, choć - już niedługo. Jakiś czas temu bowiem podjęto decyzję o usunięciu z oferty marki wszystkich (męskich na pewno) zapachów, które były jakieś. Który wyróżniały się na tle mainstreamowej tandety. Których towarzystwo cieszyło nos, także i mój, zaś prosty, przyjemny dla oczu flakon mógł być ozdobą każdej kolekcji perfum.

Pierwsze Gucci pour homme. Zapach w barwie herbaty, lecz o woni... nocnego lasu w porze gdzieś pomiędzy latem a jesienią.


Dziwnej, rodzącej zaniepokojenie, nieco burtonowskiej (w duchu, nie stylu) harmonii. Spokoju, który ogarnia nas chociaż wiemy, że gdzieś tuż za rogiem czai się coś nienazwanego; coś, co teoretycznie powinno jeżyć nam włosy na karku a jednak - nie robi tego. Zapach odzwierciedlający wewnętrzną równowagę człowieka, harmonię która ogarnia stoika nawet wówczas, kiedy dookoła niego lub niej lęk, mord i pożoga.
Noli turbare circulos meos.

Gucci pour homme zawiera w sobie ten sam chłód pomieszany z elementem przyprawowego ciepła i wetyweriowo-irysowej ostrości, co w przypadku 2 Man od Comme des Garçons. Jednak kiedy w mieszance CdG czuć chłodną, dystansującą się od własnej sztuki rękę Marka Buxtona, Gucci pour homme z upływem czasu staje się coraz bardziej suche, coraz bliższe ciepłocie ludzkiego ciała, o promieniach miękkiego światła, które przełamują początkowy chłód z prawdziwą maestrią.
A wszystko to dzieje się bez pośpiechu, w naturalnym rytmie przyrody. Po cichu.
Bez przymusu, choć z łagodnym uśmiechem na twarzy.

I nawet nie zdążymy się spostrzec, kiedy niepokojący chłód otwarcia (z pieprzem i wawrzynem, które przywodzą na myśl znakomite Victrix od Pro Fumum Roma) - dodatkowo podkreślony chłodną irysową pastę o lekko zmrożonej, igiełkowej strukturze - zmieni się w sielankę. ;)


Łagodny spokój, w 2 Man "ledwie" bardzo wyraźnie zasugerowany, tym razem staje się bardzo dosłowny; oczywisty, a jednak dyskretny. Ową przemianę zawdzięczamy łagodnej, lekko słodkiej ambrze, sproszkowanemu korzeniowi imbiru oraz małej szczypcie gałki muszkatołowej. Czy to dzięki nim kompozycja schnie, w miarę upływu czasu staje się coraz bardziej gorąca? A może to właśnie tę chwilę wybrała sobie żywica olibanowa, by zacząć stapiać się, wydzielając przy okazji smukłą acz wyraźną smugę dymu o barwie popiołu?
Czy do osiągnięcia pełni potrzebny był "postarzany"cedr lub cyprys, przemieszany z suchymi, tnącymi skórę szuwarami wetyweriowo-papirusowymi? Czy lekkie akordy suszonych ziół ze Śródziemnomorza pasują od surowych klimatów skandynawskiego Jul, reprezentowanego przez surowe "chłodne ciepło" starej drewnianej budowli - oraz labdanum z ambrą, aromaty ciepłych ludzkich ciał, leniwie rozłożonych w pobliżu kominka, z aromatami trybularza zamiast uczestnictwa w nabożeństwie?
Nie wiem. Gucci pour homme rodzi wiele wizji. Wszystkie natomiast są mi bliskie.

Łączy je zaś - ciepło płynące z chłodem w jednym strumieniu, jasność ułożona z ciemnością w jadnolitą, przenikającą się całość, ponadzmysłowy spokój. Pełnia. Jedność duszy z ciałem.
Błogość.
Lato płynnie przechodzące w jesień, która nie wiadomo kiedy staje się mroźną, śnieżną, dojrzałą zimą.
Na wiosnę też przyjdzie czas. :) Ale kiedy indziej. Już nie w ramach opowieści snutej przez Gucci pour homme.

Rok produkcji i nos: 2003, Michel Almairac

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach; choć w ramach olfaktorycznej niszy nikt nie kwestionowałby jego uniseksualnego charakteru. I uważam, że tak właśnie należy Gucci PH traktować: jako idealny, dobrze wyważony uniseks. :) O wyraźnej emanacji, choć potrafiący zachować dystans między osobą uperfumowaną a resztą świata. ;) Z przyjemnym, niezbyt dużym lecz długotrwałym sillage. Na wszelkie okazje.

Trwałość: od sześciu do blisko dwunastu godzin (w zależności od pory roku)

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: biały pieprz, liść laurowy, imbir
Nuta serca: "drewno papirusowe", kłącze irysa
Nuta bazy: skóra, wetyweria, olibanum, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://faithinambiguity.blogspot.com/2011/10/dark-path-through-woods.html
2. http://ntscha.deviantart.com/art/in-the-dark-woods-114072417

wtorek, 30 października 2012

Wrócił po latach

Jak gdyby nigdy nic. Nawet nie wiem, czy wciąż jest taki sam, czy też zmienił się nie do poznania. Nie mogę tego wiedzieć, ponieważ w chwili, kiedy nas opuszczał, mnie... po prostu nie było jeszcze na świecie.
Zapach-legenda. Fougère Royale od Houbigant. :)

 Powstała w roku 1882 Królewska Paproć zapoczątkowała nowy nawet nie nurt, co najprawdziwszą, potężną a rwącą rzekę w perfumiarstwie. Ujmując w całość, nazywając i inspirując zestaw akordów, który przez całe lata zaspokajać miał olfaktoryczne potrzeby eleganckich mężczyzn w świecie Zachodu.
W końcu zniknęła. Pokonana przez nowe trendy, zmieniające się wizje męskości oraz całą globalizującą się rzeczywistość. Zanim jednak odesłano Paprotkę w niebyt, zdążyła porządnie namieszać w świecie męskich pachnideł, stając się inspiracją dla takich niewątpliwych ikon, jak Vetiver czy Habit Rouge od Guerlain, Xeryus marki Givenchy, Green Irish Tweed od Creedów, Drakkar Noir marki Guy Laroche, Pasha od Cartier, Sartorial Penhaligon's, Rive Gauche pour Homme i Kouros od YSL, arcysłynny Old Spice, Uomo marki Krizia, Active Bodies marki Adidas, Fleur du Mâle Gaultiera, nawet Terre d'Hermès. A także wielu, wielu innych... Wszystkie one miały swój początek w kompozycji Paula Parqueta z drugiej połowy XIX w.

Nic dziwnego więc, że ostatnimi czasy dom perfumeryjny Houbigant postanowił wskrzesić legendarny zapach. Zaś perfumowi maniacy z całego świata rzucili się, by na własnym ciele przetestować ową legendę. :) Rzuciłam się i ja. Choć zajęło mi to dwa lata. ;)
A oto, czego się dowiedziałam.

Otóż nie podlega żadnym wątpliwościom, że Fougère Royale powstało w którejś z zaprzeszłych epok. Typową, gorzko-korzenno-ziołową mieszankę z cytrusami i lawenda w roli zachęcacza a ciepłymi drewnami w towarzystwie suchego mchu dębowego jako ostatecznym szlifem trudno byłoby przypisać zadowalającym rezultatom testów wśród współczesnych odmóżdżonych nastolatków, dobranych do tego celu specjalnie przez osobę w rodzaju Ann Gottlieb (jedną z winowajczyń obecnej degrengolady perfumiarstwa głównego nurtu). :] Nie, nastolatków szukających "sexy zapaszków" z całą pewnością nie zaproszono do współpracy. I całe szczęście!
Dzięki temu mamy okazję cieszyć się klasycznym, staroświeckim pięknem mieszanki o otwarciu czystym, nieco gorzkim, balsamicznym. Przesyconej aromatami wytrawnych olejków ze skórki garbnikowo-słonecznej cytryny oraz lekko skórzanej bergamotki, ślicznie otoczonych rzadko już dziś spotykaną świdrującą przegrody nosowe lawendową goryczką. Wśród premier ostatnich lat niełatwo znaleźć drugie perfumy o uwerturze tak czystej oraz zachwycającej surowym pięknem.


Szczególnie, że Królewska Paproć nie daje nam marznąć długo, nabierając co prawda geraniowej ziemistości, lecz równie szybko rozmywając ją (a także lekkie skórzane nutki z wytrawnym, antyseptycznym lawendowym olejkiem) w delikatnej jasności oraz słodyczy niepozornych kwiatków rumianku, w plastycznym woalu z róży oraz nęcącego goździka. Który zresztą układa się na mojej skórze tak ładnie, iż wkrótce przestaje być kwiatem a zaczyna czymś w stylu goździkowej kwiato-przyprawy; lekko słodkiej ale i eugenolowej. Bez żadnych przeszkód zawierającej sojusz z rudą, świeżo startą na proszek korą cynamonowca. :) Dzięki nim w olfaktoryczny pejzaż dyskretnie a łatwo wkrada się kumarynowa słodycz bobu tonka, pięknie zestalająca się z pozostałymi przyprawami. Zaś akordy klasycznie już aromatyczne, jak bergamotka, cytryna, geranium czy lawenda [z której wiele już nie zostało] z ulgą witają pojawienie się suchego, postarzanego za pomocą paczuli drewna cedrowego (może też kilka drzazg sandałowca tudzież akcentów brzozowych? Lub dębiny?), nasyconego tonkową kumaryną dębowego mchu a także łagodnej cielesności na bazie syntetycznej acz niezbyt słodkiej ambry oraz jasnego labdanum. Ziołowego, naturalistycznie drzewnego - a nawet "paprociowego" ;) - szyku nadaje ostateczne wykończenie mieszaniny liśćmi szałwii o sucho-goryczkowym zapachu.

Piękna jest Fougère Royale. Piękna i naprawdę starannie przemyślana, co daje się zauważyć już po pierwszym teście aromatu.
Choć czy rzeczywiście oddaje woń klasyka sprzed lat? Już nawet nie z chwili premiery, bo wiara w to byłaby z mojej strony naiwnością, lecz z powiedzmy lat 50. XX wieku? Chyba jednak nie. Na ówczesne standardy 'nasza' wersja FR z pewnością okazałaby się zbyt spokojna, zbyt cicha oraz dyskretna. O mocy, którą ówcześni miłośnicy pięknych woni spokojnie mogliby nazwać "rachityczną", chociaż ja chętnie określę ją mianem "umiarkowanej". Także sama kompozycja zapachowa wydaje się raczej nawiązywać do wzorca sprzed lat, jej unowocześnienie jest ewidentne. Lecz nie widzę w tym niczego złego. Aby móc dalej cieszyć maniaków swoim pięknem, Fougère Royale musi sprzedawać się wśród wszystkich zainteresowanych grup, z całkowitymi olfaktorycznymi mugolami na czele. ;) A taką cenę jestem w stanie bez wahania zapłacić.

Zastanawiając się, marząc, mając nadzieję na to, że śladem Paproci Królewskiej podąży sławny Chypre Cotyego, protoplasta wszystkich szyprów pachnącego świata. ;)

Rok produkcji i nos: [1882] 2010, [Paul Parquet] Rodrigo Flores-Roux

Przeznaczenie: wyśmienity przykład klasycznej męskiej elegancji w nieco nowocześniejszym stylu. :) Jak sama "klasyczna męska elegancja", współcześnie bez cienia wątpliwości nadaje się także i dla kobiet. O mocy niezbyt silnej i sillage początkowo umiarkowanym, z czasem redukującym się do niezbyt ścisłej aury.
Na naprawdę wszystkie okazje [uniwersalność godna pierwowzoru ;) ].

Trwałość: w granicach sześciu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: lawenda, bergamotka, zioła śródziemnomorskie, rumianek
Nuta serca: geranium, róża, goździk (kwiat), rondeletia, cynamon
Nuta bazy: bób tonka, paczuli, szałwia, ambra, mech dębowy
___
Dziś noszę Sycomore z butikowej linii Chanel.

P.S.
Druga ilustracja pochodzi z http://www.markgrechanik.com/scotch-and-adventure-in-the-scottish-highlands/

poniedziałek, 29 października 2012

Lip-stick Red ;)

Co prawda do Dnia Czerwonej Szminki zostało jeszcze trochę czasu, jednak postanowiłam już dziś podzielić się z wami refleksją na temat jednego z najbardziej dosłownych "szminkowych" zapachów, jakie dane było mi poznać.
A poznałam w zasadzie tylko dwa. ;) Pierwszym było Moulin Rouge z podstawowej serii Histoires de Parfums, drugim - Lipstick Rose marki Editions de Parfums Frédéric Malle. :) Czyli szminka, wbrew nazwie, krwistoczerwona. I dziwna.
Jak to zapach szminki.


Do tego oddanej w sposób niezwykle naturalistyczny, skupiający się na irysowo-piżmowych, maślanych, pudrowych, ostrych oraz syntetycznie słodkich akordach. Mający w zamierzeniu oddawać charakter Złotej Epoki Hollywood (lata 20., 30. oraz - w części - 40. XX wieku) i kobiecości w "najlepszym stylu glamour". I do pewnego stopnia udało się to osiągnąć, jak sądzę. Na pewno jest bardzo klasycznie i kobieco.
Pytanie tylko: dlaczego tamta epoka ma się kojarzyć z aromatem szminki, nie zaś powiedzmy Joy marki Jean Patou, Mitsouko, Vol de Nuit, Habanitą czy choćby ikoniczną Piątką Chanel? Bo ile jako modowy symbol tamtej epoki czerwona szminka sprawdza się doskonale, w jej zapachu nie widzę niczego, co mogłoby mnie skłaniać ku trwałej ondulacji, pończochom ze szwem tudzież boa z piór. ;) Szczególnie w przypadku szminki, która z naturalistycznej i plastikowej powoli dryfuje w stronę pudrowych cukierków o bliżej nieokreślonym smaku (wiadomo tylko, że słodkim).

Choć z drugiej strony... Lipstick Rose to przykład perfumiarstwa odwzorowującego, jeśli mogę posłużyć się (już kiedyś stosowaną) analogią do dawnej i obecnej szkoły garnirowania potraw. ;) Jak przed laty na talerzu mogliśmy podziwiać "dzika nadziewanego kaczką, kaczkę nadziewaną dzikiem" a dookoła nich szuwary czy las stworzone z owoców, warzyw oraz pieczonego ciasta, dokładnie tak samo obszedł się z tematem szminki i glamour Ralf Schwieger, człowiek, który "zmalował" Lipstick Rose. :) Stworzył bowiem coś tak bardzo zbliżonego do oryginału, że chciałoby się podnieść sampla (czy flakon) do ust i pomalować je. Co jako koncept artystyczny wydaje się, nie powiem, nawet udane, lecz niekoniecznie sprawdza się w odniesieniu do naszej codzienności, preferującej zapachy nawiązujące li tylko do zadanego tematu.
Szczególnie, że po sugestywnej bazie następuje nie mniej dosłowny, choć już zdecydowanie mniej miły, dryf w stronę czerwonych lakierek na obcasie, palonego plastiku rodem z Rush marki Gucci. Którego to zapachu najzwyczajniej w świecie nie trawię, mimo kilku prób nie mogę się doń przekonać. Zaś kiedy pachnidło postanawia ususzyć się, spastelowić i dosłodzić, do szminki z resztkami plastiku Rush dołączają wspomniane już pudrowe pastylki; może nieco rozmoczone w wodzie spod kwiatów (fiołek) ale to nic! :] Się położy je na wpół stopionym, stygnącym czerwonym plastiku, się ususzy, będą dobre! ;>
Resztki przeterminowanej szminki, agresywna woń nadtopionego plastiku oraz ciepła, pudrowa słodycz, bardzo chcąca uchodzić za cielesną- oto mamy Lipstick Rose! ;)

Artystycznie nadzwyczaj udane, bo niepokojące; praktycznie i subiektywnie - do bani. :]

Najciekawsze zostawiłam jednak na sam koniec: zapytałam kilka bliskich mi osób, co sądzą o LR (wąchanym z mojego przedramienia) i takie otrzymałam odpowiedzi: "ładne, kobiece i karmelkowe", "mmm, seksowne", "podróbka Candy od Prady!", " kandyzowane fiołki". ^^ Przypominam, że oceny te wydano na podstawie wąchania mojej, własnej i prywatnej, skóry.
W związku z czym mam teraz niezłą zagwozdkę: jak delikatnie powiedzieć najbliższym, żeby przeszczepili sobie nosy? ;) Bo te, które mają teraz, są jakieś dziwne.. :]

Rok produkcji i nos: 2000, Ralf Schwieger

Przeznaczenie: zapach damski, choć mógłby uchodzić za uniseks. O całkiem sporej mocy lecz średnio intensywnym sillage. Nie bardzo wiem, na jakie okazje.

Trwałość: od ośmiu do ponad dziesięciu godzin (niestety... ;) )

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: akordy owocowe, grejpfrut
Nuta serca: fiołek, róża
Nuta bazy: wanilia, wetyweria, ambra, piżmo
___
Dziś noszę Rose Anonyme od Atelier Cologne.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi STĄD.

sobota, 27 października 2012

Młodzi miejscy profesjonaliści

YUP, yuppies, japiszony. Młodzi, wiecznie zabiegani, och-jak-bardzo-ważni, żyjący i myślący szybko; modni, choć raczej z korporacyjnej konieczności niż rzeczywistej potrzeby swego "ja".
Nie lubię ich, chociaż jestem daleka od naśmiewania się.
Kiedy o nich myślę siłą rzeczy czuję również i zapach. Praktyczny jak i oni; równie, co oni - poważny oraz (z konieczności) zachowawczy. Oczywiście musi posiadać odrębne wersje dla obu płci. Ucieleśnieniem pachnideł dla japich może być duet Nuit marki Avon, powstały także pod egidą Christiana Lacroix.

O recenzję Nuit pour Homme niedawno poprosił mnie Pan Damian, którego z tego miejsca pozdrawiam. :)

Skorzystałam więc z pretekstu, by nareszcie przetestować zapach, którego próbka od tygodni bezskutecznie domagała się mojej uwagi. ;) I - żałuję, naprawdę mocno żałuję, iż moja opinia o Nocy nie okazała się bardziej łaskawa.


Kiedy się zastanowić, męska wersja Nocy nie jest wcale taka zła. Czasem potrzebujemy pachnidła, które ma być po prostu praktyczne, zachowawcze, bezpieczne niezależnie od okazji. Stosowne nawet podczas Najtrudniejszej Rozmowy [naszego] Życia, obojętnie czego miałaby dotyczyć. Takie właśnie jest Nuit. I na podobnej niwie jest w stanie się obronić.

Gorzej, kiedy przyjdzie oceniać aromat z perspektywy dzieła sztuki użytkowej, wysokiej klasy urodowego dizajnu. Kiedy zestawić Nuit z innymi "bezpieczniakami" popularnych marek, jak Acqua di Gio, Terre czy choćby Hoggar od Yves Rocher, że o Creedach ledwie wspomnę. Wówczas staje się jasne, iż w omawianym aromacie niełatwo znaleźć coś, co na dłużej przyciągnęłoby uwagę. Otwarcie kompozycji to sucha cytryna z soczystą bergamotką o lekko skórzanym wydźwięku. Towarzyszy im przesuszony, rozgrzany akord tytoniu na skraju spopielenia. W każdym razie na pewno coś kumarynowego. :) To najbardziej przyjemny punkt na olfaktorycznej skali Nuit.
Szybko jednak pojawia się nuta, która zdominuje całą mieszankę podczas niemal całego pobytu na mojej skórze: soczyste, jasne, świeże drewno. Cedr pomieszany z cyprysem. Oraz co nieco jawnie syntetycznych cytrusów. Którym nie pomaga, zazwyczaj frapujący, aromat paliwowego fiołka (jak w innym męskim ultraklasyku, Fahrenheicie Diora). Prędko okazuje się, że moja skóra z całą pewnością nie jest fanką powyższego zestawienia. ;)
Towarzyszy mi ono prawie do końca "współpracy" z Nuit pour Homme, kreując kompozycję świeżą aż do przemrożenia, jasną aż do oślepnięcia, ostrą aż do wrażenia śmierci w wyniku zasztyletowania. Zaś głęboka baza okazuje się, jak to Avon, do bólu płytka, pudrowa, lekko słodka. Nijaka. Co czyni moje uprzednie męki tym trudniejszymi do zaakceptowania, że całkowicie pozbawionymi sensu.

Nuit pour Homme przypomniał mi, dlaczego nie trawię perfum świeżych. :> A do tego w ogóle nie ma w sobie nic z nocy. ;)
Przykro mi, że nie zdołałam wykrzesać z siebie nawet odrobiny cieplejszych uczuć. Obawiam się jednak, ciężko byłoby mi kłamać. Zwłaszcza na piśmie. ;)


Rok produkcji i nos: 2011, Pascal Gaurin

Przeznaczenie: pachnidło dla mężczyzn; niezbyt bliskie skórze, choć zachowujące wszelkie współczesne normy co do mocy zapachu. Wbrew nazwie w sam raz na okazje dzienne.

Trwałość: na mojej skórze do sześciu godzin; obawiam się jednak, że u mężczyzn może "wytrzymać" krócej.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, lawenda, tytoń
Nuta serca: kardamon, cyprys, fiołek
Nuta bazy: akordy drzewne oraz żywiczne, irys
___
W tej chwili pachnę Idole edp.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://stylio.pl/artykul-styl-yuppies

czwartek, 25 października 2012

Klejnot dla wojowników

Perfumy z tytoniem w składzie bywają różne: albo gęste, nastawione na wydobycie pikantno-gorzkich akcentów palonych liści wiadomej rośliny, jak w przypadku Akaby Antonio Viscontiego, Fougère Bengale od Parfum d'Empire, Pohadki Ys Uzac czy Sombre Negra od Yosh. Inne stawiają na przyjemną, wiśniowo-puchatą słodycz tabaki; tu najpopularniejszymi przykładami są Tobacco Vanille z prywatnej linii zapachów Toma Forda, Spicebomb Viktora & Rolfa czy muglerowski A*Men. Tylko nieliczne starają się wypośrodkować wrażenia, gorycz wymieszać ze słodyczą w doskonale zbilansowanych proporcjach. Właściwie poza jednym z moich ulubieńców, Wild Tobacco od Illuminum, do głowy przychodzi mi tylko jeden zapach: Tabac Aurea marki Sonoma Scent Studio.

Pachnidło silne choć eteryczne; ulotne niczym dym i tak, jak on gęste. Jednocześnie mroczne, smoliście ciemne a jednak rozświetlone pogodnym złotym blaskiem, w początkach nawet lekką zielenią wiosennej, budzącej się do życia flory. Przyziemne oraz transcendentne. Trudne i proste. Brzydkie i piękne. Oksymoroniczne.
Fascynujące.
"Moje". :) [jako kolejny pod rząd recenzowany zapach SSS ;) ]

Co typowe dla perfum tej marki, także Tabac Aurea daje się bez większego trudu opisać za pomocą skojarzeń, wizji, jakie przywołuje do mojej głowy z zaskakującą łatwością; kłopot pojawia się, kiedy zamierzam rozebrać pachnidło na czynniki pierwsze. Co tu właściwie jest czym? ;)


Więc choć na usta [czy raczej klawiaturę ;) ] ciśnie się hasło zapamiętane z niegdysiejszego spokojnego dryfowania po necie: "My jewels are my armour" - gdyż tak chcę kojarzyć omawiany właśnie aromat - postanowię wyjątkowo skupić się na opisie nut. Raczej samorzutnym, gdyż od szkiełka i oka, zawieszonych nad Tabac Aurea, ważniejsza wydaje się spontaniczna, do głębi hedonistyczna (z nutką marzeń w stylistyce fantasy ;) ) kontemplacja pachnidła. :)

Zatem, jak już wspomniałam, na wstępie pojawia się błyszcząca zielona efemeryda w postaci ducha budzącej się po zimie przyrody. Pachnidło już jest tytoniowe, suche i w pierwszymi akcentami kumarynowego siana, jednak sam jego wstęp okazuje się czarującą wariacją na temat przyjaźniejszych, bardziej "ludzkich" twarzy sandałowca, labdanum oraz optymistycznej słodyczy bobu tonka.
Jak to efemeryda, zieleń szybko przemija, ustępując pola suchemu, niezwykle aromatycznemu i naturalistycznemu tytoniowi, za którym prędko postępuje dosłowna kumaryna, z lekka tylko dopieszczona waniliowym cieniem. Kompozycja robi się bardzo, ale to bardzo sucha - jak również coraz gorętsza. Sandałowiec szybko przestaje być śmietankowy, by móc pochwalić się charakterystycznym orientalnym, "nieheblowanym" obliczem pikantnych drzazg, tak pięknych w Sandalo od Etro. Okazuje się przy okazji, że całą tę tytoniowo-orietnalną mieszankę okala akord wytrawnej, przyprawowej ambry, w umiarkowany sposób pomieszanej z paczuli.
Im dłużej Tabac Aurea gości na skórze (a gościć to ono potrafi! ;) ), tym bardziej aromat robi się apetyczny, upojnie doskonały, z tytoniem zmierzającym nieśmiało w stronę suszu fajkowego, aromatyzowanego wanilią oraz wiśnią. Doń zaś dołącza piękne, złociste labdanum jak od Donny Karan i ambra, gęsta, ciemna, odymiona chmurą palonych żywic (bez olibanum za to ze skórzanym benzoesem oraz balsamem tolutańskim (?)), rodząca skojarzenia z Ambre Fétiche Goutal czy Ambre Orient Armaniego. Pachnidło okazuje się głębokie, nasycone, cielesne; nieomal erotyczne. A na pewno zaskakująco intymne. :) Nie jak tytoń lecz jak ciepła woń rozgrzanego ludzkiego ciała. Ani męskiego ani kobiecego, choć nie pozbawionego płci.
Mówiłam, iż oksymoroniczność to jedno ze słów-kluczy do zrozumienia czarodziejskiego wcielenia tytoniu rodem z kalifornijskiej Sonomy. :)

Rok produkcji i nos: 2009, Laurie Erickson

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, naprawdę doskonale wyważony. O wielkiej mocy i sillage wręcz monstrualnym. Chyba, ze wylejemy na siebie tylko trzy krople perfum; wówczas będą one "tylko" ograniczone, otaczające ludzką sylwetkę szczelną acz niezbyt ścisłą aurą. ;)
Na okazje, jakie sobie tylko wymarzymy.

Trwałość: od blisko dwunastu do przeszło osiemnastu godzin (czasem dłużej)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz drzewna)

Skład:

wetyweria, paczuli, skóra, tytoń, labdanum, drewno cedrowe, drewno sandałowe, goździki (przyprawa), bób tonka, piżmo, ambra, wanilia
___
Dziś noszę Sycomore od Chanel.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.hypnoticfascination.com/2012/07/gimmie-gimmie-more.html
2. http://www.hypnoticfascination.com/2012/08/middle-east-meets-east-meets-west.html

wtorek, 23 października 2012

Majuskuły od A do Z

Majuskuła. Czyli po prostu duża litera. :) Od inicjału różniąca się tym, że nie jest ozdobnym wyróżnikiem tekstu, np. nowego akapitu. Z jakiegoś tajemniczego powodu Serge Lutens postanowił takim mianem ochrzcić swoje najnowsze perfumy. Nie rozumiem tego. Ponieważ do Santal Majuscule bardziej pasowałoby skojarzenie z inicjałem właśnie. Kolorowym, zwracającym uwagę, przerysowanym. Dużo słodszym, niżby się tego oczekiwało.
Choć i to nie do końca.


Albowiem jedno wiem już na wstępie: pachnidło w niczym nie przypomina prostych symboli, którymi zwykło się podkreślać początek zdania czy nazwy własne. Jako sandałowiec wysuszony i dosłodzony, powoli zmieniany w proszek kojarzy się Santal Majuscule właśnie z inicjałem, jednak po kilku chwilach ktoś lub coś brutalnie moczy kartę bezcennego średniowiecznego manuskryptu pozwalając, by organiczne barwniki zlały się w jedną burą masę. Nazwać coś takiego zbrodnią, to stanowczo zbyt delikatne postępowanie. Na szczęście mamy do czynienia z perfumami, nie zabytkiem bibliotecznym. ;)
Dlatego też potrafię podejść do zabiegu rozmoczenia sandałowego pudru w sposób chłodny.

I wiem, że puder, rozcierany z odrobiną oleju z bliżej nieokreślonych orzechów powoli zmienia się w jednolitą, burą pastę. Drewno zyskuje na tym co nieco ostrości, jednak lata świetlne dzielą je nie tylko od  sandałowcowego ideału Sandalo od Etro ale też od Santalum Pro Fumum Roma, Santal Blush Toma Forda czy Santal de Mysore Lutensa, na którym - w moim mniemaniu - poszukujący sandałowcowego ideału duet Lutens-Sheldrake winien był się zatrzymać. Panowie jednak zdecydowali się pójść dalej, dzięki czemu uzyskali dzieło "przedobrzone" [święci w niebie, po raz pierwszy piszę tak o jakimkolwiek zapachu z ich 'stajni'! ;) ], ani gorzkie ani słodkie; pomiędzy obiema skrajnościami balansujące nie z gracją, umiejętnie, lecz rozpaczliwie. W sposób chaotyczny.
Ponieważ po dalszych kilkudziesięciu minutach ostrawa pudrowa pasta znowu zaczyna schnąć, zmierzając w stronę słodyczy, delikatnie orzechowej. W tym miejscu budzą się dalekie skojarzenie z dwoma dziełami Pierrre'a Guillaume: Sucre d'Ébène z cyklu Huitième Art Parfums oraz Praline de Santal z jego podstawowej linii. Na takie zestawienie omawiany zapach okazuje się jednak zbyt mało zdecydowany, zbyt wiotki, nie aż tak słodki i apetyczny. Przypomina raczej aromat stareńkiej szkatułki z drewna sandałowego; takiej, która miała długie dziesiątki lat na wytracenie aromatu. Lecz i na pokrycie się kurzem. Na przeniknięcie aromatami zawilgoconej piwnicy, na przymusowe współistnienie z ryzą wyblakłych gazet o dawno przebrzmiałej treści. Czyli znów pojawia się wilgotna sandałowcowa pasta, tym razem jakby rozmyta niewielką ilością tłustego paczuli.

Całość okazuje się nawet wciągająca, w jakiś sposób intrygująca, do pewnego stopnia artystyczna. Mnie jednak nie inspiruje do niczego. Nie bardzo wiem, co miałabym z Santal Majuscule zrobić, do czego go używać. Czy z czasem przekonałby mnie, że jego wahania przypominać mają ruch wskazówki metronomu niż bezładne miotanie z kąta w kąt...?
Nie wiem. I chyba na razie nie mam serca, by w ogóle podjąć próbę.


Rok produkcji i nos: 2012, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników sandałowca ortodoksyjnych lecz niezdecydowanych (to w ogóle jest możliwe..?). O mocy i sillage typowo lutensowskich, czyli znacznych. Na wszelkie okazje.

Trwałość: od dziesięciu do przeszło dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewna

Skład:

ponoć tylko i wyłącznie drewno sandałowe
[nawet nie wiem, wierzyć na słowo czy nie... :/ ]
___
Dziś noszę Black Orchid od Toma Forda.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.q8iblender.com/default.aspx?page=12

sobota, 20 października 2012

Dla tych, którzy już tęsknią za latem

Mam trzy zapachy świeżuteńko po premierze na florenckich targach Pitti Fragranze. Zdobyte przez niejakiego Jaroslava, posiadającego nielichy dar przekonywania. Jarku, dzięki! :*

Ową trójkę opatrzono wspólnym logo Cognoscenti. Słowo to oznacza mniej więcej tyle, co 'koneser', osoba "młoda ciałem i duchem, interesująca i zainteresowana, ukulturalniona oraz zaciekawiona kulturą" [ten dłuższy opis wzięłam z internetowej strony marki]. Zatem już na wstępie wiemy jedno: nowo powstały brand zamierza trzymać się z dala od wyścigu szczurów branży kosmetycznej, nie w głowie im tani poklask oraz nastawienie wyłącznie na słupki sprzedaży. Tiaaa... ;)
Choć ideę podziwiam i chętnie uwierzyłabym w jej szczere intencje, z perspektywy przeszło tygodniowej znajomości z pachnidłami Cognoscenti nie za bardzo widzę dlań poparcie w faktach. Na wysmakowany nonkonformizm perfumy te są po prostu zbyt jasne, zbyt lekkie i nowoczesne, zbyt wiele "lata" po nich nowomodnych składników, bym była w stanie uwierzyć w całkowitą dowolność w tworzeniu olfaktorycznych kreacji. A może po prostu mam zwichrowaną skalę? Bo indywidualistką jest Laurie Erickson z Sonoma Scent Studio a wszystko, co poniżej to pokazówka czy wręcz ordynarny pic na wodę?
Na pewno moje prywatne upodobania mają tu wiele do powiedzenia.

Na ile jednak, skoro doceniam gładką, jasną urodę pachnideł od Cognoscenti? Nie wiem.
Ale posłuchajcie. ;)

Idąc za porządkiem postanowiłam w pierwszej kolejności zająć się pachnidłem opatrzonym niezwykle oryginalnym tytułem No. 1 [zagadka: trochę sobie żartuję czy też piszę całkiem poważnie? ;)].
Aromat ów, przejrzysty, odrobinę pikantny, o nucie irysa z początku szklisto-pikantnego, później nieco pudrowego, jak w Shalimar Parfum Initial, perlistego dzięki dodatkowi soków ze skórki grejpfruta, lekko gorzki dzięki szałwii a na zakończenie - irysa mydlanego, wiotkiego, rozszczepiającego akordy cytrusów, ziół, lekko słonej figi [jeszcze jedno, bardzo luźne, nawiązanie do porządnego jak rzadko zapachu z półek perfumerii głównego nurtu: Womanity Muglera, choć znacznie rozcieńczone].
I nawet kiedy po kilkudziesięciu minutach figowe owoce zmieniają się w mleczny sok wypływający z rozciętego konaru, irys bez pośpiechu przeistacza się w kolejne kruche mydlane bańki a do całości dołącza wyważony i na dokładkę ledwie zasugerowany akord zamszu, No. 1 pozostaje pachnidłem ewidentnie świeżym, delikatnym, radosnym.
Jeszcze nie młodzieżowym, choć już zdecydowanie nie dziecięcym. :) Świetnie wymykającym się jakimkolwiek kulturowym normom płci. Dorastającym w realiach gender-free, budzącym nie niepokój [wszak płeć jest jednym z podstawowych kryteriów, dzięki którym nasze głowy porządkują rzeczywistość dookoła nas] a błogość, pragnienie całkowitej harmonii ze światem. Jakbym była nie człowiekiem a pozbawionym emocji i, tak, płci - aniołem. Problem w tym, że wcale nie chcę nim być. ;)

Porzucam więc No. 1 i udaję się w świat kolejnego z dzieł Cognoscenti. :)

W Numerze Szesnastym liczba kusicieli na mililitr zapachu jest chyba największa: kwiat lipy (w perfumach chyba jeszcze nie spotkałam), liście pomidora (kocham od czasu poznania Eau de Campagne, lata temu), olibanum, tytoń, benzoes, skóra, oud... Nie można się nie zaślinić. ;] Teoria kusi; a jak rzecz wygląda w praktyce?

Ano dobrze. ;) W pierwszych chwil prześwieżo i przezielono, z wyraźnym akordem kwasoty pomidorowych liści, który chwilkę później ogrzewa się i jakby przyprósza suchym, roztartym w dłoni czarnoziemem. Lecz i to wrażenie okazuje się krótkotrwałe, gdyż chwilę po nim wyczuwam coś bardziej plastycznego, nie zielonego, nie kwaśnego ani ziemistego a gładkiego, odrobinę mlecznego, troszkę miodowego, leciutko skórzanego; wprawiającego w stan niczym niezmąconej błogości, luzackiego rozleniwienia. To kwiat lipy; może nie odwzorowany ze szczególnym pietyzmem, jednak na tyle wyraźny i piękny, by mógł urzekać bez większego trudu. :) Towarzyszy mu benzoes, dzięki któremu osiągnięto wspomniany efekt skórzanej mleczności, niebanalny, prosty i czarujący. I trzeba kilku naprawdę długich chwil, by pachnidło osiadło na skórze, by mleko z ostatnimi tchnieniami soczystości pomidorowej posoki odeszły w świat. Dzięki temu kompozycja schnie oraz stabilizuje się; kwiat lipy pojawia się w bardziej dosadnym, miodowo-ziołowym wcieleniu, ni to słodkim ni to goryczkowym. Towarzyszą mu ciepłe akcenty drzewne, żywiczne choć nie kadzidlane. Suche, zachowujące w swoich złocistych bryłkowych ciałach wspomnienie podzwrotnikowego słońca i zręcznie konfrontujące je z klimatem lata środkowoeuropejskiego. Całość jest odrobinę słodka, nieco gorzka, mirrowo wiercąca się po skórze, z oudem pełniącym funkcję identyczną, co w przypadku Hommage à l'Homme od Lalique czyli jedynie spinającym olfaktoryczną konstrukcję, dalekim od zdominowania jej.

Co dominuje w No. 16? Otóż nic - i to jest właśnie najwspanialsze! :) W pachnidle tym osiągnięto (chyba) ideał pełnej symbiozy tego, co w lecie najwspanialsze. Aż chciałoby się rozłożyć na kocu ukrytym w cieniu drzew, z ciekawą książką oraz napojem chłodzącym na podorędziu. Z okularami słonecznymi opartymi o włosy, w ulubionych letnich spodenkach...
Zaraz, zaraz! Przecież ja nie znoszę lata! ;))

Skoro Szesnastka zdołała tak mocno oderwać mnie od rzeczywistości, to jaki będzie - póki co - ostatni w kolekcji Numer Dziewiętnasty?
No cóż, jak wskazuje obrazek, No. 19 sprawił, że wróciłam z powrotem na ziemię. Z hukiem i łoskotem; właśnie rozcieram obolałe ciało. Jak nic będą siniaki - ale dobrze przynajmniej, że niczego sobie nie złamałam. ;P

Bo o ile pierwsza z omawianych mieszanek okazała się przyjemna a druga bardzo, bardzo dobra, w trzeciej nie znalazłam niczego dla siebie. Co jest "zasługą" przede wsyztskim nasion marchwi, jednej z ostatnich a szczerych olfaktorycznych antypatii, na jaką sobie pozwalam. ;) Ale cóż poradzić na to, że perfum z marchewą w roli głównej najzwyczajniej w świecie nie znoszę? Że męczą mnie i przyduszają do ziemi?
Że tak często towarzyszący im irys szybciuteńko układa się na mnie w zapach na wpół zgniłych kawowych fusów, zimujących w stercie kompostu [dzięki którym Bois d'Ombrie nie mają u mnie najmniejszych szans]? Taki właśnie jest No. 19, wstrętna, hegemoniczna, toksyczna marchewa. Podlana cielesno-słodkim sosem z orchidei, wanilii oraz puchatego labdanum, nieco zmącona gorzkim pudrem z lawendy, nadal pozostaje marchewką. I tylko marchewką. Marchewkowym sokiem na skraju skiśnięcia. Marchewką gotowaną z groszkiem, która stojąc zapomniana w kącie lodówki, zdążyła już zrobić się śliska. Jakąś obrzydliwą marchewkową makabrą.

Jakaś klątwa z tymi karotami w perfumach: Citrine Durbano, Ogródek Nilowy, I love les carottes, Brudny Angol [znaczy się, Dirty English od Juicy Couture oczywiście ;> ], słynne Bois d'Ombrie... Za dużo jak na jedną zbolałą wiedźmę. ;)
Proponuję więc, by perfumiarze wraz z markami zwiększyli różnorodność. ;) Od dziś marchewka niech będzie passé. Jako pasjonatka oczekuję perfum o zapachu ziemniaka, buraków, gotowanej kapusty, kalafiora czy fasoli. :> Na dokładkę jeszcze cebuli, a co!

No. 1

Rok produkcji i nos: 2012, Danielle Sergent

Przeznaczenie: bliskoskórny zapach typu uniseks. Bardzo dyskretny, więc nadaje się nawet na okazje bardzo oficjalne, byle dzienne. ;)

Trwałość: w granicach pięciu-sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

różowy grejpfrut, bergamotka, figa, ylang-ylang, szałwia, drewno tekowe, jasne piżmo, zamsz


No. 16

Rok produkcji i nos: 2012, Danielle Sergent

Przeznaczenie: ciepły, doskonale wyważony zapach typu uniseks, otaczający ciało dosyć ścisłym woalem, który jednak z bardzo bliska staje się wyraźny. :) Na okazje mniej formalne.

Trwałość: około siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz skórzana)

Skład:

liście pomidora, kwiat lipy, szałwia, benzoes, mirra, tytoń, kadzidło frankońskie, oud, skóra


No. 19

Rok produkcji i nos: 2012, Danielle Sergent

Przeznaczenie: zapach uniseksualny i raczej bliski skórze. Na okazje dzienne [chyba, że woń marchewki macie za szczególnie elegancką tudzież afrodyzjakalną ;> ].

Trwałość: jakieś pięć do siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża (a także kwiatowa)

Skład:

nasiona marchwi, wetyweria, ylang-ylang, lawenda, ambra, wanilia, benzoes, labdanum

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1.  http://sunsurfer.tumblr.com/
2. http://pinterest.com/pin/271834527478974465/
3. http://9gag.com/gag/4207821