czwartek, 6 maja 2010

Słodko, słodziej... diamenty


Kiedyś nawet je lubiłam. Nadal miewam dość przyjemne skojarzenia z Emporio Diamonds Intense Armaniego. Lubiłam tą ciepłą, raczej nowoczesną w wyrazie, słodycz, pozornie gładką i potulną, a jednak zaskakująco niepokorną, czasami nawet wredną. Teraz myślę, iż tym, co mnie w omawianym zapachu najmocniej fascynowało, była jego przewrotna niediamentowość; nie tak bowiem wyobrażałam sobie aromat diamentów - kamieni, których nie lubię i które uważam za najbardziej kosztowny kicz jubilerski naszych czasów. Problem pojawił się w dość typowym momencie: jasnym jest, iż coś, co pięknie się rozwija na czyjejś skórze, na nas potrafi - cóż tu dużo mówić - po prostu śmierdzieć. Tak też przyjęło Diamenty moje pH. W zadziwiająco krótkim czasie słodkie, "milusie" owoce z liczi, maliną i kokosem na czele, dopieszczone woniami czekolady i róży, okazały się być kuszącym mirażem. Tombakową iluzją; programem z cyklu "Jak Oni robią Cośtam", desperacko usiłującym zastąpić wieczór w operze. Smutne rozczarowanie nie mijało wraz z kolejnymi nutami zapachowymi.


Z czasem słodycz oraz łagodna, "oswojona" kobiecość rodem z telenowel pani I.Ł. coraz bardziej przypominały topiący się plastik (swoją drogą, właśnie tyle wspólnego z rzeczywistością ma serialowy wzorzec kobiecości... :) ). Wrażenia nie zdołały poprawić nawet łatwo wyczuwalne wanilia z paczuli oraz drewno cedrowe.

Diamonds Intense przypomina mi rzutką bizneswoman, z coraz większym trudem znajdującą kompromis pomiędzy sztywnym, korporacyjnym kanonem wizerunkowym a nieobejmowaną przezeń, jak wiadomo, kobiecą estetyką. Twardą kobietę interesu coraz częściej marzącą o dłuugich a zasłużonych wakacjach, podczas których nareszcie będzie mogła przestać "musieć". Zmęczoną marzycielkę; może więc przyszedł czas, by rzucić w diabły korporacyjne szeregi i zostać szefową samej siebie, zastanowić się nad otwarciem własnego interesu i pracą na swój rachunek...? Oraz rozstać się z diamentowymi dziećmi pana Armaniego. ;)


Rok produkcji i nos: 2008, ??

Przeznaczenie: dla zmęczonych ludzi interesu jako "demotywator" oraz dla figlarnych nastolatek, jako dodatkowy doping

Trwałość: całkiem dobra; około siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: nektar malinowy, liczi, kokos, inne akordy owocowe
Nuta serca: bułgarska róża, konwalia, frezja
Nuta bazy: wetyweria, paczuli, wanilia burbońska, drewno cedrowe

Szybkie jabłka

Zdjęcie wygrzebane z trzewi mojego twardego dysku. A na nim deser szybki, prosty i smaczny.



Chrupkie, lekko winne jabłko należy przepołowić, pozbawić gniazda nasiennego i skropić sokiem z cytryny. Do konfitury wiśniowej (w ilości takiej, by zdołała zapełnić wgłębienia we wszystkich przygotowanych jabłkach) dodać sporą szczyptę cynamonu i łyżeczkę cukru waniliowego [ale błagam: nie waniLInowego!]. Przygotowaną mieszanką nadziać połówki jabłek, te zaś ułożyć w naczyniu stosownym do zapiekania - może to być blacha do pieczenia, naczynie żaroodporne lub coś w tym stylu; ja skorzystałam z silikonowej formy do mufinek, dzięki czemu półkule jabłek nie przewracały się. Na każdej cząstce owocu ułożyć po wiórku masła, całość włożyć do nagrzanego do ok. 150°C piekarnika. Piec aż do zrumienienia.

Smacznego!
___
Pachnę Messe de Minuit od Etro.

środa, 5 maja 2010

Kurczę pieczone...?


Wilgotne powietrze przesiąknięte jest silnym oleistym zapachem kadzidła, wydzielanym przez drzewa w zatoce. Mijam Turka żującego liście lauru. Widząc nasze zaciekawienie obrywa je z gałązki i daje nam kilka. Mają cierpki, gorzkawy smak - dziękuję, to nie dla mnie.
Frances Mayes, Rok w podróży. Dzienniki pasjonatki, przeł. Anna Bańkowska, Warszawa 2006, s. 349

W tym miejskim hammamie nie ma miejsca na fałszywy folklor. Nie ma tu barchanowych poduch,orientalnych perfum i zapachu tytoniu. Tylko kobiety, kamień i woda oraz ta woń, którą odróżniam od tysiąca innych. Dociera do mnie z Damaszku, miasta mojego dzieciństwa. W tym czasie bardzo rzadko chodziłam do łaźni dla kobiet. Byłam tam kilka razy z naszą młodą sąsiadką. (...) Wypełniały ją [łaźnię, nie sąsiadkę... - WzP] zapachy kadzidła i pomarańczy, olejków i tymianku. Rodzinny hammam dla matek z dziećmi, jaki można obejrzeć na niektórych arabskich filmach. Teraz nie ma już tymianku ani pomarańczy. Ten zapach pozostał tam, gdzie był, i nie chcę go odtwarzać nigdzie indziej, jak tylko we własnej pamięci.
Salwa an-Nu'ajmi, Smak miodu, przeł. Marek M. Dziekan, Warszawa 2009, s.51-52



"O kurczę pieczone!" - krzyknęła moja mama zaraz po tym, jak potraktowała swój nadgarstek Arabie Serge'a Lutens. Niestety, owa inwokacja wątpliwej była jakości, a odnosić się miała do rzekomego aromatu pieczonego kurczęcia, które właśnie przysiadło na matczynej skórze i irytowało donośnym gdakaniem. :) A ja? No cóż; istotnie, moje powonienie zarejestrowało coś z drobiowych klimatów... przez jakieś trzydzieści sekund. Później zapach dokonał ekspresowego przeobrażenia, zbliżył do Kenzowej Dżungli, świdrował powietrze tak, że aż drżało od nadmiaru węchowych wrażeń, coraz bardziej drażnił, coraz mocniej intrygował. Naprawdę, nie sposób było odróżnić go od Jungle, zdawałoby się - Arabii znacznie tańszego odpowiednika. Ostatecznie jednak podobieństwo okazało się pobieżne: podczas, gdy pachnidło od Kenzo do ostatniego akordu pozostaje mocno przyprawowe, wręcz nachalnie orientlno-bazarowe, Arabie stopniowo wysładza się, nie tracąc niczego ze swojej korzennej egzotyki, jednocześnie staje się dymne i karmelowe, coś jak laska wanilii wrzucona do mieszanki kadzielniczej. :) Od początku gorące i zmysłowe, raptownie nabiera domowego ciepła, jakiejś macierzyńskiej formy czułości. Przywodzi na myśl libański film Karmel (reż. Nadine Labaki), prostą opowieść o różnych odcieniach przyjaźni i miłości.


A co z kurczakiem, którym straszy tyle recenzji? Myślę, ze może brać się z dość oczywistych skojarzeń kuchennych, zwłaszcza u osób niekoniecznie obeznanych z kuchnią bliskowschodnich krajów muzułmańskich. Jak już wspomniałam, ze mnie drób szybko znika, choć wszak zaznacza swoją obecność. Znacznie istotniejszą rolę odgrywają nuty drzewne, połączone z przyprawami, zaś w ostatniej odsłonie wspomniane "kadzidło waniliowe"; jednak poszczególne nuty nie przemijają po kolei i bezpowrotnie, a pięknie się ze sobą zazębiają, tworząc całość efektowną, intrygującą, zmysłową, a nawet uroczą. Choć nie jestem pewna, czy Arabie stanie się kolejnym moim perfumeryjnym must have, nie mogę zaprzeczyć, iż od dłuższego czasu wodzi mnie na pokuszenie.

A moja matka? Pobiegła do łazienki szorować nadgarstki. :) Szkoda...

Na zakończenie zdjęcie z łaźnie niekobiecej (ale grzeczne). :) Wszak perfumy sygnowane przez Lutensa to uniseksy!


Rok produkcji i nos: 2000, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: uniseksualny zapach dla ludzi, którzy drobiu się nie boją :) oraz dla zwolenników mocnych akordów orientalnych

Trwałość: jakieś 18 godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:
[podaję w ciągu, ponieważ nie potrafię wyróżnić poszczególnych stadiów uwalniania się aromatów, zaś nigdzie nie znalazłam bardziej szczegółowego opisu]

gałka muszkatołowa, kminek, kandyzowana skórka mandarynki, suszone figi, daktyle, liśc laurowy, goździki, sandałowiec, mirra, benzoina syjamska, żywica balsamiczna (?), bób tonka
___
Dziś pachnę Chanel N°19 eau de parfum.

Czytam natomiast


(Przeł. Elżbieta Cygielska, Warszawa 2009)

Książkę tę czytam w zasadzie już od pół roku, co pewien czas wracając doń. Jest, hmm... dziwna. Jednocześnie trudna, niczego czytelnikowi nieułatwiająca, ale przecież pasjonująca. W końcu, któż z nas nie chciałby poznać odpowiedzi na pytanie: dlaczego najprawdopodobniej obłąkany nauczyciel z Litwy stał się guru polskiej Wielkiej Emigracji, uwielbianym zwłaszcza przez tych największych i najważniejszych? Dlaczego mesjanizm trafił na podatny grunt? I zwłaszcza, czemu nadal "chwyta w sieci" miliony polskich serc? Myślę, że powieść Spiró może dać JAKĄŚ odpowiedź.

Zaś za wyznanie:

Nieczęsto się zdarza, by wstęp stanowił jedna szóstą fabuły, podobnie jak nieczęsto główny bohater znika w ostatniej jednej trzeciej, by pojawić się dopiero na końcu książki. Taka teraz moda. Komu się nie podoba, niech dalej nie czyta.
(s. 136)


autorowi należy się duuuży tokaj. ;)

wtorek, 4 maja 2010

Krucjata - prywata

Pozwoliłam sobie na cytat z bloga Sabbath of Senses. Dotyczy on czegoś, co od dawna doprowadzało mnie do białej gorączki, a nadużywane jest nagminnie na wszystkich forach, portalach społecznościowych, czasopismach kobiecych, w rozmowach z bliźnimi i-tak-dalej. Zatem:

Otóż składnik perfum to zawsze jest drewno jakieś tam, nigdy drzewo.

Drzewo to taka duuuuża, duuuuża roślina i nieubłagane prawa fizyki skutecznie uniemożliwiają upchnięcie drzewa we flakonie perfum. Mamy drzewo cedrowe, z którego robi się olejek o zapachu drewna cedrowego, mamy zapach drewna sandałowego, dębowego, klonowego, hinoki i tak dalej.
Z resztą też całym drzewem z korzeniami, liśćmi i plamami guano na pniu te olejki nie pachną. Drewnem pachną. Chyba, że producent w opisie twierdzi inaczej.


"Drzewo sandałowe" to jak stwierdzenie "w gazecie PISZE" [pytanie tylko, CO siedzi wewnątrz szpalt i pisze sobie w najlepsze? ;) ] albo "włanczanie" z nosowym "an".

Zmiennowonność

Taką cechą, w mojej opinii, charakteryzuje się Eau du Soir marki Sisley. Z reguły, im jest cieplej, tym chętniej nosy europejskie chłoną zapachy świeże, lekkie, zwiewne; zima jest zazwyczaj czasem odpoczynku od podobnych aromatów. Hmm... mój nos i skóra zwykle zgadzają się z podobnym podziałem. Wyjątek robią dla EdS - im jest chłodniej, tym bardziej pozwalają omawianemu zapachowi rozpanoszyć się na mojej skórze, tym mocniej uwydatniają jego gęstą, zmysłową szyprowość, ułatwiają wcielenie się w rolę eleganckiej, nieco chłodnej damy. :) Zaś w ciepłe dni Woda Wieczorowa staje się spokojnym, nieinwazyjnym, cytrusowym mydełkiem.


Niestety, ach, niestety! Albowiem nie przepadam za zapachami o aż tak rozbieżnych obliczach. Toż to to Dr Jekyll i Mr Hyde perfumiarstwa! Raz zmysłowe, raz przemysłowe, czasami wieczorowe, a czasem aż nazbyt dzienne, niezwykłe i intrygujące, ale też banalne i niezaskakujące niczym. Istny olfaktoryczny kameleon. Niekiedy zostawia po sobie długi sillage, a im cieplej, tym staje się bliższy skórze. Zimą piękny, latem - taki sobie... Dodam jeszcze, iż w cieplejsze dni nie wyczuwam obecności połowy składników.

Chciałabym, by otaczał mnie sensualnym i miękkim, niczym jedwabny aksamit, obłoczkiem, ale jest to możliwe tylko zimą. Od Eau du Soir oczekiwałam luksusu i nuty snobizmu, a otrzymałam uciążliwą zagadkę. Co mam z nią zrobić??

Może kiedyś dojdę z EdS do jako takiego ładu. Może. ;)


Rok produkcji i nos: 1990 (w sprzedaży od 1999 r.), Hubert d'Ornano

Przeznaczenie: zapach kobiecy (choć to nie jest norma), wedle nazwy wieczorowy, wg mnie - ...?

Trwałość: także zmienna; na mojej skórze zimą - jakieś pół doby, natomiast latem nie dłużej, niż cztery godziny.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, grejpfrut, goździk, świerk, irys, pieprz
Nuta serca: kwiat syringa (łac. philadelphus lewisii), konwalia, róża, jaśmin, kłącze irysa, imbir
Nuta bazy: paczuli, piżmo, ambra, mech dębowy, sandałowiec

Tarta kajmakowa z czekoladą, bitą śmietaną i bananami

Zdjęcie nieco tajemnicze, turpistyczne, "brudne". :) W końcu, kto powiedział, że zmysłowe przyjemności mają cokolwiek wspólnego z ascetyczną estetyką?



Przepis pochodzi z Kwestii Smaku. (KLIK)

Kaloryczny, ale i przepyszny - wręcz grzeszny - smakołyk.
Ostrożnie, uzależnia! :)

Danie uniwersalne :)

...a to dlatego, że zjadłam je latem, jako główny element obiadu; wiosną lub jesienią byłoby idealnym śniadaniem (lub kolacją). Szybkie, proste, smaczne.



Gruszka z przydomowego ogrodu + pomidor + szynka "od górali" z zaufanego wrocławskiego sklepu + płatki parmezanu + bazylia + oliwa

Przygotować jak na zdjęciu.

Smacznego! :)

Jak co roku

Nastał czas egzaminów maturalnych. Oczywiście, na "pierwszy ogień" poszedł język polski. I cóż! Świętoszek i Zdążyć przed Panem Bogiem. Mam wrażenie, iż "nowa" matura z roku na rok jest coraz prostsza i bardziej banalna [choć przecież nie od wczoraj wiadomo, że to bardziej "Familiada" niż "Wielka gra" (kto to pamięta?)].

Ten egzamin nie sprawdza już wiedzy absolwentów liceów i techników, a jedynie pozostaje treningiem intuicji oraz "psiego swędu". Smutne, ale prawdziwe.
A najciekawsze, że byłam pierwszym rocznikiem, który obowiązywała dzisiejsza formuła testu. Życie nie przestaje nas zadziwiać ironią. ;)
___
Dziś noszę Féminité du Bois Serge'a Lutens. Ciekawe, jak pachniała oryginalna wersja perfum, od Shiseido? :)

niedziela, 2 maja 2010

O tym, co per fumum

[niełacinnikom znanym zapewne, jako "per fvmvm"... ;) ]

Ciekawe rzeczy pisał Piotr Kowalski w swym leksykonie Kultura magiczna. Poniżej garść spostrzeżeń prosto z książki. :)

Wznoszący się do nieba słup dymu wyznacza wertykalny porządek świata i staje się jednym z łączników ziemi i nieba. O dużym znaczeniu dymu decydują nie tylko kierunki, w jakich się zwykle przemieszcza, ale przede wszystkim jego mediacyjne właściwości: chodzi zarówno o oszołomienie, jakie może spowodować, jak i o szczególny stan świata, w którym dym czy mgła znoszą możliwość rozróżniania kierunków, skazując znajdującego się w nim człowiek a na błądzenie, co jest jedną z metonimii zaświatów. Ponadto ofiary składane bóstwom, zwłaszcza niebieskim często bywają palone i trafiają do nieba pod postacią dymu.
(...)

Wertykalizm, zmierzanie ku rejonom boskim, stanowi najprostsze uzasadnienie ofiarnego znaczenia dymu. Spalenie ofiary wiąże się z nadaniem jej postaci, która bliska będzie bóstwu. Upodobanie bogów do dymu wynika stąd, iż jego niematerialność lepiej odpowiada temu, co znajduje się poza granicą świata śmiertelników. Dymowi przypisuje się także właściwości oczyszczające, które są niezbędne do przygotowania daru, by mógł trafić do bóstwa. (...)

Zamieniane w dym ofiary stają się formą daru i pokarmu bóstw (...). Takie rytuały ofiarne powtarzają się w większości kultur.
(...)
Upodobanie bogów do dymu wynika także stąd, iż jego bezkształtność i pomieszanie, które sprowadza, odwzorowują odmienność Tamtego Świata. Dym skrywać też może świętość. Jest uważany za metonimię zaświatów, odpowiada bowiem wyobrażeniom o radykalnej nieprzystawalności do nich wyobrażeń człowieka. (...)
W apokaliptycznej wizji końca czasu "dym się uniósł ze studni, ja dym z wielkiego pieca i od dymu studni zaćmiło się słońce i powietrze" [PŚ Ap 9,2]. Efektem zanurzenia się w dymie i mgle musi być cierpienie polegające na zmąceniu umysłu, na pogrążeniu się w niewiedzy i szaleństwie. Kiedy człowiek udaje się w zaświaty, musi posłużyć się różnymi mediatorami [czyli substancjami znanymi nam jako używki, jak np. alkohol, tytoń, środki o właściwościach narkotycznych - przyp. WzP], których głównym celem jest złagodzenie radykalności podziału miedzy odmiennymi porządkami: światem żywych i obszarem bogów oraz duchów. (...)

Oszołomienie, osiągane w rezultacie okadzanie się bądź wdychania dymów specjalnych roślin (np. Indianie znali m.in. narkotyzujący dym z pąków krzewu kakaowego (...) ), spełnia też ważną rolę w wielu zabiegach wróżebnych. Przepowiadający przyszłość wszelkie o niej wiadomości zdobywa właśnie w zaświatach. Przed udzielaniem odpowiedzi Pytię (w Delfach) obowiązywały post i rytualna kąpiel w źródle Kastallia. Gdy znalazła się w świątyni, okadzała ołtarz palonymi liśćmi wawrzynu (drzewo Apollina). Później schodziła do podziemnej części świątyni, gdzie wieszczyła odurzona wyziewami dobywającymi się ze skalnych rozpadlin. Wróżenie z dymu ofiarnego było też ważną techniką mantyczną u dawnych Słowian: kapłani wpatrując się w unoszący z ofiary dym rozstrzygali o szansach powodzenia przedsiębranych działań.
(...)

Mediator, znak połączenia ziemi i krainy duchów, ale też czynnik pozwalający na przekraczanie dzielącej je granicy, ma liczne zastosowania magiczne, uzdrawiające i ochronne.
(...)


(Piotr Kowalski, Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2007, s.105-109).

Uff! :)

Nosy antropologicznie i fenomenologicznie

... czyli o nosie w kulturach tradycyjnych; łączy nas z nimi więcej, niż nam się wydaje. :)
Cytat pochodzi z leksykonu Piotra Kowalskiego Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie [wcześniej znanego jako Znaki świata. Leksykon. Omen, przesąd, znaczenie - jak widać, reformulacja szkodzi nie tylko perfumom ;) ].

Ważne jest (...), że zdolność odczuwania zapachów to jeden z ważnych sposobów doświadczania i poznawania świata: według zapachów można wszak orientować się w świecie, oznaczać kierunek, strefy dobre i złe. Powonienie wyznacza też i podstawę egzystencjalnego doświadczenia istnienia - gdy czuje się zapach można być pewnym istnienia tego, co się wącha.

Uchwytny przez nos zapach jest jedną z cech przedmiotu jest jego "częścią", podobnie jak kształt i kolor. Zapach człowieka, jak o tym mówią mity i bajki, zdradza go wtedy, gdy znajdzie się poza granicami swojego świata. Duchy i demony, choć często przedstawia się jej jako istoty pozbawione nosów, natychmiast wyczuwają obecność śmiertelnika - ujawnia się jego "smród": zapach człowieka oznacza bowiem jego biologiczność i kontakt z wydzielinami ciała (...), które zawsze są nieczyste, bo taksonomicznie dwuznaczne; ulokowane między ciałem a resztą świata. (...)
Zapach, jako właściwość przedmiotu czy istoty, wpisuje się do siatki taksonomicznej, za pomocą której charakteryzuje się świat. Kształty, formy i zapach należą do cech świata śmiertelników, zaświaty zaś są domeną bezkształtności, nieuformowania, bezgłosu i bezwonności.
Jednocześnie woń wiąże się z powietrzem, tchnieniem i wiatrem, a więc zjawiskami, które mają szczególny status w świecie śmiertelników - w pewnym sensie dzięki swej ulotności, zwiewności, brakowi kształtów one same reprezentują porządek zaświatowy (podobnie jak mgła). W językach słowiańskich tego samego słowa używa się na określenie woni (duch') oraz tchnienia i duszy.
(...)

Nos jest (...) miejscem mediacji, przenikania tego, co zewnętrzne, do środka ciała człowieka. Ten sam otwór w Mikrokosmosie, jakim jest ciało, służy do komunikacji w stronę przeciwną (...). W pewnych okolicznościach nosem uchodzi z ciała dusza. Szczególnie niebezpieczne jest kichanie. Przez przegrody nosowe, zwane niekiedy "ścieżkami duszy", może zostać nieopatrznie wyrzucona z człowieka jego dusza. Gdy wiec przy kichaniu nakazuje się zasłanianie nosa i ust, to względy higieniczne nie wyczerpują znaczenia tego gestu. "Na zdrowie" trzeba powiedzieć, aby odczynić możliwe niebezpieczeństwa. (...)


Teraz będzie nieco ciekawiej... ;)

Mięśnie mimiczne pozwalają wykorzystać nos jako narzędzie komunikacji - człowiek odpowiednio go marszcząc, krzywiąc, kręcąc nim lub prychając, może wyrażać stany emocjonalne i uczucia. Różne kultury wypracowały też rozmaite wartości gestów dotyczących nosa. Mogło to być "ucieranie nosa", wykręcanie czy brutalna kara, jaką jest rozcięcie nożem nozdrzy (w XI w. była to kara wymierzana uchylającym się od płacenia podatnikom). W kulturze współczesnej pozostało już tylko czułe dotykanie się nosami przez zakochanych (jako gest intymny). Takie elementy gry miłosnej znane były w najdawniejszych kulturach. (...)
Fizjologowie nie potwierdzili erogennych właściwości nosa, mimo to spełnia on niebagatelną rolę w sprawach seksu, ma też wiele walorów semiotycznych. Od dawna uważano, że musi on być nie tylko fizjologicznie, ale i znaczeniowo skorelowany z innymi fragmentami ciała. Każde odstępstwo od normy musi być nacechowane znaczeniowo, stad zwłaszcza brak nosa, jak wszelkie kalectwo uważano za znak powiązania osobnika ze światem demonicznym. W bardzo wielu kulturach odnaleźć można wyobrażenia demona, który w ogóle pozbawiony jest nosa. Od średniowiecza w podaniach ludowych pojawiały się opinie, że diabły poznać można po tym, iż nie mają w nosie dziurek.
(...)

Od starożytności znana jest koncepcja współzależności miedzy poszczególnymi częściami ciała. To, co widoczne, skorelowane musi być z tym, co bywa zakryte; obserwując bacznie to, co eksponowane, można poznać całą resztę. Wielkie nosy mężczyzn ujawniają prawdę o gabarytach ich genitaliów. Jeśli ich nozdrza są rozedrgane, to zapewne mają oni duże jądra. Z kolei prosty, długi, cienki nos u kobiety wskazuje, że jej organy płciowe są szerokie i pojemne. W Rzymie wielkość nosa świadczyła o potencji mężczyzny; określenie "rzymski nos" wyrażało szczególnego rodzaju uznanie. Stąd wynikała praktyka prawna - za wykroczenie seksualne odcinano właśnie nos.

(Warszawa 2007, s.356-359)


___
Pachnę Midnight Poison Diora. :)