Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sisley. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sisley. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 kwietnia 2013

Niby nic a jednak coś

Pod tym jakże oryginalnym, odkrywczym oraz głębokim tytułem chciałam zebrać parę opinii na temat mainstreamowych zapachów, które są dokładnie takie, jak i on sam. :D Przynajmniej z pozoru.
Gdyż pod postacią selektywnej łatwości w odbiorze przemycają do świata Sefor i Daglasów co nieco "inności"; nie zawsze chodzi o artyzm, czasem wystarczy dziwactwo. I będzie świetnie! Bo najważniejsze to uniknąć łatwiutkiej, różowej nudy.


Alfred Dunhill, Dunhill Pursuit

Teoretycznie jeden z wielu tendencyjnie aromatycznych zapachów dla "mężczyzny przełomu tysiącleci"; nic odkrywczego.
Co zdaje się potwierdzać otwarcie zielone bez przesady, w ograniczony sposób drzewne, zdominowane przez ożywczy, pozbawiony słodyczy cytrusowy wiatr. Jednak z czasem pachnidło ciemnieje; zamiast cytrusów zjawia się energetyczna, czysta oraz chłodna lawenda... unurzana w tężejącym asfalcie i dla kontrastu obsypana sproszkowanymi przyprawami (gałka muszkatołowa, cynamon, pieprz). W bazie zaś daje się zauważyć miks przypraw - w tym ujawniającego się dopiero teraz kardamonu - z akordami drzewnymi, utartymi na jednolitą, odrobinę tłustą i pikantną pastę [trochę jak sandałowiec w Santal Majuscule Lutensa]. Jeszcze później pojawia się syntetyczne i spokojne "animalne" ciepełko.
A wszystko to niezbyt blisko skóry, w oddaleniu zgodnym z wszelkimi standardami współczesnych pachnideł wieczorowych.
Mnie się podoba! :)

Skład:
akordy zielone, bergamotka, juzu, mandarynka, liście pomarańczy i ananasa, lawenda, kardamon, pieprz, cynamon, wetyweria, kadzidło, piżmo, drewno sandałowe, drewno cedrowe, kadzidło, ambra


Dior, Les Escales/Cruise Collection: Escale à Pondichéry

Najpierw może zamieszczę cytat ze strony pewnej znanej perfumerii, który szczerze mnie rozbawił:
" Zanurzenie się w zapachach z Indii. W trakcie podróży do tego kraju, François Demachy znalazł inspirację w woni wyciągu z czarnej herbaty: świeżej, wyrafinowanej i eleganckiej nucie. Nowy zapach, Escale à Pondichéry, jest pełen naturalnych esencji pochodzących z Indii, wybranych specjalnie dla Domu Mody Dior ze względu na ich wysoką jakość: esencja kardamonu, drzewa sandałowego oraz absolut jaśminu Sambac. Klasyczny i elegancki, symboliczny flakon Les Escales de Dior ozdobiony jest charakterystyczną dla Christian Dior Couture plecionką".
Tiaaa... Czysta natura, szał twórczy, esencje pozyskiwane z narażeniem życia - a wszystko to specjalnie dla Ciebie, Klientko. :] Normalnie sto procent lukru w lukrze. ;>
Czegokolwiek by jednak nie mówić, Escale à Pondichéry okazuje się rzeczywiście przyjemnym, odświeżająco-rozleniwiającym pachnidłem dla kobiet. I faktycznie czuć w nim roślinną słodycz oraz blask jaśminu wielkolistnego, złamanego akordami ciepło-orientalnymi. Oczywiście, na żadne silne przeżycia nie mamy co liczyć; tu przyprawy oraz sandałowiec odarte zostały z wszelkich podejrzanych, zbyt mało glamourowych frakcji- ale i tak jest całkiem nieźle. Czyżby dzięki zielonej herbacie, spokojnej i jasnej? Bardziej w stylu Bulgari niż Elizabeth Arden.
Grunt, że mieszanka pozytywnie nastraja do życia, ścieląc się na ludzkiej skórze oraz po przejściu uperfumowanej elegantki zostawiając krótki acz zauważalny ślad. Trwałość też niezła.
Ewentualnie rozważałabym zakup. :) Gdyby pachnidło sprzedawano w 30-ml flakonikach.

Skład:
herbata, jaśmin wielkolistny, drewno sandałowe, kardamon


Emanuel Ungaro, Apparition

Zapach z roku 2004, którego już pierwszy niuch sugeruje, iż podczas jego tworzenia nad kolbami zawiesił nos nie byle kto. Rzut oka w Sieć i już wiem: Françoise Caron oraz Francis Kurkdjian. Pierwsza z osób stworzyła m. in. Eau d'Orange Verte Hermèsa, J'Aime La Perli, Palisander i Różę z Czerwonej Serii Comme des Garçons czy też legendarne Collection Escady. Drugiej nikomu z maniaków perfumowych przedstawiać nie trzeba. :) Grunt, że razem udało im się spłodzić mocarne choć ewidentnie kobiece pachnidło.
Z akcentów owocowych i kwiatowych, niekoniecznie słodkich za to ciepłych; do tego stopnia, że aż lejących się. Opartych głównie o woń róży, która do spółki z maliną i kwiatem passiflory zmienia się w przyjemną, krwistoczerwoną (a może fuksjowo różową?) konfiturę. W stylu Rose Absolue od Yves Rocher, choć chyba bliżej Apparition do Madness marki Chopard. Tak, chyba to drugie.
Gdzie przyjemną, niemal dziewczyńską słodycz róży i owoców zamiast pieprzu mąci soczysta, niezbyt ostra czerwona papryczka pimento. W bazie zaś pojawia się ogrzewający, nieco czekoladowy pył z paczuli, doprawiony wanilią oraz szczyptą cynamonu. Z łagodnym ambrowym ciepłem skrytym tuż za kulisami.
Wypada również rzec, iż to wszystko wiruje wokół ludzkiej sylwetki, odznaczając się niebywałym jak na współczesny kobiecy mainstream sillage oraz mocą doprawdy imponującą.
Perfumy przez duże P. :)
[Nawet nie wiecie, jak żałuję, że miniaturka, którą posługiwałam się podczas testów, nie należy do mnie. ;) ]

Skład:
likier malinowy, papryka pimento, róża, kwiat passiflory, heliotrop, bób tonka, paczuli, wanilia, ambra


Emanuel Ungaro, Apparition Homme

Znacznie bardziej cichy od swego damskiego odpowiednika, Apparition Homme jest przede wszystkim opowieścią o lukrecjowej herbatce z dodatkiem soku z bliżej niezidentyfikowanych słodkich cytrusów oraz w otoczeniu przypraw. Lecz nie zmielonych; tu pieprz ma postać czarnych pomarszczonych kulek, anyż jest pojedynczą gwiazdką zaś wanilia chudziuteńką, zapomnianą przez korzennego kupca laseczką.
Całość jednak nie przedstawia się szczególnie imponująco; ot, początkowy aromatyczny świeżak stopniowo ewoluuje w pikantną, ciepłą chmurkę. I w tym właśnie tkwi największa siła męskiego Apparition. Im dłużej tkwi na skórze, tym piękniejszym i szlachetniejszym się zdaje. Tym bardziej miękki i ciepły się okazuje, tym milej układa się wokół sylwetki uperfumowanej osoby. Niczego nie narzucając, nikogo nie terroryzując samym tylko faktem własnego istnienia. :) A to przecież rzecz nietypowa jak na pachnidło, gdzie główną rolę grają przyprawy. Wypada chyba podziękować herbacie oraz wetywerii. :)
I gdyby tylko poprawiono trwałość...

Skład:
mandarynka, rabarbar, anyż, pieprz, herbata, wetyweria, lukrecja


Sisley, Eau de Sisley 3

Jedyna część kolekcji, która wywołuje we mnie jakiekolwiek emocje; mimo, że przecież wszystkie trzy Eaux de Sisley to produkty świetnie pomyślane i po prostu dobre; każda w swojej klasie.
Trójka jednak kupiła mnie otwarciem z lemoniady wielocytrusowej, okraszonej kilkoma plastrami młodego kłącza imbiru; fenomenalnie rozświetlającego całość oraz nadającego jej pikanterii, dzięki której nie ma co liczyć na banał. Za to później pojawia się kwiatowa lekkość osmantusa, suchy blask wetywerii, co nieco piwnicznej paczuli, skórzasto-słodka przepastność benzoesu oraz pudrowa delikatność białego piżma.
Zapach dziwny, wprowadzający zamieszanie w to, co zwykliśmy kojarzyć z kolońskim odświeżeniem, niepojący. Jestem skłonna uwierzyć hasłu reklamowemu, wg którego Eau de Sisley 3 to - w wolnym przekładzie - "uzależniający mąciwoda". ;) Faktycznie trudno odeń zwiać, choć spokoju raczej próżno oczekiwać. Trickster świata zapachów.
Jakie to szczęście, że znam wiele ciekawszych perfum! :D

Skład:
grejpfrut, cytryna, mandarynka, bergamotka, imbir, osmantus, wanilia, benzoes, paczuli, wetyweria, piżmo
___
Dziś Stilettos on Lex marki Jul et Mad.

piątek, 7 października 2011

Para idealna

Dziś dwójeczka, dubeltowa doskonałość; Ona i On. ;)
Obydwoje młodzi, ale znać po nich doświadczenie odziedziczone po dziesiątkach pokoleń przodków, bez wyjątku należących do elity społeczeństw europejskiego kręgu kulturowego. Wykształceni, uprzejmi, dobrze sytuowani acz nauczeni, by dbać o tych, którym w życiu wiedzie się gorzej od nich. A do tego tak piękni, tak wymuskani, pełni blasku zarówno zewnętrznego, jak i płynącego z duszy, że sprawiają wrażenie wymyślonych przez sztab scenarzystów jakiejś opery mydlanej. ;) Może tak właśnie jest...?
Ostatecznie żadne z nich nie próbuje przekraczać granic, jakie narzuca im kultura, szacowne rodziny, nawet społeczeństwo całe.
Rany, jacy oni poprawni!

Śliczni i akuratni; oto jeszcze jedna współczesna historyjka o królewnie i księciu z bajki.


Nasz doskonały dżentelmen nawet nie chciał wziąć pod uwagę, by uczczono go opisem przed damą. ;) Dlatego zaczynam od Niej.
Violet Blonde, tegoroczna ogólnodostępna nowość od Toma Forda, zachwyca już w pierwszej chwili. Lecz nie musującą słodyczą, łagodną dziewczyńskością bądź cytrusowym odświeżeniem, ale czymś innym, znacznie mniej oczywistym. Przynajmniej na półkach mainstreamowych perfumerii, wśród oranżadek, coraz popularniejszych słodkich paczulisk lub niby-lekkich cytruso-kfiatkuf. ;) Nic z tego. Wiedzcie otóż, że Violet Blonde to mała indywidualistka.

Nie buntowniczka, ale właśnie spokojna, stroniąca od szokowania dziewczyna lubiąca chadzać własnymi drogami. W granicach rozsądku, rzecz jasna. ;) W otwarciu dominuje akord przejrzysty, krystalicznie zimny choć o roślinnych genach, utkany z cieni. Głównym bohaterem jest liść fiołka, wibrujący niedosłowną świeżością, nieco mroczny, przygruntowy, zaskakująco twardy. Towarzyszy mu kilka ziarenek różowego pieprzu (mm.. drażnią i kuszą jednocześnie), zaś opisany obrazek obramowano wyzutym ze słodyczy, promiennym akcentem cytrusowym. Gdzieś w tym wszystkim kryje się nawet kilka kropel wetyweriowego absolutu.
Z czasem wyraźniejszy staje się akord wibrującego, lekko ostrego irysa, który łączy się z fiołkiem, umiejętnie nakierowując go na kolejną fazę rozwoju.
Nasza panna, skoro zaraz na wstępie zaznaczyła, że "nie z nią te numery", teraz musi wziąć się w garść i nalewać kawę starym plotkarom, cały czas prezentując im uśmiech nr pięć, jak też - pod żadnym pozorem! - nie wygłaszać kontrowersyjnych opinii. Najlepiej niech nie wypowiada żadnych. ;> Opowieść o Jasnym Fiołku robi się spokojniejsza, znacznie bardziej słodka, niewinna, kobieca. ;) Irys dokonuje przeistoczenia w przemiły, jasny puder, który umiejętnie wciąga w siebie także, zwykle nieskore do uprawiania small talk, fiołkowe liście; te zaś stopniowo tracą cała swoją pierwotną świeżość. Pojawia się bezpieczny, konwencjonalny jaśmin.
W ostatniej fazie puder blednie i - z nasyconej purpury, poprzez pastelowy fiolet staje się rzeczywiście tak jasny, że aż kremowy. Trudno odróżnić irysa od liści oraz tego nad wyraz miękkiego i łagodnego jaśminu. Jednorodnemu akordowi kwiatowemu towarzyszy spokojny, słodkawy benzoes w stylu znanym choćby z Candy Prady oraz nienachalne, łagodnie puchate białe piżmo. Wszystko zaś leży na kolejnej dawce ciepłego i pastelowego pudru, tym razem w postaci zamszu.
Natomiast cichnie powoli, dyskretnie, po kawałku, aż do zaniku poprzedzonego zmianą w mały waniliowy w barwie obłoczek.

Bajka, mówię Wam, bajka! ;)


Historia Jego jest z gruntu podobna. Napisana inną ręką, za pomocą troszkę odmiennych środków, ale w wyrazie identyczna. Budząca zrozumiałe zainteresowanie, nieco intrygująca, kontrowersyjna na tyle, na ile to konieczne. Poza tym - gładkie, wysmakowane Piękno. :) Ponieważ On to Ikar. :) Konkretnie Eau d'Ikar marki Sisley.

Choć nasze pierwsze wrażenie jest odmienne: ponieważ piękny Ikar pragnie budzić zainteresowanie wyłącznie swą klasyczną urodą, nawiązującą do najlepszych tradycji perfumiarstwa męskiego. Toż to czysta rozkosz! Fougère Royale, Green Irish Tweed, Habit Rouge, Eau Sauvage. Typowa nuta aromatyczna: jasna, czysta, słoneczna i skrzypiąca pod naporem zębów. ;) Od reszty kolegów z sephorowo-douglasowych półek różniąca się przede wszystkim ewidentnie wysoką jakością tworzących ją komponentów.
Nie jest tylko pięknie; jest do-sko-na-le. :)
Dziwny to zapach. Utkany tak misternie, że nie potrafię powiedzieć, z jakich nici się składa. Nie potrafię. Jest tam cytryna? Oczywiście. Bergamotka? Pewnie tak. Kolendra? Przypuszczam. Herbata? Najprawdopodobniej. Nasiona marchwi? Skoro tak napisali... ;) Najciekawsze, że - poza oczywistym otwarciem - wyczuwam w Eau d'Ikar trzy charakterystyczne fazy rozwoju, ale nie potrafię ich należycie opisać. Więc czemu to robię? Bo padnę trupem, jeśli nie pochylę się nad perfumową Doskonałością Roku 2011 [a przynajmniej jednym z najpoważniejszych kandydatów do tytułu :) ].
Wracając do tematu zasadniczego: kiedy nasz młody dżentelmen pokazał się rodowej starszyźnie od najlepszej strony uznał, że czas zaszaleć! :) Raptownie, nie wiadomo kiedy, wpadł w klimaty upojnie, cielesne, słodkie. Sporo w nim ambry, labdanum, coś z cywetu, jakieś szlachetne drewno, które w towarzystwie rumu przepłynęło pół świata. Oto idealna, nietajona zmysłowość, z lekka tylko podrasowana przyprawami. Miękko oprószona, ogrzana. Tylko po jakie licho dogrzewać coś, co i tak jest gorące? ;) Mieszanka stała się pełna seksu, chociaż ani na chwilę wulgarna.
Równie gwałtownie, co niezauważenie [nie, to nie jest oksymoron ;) ] Woda Ikara staje się kompozycją ciepłą, cichą, wyważoną. Tak bardzo elegancką, że wręcz pudrową; w męskim stylu, ale pudrową. Nadal wyczuwam dużo ambry, choć już bez cywetowych nutek, w dodatku okolonej ciepłym drewnem sandałowym, kapką wetywerii, czymś delikatnie słonym i morskim oraz łagodnymi, utartymi na jasnozielony puder pistacjami. Dopiero teraz je wyczuwam, szykowne i nęcące łagodnością. Czyżby dżentelmen ustatkował się, oczywiście u boku naszej fiołkowej damy? ;)
Kompozycja zanika niemal identycznie, co w przypadku Jasnego Fiołka.

Prawda, że idealna z nich para? I choć subiektywnie muszę przyznać, iż to On jednak jest piękniejszy, Jej czemuś nie potrafię odmówić swoistego uroku. Poproszę z dziesięć mililitrów Fiołka oraz cały flakon Ikara! :) Może nie "na już", ale całkiem szybko.

Tom Ford, Violet Blonde

Rok produkcji i nos: 2011, ??

Przeznaczenie: łagodny, dosyć bliski skórze zapach dla kobiet. Dla miłośniczek pudrowych delikatności; na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach siedmiu lub ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aromatyczna (oraz piżmowa)



Skład:

Nuta głowy: czerwony pieprz, mandarynka, liście fiołka
Nuta serca: absolut irysowy, kłącze irysa, jaśmin
Nuta bazy: drewno cedrowe, wetyweria, zamsz, benzoes, piżmo


Sisley, Eau d'Ikar

Rok produkcji i nos: 2011, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn. Raczej tych z klasą, o złożonej osobowości. :) Charakteryzuje się nieprzesadną emanacją i nadzwyczajnym poskładaniem, więc idealny byłby na okazje Bardzo Ważne (choć wszystkie inne też).

Trwałość: od ośmiu do blisko dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: nasiona marchwi, bergamotka, cytryna Amalfi, gorzka pomarańcza
Nuta serca: absolut pistacjowy, trzcina, irys, jaśmin, herbata pekoe (?)
Nuta bazy: wetyweria, drewno sandałowe, zielony czystek (?), ambra
___
Dziś noszę Loverdose marki Diesel.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. DeviantArt, a konkretnie: Violet Flowers autorstwa użytkowniczki o nicku - nazwisku Malvina-Frolova.
2. Słynny plakat autorstwa Wiesława Wałkuskiego z 1991r., którego reprodukcję można obejrzeć między innymi TUTAJ.

wtorek, 4 maja 2010

Zmiennowonność

Taką cechą, w mojej opinii, charakteryzuje się Eau du Soir marki Sisley. Z reguły, im jest cieplej, tym chętniej nosy europejskie chłoną zapachy świeże, lekkie, zwiewne; zima jest zazwyczaj czasem odpoczynku od podobnych aromatów. Hmm... mój nos i skóra zwykle zgadzają się z podobnym podziałem. Wyjątek robią dla EdS - im jest chłodniej, tym bardziej pozwalają omawianemu zapachowi rozpanoszyć się na mojej skórze, tym mocniej uwydatniają jego gęstą, zmysłową szyprowość, ułatwiają wcielenie się w rolę eleganckiej, nieco chłodnej damy. :) Zaś w ciepłe dni Woda Wieczorowa staje się spokojnym, nieinwazyjnym, cytrusowym mydełkiem.


Niestety, ach, niestety! Albowiem nie przepadam za zapachami o aż tak rozbieżnych obliczach. Toż to to Dr Jekyll i Mr Hyde perfumiarstwa! Raz zmysłowe, raz przemysłowe, czasami wieczorowe, a czasem aż nazbyt dzienne, niezwykłe i intrygujące, ale też banalne i niezaskakujące niczym. Istny olfaktoryczny kameleon. Niekiedy zostawia po sobie długi sillage, a im cieplej, tym staje się bliższy skórze. Zimą piękny, latem - taki sobie... Dodam jeszcze, iż w cieplejsze dni nie wyczuwam obecności połowy składników.

Chciałabym, by otaczał mnie sensualnym i miękkim, niczym jedwabny aksamit, obłoczkiem, ale jest to możliwe tylko zimą. Od Eau du Soir oczekiwałam luksusu i nuty snobizmu, a otrzymałam uciążliwą zagadkę. Co mam z nią zrobić??

Może kiedyś dojdę z EdS do jako takiego ładu. Może. ;)


Rok produkcji i nos: 1990 (w sprzedaży od 1999 r.), Hubert d'Ornano

Przeznaczenie: zapach kobiecy (choć to nie jest norma), wedle nazwy wieczorowy, wg mnie - ...?

Trwałość: także zmienna; na mojej skórze zimą - jakieś pół doby, natomiast latem nie dłużej, niż cztery godziny.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, grejpfrut, goździk, świerk, irys, pieprz
Nuta serca: kwiat syringa (łac. philadelphus lewisii), konwalia, róża, jaśmin, kłącze irysa, imbir
Nuta bazy: paczuli, piżmo, ambra, mech dębowy, sandałowiec

piątek, 30 kwietnia 2010

Nocą


Noc to tak specyficzna pora, że zacierają się granice między snem a rzeczywistością, że nie zawsze wiemy, gdzie kończy się nasze ciało, a zaczyna wszelkie "nie-ja". To chwile sprawiające wrażenie niezależności od liniowego przebiegu czasu, gdy najsilniej docierają do nas głosy minionych pokoleń. Wówczas najbliżej nam, ludziom czasów wirtualnej wioski i second life, do przednowoczesnego rozumienia świata. Wtedy właśnie emocje są najsilniejsze, wrażenia najbardziej wyraźne, myśli najbardziej uporczywe. To czas, gdy stajemy nadzy przed lustrem, gdy nie da się uciec przed samym/samą sobą. ...jeśli tylko damy sobie szansę i choć raz nie uciekniemy w "nocne życie" - świat zabawy, iluzji albo erotycznych uniesień.

Czasami niezbędne jest by pobyć sam na sam z własnym ego, sumieniem czy czym tam jeszcze i szczerze zeń porozmawiać. Nie gwarantuje to natychmiastowego rozwiązania wszelkich kłopotów ani osiągnięcia nirwany, ale umożliwia coś, co jest równie cenne: zrozumienie. Siebie, innych ludzi, ich zachowań, reakcji, oczekiwań, uprzedzeń, nadziei, lęków... Bo, przynajmniej w mojej opinii, od mówienia ważniejsze jest słuchanie. Choćby dlatego, że im więcej usłyszysz, tym więcej później wiesz. ;) W porządku, starczy tych truizmów.


Soir de Lune, sygnowany przez Sisley, to zapach umożliwiający mi wsłuchiwanie się we własną duszę, pozwalający zrozumieć i zaakceptować wszystkie jasne i mroczne strony mej osobowości. Jest jakby finalnym szlifem - niekoniecznie dla stroju. W SdL moja osobowość zostaje w pełni uhonorowana i ukontentowana. :) To pachnidło daje się kochać, łatwo sprawia wrażenie, iż nosząca je osoba ma dostęp do tajemnicy, której nigdy nie poznają wszyscy inni. Jest efektowne i szlachetne, jego cechy charakterystyczne to niewymuszona elegancja i urok. Może kto inny nosiłby je z godnością i klasą godnymi królowej angielskiej, jednak na mnie to aromat bardzo psychologiczno-filozoficzny, ułatwiający osiąganie kolejnych stopni wtajemniczenia na drodze ku Świadomości. Zrozumienia, że negatywnych uczuć oraz uzasadnionej złości wstydzą się tylko kobiety słabe i nieświadome siebie, bezkrytyczne fanki telenowel i harlekinów, "ucywilizowane" przez strażników patriarchalnego porządku, nie rozumiejących ani kobiecości, ani męskości, wstydzących się siebie. Boję się, że kiedyś mogłabym stać się jedną z nich, od ćwierć wieku trwam w opozycji wobec niniejszej postawy. ...i pachnę niestereotypowo. ;)

Soir de Lune, zapach księżycowej kobiecości, niezwykły i intrygujący płeć przeciwną (sprawdzone! :) ) to jeden z najpiękniejszych łagodnych szyprów, jakie miałam okazję poznać. Do tego całkowicie różny od jednego z moich największych perfumeryjnych rozczarowań, Eau du Soir tej samej marki. Zauważalny, z długim, choć nie denerwującym trenem, stanowczy, zamknięty w sprzeczności: jednocześnie arystokratyczny oraz wiedźmowo-kurtyzański. W każdej odsłonie ciepły i stonowany, przynajmniej na mojej skórze. Nie robi nieprzyjemnych niespodzianek, nie denerwuje, nie narzuca swojej osobowości (a takową posiada; i to mocną!), po prostu trwa, nastawiony na współpracę i dialog. Oraz, jak widać, łatwo daje się personifikować. ;) Gdyby był facetem, oświadczyłabym mu się, a gdyby był kobietą, zaprzyjaźniłabym się z nim. Poważnie. :)


Rok powstania i nos: 2006, Dominique Ropion

Przeznaczenie: dla silnych, stanowczych osób, które wiedzą, czego chcą oraz jak to osiągnąć. Zapach podobno wieczorowy - hm... COŚ w tym jest, ale mnie nie przekonuje. :)

Trwałość: całodniowa

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna, koriander, mandarynka, gałka muszkatołowa, olejek pieprzowy
Nuta serca: jaśmin, konwalia, brzoskwinia, irys, róża majowa, mimoza
Nuta bazy: paczuli, piżmo, miód, sandałowiec, mech dębowy
___
Dziś noszę Mistress od Jaspera Conrana.