wtorek, 14 lutego 2012

Eliksir miłosny

To już robi się nudne. Wałkowane z tysiąc razy, wyeksploatowane z każdej możliwej strony, zgrane niczym stara płyta. A jednak - ciągle aktualne. Miłość. :)


W kulturze rzecz ma się identycznie do istniejących w naszych głowach klisz. Środowisko krytyków sztuki nie może się wynarzekać na artystyczny syndrom inżyniera Mamonia, który najbardziej lubił te melodie, które już kiedyś słyszał. Rzecz w tym, że nie jesteśmy w stanie uciec od archetypów, od powielania opowieści, które wszyscy doskonale znają. Coś takiego byłoby nie tylko absurdalne, ale też niebezpieczne z punktu widzenia cywilizacyjnego i psychologicznego; w wolnej chwili zajrzyjcie TUTAJ. Szkoda, że krytycy (szczególnie filmowi, jak się złożyło.. ;) ) zdają się o wszystkim zapominać notorycznie i złośliwie.

W każdym razie: chodzi o to, że ochoczo przyjmujemy każdą nową opowieść, każdą historię miłosną, magiczną czy tragiczną, które powiększają pulę uwewnętrznionych przez nas, odgrywanych wciąż na nowo, w rytm kołowej rachuby czasu - postaci mitycznych.
Wszak bohaterami zbiorowej wyobraźni są zarówno bohaterowie spod Troi, król Artur ze swoimi rycerzami, obrońcy wąwozu termopilskiego czy Westerplatte a nawet - Harry Potter z przyjaciółmi. :) Lubimy sobie nań ponarzekać czy wręcz pokpić ale pewne jest jedno: i tak zainteresujemy się kolejnym, dziesięciotysięcznym odwzorowaniem archetypu takiego czy innego, kształtującego naszą świadomość oraz postrzeganie rzeczywistości.
Nie inaczej mają się sprawy z jeszcze jednym wcieleniem miłości. W tym konkretnym przypadku - olfaktorycznym. :) I chyba troszeczkę na wyrost.
Love Potion No. 9 for Ladies od Penhaligon's.


Miano pachnidła każe sugerować się pewną komedią romantyczną, zresztą wyjątkowo kretyńską (nawet jak na standardy gatunku ;) ). Co nie zachęcało mnie do poznania wody. Dobrze, że Pola [ :* ] okazała się mądrzejsza ode mnie i przesłała całkiem sporo materiału testowego. :) Dzięki temu wiem, iż głupia nazwa to li tylko wabik na zakochanych, idealny w dni takie, jak dzisiejszy.


Ponieważ LP No. 9 to w rzeczywistości nadzwyczaj przyjemny, bardzo plastyczny, kwiatowo słodki zapach, rozpisany w sam raz pod miłośniczki nieco staroświeckiego ducha, zachowawcze aczkolwiek ceniące sobie wysoką jakość. W ogóle im dalej w las, tym bardzie mój obecny bohater upodabnia się do ulubionego przeze mnie Anaïs Anaïs od Cacharel, może tylko mniej skorego do chwytania za gardło. :) Mniej dosłownego.

Lecz póki co mamy otwarcie. Zaskakujące, dla miłośników sztampowej masówki nieoczekiwane, za to chętne, by przypodobać się fanom niszy. Ponieważ główną rolę gra weń kolendra, silna i sucha, złamana dodatkiem trudnego do identyfikacji, za to wpadającego w pamięć ziółka (estragon). Nie wyczuwam nawet grama słodyczy; jest za to delikatna, antyseptyczna gorycz płynąca z dodatku tłustego, niemal zawiesistego olejku z lawendy. Towarzyszy im niezbyt dosłowna bergamotka, ani skórzana, ani cytrusowa. Wstęp zapowiada subtelny zapach paprociowy, nie bogaty i aromatyczny bukiet słodkich kwiatów.
One pojawiają się później, stopniowo mącąc sucho-gorzkie opary nut głowy. Pojawia się jasny, zielonkawy jaśmin (podobny znajdziecie w Jasmin Noir marki Bugari), słodka gardenia, karmelowo-pieprzowo-balsamiczne goździki, biała róża, a nawet coś jakby konwalie. Dzięki nim lawenda i estragon przestają grać role ostrej, cokolwiek ekscentrycznej, odważnej ozdoby stołu, a zostają "zdegradowane" do pozycji urozmaicenia banalnej kwiatowej słodyczy, złamania przewidywalności bukietu.
W miarę upływu czasu pozostałości uwertury zanikają, słodkie kwiaty zaś zmuszone są dzielić scenę z akordami ambrowo-kuchennej słodyczy, łagodnych nut drzewnych oraz lekkiego, białego pudru (tego szczęśliwie nie ma zbyt dużo). Delikatne suche paczuli oraz stare drewno cedrowe przyprószone cynamonem czynią z LP No. 9 aromat szyprowy. Całość ciepłą chociaż nie gorącą, poruszającą się niczym zjonizowane powietrze, niezbyt gładką, żywą, pozbawioną banału. I choć droga damskiego Eliksiru Numer Dziewięć na olfaktoryczny Parnas jest tak daleka, że pewnie nieosiągalna, kompozycję nosi się niezwykle przyjemnie.
Nie jest afrodyzjakalna, nie - wybaczcie zwrot, imo makabryczny - "zdziera majtek", nie kusi w sposób jednoznaczny. I bardzo dobrze! Im dalej od filmowej inspiracji tytułu, tym lepiej. :)

Żałuję tylko jednego. Tego, że nie dane mi było dotychczas poznać męskiego odpowiednika fuksjowej (w barwie) wody. Może jego recenzję zamieszczę za rok? Albo, jeśli się poszczęści, w Noc Kupały...?
Tak czy siak: udanych Walentynek! :)

Rok produkcji i nos: 1998, Christian Provenzano

Przeznaczenie: zapach powstały z myślą o kobietach, choć testy polecam także męskiej części społeczeństwa. :) O zauważalnym sillage, bardzo układny i niemęczący. Więc nadaje się na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna amalfi, lawenda, estragon
Nuta serca: goździk (kwiat), jaśmin, róża
Nuta bazy: wanilia, cynamon, ambra, drewno cedrowe, paczuli, piżmo
___
Dziś zamiana w stosunku do dnia wczorajszego, czyli noszę Incense Extrême Tauera. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://dailydishrecipes.com/valentines-day-pinterest-recipes/
2. http://freefundoo.com/happy-valentines-day-greetings-23.htm

Kadzidło na "krańcach świata"

Skoro już nadrabiam zaległości postanowiłam napisać o kolejnej kompozycji od Andy'ego Tauera, której to recenzencki brak szczególnie rzuca się w oczy (a przynajmniej tak odbieram go ja :) ).
Tym razem "na tapetę" wzięłam aromat w zamierzeniu mający oddawać gorący i suchy klimat półpustynnych obszarów, na których żyje roślina o wdzięcznej, znanej każdemu miłośnikowi niszowych perfum, nazwie Boswelia serrata; zaś żywica jej po zaschnięciu zmienia się w to, co znamy pod nazwą 'kadzidło'. Postanowiłam napisać o Incense Extrême, dziele znanym, choć budzącym różnorakie emocje. Co przecież nie jest złe, taka właśnie powinna być prawdziwa Sztuka: pobudzająca, "ruszająca" pewne obszary człowieczej duszy. Tauer potrafi zręcznie operować artyzmem, czasem wręcz manipulować odbiorcą swych pachnideł, tworzyć fałszywe tropy, wątpliwe wyjaśnienia, za którymi jednak nader często czai się Prawda. Prowadzi nas na manowce, by w efekcie odkryć przed nami, jak dalece jesteśmy w stanie zaufać jemu jako przewodnikowi oraz swojemu własnemu instynktowi. Co w mojej opinii winno być cechą charakterystyczną prawdziwego artysty. Oczywiście, nie zawsze musimy godzić się na taką konwencję; wszak sztuka jest także od tego, by móc swobodnie ją odrzucać. :)
Lecz dosyć już o teorii. Czas zająć się konkretnym przypadkiem do zdiagnozowania. ;)


Incense Extrême to kadzidło potężne, rażąco dosłowne, ostre - przynajmniej w początkowej fazie. Tego aromatu nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Jednakże niemal całkowity brak słodyczy oraz ziół czyni je dalekim od bliskich Europejczykom chrześcijańskich konotacji. Mój dzisiejszy bohater to kadzidło azjatyckie; mocarne, wijące się w gęstych, długich splotach, w miarę upływu czasu - oraz wzrostu ilości pątników odwiedzających świątynię - przeobrażające się w istny tuman, płynące daleko w przestrzeń, zawijącące się w najmniejsze zakamarki ludzkiego stroju, włosów, otworów ciała. Niemożliwe do ogarnięcia, dominujące nad wszystkim w promieniu paru mil. :) Do tego stopnia, iż z ochotą tłumi wszelakie wonie, które są na tyle lekkomyślne, by stanąć mu na drodze. Nawet, jeśli wydają się zupełnie naturalne. :) Dlatego też w IE nie sposób odnaleźć zapachu ciał kłębiących się ludzi, obecnego przecież w Wazambie Parfum d'Empire tudzież Incense Pure Sonomy. Brak aromatów przyrody, drewna, lasów, które łatwo wyczuć w kadzidlanej serii Comme des Garçons. Nie zauważam nawet cienia aldehydowego rozmydlenia, prób okiełznania przemożnej żywicy, jakie znajdujemy w oparach Cardinala czy Full Incense od Montale. Memu dzisiejszemu bohaterowi najbliżej do Incensi Villoresiego, wyjąwszy nadmiar ziół i niezrozumiałą agresywność perfum Włocha. IE jest odeń trochę delikatniejsze, bardziej finezyjne, bogatsze w sens.
Andy Tauer dał nam kadzidło, które byle czego się nie boi. :)


Najostrzejsze w Kadzidle Krańcowym jest otwarcie, które swoją siłą potrafi nieomal rozszarpać przegrody nosowe. [podejrzewam, że świetnie sprawdziłoby się jako inhalator dla zakatarzonych nosów ;) ] Dominujący powiew suchych nasion kolendry przywodzi na myśl ojczyznę Boswellia serrata, czyli Indie. Towarzyszy im odrobina cichego, gorzkiego olejku cytrusowego oraz kadzidło. Mocne od początku po sam koniec, odważne, cały czas bijące się w pierwszym szeregu. :) Z czasem zresztą zaciera się różnica między kolendrą a pachnącym dymem; podejrzewam, iż ten drugi po prostu połyka przyprawę. :)
Dominujący akcent po jakimś czasie przestaje drżeć i złościć się czy raczej: stroszyć piórka. ;) Ponieważ jego pozycji nic nie jest w stanie zagrozić, kadzidło staje się bardziej suche, spokojne ale nie ciche. Stwierdziłabym raczej, że lekko skrzepnięte. Podejrzewam, iż za ów efekt odpowiada dodatek masła irysowego, tym razem pod ulubioną przeze mnie postacią ostrych, łamiących światło szklanych odłamków bądź szpileczek; gwoździ, którymi usłane jest łoże fakira. Dzięki irysowi kadzidło nie musi ciągle walczyć o dominację. Co odpowiada mi nadzwyczajnie.
Z każdą chwilą pobytu Incense Extrême na skórze uwydatnia się charakterystyczna, trudna do opisania tauerowska baza. Nieco słodka, zalotnie drzewna (sic!), doskonale pełna dzięki obłędnemu dodatkowi ambry [aczkolwiek ta nie jest wymagana, więc zagadka olfaktorycznego podpisu utalentowanego Szwajcara pozostaje wciąż aktualna :) ]. Kiedy połączyć ją z aromatem kadzidła niebezpiecznie łatwo popaść w błogostan, rozleniwiającą, pozacielesną ekstazę. Kompozycja wydaje się wówczas niemożliwie wprost piękna.
Tak zresztą jest przez cały czas trwania na skórze. Czyli w praktyce długo.

Dla takiego kadzidła warto powędrować nawet na... kraniec świata. :)

Rok produkcji i nos: 2007, Andy Tauer

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników ortodoksyjnych kadzidlaków. Mocny i dosłowny, lecz nadaje się na większość okazji, które mogą nam przyjść na myśl. :) Sillage ponadnormatywny, czyli również pięknie.

Trwałość: dobrze ponad dwanaście godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: kolendra, petit grain
Nuta serca: kłącze irysa, kadzidło
Nuta bazy: ambra, drewno cedrowe
___
W tej chwili (oprócz fenomenu opisanego powyżej:) ) pachnę Love Potion No. 9 od Penhaligon's, wydanie damskie.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://soulseasons-yiota143.blogspot.com/2010/10/incense.html
2. http://www.telegraph.co.uk/travel/hubs/thebigpicture/5048405/The-Big-Picture-photography-competition-round-43.html
3. http://www.123rf.com/photo_2319428_incense-burning-at-a-temple-during-chinese-new-year-celebrations-in-asia.html

poniedziałek, 13 lutego 2012

Sprawy bieżące

Więc po pierwsze:

Sabbath organizuje kolejne apetyczne rozdanie!
Tym razem jego przedmiotem będą trzy zestawy próbek - lub raczej próbiszczy - nowych zapachów marki Ramon Molvizar. A dokładniej: Queen Secret, King Secret, Oud Secret [jakiś nieznany, trzeci tytuł dla historycznych ludzi władzy czy co? ;> ], 4 Elements, 5 Elements oraz Musk Oriental Goldskin.
O szczegółach możecie przeczytać TUTAJ. Zapraszam do udziału w losowaniu! :)


Po drugie:

Swego czasu wzięłam udział w urodzinowym konkursie blogu Czas Gentlemanów i, ku swojemu zaskoczeniu, wygrałam! :)
Dziś w moje progi dotarł list od Wydawnictwa Czarne a w nim nagroda, czyli książka Christiana Ingrao Czarni myśliwi. Brygada Dirlewangera.


Wietrzę ciekawą lekturę! Może nawet po jej skończeniu wrzucę tu kilka refleksji odnośnie monografii osławionej jednostki SS...?
Jeszcze raz dziękuję Ci, Łukaszu! :*

Póki co jednak proponuję lekturę recenzji na łamach Czasu. :)


Po trzecie w końcu:

Nareszcie znalazłam chwilkę, by skoczyć do perfumerii celem obwąchania głośnego już pachnącego produktu marki Bottega Veneta. Niestety, muszę potwierdzić plotki o bliźniaczym podobieństwie pachnidła do Cuir Améthyste z linii Armani Privé.
Cokolwiek wiążącego napiszę jednak dopiero po rzetelnym teście porównawczym obu kompozycji.


I to by było na tyle. Załatwiwszy sprawy bieżące, przejdźmy do zwyczajnego porządku obrad. :)
...za jakiś czas. ;)
___
Dziś Roots marki Sarah Horowitz oraz wspomniana Bottega Veneta.

sobota, 11 lutego 2012

Ora et labora


Zamieszanie wokół ACTA zaowocowało nie tylko protestami internetowymi oraz w świecie "analogowym", miejscami przemieszanymi ze zwykłą burdą. Wśród powstałych na tę okoliczność memów do gustu przypadł mi szczególnie jeden. Był to demotywator, składający się z podobnej ryciny mnicha-kopisty oraz podpisu: "Plagiat. Podstawa cywilizacji europejskiej". :D Zachwycił mnie nie tylko idealnie skrojoną oraz czytelną puentą, ale też przekorną trafnością przesłania.
Albowiem nie tylko wypominał strażnikom świętości dogmatu o prawach autorskich fakt, iż potrzeba kontaktu z kulturą, ciekawość "szerokiego świata" w ogóle zasadza się na wielokrotnym kopiowaniu informacji oraz przekazywaniu ich coraz dalej i dalej, lecz również: na rozpowszechnianiu ich praktycznie za darmo. Czyż chrystianizacja Europy [ale też innych kontynentów; analogicznie: islamizacja Afryki oraz Azji] nie opierała się na wielowiekowym, uporczywym łamaniu praw autorskich Marka, Mateusza, Łukasza oraz Jana? ;>
Wspomniany mem podkreślał jeszcze jedną cechę zatwardziałego kopiowania cudzej własności intelektualnej: istnieje bowiem kolosalna różnica między przekazywaniem dzieła w ręce kolejnych użytkowników niczym zarazy a podszywaniem się pod Autora tegoż produktu. Czy średniowieczni cystersi bądź benedyktyni twierdzili, iż to oni stworzyli tekst Pisma Świętego? ;> Co więcej: skutkiem uporczywego powielania Książki oraz łamania praw autorskich Jej twórców bogaciła się instytucja mająca siebie za pełnoprawnego opiekuna i propagatora świętej księgi, w pewnym sensie: odpowiednik współczesnego producenta i dystrybutora dóbr kultury. ;)) Z czego wynika, że przynajmniej w jednym przypadku notoryczne gwałcenie dogmatu o nienaruszalności własności intelektualnej opłacało się wszystkim zainteresowanym stronom, z użytkownikami najniższego szczebla włącznie [społeczna akceptacja, jak również szeroko zakrojona pomoc dystrybutorów i plagiatorów Księgi w jednym miały spore znaczenie].

Im właśnie, producentom i odbiorcom jednego z najpopularniejszych pirackich działań w historii, chciałabym poświęcić dzisiejszą notkę, jak również jej temat właściwy, czyli recenzję zapachu. :)

Jest nim Eau d'Iparie, nieprodukowana już kompozycja marki L'Occitane en Provence. Teoretycznie urocze, dosyć niewinne skojarzenie akordów kadzidła frankońskiego z mirrą, w praktyce zaś dużo, dużo więcej.

Wielu osobom Eau d'Iparie nie przypadła do gustu lub też zostawiła po sobie mieszane uczucia. Podejrzewam, że za takim a nie innym odbiorem stoją - jak zwykle zresztą - nadmierne oczekiwania wobec zapachu. Który powstał był w czasach, kiedy moda na olfaktoryczne wcielenia kadzidła powoli nabierała rozpędu. Więc w zasadzie trudno dziwić się oczekiwaniom, by żywice w Wodzie płonęły owocnie, wzbijając się ku niebu strumieniem długim i zasnuwającym całe swoje sąsiedztwo. Tymczasem nic takiego nie ma miejsca. Może nawet nie powinno. Wszak ogień w bezpośrednim pobliżu cennych pergaminów nie wróży niczego dobrego. ;)
Tak, moi Drodzy. Eau d'Iparie nie pachnie jak kościół klasztorny w dzień Bożego Ciała, lecz jak spokojna, dobijająca monotonią oraz konieczną precyzją, wyniszczająca wzrok i kręgosłup, ciężka praca w skryptorium. Całe dnie spędzone na przepisywaniu kart ksiąg świętych czy uczonych, pieczołowitym zdobieniem ich barwnymi miniaturami, jak również zszywaniem ukończonych dzieł oraz oprawianiem ich w deski oraz skórę. Świeżutką, niedawno wygarbowaną, dopiero co pozbawioną męczących woni zwierzęco-rzeźnickich.


Skórzane akcenty przewijają się od początku do końca wonnej kompozycji, jednak najbardziej oczywiste są na wstępie, kiedy najprościej jest o rozczarowanie zapachem :) Wówczas to, zamiast spodziewanych kłębów aromatycznego dymu, najłatwiej wywąchać spokojną, dosyć jasną przestrzeń, przesyconą woniami skóry oraz kurzu. To galbanum, zielonkawe i zamszowe, miesza się z lekko zwietrzałym pieprzem oraz suchymi akcentami paczuli, czyniąc otwarcie Eau d'Iparie tak mało typowym.
Gdzieś z oddali dociera do nas delikatny aromat waniliowo-tonkowej słodyczy. Pewno przypłynął z domeny brata kucharza, który na niedzielną wieczerzę obiecał przygotować śmietankowy krem, ulubiony deser przeora. ;) I dopiero po takim wstępie pojawia się kadzidło. Zrazu delikatne, ledwie wyczuwalne, z czasem przybiera na sile. Zresztą od samego początku zakrzepłej żywicy Boswellia Carterii towarzyszy słodkawy, nęcący aromat mirry (a może opoponaksu?). Ich gra z aromatami skory, kurzu oraz lekko zawilgoconych murów przesądza o charakterze środkowego stadium kompozycji.
Od czasu do czasu zamajaczy gdzieś wątły, wręcz humanistyczny aromat ciepłego ludzkiego ciała, jeden z nowicjuszy zdołał nawet przemycić do skryptorium wonną, szkarłatną różę. :) Jakoś trudno uwierzyć, by uczynił to powodowany duchową miłością do Królowej Aniołów. ;) Lecz najważniejsze i tak są wonie żywic, suchej zwierzęcej skóry oraz zimnych kamiennych ścian. Bo i one trwają aż do najgłębszych zakamarków bazy, kiedy bracia zdążyli opuścić skryptorium, wygnani wczesnym jesiennym zmierzchem, udawszy się na ostatnie wieczorne nabożeństwo. Wówczas kadzidła osiadają powoli na murach i sprzętach, zlewają się w jedność z paczulowym chłodem oraz skórami, zaś niuanse słodkie stają się tym wyraźniejsze, iż nie mąci ich człowiecza obecność. Wszystko miesza się ze sobą w całość trudną do rozdzielenia, zupełnie jak światło oraz mrok w szarą godzinę. Rozpoczyna się noc.
Skryptorium pozostanie puste aż do rana.

Rok produkcji i nos: 2002, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; niezbyt skory do tworzenia woalu, ale też nie całkiem bliski skórze. Na wszelkie okazje. Ma jedną wadę: już go nie produkują.

Trwałość: w granicach siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: pieprz peruwiański, róża
Nuta serca: czystek, paczuli
Nuta bazy: wanilia, mirra, kadzidło
___
Dziś noszę Habit Rouge od Guerlain.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.ulicaczytelnicza.info/node/2883
2. http://hillgrovehighschool.typepad.com/melindakerpoe/2011/02/index.html
3. http://keithraffel.typepad.com/dot_dead_diary/2007/12/church-of-books.html

czwartek, 9 lutego 2012

Moja kuchnia, moje zasady


Klika lat temu potrawy opuszczające moją kuchnię cieszyły się niebywałym, ekhem.. bogactwem smaku. ;) Jako osoba rozmiłowana w historii, także tej mało formalnej (w tym kulinarnej) wzorem sarmackich kuchmistrzów uważałam, iż nie istnieje coś takiego, jak danie zbyt pikantne.
W praktyce wyglądało to tak: za każdym razem, gdy odkryłam, że przesadziłam z dodatkiem jakiejś przyprawy widziałam dla posiłku jeden tylko ratunek: jak najszybciej dodać jeszcze więcej przypraw, które natychmiast pokryją moją wpadkę. Kiedy zaś niefortunny korzenny ratownik także zaczął wołać o pomoc, usłużna wiedźmia dyspozytorka posyłała mu kolejne gramy zamorskich dobroci. ;) Skutkiem czego obiad smakował - i pachniał - przebogato, chociaż na pewno nie tym składnikiem, który miał stanowić jego podstawę. :)
Dziś, choć nadal kocham smaki meksykańsko-azjatyckie, pomimo przekonania o powszechnej wśród Polaków przyprawofobii [równie wkurzającej, co wiatrofobia, dokuczliwa szczególnie latem w środkach transportu publicznego ;) ], jestem zdania, iż wszystko, co dobre w nadmiarze okazuje się szkodliwe.
Czemu o tym wspominam?

Z powodu przeczucia, które mówi mi, że nie inaczej rozumował Andy Tauer, kiedy przyszło mu pracować nad dwunastym dziełem ze swej kolekcji podstawowej, czyli Eau d’Épices.

Dla porządku na samym wstępie zaznaczę, iż pachnidło przypadło mi do gustu. Z tym, że wiem, jak dziwna jestem. :) Nie mam złudzeń, dlaczego "przeciętny Kowalski" uzna Tauerowe dzieło za mocno przesadzone, dźgające jego/jej poczucie estetyki niczym fałszywy dźwięk, pozostawiając po sobie co najwyżej mało przyjemne wrażenie poznawczego dysonansu.
Wszak nie bez kozery zrezygnowałam z nadmiaru przypraw motywowana protestami współtowarzyszy biesiady. ;) Dawno już odeszliśmy od sarmackich standardów żywieniowych [w końcu mamy lodówki i zamrażarki, nie trzeba więc tuszować mało przyjemnych wrażeń zmysłowych, docierających od mięsa którejś tam świeżości.. ;) ].


Samo Eau d’Épices okazało się być tym rodzajem pachnidła, które nie potrzebuje dużo czasu, by znaleźć drogę do mojego serca. :) Ukręcone na jednolitą, ostrą, korzenno-drzewno-nienachalnie słodką pastę, zmysłową i ciepłą. W początkach ogłuszająca kakofonią cynamonu z goździkami, kardamonem, pieprzem, drzazgami suchego, egzotycznego drewna, nasączona słodkim sokiem o cytrusowej proweniencji. Dopiero po chwili mieszanka uspokaja się, ustawia w równym rządku, w regularnych odstępach pozostawiając nieco miejsca. Które szybko zajmują nuty lekkie, zwiewne, słodkawe i eteryczne; jakieś południowe kwiaty, którym przewodzi neroli. Zaś nad wszystkim unosi się strużka kadzidła, sprytnie podbijająca wspomniane drewno.
To zaś po chwili odsłania swoją prawdziwą tożsamość: oto, Mili moi, sandałowiec. :) Suchy, esencjonalny, pełen drzazg i półcieni. Dzięki niemu słodycz kwiatów w sposób niezwykle dyskretny, bo na jednym z dalszych planów przechodzi w lekką, zielonkawą apetyczną jasność bobu tonka oraz ambry, która nie jest ani typowo słodka, ani też jednoznacznie cielesna. Owo niezdecydowanie zdają się podkreślać pozostałe składniki bazy, sprawiedliwie podzielone między (pojmowane stereotypowo) pierwiastki kobiece oraz męskie. Ponieważ mamy wspomnianą słodycz, lecz równoważy ją goryczka wetywerii; pojawia się kwiat pomarańczy, jakkolwiek złamany czarownym dodatkiem anonimowej indyjskiej masali; miękkie, zalotnie roznegliżowane labdanum okrywa zaś coraz cięższa płachta palonych żywic.
A wszystko to dzieje się w jednym czasie. Postronni świadkowie nie mają nawet chwili na złapanie oddechu, podjęcie decyzji, czy wolą zaangażować się w podziwianie kompozycji, czy może bezpieczniej będzie się oddalić, by zerkać czasem z dystansu. Nie da rady. Eau d’Épices podejmuje decyzję za nas, na wszelki wypadek łapiąc "za fraki" każdego, kto się nawinie. :) Niczym bogata, wielowymiarowa dalekowschodnia kuchnia.

Trzeba doświadczenia i wyczucia, by oddzielić olfaktoryczne ziarno od plew. Mnie go póki co brakuje. Dlatego nie mam nic przeciwko mojej dzisiejszej bohaterce, doceniam nadmiar ozdobników, z lubością wdycham woń, w której brakuje tylko jednego - spokoju. :) No i może jeszcze trwałości. Poza tym: Tauer jak zwykle się popisał. Nawet, jeśli postanowił zaleczyć grypę cholerą. ;)
Marudom zaś proponuję, żeby sami stworzyli coś lepszego, skoro Eau d’Épices nie pasuje. ;> Moja kuchnia, moje zasady.

Rok produkcji i nos: 2010, Andy Tauer

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o typowo tauerowskim duchu; dla miłośników przypraw oraz nut animalnych; o sporym sillage i na wszelkie okazje

Trwałość: w granicach sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: kardamon, cynamon, kolendra, goździki (przyprawa), mandarynka
Nuta serca: kwiat pomarańczy, jaśmin, kłącze irysa, kadzidło
Nuta bazy: labdanum, ambra, bób tonka, wetyweria
___
W tej chwili bossskie Incense Pure marki Sonoma Scent Studio, wcześniej była Eau du Fier Annick Goutal. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.yupedia.com/11-guidelines-for-using-herbs-and-spices.html
2. http://geniusbeauty.com/woman-health/how-to-fight-spring-vitamin-deficiency/

wtorek, 7 lutego 2012

Pałac na modłę neoimpresjonistów

Dziś nieco o dwóch niezwykłej urody zapachach; świeżakach, których używanie nie grozi migreną ani zidioceniem. ;> Nadeszła pora na czadowe (to dobre słowo) połączenia cytrusów z paczuli na ciepłej, lekko balsamicznej kwiatowej paście.


Czyli parę Palazzo od Fendi. :) Plastyczny, stonowany, chociaż niekoniecznie pozbawiony kantów duet o zawadiackim charakterze. Niecodzienny w swym blasku lecz pozbawiony życia, rozumianego jako aktywny, oddychający organizm o bijącym sercu. Bliższy idei "miejsca" niż "istoty". Na poły drzewny i pergaminowy. Otwierający w mojej głowie szufladkę z niegdyś ważnymi - a dziś zapomnianymi - przemyśleniami bądź wspomnieniami. Było coś, jednak nie pamiętam już, co. I muszę przyznać, że troszkę mnie to uwiera. ;) Irytujące; aczkolwiek podskórnie wyczuwam, że nie ma się czego bać.

Tak więc zacznę od dzieła lżejszego, bardziej świeżego, młodszego; teoretycznie pomyślanego jako delikatniejsza, mniej inwazyjna wersja pierwowzoru. I Palazzo Eau de Toilette, bo o nim mowa, na taką właśnie mieszaninę wyrósł. :)
Mieszanka z początku jasna, cytrusowa w sposób słodki i kremowy, złamana umiarkowanym dodatkiem paczuli z drewnami oraz bukietem kwiatów. Jednak przede wszystkim cytrusowa, trochę gorzka, trochę mandarynkowo apetyczna, wonna mikstura ukazuje jedno z najbardziej finezyjnych - a tym samym w ogóle nie drażniących mojej skromnej osoby - wcieleń owoców cytrusowych. Urocze, optymistyczne, jasne. Ciepłe jak też nieco rozespane. :)
Co staje się wyraźne po upływie kilku chwil, gdy kompozycja zestala się, lekko ciemnieje, zaś miejsce cytrusów przy boku śmietankowo suchego paczuli zajmuje zmysłowe, tradycyjnie stałe neroli. Towarzyszy mu delikatny promień piwonii. I tak to trwa. W sposób statyczny, wyraźny choć nie natarczywy, sucho-gładki. Wtulone w ciepło ludzkiego ciała trio cytrusowo-kwiatowo-paczulowe trwa wiernie przy moim boku, swobodnie niosąc się po świecie a zwykły dzień opromieniając dyskretnym acz pełnym magii blaskiem. ;) Pałac edt okazuje się wdzięcznym towarzyszem poranków, dni, wieczorów oraz nocy, zaufanym i dopełniającym wizerunku. Taką prywatną widmową tarczą. :)


Kiedy woda toaletowa godzi się na rolę cichej wspólniczki Palazzo Eau de Parfum od samego początku stawia wymagania, recytuje zagadki, wierzga. Zmusza do bardziej wytężonej pracy. I dobrze, takich dzieł nam trzeba! :)

W jego przypadku otwarcie jest chłodne, wciąż cytrusowe i suche, nadal od pierwszych chwil naznaczone obecnością paczuli, aczkolwiek na pierwszym planie pysznią się już strunowate w formie nuty skórzane, coś jak stara teczka porzucona wśród regałów wiekowego gmaszyska biblioteki miejskiej. :) Więcej weń ostrości i skomplikowania, lekkich nut pieprzowych otaczających wonie bergamotki (skóra!), suchej, lekko słonej cytryny czy wzmagającej pracę ślinianek mandarynki.
Trudniejszy charakter starszego z rodzeństwa łatwo wyczuć także po chwili, kiedy skóra znika szybciej, niż trwa ostatni akt śmierci dużej gwiazdy, zaś słodycz owoców ochoczo miesza się z balsamiczną różą, czarującym jaśminem oraz kwiatem pomarańczy o bardzo Lutensowym duchu. ;) Również i w danym momencie udaje się wyczuć głównego bohatera obu zapachów, czyli paczuli. W tym przypadku nie układne i rozprowadzone równomiernie po całej strukturze pachnidła, lecz stopniowo natężające swój słodkawy, papierowy, podejrzanie ambroksanowy błysk.
Tak więc wspomniana nuta najsilniejsza okazuje się w finale, kiedy staje tuż obok bukietu esencjonalnych kwiatów, uroczo wsparta na tłusto-śmietankowym, kalorycznym tudzież wielce kuszącym ramieniu drewna gwajakowego, nadającemu całości oleistej, słodkawej a nawet aksamitnej głębi. Właściwie to im dłużej wwąchuję się w Palazzo edp, tym wyraźniej zauważam sandałowcową zjawę, ukrytą gdzieś pomiędzy z wolna ogrzewaną kremówką a delikatnie pieprzowym i - mało słodkim! - rachatłukum. ;) Całość okazuje się równie szykowna i wspaniała, co edt, choć przejawiająca dużo silniejszy charakter. Wymagająca negocjacji, nie godząca się bez słowa sprzeciwu. Rzeczywiście trudniejsza.

Oba zapachy warto poznać a nawet spróbować przekonać się do nich. Co nie powinno być trudne. Wszak każdy z Pałaców wiele, bardzo wiele, punktów współdzieli z White Patchouli Toma Forda. ;) Od sposobu potraktowania składnika podstawowego począwszy.

Palazzo Eau de Toilette

Rok produkcji i nos: 2008, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, chociaż w mojej opinii posiada wiele cech łagodnego uniseksu. Niezbyt bliski skórze, na wszelkie okazje

Trwałość: od pięciu do ponad ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna




Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cedrat
Nuta serca: jaśmin, neroli, róża
Nuta bazy: paczuli, akordy orientalne



Palazzo Eau de Parfum

Rok produkcji i nos(y): 2007, François Demachy we współpracy z Annick Menardo

Przeznaczenie: jw. [tylko aromat bardziej dosadny a sillage nieco mniejszy :) ]

Trwałość: jw.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, cytryna, różowy pieprz
Nuta serca: róża, jaśmin, kwiat pomarańczy
Nuta bazy: paczuli, drewno gwajakowe
___
W tej chwili noszę Bois des Îles od Chanel [szczerze? póki co jestem doskonale obojętna :) ].

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.allmodern.com/Terzani-Glamour-Three-Light-Table-Lamp-0N15B-E8-C8-TZA1282.html
2. http://evachen212.tumblr.com/post/5811796914/what-is-this-picture-of-exactly-not-much-just

niedziela, 5 lutego 2012

Waniliowe wcielenie ambry, przyprawowe ambry przygody

Zapach rokował dobrze, jeżeli nie wspaniale.


Lubię takie ambry: od Santa Maria Novella, od Lutensa, od L'Artisan Parfumeur, nawet Fiori d'Ambra Pro Fumum Roma ma w sobie coś pikantnego, przyprawowo intrygującego, kuszącego brakiem oczywistej słodyczy. Zbliżony charakter przejawiają także Obsession Calvina Kleina czy Must de Cartier. Z początku i Black Amber marki Michele Bergman zapowiada się na jeszcze jednego, apetycznego pikantnego ambrowca.

Przewidywania utwierdza dodatkowo deklarowana "szczypta paczuli",szczęśliwie niezbyt oszczędna. Paczuli suchego, sypkiego, szaroburego, może niekoniecznie piwnicznego, ale tym samym nie zawsze czekoladowego. Równie ciekawa Czarna Ambra robi się po chwili, kiedy zza paczulowego parawanu wyłania się dziwny akord drzewno-skórzany, zaskakująco chłodny na tle poprzedniego ciepełka. Z czasem zaczyna jednak tonować wymowę, zawadzać o powracające paczuli oraz miłą, ciemną waniliową słodycz rodem z Eau Duelle od Diptyque czy Vanille Noire YR.
I o ile nie mam nic przeciwko ciemno-jasnej słodyczy Dwoistej, podpalana Czarna Wanilia denerwuje mnie swoją uporczywą jednostajnością, nieruchawością wręcz. O czym wspominam, ponieważ moja dzisiejsza bohaterka najwyraźniej wzoruje się na, de facto młodszej, iwroszerowskiej leniuszce. ;)


W pewnej chwili Czarna Ambra zaczyna pachnieć jak mieszanina Ambre Sultan Lutensa ze wspomnianą Vanille Noire. A raczej jak wykastrowana Ambre Sultan, czyli Ambre Extrême (E-lle-na!! ;> ) dodatkowo uziemiona ociężałą słodyczą.

Nie zrozumcie mnie źle, zapach od Bergmana w dalszym ciągu jest niezwykle przyjemny, kuszący delikatnością ambrowo-waniliowej słodyczy złamanej przyprawowym paczuli. Przynajmniej obiektywnie. ;)
Lecz niestety pełnego obiektywizmu w ocenie pachnideł nie osiągnął i nie osiągnie chyba nikt. Więc nie mogę Wam nie napisać, z jakich powodów Black Amber nie przypadła mi do gustu. Otóż byłoby inaczej, gdybym wcześniej nie poznała kompozycji wymienionych wcześniej. A także gdyby waniliowa słodycz nie okazała się tak dalece statyczna, wykuta z jednej litej bryły bez cienia finezji. W zasadzie mogłabym cenić BA, mogłabym ją lubić i nawet od czasu do czasu nosić z przyjemnością. Mogłabym. Tylko po co? Interesuje mnie dopieszczanie mojej kolekcji pachnideł, nie zaś czynienie z niej zbioru bez ładu i składu.

Black Amber jest ładna, pełna wdzięku, słodyczy i orientalnej pikanterii. Nosi się ją dobrze, zaś olejowa konsystencja czyni ją tworem bliskim ludzkiej skórze. Patrząc z boku nie sposób zaprzeczyć, iż dzieje się w niej dużo, dzieło coś sobą reprezentuje i pragnie uraczyć nas wciągającą opowieścią. Jednak wyżej podpisana pozostaje na jego wdzięki doskonale obojętna. Wolę inne historie, innych bajarzy, inne miejsca.
Może kiedyś...? :)

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: ciepły, bliski skórze uniseks. Na wszelkie okazje; dla wszystkich, chociaż szczególnie dla tych, którzy boją się mocy Ambry Sułtańskiej. ;)

Trwałość: olejkowa. Od dwunastu do ponad szesnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa (oraz waniliowa)

Skład:

tunezyjska ambra, wanilia oraz szczypta paczuli :)
___
Dziś Aqua Allegoria Winter Delice od Guerlain [oraz Aileenn :* ].

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://alsafertravel.com/?page_id=163
2. http://parkerflavors.com/flavors/wholesale-supplier-natural-vanilla-wonfs/

czwartek, 2 lutego 2012

Cukier w ogniu


Zima wydaje się być porą idealną do testowania najróżniejszych, przyprawiających o ból zębów, słodyczy. Bez ryzyka chorób jamy ustnej oraz nadmiaru kalorii. :)
Jednym z takich zapachów, mocarnych, ociekających słodyczą, zbudowanych na dymno-ogniowym postumencie, na poły kulinarnych i paprociowych, a przy tym pełnych bezpretensjonalnej, niewymuszonej szykowności jest Sucre d'Ébène od Huitième Art Parfums.
Ciekawe, że twórcy marki, Octavian Coifan oraz Pierre Guillaume pragnęli, by ich dzieła stanowiły nie tylko hołd dla perfumiarstwa jako dziedziny sztuki, ale też - biorąc za wzór klasyczne piękno - wyznaczały nowe trendy; na bazie naturalnych, uświęconych tradycją komponentów podejmując się manipulacji wonnymi chemikaliami. O ile z pierwszym członem mogę zgodzić się bez zastrzeżeń, o tyle z drugim chętnie podyskutuję. ;) Ponieważ niejasnym jest dla mnie, na ile Huitième Art nowe ścieżki wytycza a na ile - podąża już utartymi i popularnymi, czasem tylko wyszukując zmyślny skrót między jedną a drugą. ;) A właściwie to wiem, lecz o tym za chwilę.
[Przy okazji: jeżeli zechcecie osobiście zagłębić się we wspólny Manifest O. C. i P. G. z pomocą przyjdzie Wam ich strona. Miłej lektury! :) ]

Najprościej stwierdzić, iż Hebanowy Cukier to gigantyczna micha pełna ciepłego, zatykającego, złocistego i obrzydliwie słodkiego karmelu o sile, która jest w stanie wysadzać barykady. ;) Takie porównanie nie wymaga ani zmysłu artystycznego, ani żywej wyobraźni, ani nawet finezji w posługiwaniu się tą ostatnią. Jest tyleż oczywiste, co naturalne. Bowiem Sucre d'Ébène uparcie nie chce pokazać innej twarzy. Po prostu taki się urodził; i w tym właśnie tkwi jego siła. :)


Ponieważ pachnidło od początku do końca trwania rozprzestrzenia się po świecie z mocą, jakiej nie powstydziłyby się kolejne kompozycje Pierre'a Montale. Kto lubi szepty, niedopowiedzenia i niegroźne sugestie, niech zwiewa do najbliższej sieciówki. ;> Tu bawimy się Prawdziwymi Perfumami.;P
Także takimi, w których słodycz stopniowo krzepnie, zmieniając się w grubą skorupę karmelowych kryształków, gęstą siecią oplatających akordy typowo aromatyczne (gdzieś za horyzontem czai się lawenda) oraz ogniowe. Czyli takie, które nierozerwalnie wiążą się ze spalaniem: drewna, żywic, cukru, jakkolwiek obecności dymu nie zarejestrowałam. Im dłużej Sucre trwa mocno na skórze - czyli w praktyce przez długie, długie godziny - tym bardziej staje się suchy, zbrylony, okrywający ciało słodyczą niczym pancerzem. Nie zmieniając się w sposób rażący a jedynie dokonując delikatnego retuszu, z czasem redukując własną moc, zapadając w spokojny, głęboki sen.

Kiedy Guillaume komponował mego dzisiejszego bohatera, miał podobno inspirować się wiatrami wiejącymi w tropikach. Czy naprawdę muszę pisać, jak bardzo cieszy mnie, że nie stworzył tysiącznej topornej świeżynki, natchnionej wizją takiego czy innego ogrodu?? ;> Bo przecież o analogiczne "tropikalne" skojarzenie byłoby najłatwiej. Po raz kolejny klasa perfumiarza obroniła się sama.
Przynajmniej w ogólności. Albowiem kolekcja, choć bez wątpienia stworzona przez wybitnych znawców, z materiałów o wyśmienitej jakości, wydaje się średnio odkrywcza. Może czasem zaskoczy użyciem kory mangowca, skojarzeniem z wonią pomidorowych liści, zestawieniem zielonej gruszki z cielesną ambrą - bądź ciemnego cukru ze skórzanym benzoesem - ale powiedzcie: cóż w tym wszystkim wyjątkowego? Wspomniane składniki cieszą się uznaniem od lat, z powodzeniem stosowane w perfumiarstwie i zazwyczaj popularne. Zamiast zapowiadanego "nowego początku", lub przynajmniej odświeżenia perspektywy, dostaliśmy po prostu kawał porządnej olfaktorycznej sztuki użytkowej, bardzo zwyczajnej i nad podziw eleganckiej. Jak prosta garsonka z czystego lnu. :) Lecz czy jest w tym coś nagannego?
Dobra klasyka nie jest zła.

Rok produkcji i nos: 2010, Pierre Guillaume

Przeznaczenie: mocny, bardzo wyrazisty, słodki uniseks. Poważnie. :) Dla miłośników perfumeryjnych killerów, na długie wieczory i poranki, wolne od codziennych stresów. Choć nie musi to być normą.

Trwałość: około osiemnastu godzin (!)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-gourmand

Skład:

benzoes, brązowy cukier, oczar
___
W tej chwili opary Oud Royal od Armaniego oraz wspomnianego Sucre d'Ébène zmieszały się w jedną, obłędną wprost całość! :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.starchefs.com/cook/content/chef-kurtis-jantz-and-pastry-chef-fabian-di-paolo-neomis-miami-fl
2. http://ideapedia.wordpress.com/tag/caramel/

Pożegnanie

"Natchnienie, czymkolwiek ono jest, rodzi się z bezustannego nie wiem".


"Wszelka wiedza, która nie wyłania z siebie nowych pytań, staje się w szybkim czasie martwa".


"Podobno w przemówieniu pierwsze zdanie jest zawsze najtrudniejsze. A więc mam je już poza sobą..." :)

Wisława Szymborska
(1923 - 2012)

___
Dziś Pyxis od Scents of Time.

P.S.
Wszystkie cytaty pochodzą noblowskiego odczytu Poetki (Sztokholm 1996), zaś ja zaczerpnęłam je STĄD. [Tylko kolejność przemieszałam. ;) ]
Ilustrację natomiast z portalu Culture.pl

środa, 1 lutego 2012

Dama z monoklem


Z zapachami skórzanymi zawsze jest pewien kłopot. Nigdy nie można mieć pewności, do jakiej grupy olfaktorycznej je zakwalifikować: potrafią być świeże i aromatyczne, kwiatowe bądź umiejętnie wkomponowane w przyprawy. Dlatego najbezpieczniej będzie - na wszelki wypadek - umieszczać je w gronie podobnych pachnideł. ;) Taka niejednoznaczność potrafi budzić niepokój, męczyć brakiem bezpiecznej stabilizacji, bezustanną nieuchwytnością, równie ambiwalentną co sama skóra.
Czy zdecydować się na skórę ekologiczną, etycznie chwalebną choć mało trwałą, czy też na wyroby ze skóry naturalnej, wytwarzane kosztem cierpienia naszych mniejszych braci, za to często zdatne do wielopokoleniowego użytku? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam, kierując się wyłącznie wrażliwością sumienia oraz zasobnością portfela.

Trudna do sklasyfikowania, nieuchwytna, czasem niełatwa w odbiorze, wieloznaczna, budzące sprzeczne emocje. Czy podobnymi drogami biegły myśli speców od reklamy marki Hermès, kiedy w globalnej kampanii reklamowej sezonu jesiennego 2010 postawili na motyw nocnego złodzieja, a raczej złodziejki, równie swobodnie czującej się w zaułkach Wielkiego Miasta co na salonach elity przełomu wieków XIX i XX? Włamywaczki i policjantki zarazem, żeńskiej wersji Arsène'a Lupin oraz Sherlocka Holmesa? Możliwe. :) Jednak najdziwniejsze jest, iż w dokładnie taki sam sposób, za pomocą identycznych skojarzeń odbieram Hermèsowe pachnidło sprzed ponad pięćdziesięciu lat, Calèche.


Skóra w rzeczonym wydaniu okazuje się tyleż umowna, co naturalistyczna. I nie ma w tym stwierdzeniu żadnej wielkiej sprzeczności; albowiem kompozycja jest ewidentnie świeża, mocna, nieco staroświecka, zamykająca w sobie woń skóry wyprawionej i przeszytej lata temu, nadal jednak miękkiej oraz uszlachetnionej wieloletnim umiarkowanym użytkowaniem. Jednocześnie bez trudu czuję, skąd tak naprawdę pochodzi animalne wrażenie a nawet - niemal całkowity brak jakichkolwiek (teoretycznie) odzwierzęcych składników. Nie trzeba być wysokiej klasy ekspertem, by pojąć, iż skórę w Calèche tworzą cytrusy, wetyweria oraz "czyste", mydlane aldehydy.

Wytrawną mieszaninę stworzono dzięki mistrzowskiemu zmieszaniu molekuł skórzanej bergamotki, słodkawego kwiecia oraz wspomnianego potężnego aldehydowego wiewu, rozegranego na strunie suchej kostki szarego mydła, z dodatkami tradycyjnie tworzącymi zapachy szyprowe, suche, jasne i dźwięczne. Majestatyczne w dosłowności oraz przy całej swojej mocy - skromne. Mój dzisiejszy bohater szczególnie zachwyca własną względnością, rodzajem olfaktorycznego złudzenia. Gdyż w zależności od tego, z której strony przyjdzie nam patrzeć, Calèche jawi się jako kompozycja typowo kobieca lub ściśle męska. Perfumowa androginiczność [nie uniseksualność!], czyż to nie genialne posunięcie? :)


W pierwszych chwilach przemożna, wbijająca się w nozdrza mieszanina, sprowadza nosiciela do parteru swoją świeżością i mydlanym podmuchem, z czasem jedynie wzmacniając morderczy uścisk. Na osłodę Kalesza serwuje nam delikatne ocukrzenie, subtelny (w porównaniu z własnymi rozmiarami ;) ) bukiet, złożony z orchidei, irysów, ylang-ylang i gardenii, gdzieniegdzie poprzetykany lekkimi, panieńskimi białymi różami o na wpół rozkwitłych pączkach. Mijają minuty i godziny a aldehydowe mydło nie zamierza słabnąć. ;) Może tylko słodycz zmienia nośnik, już bardziej waniliowo-tonkowo-ambrowy niż floralny. Na wadze przybiera suchość, dotychczas zaledwie sugerowana, natomiast w bazie rozświetlona słonecznym blaskiem i południową rześkością dzięki dodatkom jasnego cedru, dębowego mchu a także lekko kwaskowej wetywerii.
I to jest właśnie ta chwila, gdy skóra pojawia się w pełnej krasie, dziecinnie łatwa do identyfikacji, ale przecież nieprawdziwa, zmyślona, zuchwale wyblefowana przez doświadczonego pokerzystę-oszusta. A może pokerzystkę i oszustkę? Złodziejkę w sukni z trenem, zbrojną w tnący skórę wachlarz oraz zmyślny kastet z masywnych złotych pierścieni? Ekscentryczkę, uchodzącą za tak obrzydliwie bogatą, iż "towarzystwo" z chęcią przymyka oko na liczne jej dziwactwa? Calèche serwuje nam dziesiątki, jeśli nie setki barwnych historii, z których prawdziwych jest tylko kilka. A może żadna...?

Wiecie, co w C. lubię najbardziej? To, że pachnie jak stary, dobry
Hermès, trwający z dala od epoki tego człowieka, który prawdopodobnie już wkrótce zacznie komponować perfumy z ujemnej liczby składników (wszystkich). ;> Już Wy wiecie, kogo mam na myśli... ;P

Rok produkcji i nos: 1961, Guy Robert

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, ale dziś z łatwością może zostać wzięty za uniseks. O dużym sillage oraz tężyźnie, więc do małych pomieszczeń raczej nie polecam. :) Może powodować migreny!

Trwałość: od dwunastu godzin wzwyż; latem nawet do dwudziestu czterech

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-skórzana (i aldehydowa)




Skład:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka, cytryna, kwiat pomarańczy, aldehydy
Nuta serca: irys, jaśmin, róża, ylang-ylang, gardenia
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, ambra, piżmo, mech dębowy, wetyweria
___
W tej chwili próbuję chwycić "za ogon" opary Sol Sun marki Ramon Molvizar, co nie jest łatwe.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. i 2. http://www.she.hr/ljepota/nova-hermes-kampanja
3. http://www.boldride.com/ride/1989/citroen-2cv-hermes