sobota, 20 października 2012

Wilczuś

Wetyweria. Kojarzy się różnie; mnie na przykład z lasem, tajemnicą, pewną niedopowiedzianą mrocznością, bardziej klimatyczną niż jeżącą włosy na głowie. Zazwyczaj. Czasami bowiem wizja okazuje się, ekhem, cokolwiek różna nie tylko od życzeń twórców marki ale też od utartych skojarzeń.
To nawet dobrze. :) Tylko... czy aby na pewno tym razem?

Są perfumy, które wedle zamierzeń czcigodnych ich rodziców winnam kojarzyć tak:


...jednak mój niesforny mózg życzy sobie wyłącznie zestawień w takim stylu:


I nie chce inaczej. :) Vétiver Fatal, tegoroczna nowość od Atelier Cologne to pachnidło słodziutke, milusie i puchate, z lekka tylko podbite woniami lasu.
Kiedy tylko miałam okazję przetestować tę mieszankę na własnej skórze [dzięki uprzejmości Trzech Ryb, której z tego miejsca serdecznie dziękuję! :* ], nie mogłam uwierzyć, iż jest to dokładnie ta sama ciecz, której zapach urzekł mnie podczas blotterowych testów we wrocławskiej filii perfumerii na literę Q. Wówczas miałam okazję poznać pachnidło głębokie choć niezbyt dosłowne, nie mroczne ale za to przyjemnie pachnące suchym leśnym poszyciem; słonecznego choć o łagodnych drzewnych konotacjach. Krótko mówiąc: bardzo obiecującego nowoczesnego paprociowca. Od testów naskórnych powstrzymywał mnie jedynie całkowity brak wolnego skrawka naręcznej skóry, który (jeszcze) można by do tego celu przeznaczyć. ;)

Możecie więc wyobrazić sobie, jak dalece rozczarował mnie rozwój Wetywerii na mojej skórze. Gdzie mrok? Gdzie suchość? Gdzie łagodna tajemnica?
Zamiast nich, po krótkim odświeżającym cytrusowym wiewie z początków, pojawiła się jasna, pudrowa, obła słodycz. Skądś mi znana. Zaraz, zaraz! Czy nie tak pachnie klasyczna damska Euphoria? Czy nie w tę stronę podąża Bal d'Afrique od Byredo? Czyż nie w takim towarzystwie zwykło pokazywać się Royal Muska od Martine Micallef? Jak babcię kocham! ;] Poważnie zastanawiałam się, czy nie zapytać Rybki o jej ewentualne eksperymenty z Euphorią tudzież Royal Muska oraz octanem wetiwerolu.  ^^
Ponieważ Vétiver Fatal pachnie identycznie - dosłownie: i-den-tycz-nie - jak któraś z ww. damskich kompozycji, "podrasowana" wspomnianą substancją chemiczną (kojarzycie Molecule 03? To właśnie to samo ustrojstwo). Szczególnie po upływie kilkudziesięciu minut, kiedy jasna pudrowa krągłość zaczyna powoli rozmywać się w kwaśnych wodach octanu wetiwerolu. Z czasem VF redukuje się do laboratoryjnego roztworu wiadomej substancji w stanie niemal czystym, z lekka tylko zmąconym odrobiną pieprzu i może jeszcze drewna cedrowego. Oud? Jaki oud?? [a na blotterze był, cham jeden :> ]

Taak, Wetyweria Fatalna to trafna nazwa. Bardzo trafna...

Rok produkcji i nos: 2012, Jérôme Epinette

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, na mojej skórze jednak zbyt śmiało przechyla się w stereotypowo damską stronę. Dosyć wyczuwalny, chociaż kilometrowego śladu za sobą nie ciągnie.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: jak na wodę kolońską - niechby i tuningowaną - całkiem niezła, bo około sześciu czy siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, gorzka pomarańcza, cytryna
Nuta serca: liście fiołka, absolut kwiatu pomarańczy, czarna śliwka
Nuta bazy:  wetyweria, drewno cedrowe, oud
___
W tej chwili pachnę New York Oud marki Bond No. 9 a wcześniej był Santal Majuscule. :)

P.S.
Druga ilustracja pochodzi z http://penready.com/post/12602811872/dog

czwartek, 18 października 2012

"Wyszedł stary mistrz-czarodziej..."

Zaplanowałam sobie na dziś recenzję jeszcze jednego zapachu. Dziwnego, słonego, niepokojącego i fascynującego zarazem. Z pozoru równie nowoczesnego, co marka, która wydała go na świat, jednak kiedy się w niego wgłębić ukazuje kolejne, ponadczasowe oblicze.
I jest to "ponadczasowość", jakiej próżno by szukać w perfumach Creedów czy Guerlain. ;)

Gdyż wynika nie z zachowawczości kompozycji olfaktorycznej a z ducha, który zdaje się trwać od naprawdę wielu, wielu lat. Od setek, może nawet tysięcy. I właściwie zupełnie nie jest tym, czym początkowo się wydaje. Czy widział ktoś z Was kiedy kruka w trzewikach? ;) Do tego z postawionym kołnierzem - czego? Płaszcza z własnych piór...? I jeszcze ze źdźbłem trawy, nonszalancko zwisającym z dzioba?
W tym musi kryć się magia. :D

I rzeczywiście, jest. Ukryta w ciężkich zwojach materiału, w mgle gęstej jak mleko, wśród konarów starego, poplątanego drzewostanu. W baśniowym świecie zawieszonym gdzieś pomiędzy wizją spopularyzowaną przez prozę braci Grimm a tą zrodzoną w umyśle Terry'ego Pratchetta.
Takim zapachem jest Grev marki Slumberhouse.

"Cwałem! Cwałem! 
Prądy, rwijcie! 
Fale, mknijcie 
Rączym pędem! 
W nurcie bujnym i wspaniałym 
Ja się dzisiaj kąpać będę".

Kompozycja otwiera się akordem ostrym, w pewien nietypowy (bo naturalistycznie morski, by nie rzec: stęchły czy wręcz: mulisty ;) ) sposób świeży oraz - co w takim kontekście nie powinno dziwić - bardzo słony. Słony aż do goryczki, do tego zręcznie rozmajony dodatkiem olejku sosnowego. Wiecie, takiego,  jak do inhalacji górnych dróg oddechowych. ;) Mamy więc żywiczny las tuż nad brzegiem wzburzonego morza.

"Rusz się, stara miotło, nuże! 
Wdziej ten kabat obszarpany! 
Że ci nie nowina służyć, 
Dziś mnie uznaj swoim panem!"

Później kompozycja poczyna wirować, do grubych brył soli, pozostawionych na pokrytych mułem brzegowych kamieniach dołącza akord dymny i ciemny, trudny do zdefiniowania; coś jak lubczyk zmieszany z balsamem tolutańskim, elemi oraz odrobiną kamfory. :D A do tego wspomniany olejek sosnowy. Dziwna sprawa, żeby coś takiego okazało się morskie, żywiczne, słone i jednocześnie bardzo gładkie, przyjemne dla nosa, rzeczywiście zdające się bez problemu udrażniać zatkane nosy. ;) Rzecz pozornie groźna a jednak ułożona w sposób lekki, wpadający w ucho [powiedzmy, że w ucho ;) ], pełen wystudiowanej przyjemności. W tej chwili Grev przypomina mi znacznie łagodniejszą wersję Incense Normy Kamali.
I potrzeba kilku chwil, by dał się zauważyć kolejny niespodziewany akord...

"Stańże na dwóch nogach, 
Łbem na kiju chwiej! 
Chwyć konew! 
I w drogę! 
Wodę czerp i lej!"

Silna słoność, nuty morskie równie niebanalne, pozbawione akcentów jednoznacznie drzewnych, jakże odmienne od Turquoise Oliviera Durbano, później dokonujące dosyć nietypowej wolty [o nietypowości za chwilę] ku opisanej szalonej żywicy, dopiero po kilkudziesięciu minutach ujawniają, co stało za ich chłodną, metaliczną świeżością. Było to, moi Mili, transparentne choć połamane na drobne szkliste drzazgi, niczym one ostre irysowe masło. Zaś owa dziwna mieszanka elemi z kamforą okazuje się w istocie ślicznym eugenolowym woalem goździków! I już rozumiem, jakich skojarzeń dokonał niezależnie od woli mój mózg: punktem, w którym stykają się kamfora, goździki oraz zamorskie żywice jest Serge Noire Lutensa! ^^ W jakiś sposób musiałam przestawić miejscami obie wonie, bardzo przecież charakterystyczne i dzięki temu rozpoznałam w Grev nieistniejące nuty. Ale narobiłam bigosu! ;) Niczym Franek Dolas; oraz pewien cwany czarodziejczyk.
Wracając jednak do omawianego pachnidła: po dalszych kilku chwilach mam możliwość obserwować, jak cała ta szalona parada nut uspokaja się i opada na ziemię, z pozoru tylko bezwładnie. W rzeczywistości wszystkie akordy leżą w idealnym, takim jak na wstępie, porządku, dla bezpieczeństwa dodatkowo przykryte lekką warstwą niemęczącego, irysowego pudru. I na tym właśnie polega wspomniana nietypowość Grev. Pachnidło, choć wydaje się zmieniać w czasie, może nie na kształt piramidy co przenikających się wzajemnie,  wirujących wokół wspólnego środka ciężkości sfer, istotnie pozostaje tworem tradycyjnie i ściśle amerykańskim. Wytracającym moc, lecz nie zezwalającym na spektakularna woltę poszczególnych nut. Czasem tylko jedne chowają się za drugie, by po chwili wrócić znów, być może w zmienionym kostiumie (jak irys).

Dzieje się tu dużo; są emocje oraz pewien dramatyzm, jednak od początku możemy być pewni dobrego zakończenia historii. Jak w opowieści, którą ilustruje skojarzona przeze mnie z Grev melodia. :)
Przed Państwem Uczeń czarnoksiężnika!
Kompozytor: Paul Dukas, grali: Filharmonicy Nowojorscy, za pulpitem dyrygenckim stał: Leonard Bernstein. Tak, ten Bernstein od West Side Story. ;)


I w ten oto sposób po raz kolejny tradycji stało się zadość. :) Slumberhouse nie może obejść się bez skojarzenia z dziełem muzyki klasycznej. A w tym konkretnym przypadku, także z pewną balladą pewnego niemieckiego poety. ;) Klasyka rządzi!

Za próbkę perfum chciałabym podziękować Dominceb oraz Imbrze. :* Obu naraz. :D


Rok produkcji i nos: 2009, ??

Przeznaczenie: świetnie wyważony zapach typu uniseks [choćby dlatego, że chyba wszyscy edwardiańscy dżentelmeni zdążyli opuścić nasz łez padół ;> ], o mocy początkowo znacznej, z czasem redukującej się do średniej, zawsze natomiast wyczuwalny bez trudu dobrych kilka centymetrów nad skórą.
Na okazje raczej niezbyt formalne (chyba, że ktoś się uprze ;) ).

Trwałość: w granicach sześciu-siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

balsam kopaiwowy, żywica jodłowa, goździki (przyprawa), kłącze irysa, drewno cedrowe, brzoza

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://pinterest.com/pin/234327986831492024/

Cytaty natomiast zaczerpnęłam z Ucznia czarnoksiężnika pióra Johanna Wolfganga Goethego, w przekładzie Hanny Januszewskiej.
Przy okazji polecam Wam starą ale dobrą etiudę filmową Studia Walta Disneya, w której wykorzystano zarówno muzykę Dukasa jak i jej poetycki pierwowzór. W roli niesfornego ucznia: Myszka Miki. ;)

Owoce, przetwory, słodycze... i kwiat

Pamiętacie, jak niedawno poskarżyłam się Wam na brak wolnego czasu?
Wystarczyło choć trochę się wyżalić a - już poczułam się jak bohater pewnego szmoncesu [uwielbiam szmonces, wychowałam się na takim poczuciu humoru. :) ].

Do słynnego z mądrości cadyka z Berdyczowa przychodzi Mosze i prosi:
- Rabi, ja już dłużej nie wytrzymam! Jestem biedny, chatę mam małą a mieszkam w niej z żoną, szóstką dzieci, rodzicami, dziadkiem staruszkiem i jeszcze krową. Nie ma spokoju, nie ma ciszy, nie ma chwili wytchnienia, niczego znaleźć nie można! A na dokładkę krowa śmierdzi! Rabi, co mam robić??
Cadyk podumał chwilę, pogładził się po brodzie i odpowiedział:
- Kiedy ode mnie wyjdziesz, idź prosto na targ i kup kozę. - pewnie Mosze minę miał niespecjalną, gdyż święty człowiek dodał: - Kup kozę i przyjdź za miesiąc.
Minął miesiąc i ubogi człowiek wraca do domu cadyka.
- Rabi, kupiłem kozę, jak kazałeś. Ale w ogóle nie ma poprawy! Jest znacznie gorzej!
- No to teraz sprzedaj kozę.
Mosze zrobił, jak mu kazano i nazajutrz z powrotem zjawił się u cadyka:
- Sprzedałem. Jak mi teraz dobrze! Cisza, spokój, wszystko na swoim miejscu. Cała rodzina się cieszy, w domu pachnie pieczonym chlebem. Jak mi dobrze..!

No więc kiedy się Wam poskarżyłam, ktoś lub coś "u góry" polecił, bym kupiła kozę. ;))
Z tego powodu nie bardzo miałam czas na blogowanie. Na szczęście widać już światełko w tunelu [byle tylko ono nie zbliżało się do mnie w szybkim tempie ;) ]. I mogę napisać Wam kilka słów o dwóch ciekawych zapachach, dzięki którym miłośnicy lata będą mogli zatrzymać dla siebie choć niewielką jego część.

Bo cóż pozwala nam zachować na dłużej smaki i zapachy lata? Przetwory! Soki, dżemy, konfitury, mrożone owoce ale też przydomowe szklarnie bądź oranżerie...

Zapachem niezbyt dosłownej konfitury z płatków róży, doprawionej aromatycznymi przyprawami oraz podkreślonej ciemną głębią owoców, okazuje się Rose Absolue od Yves Rocher. To świetny przykład przetworów we flakonie! ;)
Długo nie mogłam zleźć sposobu, dzięki któremu mogłabym opowiedzieć o owym zapachu; pomogło mi dopiero skojarzenie z drugim z dzisiejszych bohaterów. Najpierw jednak zajmę się konfiturą z płatków róży, utartą przez nie byle kogo, bo samą Christine Nagel [twórczynię m. in. Ambre Soie od Armaniego, Madness od Chopard, Delices de Cartier, Eau de Cartier czy nieodżałowanej Theoremy marki Fendi].

Otóż perfumiarka postawiła tu na różę w ujęciu teoretycznie bardzo popularnym, gdyż słodkim i różowo-esencjonalnym, po dziewczęcemu delikatnym, prostolinijnym, pogodnym. Jednak przyjemny słodziak trzyma się z dala od białopiżmowych puderków, karmelkowych ciągutek, nawet paczulowej oranżadki - mimo, że słodkie musowanie obecne jest w mieszance od początku do końca - nie postawiono na pierwszym miejscu, choć taki obrót spraw obecnie wydaje się nawet nie mile widziany, co wręcz wymagany w większości damskich premier głównego nurtu. Tak więc Rose Absolue oczarowuje. Z początku ciepłą, bezpretensjonalną, lekko zieloną organicznością dojrzałych płatków dzikiej róży, które z czasem ogrzewają się jeszcze bardziej, letnie słońce osusza ich płatki z ostatnich kropel rosy, uwydatniając sypkie piękno kilku szczypt rudego cynamonu. Lecz zanim ów się pojawi, przez kilkanaście sekund mam możliwość podziwiania gorzkiej, odrobinę ziemistej, nawet cielesnej róży; ów ulotny choć zauważalny animalny akord zawdzięcza omawiana kompozycja dodatkowi czarnej porzeczki, która czasem potrafi wpaść w tony li tylko sugerujące zapach ludzkiego potu.
Mnie ta gra po prostu zachwyciła! :) Dlatego przybycie rudego aromatycznego proszku z kory cynamonowca okazało się odrobinkę rozczarowujące. ;) Jednak nie na tyle, bym nie mogła docenić wszystkich spokojnych, dosyć niskich tonów, jakie owa przyprawa zdołała wydobyć z naszej delikatnej, słodziutkiej róży. Okazał się cynamon także doskonałym wstępem dla paczuli, który to składnik bez problemu przedzierzgnął żywy kwiat w konfiturę. Odrobinę cukru zapewnił dodatek boobu tonka oraz czegoś jeszcze, jakiegoś trzcino-cukrowego akordu, którego jednak nie potrafię zidentyfikować. A może to znów harcuje czarna porzeczka? Albo nuty drzewne, subtelne, pięknie oheblowane, jadne i gładkie.
Dzięki nim nawet słodki puder z głębokie bazy nie jest w stanie mnie znużyć. Posiliwszy się aromatycznym dżemem, odpływam powoli w świat snu...

Innym sposobem, by w czasie jesiennych słot oraz zimowej zawieruchy [zawierucho, zawierucho, dlaczego tak rzadko pojawiasz się na polskich ziemiach? ;) ] móc cieszyć się niezbędną dawką fruktozy, są desery z owoców mrożonych lub importowanych. Jak na przykład z nasyconego śliwkowym duchem liczi, zręcznie przemieszanym z borówkami amerykańskimi, mrożonymi poziomkami, truskawkami oraz mirabelkami z kompotu. A do nich co nieco toffi, powstałego z cukru roztopionego w niewielkiej ilości śmietanki, troszkę kandyzowanych kwiatków, dużo jasnego, pastelowego czaru, szczypta aromatycznej "mrocznej tajemnicy" dla równowagi i - olfaktoryczny deser gotowy! :)
Tak właśnie pachnie Ambre à Sade marki Nez à Nez.

Ambra będąca właściwie kolejnym wcieleniem słodziutkiego a syntetycznego "akordu ambrowego", zręcznie uzupełniona (a nawet przykryta ;) ) górą słodkich owoców, ciężkiego choć smakowitego toffi, aromatów obłędnie śliwkowych oraz charakterystycznej woni poziomek, czasem tylko zastępowanych przez swych truskawkowych pociotków. ;) Szybko okazuje się, że kompozycja jest raczej liniowa niż staroświecko trójstopniowa. Z czasem tylko bogactwo słodkich, niezwykle ekspansywnych woni uspokaja się, zestala, zasycha stopniowo zmieniając się w cukrowe kryształki, wiążące cząsteczki owoców cukrem tak, jak zastygająca żywica więzi drobne owady. Cóż, na tym właśnie polega kandyzowanie.
A Ambre à Sade okazuje się słodkim, mleczno-cukrowym deserem z soku i owoców kandyzowanych. Kolejna warstwa pachnidła rozwija się na skórze w coś równie apetycznego.
No właśnie, na skórze... :) Co byście powiedzieli, gdyby taki deser podano Wam w pucharku z rżniętego szkła, oplecionym po wierzchu grubymi zwojami czarnej, delikatnej skórki? Sam deser nie traci niczego ze swej jadalności czy prostolinijnej jasności, zmienia się tylko otoczka. Także dlatego, że artystyczny pucharek ustawiono na grubej, prostej choć pozbawionej kantów podstawce z palisandru. Deser sam w sobie apetyczny, lecz dopiero sposób podania czyni zeń ucztę dla wszystkich zmysłów. Bardzo wysmakowaną i bardzo glamour. Sztuczną, udziwnioną - i owszem, ale jak przyjemną! :) Czasem każdy z nas chce poczuć się wyjątkowo. Taką możliwość daje nieistniejąca kawiarnia, w której w fantazyjny sposób serwuje się fikcyjny deser. Pyszności.

Aha. Oba zapachy, każdy w inny sposób, przypominają mi wspomniane już Madness, od Chopard i Christine Nagel pospołu. :) Tu róża, tam liczi; i powstaje nieodparte skojarzenie z wdzięcznym acz niepokornym słodziakiem. Poza tym Rose Absolue i Ambre à Sade łączy ogólne podobieństwo charakterów, bardzo ładnie zinterpretowanych i wykonanych pachnideł w typie "orientalizującego gourmand". Może nie są Wielką Sztuką ale też do jej miana IMO nie aspirują; mają po prostu umilać nam życie.
A takie kompozycje automatycznie trafiają do specjalnego kącika w moim sercu. :)


Yves Rocher, Secrets d’Essences: Rose Absolue

Rok produkcji i nos: 2006, Christine Nagel

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, niezbyt bliski skórze, choć jego sillage nie powala. Z czasem redukuje się do przyjemnej aury. Na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach siedmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-kwiatowa (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: cynamon
Nuta serca: róża
Nuta bazy: drewno cedrowe, bób tonka, paczuli


Nez à Nez, Ambre à Sade

Rok produkcji i nos: ??, Karine Chevallier

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, choć ewidentnie owocowy i słodki sznyt sprawia pewnie, że po pachnidło częściej sięgają Panie. :) Moc niebagatelna, ślad również dosyć znaczny, więc należy uważać ze stosowaniem w małych pomieszczeniach. Poza tym, jeżeli tylko zachowamy minimum dyskrecji  Ambre à Sade nada się na dosłownie wszystkie okazje.

Trwałość: do siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: jeżyny, truskawki, poziomki, karmel
Nuta serca: drewno cedrowe, maliny, cynamon
Nuta bazy: bób tonka, wanilia, ambra, skóra, paczuli
___
Dziś Santal Majuscule od Lutensa; kolejny słodziak. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Dżem jeżynowo-różany [jeżyny to prawie jak czarne porzeczki, prawda? ;) ], wzięty z http://pinterest.com/pin/34551122112246654/
2. Mus z liczi i malin. Pochodzący z http://www.flickr.com/photos/stephcookie/
W obu przypadkach nie polecam przeglądania fotografii z pustym żołądkiem! ;)

piątek, 12 października 2012

Mroźny, ziemisty i morski

Tak właśnie mogłabym opisać jeden z "zaległych recenzencko" zapachów od Oliviera Durbano (wśród których trochę mam do nadrobienia :) ). Jaki?

Turquoise. Który wcale nie jest taki turkusowy, ciepły oraz przyjemny, jak zdaje się sugerować nazwa czy kolor pachnącej cieczy. Jest dokładnie przeciwnie. Obco - ale przyjemnie.. poniekąd. ;)

W mojej zwichrowanej interpretacji. Nuty morskie to jeszcze nic niezwykłego, choć te w Turquoise przyrządzono "na wytrawnie", z dodatkiem ostrych nut drzewnych czy ziemistego, mroźnego irysa. Najciekawsze wydaje się tego morza otoczenie; bowiem Turkus to pachnidło ewidentnie żywiczne, za to - nie kadzidlane. Takim nie staje się nigdy. Za to prędko morskie tony (choćby akord znany jako "driftwood") okolono pikantnymi przyprawami, pieprzem, kolendrą, jagodami jałowca; a wszystkie rozgnieciono chłodnym, stalowym ostrzem majchra zwanego nożem szefa kuchni. ;) Szybko dołączają do nich chłodne żywiczne grudki, nasycone zielenią galbanum, gorzkie elemi, wibrująca mirra, może kilka grudek olibanum we wcieleniu znanym choćby z L'Eau Froide Lutensa, coś niecoś choinowego igliwia. Wszystko to pragnie stopić się w cieple kadzielniczych węgielków, jednak przejmujący chłód i silny wiatr, wiejący od morza i bez litości smagający każdy kawałek żywego ciała, skutecznie im to uniemożliwia. Nie będzie kadzidlanego dymu. Będzie chłód i brudnozielony, nieco stęchły aromat mórz Północy.


Za niego odpowiadają akordy, które według spisu nut są trzciną i wodorostami. Nie wiem, czy mogę się zgodzić, rozumiem jednak ogólny zamysł. Rzeczywiście, jest w dalszych etapach Turquoise coś ewidentnie morskiego, irysowo okrutnego, szklisto-zmrożonego, przywodzącego na myśl pozbawione ciepła Wakacje Pana Hulot od Christophera Brosiusa. Efekt podobieństwa z pachnidłem IHP uwydatnia element jakby papirusowy, suchy i organiczny. Który po jakimś czasie zaczyna wydzielać z siebie coś w stylu dymu [lecz to nie dym z żywic, jestem pewna]; już wiem, że chodzi o kocankę, daleką od Goutalowych Sables, wpadającą w tony papierosa, zgaszonego o pokryty zielonymi glonami kamień z morskiego brzegu.
Kiedy kompozycja słabnie, poszczególne akordy delikatnieją, nabierają lekkości ale i zlewają się w całość, trudną do rozdzielenia. Wiem, że woal zapachu zmniejszył intensywność oddziaływania na otoczenie, że zza tych wszystkich nut ostrych i trudnych do okiełznania wyzierają delikatne, eteryczne smugi w pastelowych barwach, jednak nie umiałabym odpowiedzieć, czy to ambra z mirrą a może kwiaty...?

Nie umiałabym - i chyba nawet nie chcę. Wzburzonego morza nie można oszukać, można jedynie starać się je zrozumieć; o ile ono samo tego zapragnie. :) Dlatego już nie główkuję, nie analizuję wrażeń, pozostawiając Turquoise własnemu biegowi. Niech odejdzie godnie, w ciszy i samotności; tak, jak lubi najbardziej.

Rok produkcji i nos: 2009, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników ostrych żywic oraz dosłowności zapachów polskiego (na przykład) morza. :) O sillage całkiem pokaźnym, z czasem zmieniającym się w niezbyt ścisłą, ale jednak, aurę. Moc za to zadowoli miłośników olfaktorycznego ciężkiego grania. ;)

Trwałość: od przeszło dziesięciu godzin do niemal doby w czasie letnich dni

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, jagody jałowca, kolendra, sosna, olibanum, elemi
Nuta serca: morszczyn, trzcina, terpentyna, lotos, lilia
Nuta bazy: miód, kocanka, mirra, szara ambra
___
W tej chwili noszę Chantilly marki Houbigant.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.flickr.com/groups/a-grade/discuss/72157594382727469/

czwartek, 11 października 2012

Nieprzesadnie

Nieprzesadnie długie będą dzisiejsze notki o zapachach; ot, kolejny zbiór luźnych impresji.

 Comme des Garçons, Play: Green

Zielsko, zielsko i jeszcze raz zielsko. :)
Sympatycznie ziołowe, nasycone sokami różnorakich rośli, podnoszących smak potrawy, zdecydowanie liczniejszych, niż deklarowane w składzie bazylia z miętą. A może wrażanie owo wynika z gry wspomnianych składników z limonką, wetywerią oraz kilkoma jagódkami jałowca? W każdym razie woń po paru minutach robi się kwaskowata, zaś po dalszych kilkunastu, kilkudziestu powoli zesładza się oraz pokrywa ciepłym, roślinnym pudrem. Wszystko dlatego, by przetrwać na skórze dalsze dwie godziny, nie dłużej.
Ciekawe, niesztampowe, mocne choć mało odkrywcze. Za to fajne. :) Lubię Green.

Skład:
drewno cedrowe, limonka, jaśmin, bazylia, mięta, jagody jałowca, wetyweria, nasiona piżmianu, orzechy pistacjowe


Fragonard, Rêve Indien

Zapach, który poznałam dzięki wspólnym zakupom Poli (dzięki, Polu! :) ), zaintrygowanej rzekomym podobieństwem  Rêve Indien do jednego z wielkich klasyków Guerlaina, Shalimara. Które to perfumy uwielbiam, zatem i dzieła Fragonardowego nie mogłam pominąć. ;)
Szybko okazało się więc, że w Indyjskim Śnie Shalimar jest... przykryty zwalistą a charakterystyczną mieszanką zapachów, jaką znamy z tzw. India shopów. Głęboką, jednocześnie sandałowo-paczulowo-przyprawową, pomieszaną z aromatem palisandru, przejmującą i głośną; w całości złożoną z taniutkich olejków eterycznych.
Rozpylcie Shalimar w zaprzyjaźnionym India shopie a otrzymacie Rêve Indien.
Mnie to się bardzo podoba! :D Zdecydowanie nie żałuję zakupu odlewki - z której jednak korzystać będę oszczędnie, gdyż moc toto ma pioruńską. ;)

Skład:
bergamotka, cytryna, jaśmin, róża, irys, ambra, wanilia (oraz wiele, wiele innych wonności)


M. Micallef, Royal Muska

Wieść niesie, że tak pachniały Amazonki. ;) Jeżeli w istocie, to chyba jakieś inne, nie te znane z greckiej mitologii: funkcjonujące w ramach żeńskiej agogi, waleczne, urządzające "erotyczne napady" na pobliskie osiedla, dla komfortu władania mieczem odcinające sobie prawą pierś, w końcu bez cienia sentymentu pozbawiające życia swoich nowo narodzonych synów. Nie, na pewno inne.
Te mityczne amazonki nie mogły pachnieć jak ciepła, "pełnokształtna" młoda włoska mamma. ;) Może nieco rozmemłana tudzież przytłoczona monotonią codzienności, jednak kto z nas jest bez winy etc. ;) W związku z czym stwierdzam, że słodko-pudrowe, kwiatowe i obłe Royal Muska to po prostu łagodniejsza wersja Bal d'Afrique od Byredo. Czyli jeszcze jedna ciekawsza wariacja na temat klasycznej już [o okrutny losie, mizerię promujący!] damskiej Euphorii Kleina.
Tylko tyle i aż tyle.
Ładne choć nie "moje". Stanowczo.

Skład:
ylang-ylang, róża, nuty owocowe oraz drzewne, benzoes, piżmo


Mazzolari, Ambra

Składnik tytułowy zinterpretowano tu przede wszystkim w kontekście li tylko nośnika dla akordów lekkich, krystalicznie czystych, cytrusowo optymistycznych. Od słodziutkiej mandarynki przez mięsisty cedrat do obecnie rzadko spotykanej, wyłącznie cytrusowej bergamotki (żadne tam pseudo-pudry czy skóry) ambra stanowi tylko i wyłącznie dopełnienie dla podmiotów cytrusowych a później kwiatowych, z lekkim ubarwieniem w postaci świeżego, nieostrego imbirowego soku [jak oni tego dokonali?? To rumianek tak przeinaczył imbir - czy może jaśmin...?].
Jakaś cielesność pojawia się dopiero w bazie, kiedy zamiast ambry ukazują się labdanum z wanilią, wplecione w świeże cytrusowo-kwiatowe akordy.
Ładne, bezpretensjonalne perfumy. Doceniam, choć nie na tyle, by pragnąć własnego flakonu.

Skład:
tangerynka, bergamotka, rumianek, imbir, ylang-ylang, jaśmin, drewno sandałowe, wanilia, paczuli, ambra, labdanum


Na razie wystarczy. Cztery zapachy to i tak sporo. :)
___
Dziś Aube Pashmina z cyklu Huitième Art Parfums.

wtorek, 9 października 2012

Elegia na śmierć pięknego chłopca

Ateński królewicz Hiacynt, syn Amyklasa, był pięknym chłopięciem w samym rozkwicie dziecięcej jeszcze urody. Zgodnie z wymogami ówczesnej starożytno-greckiej etykiety jego los winien w tej chwili przeciąć się z codziennością jakiegoś dojrzałego mężczyzny, który stałby się młodego królewicza nauczycielem, mentorem a także - co z naszego punktu widzenia budzi największe emocje - kochankiem. Hiacynt miał jednak szczęście. Zamiast obmierzłego starca w poszarpanych szatach, cieszącego się sławą wielkiego myśliciela, "trafił mu się" wiecznie młody i przystojny bóg Apollo.
Jednak owo śliczne ludzkie dziecię niechybnie musiało obudzić pożądanie więcej, niż jednego mężczyzny, także wśród nieśmiertelnych. Tym z odtrąconych, który najboleśniej przeżywał swoją porażkę, okazał się Zefir - bóg wiatru zachodniego. Który, jak się później okazało, cierpiał aż za bardzo. Jego zazdrość szybko przestała mieścić się w ogólnie akceptowalnych ramach. Postanowił się zemścić - i to tak, by cierpienie dosięgło nie tylko ateńskiego królewicza, lecz także jego wybranka. Zefir wyczekał chwili, kiedy Hiacynt wraz z Apollem oddawał się swojemu ulubionemu sportowi, rzucaniu dyskiem i - niby przypadkiem skierował lecący przedmiot w stronę głowy chłopca. Uderzenie było celne. Trysnęła krew, Apollo nie zdążył uratować ukochanego.
Tyle tylko zdziałał, że z krwi królewicza wyrósł kwiat, na jego cześć nazwany hiacyntem.
Śmierci jednak nie zdołał pokonać.

Postanowiłam przypomnieć Wam tę historię z powodu pewnych perfum, które w mojej głowie na stałe zrosły się z hiacyntem (przez małe "h" ;) ) w sposób nieoczekiwany a także odrobinę przekorny, budząc zaskoczenie ale również... uspokojenie mojej skromnej osoby. ;)
Ten zapach to Oud od Mony di Orio.

Skąd w nim niepokój? Ano dzięki konstatacji, iż oud na mojej skórze odmawia grania roli pierwszoplanowej; zamiast tego ulega zesłodzeniu, ładnieje, staje się krystaliczny oraz bardzo, ale to bardzo kwiatowy. Wchodzi w niespodziewany alians z hiacyntem właśnie. :) Co zdziwiło mnie niepomiernie, bowiem jeszcze przed poznaniem pachnidła dumałam nad jego ewentualnym rozwojem, przewidziałam wiele olfaktorycznych scenariuszy, ale nie taki. :)


Nie liczyłam na mocne, żywiczno-animalne wejście, na aromat zbliżony do kminu rzymskiego (jakieś ciekawe wcielenie elemi, jak sądzę), zmieszany z gorzkim oudem, suchy oraz odrobinkę pudrowy. Jednak tak silne wrażenia, bardzo przecież miłe, trwają tylko chwilę. Ponieważ już wkrótce pojawia się jasna, kwiatowa, pełna słońca (ech, ten Apollo! :) ) słodycz. Jednocześnie giętka, niewinna choć też niepokorna. Dziwna jest ta słodycz, którą prędko zaczęłam utożsamiać z wszechogarniającą wonią hiacyntów, podobnej do Fidji marki Guy Laroche, a która w istocie może być grą akordów mandarynki i osmantusa.
Także i ona nie rozpieszcza mnie zbyt długą solówką, gdyż wkrótce do hiacyntów - czy osmantusa z mandarynką - dołącza aromat otwarcia. I od tej pory mieszanka pozostaje właściwie niezmienna; owszem, proporcje między słodyczą a cielesną goryczką potu zmieszanego z kadzidlanym dymem ulegają przetasowaniom. Czasem dominuje akord lekki i kwiatowy, rozmajony suchą, ostrą świeżością cypriolu, kiedy indziej na pierwszy plan wybijają się mocne, wysuszone nuty drzewne, podkreślone piwniczno-pudrowym, stylowym jednak paczuli - zawsze jednak oba bieguny Oudowego uniwersum pozostają względem siebie w równowadze. Praktycznie aż do głębokiej bazy, kiedy pojawia się niezwykły, choć jawnie syntetyczny element ambrowy; ów jednocześnie wysładza się przy hiacyncie oraz pikantnieje dzięki towarzystwu oudu z kminowym elemi. A może za jedną z tych właściwości odpowiada piżmo, potraktowane w sposób iście orientalny, pogłębione i zanimalizowane, choć dalekie od duszącego mydła? Może to ono nadaje pikanterii, podczas gdy ambra wysładza, otaczając mieszaninę lekką acz ciemną, transparentną waniliową zasłoną?
Nie wiem, doprawdy nie wiem. Oud Mony di Orio to dla mnie zagadka. :)

No dobrze, to było zaskoczenie, gdzie w takim razie kryje się uspokojenie wiedźmy skonfrontowanej z omawianym pachnidłem? ;) Z dokładnie tych samych reakcji. Bowiem pachnidło, choć bez wątpienia wspaniałe i artystycznie stojące na bardzo wysokim poziomie, mnie wydaje się zbyt grzeczne. Nazbyt delikatne, wyważone, manierystyczne wręcz. Albo raczej akademickie, wszak staranność przykładana głównie do formy dzieła kosztem intensywności emocji, jakie winno ono nieść w świat, pasuje raczej do akademizmu. Dla mnie to jednak trochę zbyt mało.
A czy widzieliście cenę tego pachnidła? Ona także wywarła niemały wpływ na moją radość: uff, nie chcę flakonu, jak dobrze! ^^

Rok produkcji i nos: 2011, Mona di Orio

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o całkiem sporej mocy i takim sillage. Na wiele okazji, choć czemuś mnie najlepszymi wydają się wszelkie zdarzenia mniej formalne, z całkiem zwyczajnymi, spokojnymi dniami na czele. Nie bardzo rzecz rozumiem ale uznałam, że wypada powiedzieć. :)

Trwałość: w granicach szesnastu-osiemnastu godzin [chociaż przez ostatnie pięć-sześć trzeba szorować nosem po skórze, niemniej jednak zapach wciąż jest wyczuwalny]

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, petit grain, elemi
Nuta serca: osmantus, paczuli, cypriol
Nuta bazy: drewno cedrowe, naturalna esencja oudu z Laosu, ambra, piżmo
___
Dziś tkwię Dans Tes Bras od Frederica Malle'a. ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Najpopularniejsze chyba malarskie przedstawienie Śmierci Hiacynta, pędzla Jeana Broca.
2. Natomiast tę Śmierć Hiacynta namalował Alekander Kiseliew.

niedziela, 7 października 2012

Ognisko

Pamiętacie? Miało być o zapachu "niezbyt staroświeckiego, niekoniecznie orientalnego, nie całkiem drzewnego ogniska". :) I będzie. Tylko, że... niezbyt staroświeckie znaczy właściwie "nowoczesne choć z tradycjami", niekoniecznie orientalne - "orientalne w stylu XXI wieku", zaś z tym ogniskiem... Zresztą, spójrzcie sami. :)


Jakoś mało ogniowe to ognisko, prawda? ;) W każdym razie na pewno jest nowoczesne. ;)
Dokładnie tak, jak Opus VI z Bibliotecznej serii Amouage.

Zapach, który odbieram jako coś bardzo arabskiego ale też nowoczesnego - stąd może pochodzić wrażenie "zachodniości" Opusu VI - dalekiego od cepelii haremów i kupieckich karawan. Owszem, silnie zakorzenionego w tradycji bogatych, wykwintnych pachnideł na bazie kadzideł (z oudem włącznie), piżma, ambry czy balsamicznej róży, lecz przy tym niezwykle żywego, modernistycznego, w pewien sposób uniwersalistycznego, jak pnące się ku niebu wieżowce w Rijadzie czy Dubaju.
Podobnie zachowuje się Dzieło Szóste, tuż przy ziemi mocne, stabilne, imponujące rozmiarami kiedy tylko zadrzeć głowę i spojrzeć do góry, z czasem coraz bardziej subtelne, delikatniejsze, cieńsze; coraz bardziej ażurowe; tym smuklejsze i przesycone kolorowym, ciepłym blaskiem, im bliższe słońcu.

W otwarciu ostatnia jak na razie część Library Collection pokazuje moc charakterystyczną dla większości pachnideł Amouage, silna, ostra, żywiczno-przyprawowa, pikantna. Trzeba upływu paru dobrych chwil, by bogata mieszanka żywic (czy w tym kryje się kilka grudek kadzidła kopal?) zaczęła się spalać, wspomagana przez pojedyncze drzazgi drewna sandałowego, pikantność chilli oraz coś, co bardzo przypomina chłodną, szklistą fakturę irysowego masła. Gdzieś spomiędzy tego wszystkiego wyziera pieprz syczuański oraz nieco eukaliptusowy cypriol, którego dodatek podkręca dojmujące uczucie "chłodnego ognia" pełgającego w olfaktorycznym stelażu, pnącego się w górę nieco ociężale choć z godnością. Ku obszarom bardziej delikatnym i świetlistym. Całkiem jakbym spoglądała na rozpalanie ogniska w kształcie stosu. :)
Pewnie dlatego kompozycja łagodnieje dopiero, kiedy od aplikacji pachnidła na skórę minęło naprawdę kilka ładnych godzin. :) Wówczas kadzidło staje się mniej "brudne", ziołowo zajmujące [to dlatego, iż mnie kadzidła ziołowe prowokują do nieprzerwanej wprost uwagi, co czasem bywa męczące], za to pojawia się więcej spokojnego olibanum, także dym znacznie się przerzedza; chilli znika, świeży syczuański pieprz łączy się z cypriolem, który dzięki temu pokazuje twarz bardziej suchą, jakby papirusowo-wetyweriową. Jeszcze później zaś doświadczam nieziemskiego spokoju, niemęczącej acz wszechogarniającej jasności oraz - słodyczy. Lekkiej, gładkiej, delikatnej aż do płochliwości. Tak oto objawił się akord ambrowy, podkreślony ciepłą swobodną cielesnością labdanum oraz lekkiej drzewnej pasty w stylu kaszmeranu zmieszanego z ambroksanem.

I właśnie baza przesądza o wyjątkowości Opus VI. Choć to otwarcie jest najsilniejsze, pomimo nowoczesności rozwinięcia, w mojej opinii tylko zakończenie wyróżnia omawianą kompozycję spośród bogatego zbioru genialnych dzieł Amouage, czyniąc ją unikalną. Leciutkie słodko-drzewne, cielesne ciepło ambry jako ukoronowanie zmagań zawodników wagi-bez-wątpienia-ciężkiej, czyż to nie wspaniałe? ;)

Rok produkcji i nos(y): 2012, Pierre Negrin oraz Dora Arnaud

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, w mojej opinii wyważony znakomicie. O mocy początkowo iście Amouage'owej, z czasem bardziej spokojnej; wówczas pachnidło przypomina woal wokół ludzkiej sylwetki. Na wszelkie okazje, choć pierwsze fazy raczej nie nadają się do pracy w małym pomieszczeniu. ;)

Trwałość: od dwunastu do szesnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna


Skład:

Nuta głowy: pieprz syczuański, kadzidło frankońskie, korzennik
Nuta serca: obwojnik, paczuli, cypriol
Nuta bazy: labdanum, drewno sandałowe, ambranum, Z11 (akord drzewny)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.fonstola.ru/download/67811/1280x960/

Zanim

Ostatnia z zapowiedzianych recenzji powoli nabiera kształtu, ja zaś postanowiłam (jako bodaj setna osoba spośród perfumowych blogerów) podzielić się z Wami filmem, który mnie zachwycił; i to z kilku powodów.

Jak zachęcić pierwszą z brzegu osobę do kompletnie zbędnego zakupu, wmawiając przy okazji, że oto nabywa nie tylko artykuł pierwszej potrzeby, ale też dzieło sztuki, tym bardziej niezwykłe że podwójne, oraz staje się jedną z ambasadorek najbardziej ikonicznego stylu na świecie - oraz najbardziej ikonicznego zapachu?
Któż może wiedzieć lepiej niż Parfums Chanel?

Ten film zaś jest dla mnie handlowym majstersztykiem, zręcznie łączącym w sobie starannie i przez dekady cyzelowaną legendę z ludzkimi marzeniami oraz aspiracjami, przy okazji zahaczając o ukontentowanie estetów (bo kolejne kadry są naprawdę miłe dla oka :) ). Lecz najważniejszy okazał się sposób, w jaki wpajane jest widzom przekonanie o tym, iż tylko własny flakon Chanel No. 5 pomoże im dotknąć gwiazd: spokojny, nienachalny, przemyślany w każdym szczególe; budzący zaciekawienie na pozór całkowicie mimowolne.
Takich reklam, takiego handlu w ogóle życzyłabym sobie dużo, dużo więcej. ;)



Mam tylko jedno "ale". Głos lektorki w anglojęzycznej wersji spotu jest irytujący. Przez pierwsze minuty daje się go słuchać, lecz pod koniec filmu nieco męczył mnie swoją skrzekliwością.
Zaczęłam wręcz tęsknić za spokojnymi słowami  ze spotu francuskiego:



Obawiam się, że żaden język nie pasuje do Piątki tak, jak francuski. I to również jest dowód kolosalnego wprost marketingowego sukcesu "najsłynniejszych perfum na świecie". :)

Wyobraźcie sobie, co to będzie, kiedy wreszcie ukaże się nie zapowiedź a reklama właściwa, z Bradem Pittem w roli głównej. Już nie mogę się doczekać, i to bynajmniej nie z powodu szczególnej sympatii dla aktora.
Po filmie z Audrey Tautou najzwyczajniej w świecie wyczekuję kolejnych reklam Numeru Pięć. Ja, którą reklamy najczęściej w ogóle nie obchodzą! ;)

Doprawdy, takiego sposobu reklamy oczekiwałabym wszędzie, gdziekolwiek ona się pojawia.
___
Dziś Botrytis od Ginestet.. znów. To musi być miłość. ;)

sobota, 6 października 2012

Oszustwo wśród róż i korzeni

Witajcie. :) Co robicie kiedy nagle okazuje się, że doba jest o wiele, wiele za krótka?
Mnie ostatnio spotkało coś takiego. :) Tyle rzeczy chciałabym opisać, o tylu chciałabym coś wtrącić tu i tam, na Wasze listy odpowiedzieć. To ostatnie zresztą w większości już załatwiłam. ;) Przepraszam za zwłokę. Zostało jeszcze coś: obiecałam Wam trzy recenzje, z czego uskuteczniłam jak na razie tylko jedną. Dlatego też dziś - albo jutro - nadrobię resztę zaległości. Na początek zaległe słowa o pewnym kłamstwie. A właściwie nie tyle kłamstwie, co krętactwie. :)

Naprawdę lubię te grafiki, promujące Black Jade od Lubin. :) Czyli podobno ukochane perfumy Marii Antoniny, dokładnie odtworzone  na podstawie ostatniego jadeitowego flakonika, do dziś przechowywanego w rodzinie dawnej towarzyszki ściętej królowej - a właściwie guwernantki "dzieci Francji" - Louise Élisabeth de Croÿ de Tourzel. Ponoć Maria Antonina miała podarować ów nieszczęsny flakonik Pani de Tourzel (a może jej córce?) dosłownie tuż przed egzekucją. Ciekawe jakim cudem, skoro w czasie Rewolucji Francuskiej obie panie de Tourzel przetrzymywano w więzieniu La Force i później w opactwie Port-Royal/Port-Libre de Paris, podczas, gdy Wdowę Capet w stołecznej la Conciergerie?
Być może przekazanie perfum [tylko po co? W spadku dla najstarszej córki królewskiej pary, jedynej ocalałej z rewolucyjnej zawieruchy? To dlaczego w takim razie w końcu ich nie otrzymała?] odbyło się odpowiednio wcześniej...? Co jednak nie tłumaczy marketingowego kłamstewka, wszak i bez niego dla świata francuskiej arystokracji czasy były nadzwyczaj dramatyczne. Rzecz przypomina częste w Polsce "dorabianie historii" i rodzinnych tradycji restauracjom, które aż nazbyt chętnie chwalą się stuletnim rodowodem podczas, gdy nie ma żadnych dowodów, by cokolwiek o tej nazwie lub w tym miejscu albo chociaż należącego do tej rodziny istniało wcześniej niż, dajmy na to, w roku 2003. ;) Śmieszne, malutkie, zupełnie niepotrzebne kłamstewko.
To raz.


Kolejna kwestia to: na ile możliwe jest odtworzenie pachnidła wyłącznie na podstawie cudem zachowanych resztek wonnej mieszaniny, bez żadnego dostępu do receptury spisanej ręką perfumiarza? Bo mnie się wydaje, że przedsięwzięcie takowe byłoby co najmniej ryzykowne. ;) Może i ciekawe, może nawet potrzebne ale zawsze przypominające próby rekonstrukcji twarzy zmarłej osoby na podstawie jej czaszki. Która może powiedziała nam o tym, ile lat liczyła sobie dana postać w chwili śmierci, jaki kolor miała jej skóra, jak tkanki miękkie opinały kostną konstrukcję, ale czy wiemy cokolwiek o kolorze oczu nieboszczyka bądź nieboszczki, o fryzurze, jaką nosiła ta osoba, o ewentualnych zmarszczkach, pieprzykach, piegach, bliznach, znamionach..? Jak możemy wiedzieć cokolwiek o tym, czy częściej twarz zmarłego lub zmarłej opromieniał uśmiech czy raczej wykrzywiał gniewny grymas? I tak dalej.
Może i oparta na chłodnych, racjonalnych, naukowych podstawach, rekonstrukcja twarzy zawsze jednak zawiera w sobie pierwiastek sztuki czyli po prostu intuicji rekonstruktora. Podobnie jest z zapachem, o ile nie dysponujemy jego oryginalną recepturą (jak to miało miejsce na przykład przy odtwarzaniu pachnidła Napoleona Bonapartego).

I zauważcie, że nadzwyczaj łaskawie traktuję marketingową opowieść, biorąc jej słowa za dobrą monetę. ;)) Jednak kiedy pachnidło od początku i otwarcie "wozi się" na micie ostatniej przedrewolucyjnej królowej Francji oraz jej ostatnich dni (które doprawdy musiały być koszmarne), gdy nawet premiera Black Jade odbywa się w Dzień [zburzenia] Bastylii, 14 lipca, wówczas naprawdę trudno machnąć na to wszystko ręką. Szczególnie, kiedy "ciąży" na Was, jak na mnie, zamiłowanie do historii. :)
Naprawdę trudno było mi zignorować tę opowieść, nie zagłębiając się wprzódy w jej meandry.

Czy to znaczy, iż zamierzam teraz popastwić się trochę nad Black Jade, wytknąć mu to i owo? Otóż niekoniecznie. ;)
Trudno byłoby mi zarzucić cokolwiek temu jasnemu, pastelowemu, fiołkowo-zielonemu zapachowi, pogodnemu niczym pełne beztroski dni dworzan Marii Antoniny odgrywających własne wyobrażenia na temat sielankowego życia swojego ludu [he, he.. ;> ]. Black Jade to kompozycja świetnie pomyślana, delikatna choć niepozbawiona charakteru, jasna i wiotka aczkolwiek zielone, nieco skórzane tony galbanum, benzoesu oraz egzotycznych przypraw nadają całości niezbędnej głębi; z pozoru bukoliczna, dziewczęco niewinna (czytaj: nijaka ;) ), jednak zręcznie dystansująca się od człowieka, jak ognia unikająca bratania z byle kim.


W otwarciu delikatnie świeża, właśnie dzięki galbanum oraz bliżej niezidentyfikowanym słodkim sokom, które z upływem czasu okazują się być różą, o pąkach różowych, pełnych i ciepłych, nagrzanych ciepłym wersalskim słońcem. Różą pudrową, delikatnie podkreśloną kilkoma szczyptami egzotycznych przypraw, z cynamonem, kardamonem, kilkoma ziarenkami białego pieprzu, z goździkowym proszkiem w ilości, którą przypisy kulinarne określają jako "na czubku noża". Ratuje to różę przed popadnięciem w całkowitą konfiturowość, przyjemną lecz na dłuższą metę przytłaczającą, zręcznie przekierowuje Black Jade od Rose Absolue od Yves Rocher w stronę Rose Noir Byredo. Co już samo w sobie okazuje się świetnym posunięciem, szybko jednak taje się jasne, iż później jest jeszcze lepiej. :)
Bowiem po kilku chwilach omawiane pachnidło zaczyna gęstnieć i krzepnąć, galbanowa, słodko-pikantna, korzenna róża poczyna spływać ciężkimi kroplami w srebrzysty dym naprawdę wieloskładnikowego kadzidła. :) Kiedy pojawia się apetyczny jaśmin (chyba raczej zamorski wielkolistny, niż ten skromniejszy francuski), pojedyncze grudki palonego olibanum zasypywane są drzazgami naturalistycznego sandałowca, benzoesem a nawet kilkoma kroplami sympatycznego, pudrowo-piwniczno-słodkiego, ciężkiego paczulowego olejku. W ślad za nim pojawia się orientalna ambra w stylu Ambre Sultan Lutensa, Ambre Orient Armaniego czy Ambre Fétiche Annick Goutal. Za nią zaś zjawia się lekka gorycz, pochodząca prawdopodobnie od kolejnej dokładki korzeni [wiecie, jak smakuje danie, do którego dodało się zbyt dużo eugenolowych przypraw? W BJ pojawiają się chwilami takie właśnie akcenty] i żywic, głównie olibanum. A może to paczuli? Nie dojdę prawdy, ponieważ już spieszą na ratunek niekulinarne słodkości "przypalonej" wanilii i delikatnie zielonego bobu tonka, sprawnie wspomagające różę, by znów uwydatnić jej konfiturowe nuty.

W Black Jade dzieje się dużo. To dobrze. Całość trzyma się człowieka w sposób niewymuszony i naturalny, swobodny, jakby pachnidłu w ogóle na życiu nie zależało. To również dobrze, bo to bardzo francuskie podejście do sprawy. :) Wręcz rzekłabym, że klasyczne.
Zaś idealny balans pomiędzy przyjemną słodyczą a przyprawowo-drzewną pikanterią czyni mieszankę uniseksualną; paczulowy puder i pikantna ambra tylko pogłębiają ten stan. Black Jade bowiem może służyć jako zamiennik zarówno fankom Flowerbomb Viktora i Rolfa, jak też miłośnikom starszej wersji Chanelowego Égoïste (choć nie jest wariacją na temat żadnego z nich). I to również świetna wiadomość. Dualizm omawianego zapachu pasuje wszak do czasów Marii Antoniny, kiedy nie istniał podział na perfumy męskie oraz kobiece.

Gdybym miała znaleźć jedno, jedyne zdjęcie oddające idealnie charakter Black Jade, wybrałabym TO - o ile miałoby inną kolorystykę, więcej pastelowego fiołka, stłumionej zieleni, szarości. I na zakończenie okazało się, że wróciliśmy do punktu wyjścia, czyli oderwanej od rzeczywistości (jak chce legenda) królowej i jej słodkiego życia wśród ciastek zamiast chleba. :)
Widać opowieść naprawdę ma znaczenie.


Rok produkcji i nos: 2011, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, choć dla mnie to uniseks; co prawda odważny, ale jednak uniseks. ;) O charakterze aury, więc sillage dosyć ograniczony, skupiony wokół ludzkiej sylwetki, za to emanacja całkiem porządna. Na naprawdę wszystkie okazje, pory dnia i roku.

Trwałość: w granicach dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-orientalna (i kwiatowa) 

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, kardamon, galbanum
Nuta serca: jaśmin, róża damasceńska, kadzidło, cynamon
Nuta bazy: drewno sandałowe, paczuli, wanilia, bób tonka, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
2. http://www.kudika.ro/articol/news/19412/black-jade-secretul-reginei.html
3. http://www.lilycharleston.com/collections/fragrance-1/products/black-jade-by-lubin


Edycja:
Historyjka marketingowa zaczyna być logiczna, kiedy tylko przeczytać ją na stronie marki Lubin, w zakładce Black Jade (pamiętajcie tylko, żeby przedtem włączyć głośniki komputera ;) ). Zdecydowanie bardziej wiarygodna od tego, co obecnie przewija się po internetowych portalach oraz perfumeriach niszowych. Żałuję, że nie przeczytałam jej wcześniej.

wtorek, 2 października 2012

Elżbieta Pierwsza

Obiecałam Wam coś super, wypadałoby więc wywiązać się z tego. Z taką różnicą jednak, że będzie super, ale... po mojemu. ;) Na opak. Na przekór. Inaczej.

Bo przecież pierwsze perfumy celebryckie do często ocenianych w polskiej pachnącej blogosferze raczej nie należą. Prawda? ;]

Prekursorką trendu była Elizabeth Taylor, która na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego stulecia postanowiła - do spółki z koncernem innej amerykańskiej Elki, Elizabeth Arden - wylansować własne perfumy. Pomyślałam więc, że dziś zajmę się dwoma najpopularniejszymi zapachami słynnej diwy Hollywoodu.

Na pierwszy ogień pójdą White Diamonds, nazwane na cześć ulubionych klejnotów Taylor. Sama diamentów nie cenię [chyba, że jako precyzyjne a drobne ostrza do wykorzystania w technologii produkcyjnej albo chirurgii], jednak te od legendarnej aktorki umiem docenić. Głównie dlatego, że są jednak perfumami. ;)

Do rzeczy jednak. White Diamonds to zapach, którego nie kojarzę z magnetyzmem czy seksapilem, tak często przypisywanymi Taylor. Dla mnie pachnidło jest lekkie, niemal dziewczęce i pogodne. Choć może dzieje się tak dlatego, iż poznałam je równolegle z moim drugim bohaterem? Bez różnicy. Grunt, że Diamenty, słodkie, aldehydowo-szkliste, doprawione przyjazną dla nosa mieszaniną z białych kwiatów to vintage jak się patrzy.
Jednak nie bez przyczyny współcześnie podciągany pod nurt olfaktorycznych dzieł zwanych "celebryckimi"; głównie z racji idealnego wpasowania kompozycji w ówczesne przeboje perfumiarskiego rynku. Ciepła słodycz doprawiona szczyptą korzennych przypraw, zmącona wyrazistym wiewem aldehydów a ustabilizowana prostym, dosyć przewidywalnym bukietem naprawdę bardzo pasuje do świata wykreowanego przez Organzę czy Amarige od Givenchy, Red Door i 5th Avenue od E. Arden czy nawet nowszych wcieleń L'Air du Temps Niny Ricci. Spomiędzy wyrazistego kwiatu pomarańczy oraz słodziutkiego, nieco budyniowego ylang-ylang z jaśminem pospołu, z róż, goździków i świeżo-upojnego, lekko skórzanego zapachu żonkilowych gwiazdek wyłania się przesycone klasyczną orientalną pastą, drzewno-paczulowo-wetyweriową, suche mydełko.
Mówcie co chcecie, ale dla mnie White Diamonds to jeden z najciekawszych zapachów "czystości" na świecie. Ma w sobie troszkę z aromatów drogich detergentów - i bynajmniej nie jest to zarzut ni złośliwość, a zwyczajne stwierdzenie faktu. Jest tylko odeń znacznie mocniejsze.
I bardzo dobrze, wszak perfumy nie powinny mamrotać niezrozumiale tuż ponad ludzką skórą. ;)

Kiedy natomiast zaczynam wgłębiać się w drugą z mich dzisiejszych propozycji, Passion, czuję rodzaj pewnej nieerotycznej zmysłowości - oraz niemały dystans. Zamiast pełnego radości podlotka obserwuję spokojną, dojrzałą, całkowicie pewną własnego piękna (i własnej siły) kobietę.
Taka jest Elizabeth Taylor's Passion, bo tak brzmi pełna nazwa omawianych akurat perfum [za nią zaś stoi przegrany proces z Annick Goutal, która już wcześniej zaklepała miano Passion dla siebie - choć jeszcze nie stworzyła pachnidła, które zechciałaby tak nazwać :) ].

Skąd owa dojrzałość pochodzi?
Ano z akcentów ciemnych, cielesno-drzewno-przyprawowych, nasyconych, spokojnych, pełnych. Statycznych niczym chłodna piękność z portretu, lecz zawierających w sobie całkiem wyraźną sugestię życia impulsywnego oraz aktywnego. Kompozycja tym razm rozpoczyna się bukietem kwiatów, który szybko przeradzają się w jednolitą pastę, ustępując miejsca lekko skórzanej bergamotce w otoczeniu chłodno-pikantnych kolendrowych ziaren, ładnie zestrojonych z piekącym, "nieheblowanym" sandałowcem oraz nutami gorzkiej gałki muszkatołowej, ziela angielskiego, czarnego i białego pieprzu z odrobinką cynamonu. Te zaś z czasem przechodzą w piękny, spokojny dwugłos skóry z cywetem, do których szybko dołącza ładne staroświeckie paczuli oraz cieniuteńka strużka kadzidła nie-olibanowego (choć i tak uroczego :) ). Wkrótce to cywet ze skórą stają się głównymi aktorami Passion, zaś po następnych kilkudzisięciu chwilach skórę zastępuje paczuli z drzewno-przyprawową pastą.
Całość okazuje się dobrze pomyślana, spokojna, gorąca chociaż chłodna, stworzona z przeciwieństw - a to w perfumach lubię najbardziej. To oraz zagadki. :)
Bo i zagadkę Passion trzyma w zanadrzu: kto wykreował tę kompozycję?

White Diamonds

Rok produkcji i nos: 1991, [tu jeszcze większa zagadka ;) ] Carlos Benaim oraz Olivier Gillotin czy może Sophia Grojsman?

Przeznaczenie: ciepły, optymistyczny zapach dla kobiet-miłośniczek perfum retro. O sporej mocy oraz sillage, więc współcześnie raczej wieczorowy, choć jeszcze dziesięć-piętnaście lat temu bez cienia wątpliwości polecałabym go na co dzień. :)

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aldehydowo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: lilia, neroli, aldehydy, bergamotka, pomarańcza
Nuta serca: tuberoza, ylang-ylang, jaśmin, kłącze irysa, narcyz, róża, goździk (kwiat), cynamon
Nuta bazy: ambra, piżmo, drewno sandałowe, mech dębowy, paczuli


Elizabeth Taylor's Passion

Rok produkcji i nos: 1988, ??

Przeznaczenie: zapach dla kobiet - choć dziś spokojnie i bez cienia "podejrzeń" mogliby go nosić i mężczyźni - dosyć wytrawny i cielesny. O średnim sillage, za to naprawdę morderczej mocy-aurze, zatem również na wieczór; lub na Naprawdę Ważne Okazje.

Trwałość: przeszło osiemnastogodzinna (choć bywa, że w granicach pół doby)

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: ylang-ylang, konwalia, gardenia, aldehydy, bergamotka, kolendra
Nuta serca: kłącze irysa, jaśmin, róża, przyprawy
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, paczuli, piżmo, cywet, kadzidło, mech dębowy
___
Dziś Incense marki Ava Luxe. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://puppylovepreschool.blogspot.com/2010/10/style-muse-young-elizabeth.html
2. http://www.stormfront.org/forum/t554833-4/