Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rancé 1795. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rancé 1795. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 listopada 2015

Pseudonim lepszy od nazwiska*


Dziwne czasy nastają, złe czasy...
Pamiętam, że będąc nastolatką namiętnie wczytywałam się w wiersze polskich poetów, powstałe parę lat przed wybuchem drugiej wojny światowej. Zdumiewało mnie, jak wyraźnie ludzie ci potrafili przewidzieć nastrój nadchodzących lat, jak bardzo się ich obawiali i jak silny był ich pesymizm co do przyszłego rozwoju wydarzeń. Z dziecięcą jeszcze naiwnością potrafiłam zadumać się nad kasandrycznymi wizjami, które współcześni poetom z pewnością uznawali za bezpodstawne smęcenie albo defetyzm a które jednak okazywały się prawdziwe.

Przepełniał mnie niczego jeszcze nierozumiejący ale już bezbrzeżny podziw dla spokojnego w obliczu bezsensownej wojennej śmierci Archimedesa z wiersza Antoniego Słonimskiego, lub też czułam zimny dreszcz grozy sunący wzdłuż mojego kręgosłupa na myśl, że już w roku 1934 Józef Czechowicz zawyrokował:
"brzęk wszerz niemieckiej krainy
do wisły doleci
a tam struny w fortepianach pękną".

Od tego czasu moje lektury zdążyły ulec znaczącej zmianie, ostatnio jednak coraz częściej wracam myślami do tych dziwnych, proroczych, być może nieco teatralnie przesadzonych utworów. Dzieje się tak, ponieważ uświadamiam sobie, że również i w mojej głowie zaczęły pojawiać się podobne myśli. I ja czekam, obawiam się, czuję zbliżającą się grozę, zło, bezmyślność, bezsens oraz strach.

Z tysiąca prawdopodobnych scenariuszy jeden nie daje mi spokoju...


Mając lat naście czułam oburzenie za każdym razem, kiedy spotykałam się z kategorycznymi deklaracjami czyjejś pewności co do własnych ewentualnych przyszłych zachowań.
"Ja na pewno zachowałbym się tak i tak a nigdy w taki sposób!"
"A skąd możesz to wiedzieć?"
"Bo znam siebie".

Uch, jak mnie to irytowało! Jakie to było butne, dziecinne a przede wszystkim oparte li i jedynie na pobożnych życzeniach osoby składającej deklarację [oraz na pochopnym doborze lektur; zawsze twierdziłam, że Trylogia Sienkiewicza bez równowagi w postaci Dżumy Camusa albo Na Zachodzie bez zmian ludzkiej duszy jest w stanie wyrządzić jedynie krzywdę]. Dziś jestem bardziej tolerancyjna wobec bezpodstawnych zarzekaczy, ponieważ rozumiem, skąd w nich mogą brać się podobnie silne przekonania i - przede wszystkim - brak mi pychy niezbędnej, ażeby osądzać drugą osobę. Szczególnie na podstawie nieistotnych w sumie przesłanek, jak jej marzenia czy miłość własna. Przecież wszyscy grzeszymy w ich względzie.

I ponieważ sama boję się tego, co z biegiem ostatnich lat wydaje się coraz bardziej nieuchronne, nie mogę nie podziwiać pewnej specyficznej grupy ludzi. Osób, które nie bały się odrzucić wszystkiego, co narzucała im ówczesna kultura, wychowanie i całe ich doświadczenie życiowe, byle móc zaangażować się w sprawę, w którą uwierzyły ich serca.


"Gdy nie dalej niż po półgodzinie przychodzi ponownie, Protassewicz jej nie poznaje. Bluza munduru jest, co prawda, za duża (zwłaszcza w ramionach), w spodnie należy zapewne wstawić parę klinów oraz je skrócić, a czapkę dobrać mniejszą (...) ale i tak efekt przechodzi najśmielsze wyobrażenia komendanta placu. Przede wszystkim dlatego, że dziewczyna prezentuje się w tym uniformie wypisz, wymaluj jak... chłopak!
Splecione w luźny warkocz włosy znikają pod maciejówką, kurtka od munduru maskuje wiotką kibić i nikt nie poznałby, że to panna na wydaniu. (...) trudno nie pomyśleć, że oto stoi przed nami rezolutny młodzieniec o delikatnej urodzie, a nie śliczna dziewczyna".
Wojciech Lubawski, Tomasz Natkaniec, Małgorzata idzie na wojnę, wyd. Znak, Kraków 2014, s. 171.

Studentki, żony, matki i dziewczęta, którym jeszcze niedawno myślały przede wszystkim o cenzurkach szkolnych, chłopcach z gimnazjum czy przystrajaniu kapeluszy. Lekarki, artystki, gospodynie domowe oraz szanowane damy z tak zwanego towarzystwa - w połowie roku 1914 odkrywały nagle, że nie straszne im niewygody, głód i chłód, perspektywa codziennego pokonywania własnych ograniczeń oraz stawania twarzą w twarz ze śmiercią. Kończyły kursy strzeleckie, sowicie opłacały krawców oraz szewców, aby bez zbędnych pytań zdjęli z nich miarę na mundur czy buty wojskowe a jeżeli kolejny fryzjer zanosił się łzami i odmawiał ścięcia pięknych kobiecych pukli radziły sobie same, maszynką lub brzytwą goląc włosy przy samej skórze. Wszystko po to, by stać się kurierkami, sanitariuszkami, aprowizatorkami lub zwiadowczyniami; w końcu trafiały również na linię frontu. Jeżeli któraś usłyszała, że "dla kobiet broni nie mamy", kierowała się gdzieś indziej lub wracała po chwili jako... Kazik, Alfred, Leszek, Zygmunt czy Stanisław. :D
"Jak obywatelka chce zginąć, to zapraszam do mojego batalionu".

Zazwyczaj nie miały nic przeciwko. ;D Liczyły się przecież z taką możliwością.

Legionistki Piłsudskiego, strzelczynie, nieustraszone żołnierki. O nich chcę dziś opowiadać, w czym pomoże mi pewien zapach. Bo to wciąż, wbrew pozorom, jest blog o perfumach a niniejszy tekst powstaje jako coś na kształt recenzji jednych z nich. ;) Zapach ten jest męski, jak męskim uważano powołanie, odczuwane przez owe niezwykłe kobiety.

Héroïque marki Rancé, współczesny rzut oka w dawną epicką, barwną przeszłość.


Kiedy dwa czy trzy miesiące temu szukałam sposobu na własną interpretację pachnidła czułam, że nie satysfakcjonuje mnie przygotowana przez markę napoleońska narracja. Była po pierwsze nudna, po drugie kompletnie nie potrafiła do mnie przemówić, w odróżnieniu od powiązanego z nią aromatu. ;) I dopiero, kiedy myślałam, jakim zapachem uczcić dzisiejsze święto, wszystkie klocki w mojej głowie ułożyły się we właściwych miejscach.
Toż to klasyczne, nowoczesno-paprociowe męskie perfumy, którym kobieca skóra nadaje nieco innego znaczenia! Trochę vintage, trochę gładki indywidualista (a w istocie sprytny naśladowca) a trochę poeta, marzyciel i... żołnierz. Lub raczej żołnierka, ponieważ dopiero w zetknięciu z kobiecym ciałem Héroïque ubiera mundur. :)

Rozpoczyna się wyraźnym i przejmującym, czysto-suchym akordem niesłodkich cytrusów w stylu retro, naturalnych olejków wyciśniętych ze skórek owoców a dyskretnie otoczonych przez wytrawne zioła tudzież matowe nuty drzewne. Z czasem jednak mieszanina łagodnieje.


Cytrusy stopniowo rozpływają się w kremowych sokach innych owoców; w ananasie i czarnej porzeczce, które to przecież okazują się jednymi z wyznaczników współczesnej paprociowości, łagodząc męskie perfumy, kobiecym dodając cielesnego, ziołowego lub nawet industrialnego charakteru, zaś w uniseksach układając się w delikatny, nie tolerujący brutalności pomost między pozostałymi frakcjami nut.
Tutaj obu fruktom towarzyszy miękka, sucha, jakby nostalgiczna drzewność czy delikatna, poetycka kwiatowość, niekiedy tylko ubrudzona ciemnym i tłustym dziegciem. Zazwyczaj jednak drzewna świeżość brzozy pojawia się w Héroïque pod postacią chłodnego jasnego promienia, jak w dawnym Cuir de Russie od L.T. Piver. Tuż za nią meldują się śmietankowy sandałowiec, ciemna, szlachetna dębina oraz miękkie, drzewne piżma. Jak również suchy chociaż dyskretny, syntetyczny mech dębowy. I wanilia. I zdawałoby się niewinne ambrowe złocistości.
Lecz to tylko pozory.


Naprawdę w Heroicznym - lub raczej w Heroicznej - bez trudu dostrzegam przebojowość, odwagę, co nieco tupetu czy żywy humor. Żadna z tych cech jednak nie krzyczy, nie domaga się uwagi za wszelką cenę, nie ma w sobie nic z neurotycznej histeryczki.
To stanowczość (stereo)typowo kobieca, nie wymuszająca przemocą ale nakłaniająca ku sobie za pomocą rzeczowych i systematycznych namów, szelmowskiego podstępu czy też zaraźliwego entuzjazmu i wiary we własne siły, przed którą inni po prostu muszą się ugiąć. ;)
Oto cisza i wdzięk, w których tkwi prawdziwa Moc. Niech więc zadrżą wrogowie! ;)

Kiedy trzydzieści lat po utworzeniu Legionów Piłsudskiego, w październiku 1944 roku w jednej z willi podwarszawskiego Ożarowa Mazowieckiego toczyły się pertraktacje, dotyczące warunków kapitulacji powstania warszawskiego, jednym z postulatów polskiej strony było zapewnienie walczącym w powstaniu kobietom pełnego statusu jeńców wojennych. Naziści nie chcieli się zgodzić.
Argumentowali, że wymagałoby to utworzenia żeńskich obozów jenieckich, co przecież nie jest możliwe, ponieważ polscy powstańcy - choć jest wśród nich sporo kobiet, szeregowych żołnierek - nie mogą przecież dysponować odpowiednią liczbą podoficerów i oficerów płci żeńskiej, niezbędnych z prawno-administracyjnego punktu widzenia. Nie mieli racji.
Nie przewidzieli, nie pomyśleli albo nie wiedzieli, że i do tej walki po raz kolejny włączyły się kobiety. I to bynajmniej nie nowicjuszki, lecz pełnoprawne żołnierki, które doświadczenie bojowe (z oficerskimi szlifami włącznie) zdobywały już w pierwszej wojnie światowej a umocniły w wojnie polsko-bolszewickiej roku 1920.

Więc to właśnie im, uwiedzionym wizją odradzającej się Polski, snutym przez byłego komunistycznego terrorystę [oraz jego feministyczną żonę ;) ] patriotycznym wariatkom i marzycielkom, zawdzięczamy istotny wkład do pełnego równouprawnienia płci w walce. Jakkolwiek to brzmi.
Moje dzisiejsze Heroiny.


Rok produkcji i nos: 2015, anonimowa osoba pod auspicjami Jeanne Sandry Rancé

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, na których skórze jednak szybko milknie i niknie (choć i tak nie jest zbyt śmiały), zmieniając się w blade widmo samego siebie. Lub raczej - wcielenie słynnego Aventusa marki Creed, do którego Héroïque faktycznie jest podobne. Jednak nie identyczne, tylko bardziej gładkie, przejrzyste i spokojne, mniej hałaśliwe, liryczno-refleksyjne.
Jak wspomniałam w nawiasie, omawiana dziś mieszanka charakteryzuje się skromną projekcją, niechętna do odstawania od ludzkiego ciała w czymś wyraźniejszym niż wąska, jasna ale delikatnie opalizująca aura [poważnie: w moim synestetycznym odbiorze ten zapach mieni się bielą ale i opalizuje, jako chyba jedyny ze wszystkich, które dotąd poznałam :) ]. W związku z czym idealnie pasuje na wszystkie okazje, jakie tylko sobie wymyślimy, włącznie z najbardziej oficjalnymi i poważnymi. I nawet fakt, ze mieszanina gęstnieje nieco w naprawdę ciepłym powietrzu, niczemu tu nie przeszkadza.

Trwałość: najsłabszy punt kompozycji, która nie potrafi utrzymać się na skórze dłużej, niż trzy do czterech godzin plus trudny do zdefiniowania okres zamierania (który jednak nie może być dłuższy, niż kolejne półtorej do dwóch godzin).

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka (oraz inne cytrusy), czarna porzeczka, ananas, jabłko
Nuta serca: paczuli, jaśmin, róża, brzezina
Nuta bazy: drewno tekowe, mech dębowy, akord ambrowy, wanilia, jasne piżma
___
Dziś noszę Panią Walewską Classic od Miraculum. Patriotycznie! ;D

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.polskieradio.pl/8/405/Artykul/721273,Nieznana-armia-polskich-kobiet
2. https://pl.wikipedia.org/wiki/Orl%C4%99ta_Lwowskie#/media/File:Orleta_-_obrona_cmentarza._Wojciech_Kossak.jpg
3. http://ciekawostkihistoryczne.pl/2014/03/08/zapomnij-o-legionistach-te-dziewczyny-wywalczyly-polsce-wolnosc/
4. http://wyborcza.pl/51,75475,10345180.html?i=0 [Autor: Marcin Stępień]
5. https://sienio.wordpress.com/tag/1920-bitwa-warszawska-3d/
6. http://stopklatka.pl/multimedia/100866,osoba,179388,karolina-chapko#galeria
7. https://sienio.wordpress.com/tag/1920-bitwa-warszawska-3d/

* Tytuł jednego z rozdziałów książki Stanisława M. Jankowskiego Dziewczęta w maciejówkach, opowiadającej o legoinistkach Piłsudskiego.
Chociaż, czy aby na pewno rzeczywiście lepszy? W końcu, jak przykładowo wyznaje w jednym z wielu cytatów opracowania była żołnierka: "Starszy sanitariusz Zdziarski [...] to nikt inny tylko pisząca te słowa medyczka Zdziarska Maria, która nigdy nie ubierała się po męsku i nigdy nie zmieniała końcówki swego nazwiska. Dlaczego więc w rozkazie oficjalnym zmieniono ową końcówkę, zacierając fakt, że i kobiety umiały zasłużyć na pochwałę wojskową, jeśli chodziło o obronę własnego kraju?".
Co przypomina mi, przytaczany jako dowcipne dziewiętnastowieczno-orientalne dziwactwo i anachronizm, przykład z hollywoodzkiego filmu oraz książki pt. Anna i król, w której do brytyjskiej guwernantki dzieci króla Syjamu tamtejsza etykieta dworska nakazywała zwracać się w rodzaju męskim. Zgodnie z nią kobieta nie mogła pełnić równie wysokiej funkcji, zatem zaistniały ewenement należało oficjalnie traktować tak, jak mężczyznę.
Stąd wniosek, że przeszłyśmy, moje Drogie, znacznie dłuższą drogę, niż nam się wydaje. :) Uwagę tę kieruję przede wszystkim do tych z Was, które nie uważają się za feministki - ku nauce i uświadomieniu, że nawet możliwość pracy i w ogóle aktywności pozadomowej pod własnym nazwiskiem wcale ale to wcale nie jest kwestią oczywistą. Nie, jeżeli było się kobietą.

sobota, 5 lipca 2014

Nic się nie zmienia, lecz wszystko jest inne*

W książce Dany Thomas Luksus. Dlaczego stracił blask opis rzemieślniczej, pieczołowitej produkcji jednej skórzanej torebki zajmuje bite sześć stron. Daje to niejakie wyobrażenie o tym, jak skomplikowany jest proces tworzenia skórzanej galanterii wedle zasad sztuki, niezmienionych od stuleci. Ile trzeba włożyć weń zaangażowania, wysiłku, czasu i - niestety, tak - pieniędzy.

Tu nie da się zbyć klienta byle czym ani też zaimponować mu bez wysiłku. To nie H&M - ani nie Dolce&Gabbana a nawet i nie Gucci. To nie zabawa w "nabijmy klienta w butelkę i zamydlmy mu oczy mirażem luksusu". Liczy się styl, iście zegarmistrzowska precyzja ("Jeżeli rączka nie jest doskonała, nie jest też doskonała cała torba"), pewność.
Innowacyjność jest mile widziana ale nie wtedy, kiedy nowe rozwiązania stoją w sprzeczności z głębokim szacunkiem dla tradycji. Wtedy nie ma dla nich miejsca.

O jakiej firmie mowa?


Myślę, że każdy może się domyślić. ;) Mnie jej nazwa dziś do niczego się nie przyda; chciałam tylko zasugerować ograniczenia, jakie wiążą się z tworzeniem toreb i kufrów podróżnych zgodnie z zasadami i wzorami sprzed lat. Pokazać, że nie jest łatwo. Że kiedy ważniejsza jest precyzja niż wydajność, nowoczesność idzie w odstawkę [bo jak wygląda współcześnie masowa produkcja toreb, rękawiczek czy nawet siodeł? Taśma produkcyjna, noże, ciach! Nieczysty krój i byle jakie szycie - o ile nie klejenie, śrubki z aluminium zamiast nitów lub gwoździków z miedzi czy srebra, wkładki usztywniające z plastiku czy tektury zamiast skórzanych... Wymieniać można w nieskończoność ale po co, skoro większość z nas posiada właśnie takie, byle jak wykonane torebki czy plecaki?]. Że wzrost zysków wcale nie musi być jedynym i najważniejszym kryterium rozwoju firmy [zresztą powyższe zdanie warto też rozciągnąć na rozwój i bogacenie się ludzi. :) ].
Że najtrudniej jest dziś stworzyć takie skórzane utensylia, które w niczym nie chciałyby uchybić zwyczajom z dawnych lat.

Nie inaczej będzie ze skórzanymi perfumami. :D


Na dobrą sprawę znam jedynie dwa zapachy skórzane o klimacie tak bliskim dziełom vintage, jak to tylko możliwe - ale jednak współczesne: l'Aigle de la Victoire od Rancé 1795 oraz Fetish pour Homme marki Roja Dove. Charakterystyczne, że oba zapachy skierowano do mężczyzn, jakby kobietom klasyczne, skórzane perfumy nie mogły przypaść do gustu. Jakby były dla nas obce.
O, jakże wielka to pomyłka!

Choć oba pachnidła są idealne dla mężczyzn - i ani mi w głowie zaprzeczać ich męskości - to przecież niepodobna, by nie zakochała się weń kobieta ceniąca stylistykę vintage. W obu przypadkach przy pierwszym zetknięciu z mieszaniną, moje serce zabiło żywiej a w głowie pojawiła się myśl: "to jest to!" :)
Wielce tajemnicze ale nieodzowne dla zachwytu "to coś". ;)

Reakcje były do siebie tak bardzo podobne, ponieważ oba zapachy również dzieli niewiele. Zaledwie drobne szczegóły; co jednak nie znaczy, iż trudno byłoby je rozróżnić. Wprost przeciwnie: choć zarówno Orzeł, jak i Fetysz współdzielą gęsty, dymny i zmysłowy charakter, chociaż w obu najważniejsze role trafiły się skórze w otoczeniu woni cielesnych lub balsamicznych, to przecież każdy z soczków cechuje własny, oryginalny styl.


Ech, mam wrażenie, że trochę zbyt namieszałam z wyjaśnieniami... Chodzi o to, że pokrewieństwo między obiema kompozycjami zasadza się na głównym składniku, czyli ciemnej, wiekowej, szlachetnej skórze oraz wytrawnym, eleganckim chociaż zmysłowym klimacie ale różnice dają się zauważyć dopiero w niuansach.

I tak: l'Aigle de la Victoire okazuje się pachnidłem bardziej satynowym, gładkim, chwilami może nawet maślanym; zbudowanym na kontraście między akordami drzewno-zwierzęcymi a skoncentrowanymi aromatami ziół, między cieniem i ciepłymi dymami a czymś chłodnym i odświeżającym, dla niepoznaki tylko skrytym za tymiankiem czy liściem wawrzynu. Rozkład sił może to dziwić, kiedy spojrzymy na spis nut ale takie są fakty. Gęstość i urok Orła nie podlegają wątpliwości ale wspomniane lekkość, chłód i maślana gładkość dowodzą, że odzianemu weń dżentelmenowi nieobcy jest flirt z nowoczesnością. :)


Natomiast Fetish pour Homme, jakby wbrew swojej nazwie, jest dziełem daleko bardziej klasycznym, stonowanym, ciepłym ale nie spokojnym tudzież pozbawionym charakteru. Tak zaznacza się szyprowy charakter wody, jej pikanteria, zwierzęce konotacje ale i lekkość cytrusów potraktowanych identycznie, jak w męskich klasykach sprzed lat.

Teoretycznie więcej tu zadziorów, nut ciemniejszych i bardziej animalnych niż w gładziutkim Orle, jednak przenikające mieszankę na wskroś miękkie, trochę nierzeczywiste światło, szyprowa przestrzeń i zadziorność znakomicie równoważy wszelkie mroki i ponuractwo. :) Jest bogato ale nienachalnie. Z Duszą przez duże D.
Fetish to zapach niejednoznaczny i nieźle skomplikowany; zupełnie, jak żywy człowiek [że o ograch i cebuli ledwie wspomnę ;) ]. Jest tu i wspomniana ciemna zwierzęcość, i żywice, iskrzące się w słońcu cytrusowe soki ale też rozgrzewające zamorskie przyprawy; ambra i labdanum ale również suchy i gęsty srebrzysty mech dębowy. Oraz parę innych składników, które jednak trudniej rozpoznać. Najważniejsza jedna, podobnie jak w l'Aigle de la Victoire, pozostaje skóra: ciemna, dymna, nasycona, wyraźna przez wszystkie stadia rozwoju pachnidła.
A mimo to, nie zważając na gęstość i nasycenie kompozycji, Fetish pozostaje dziełem pogodnym i pełnym wdzięku, choć też nieco zdystansowanym. Lecz jak go nie pokochać? :)


Rancé, l'Aigle de la Victoire

Rok produkcji i nos: 2013, Jeanne Sandra Rancé

Przeznaczenie: pachnidło skomponowane dla mężczyzn, o sporej sile rażenia i sillage, które jednak z czasem maleje zmieniając się w swobodną aurę.
Na okazje formalne lub takie, do których będzie nam pasować. Jest to (kolejne z wielu) dzieło raczej dla osób o ściśle określonych upodobaniach aniżeli odpowiednio wysokiej zawartości testosteronu w organizmie. ;) Świetny na każdą pogodę, może za wyjątkiem najgorszych upałów [ale już tak do dwudziestu pięciu, góra trzydziestu stopni Celsjusza Orzeł sprawdza się znakomicie].

Trwałość: spokojnie dobija do pół doby a nawet dalej

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: liść laurowy, bergamotka
Nuta serca: tymianek, brzezina, labdanum, paczuli
Nuta bazy: wetyweria, kadzidło, skóra, oud


Roja Parfums, Fetish pour Homme

Rok produkcji i nos: 2012, Roja Dove

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, choć - powtarzam - pasujący bardziej do specyficznych upodobań skóro- i retrolubów, niż do sztywnej klasyfikacji dżenderowej. :) Choć pewnie z czysto statystycznego punktu widzenia częściej sięgną poń Panowie niż Panie.
Tworzy mocny i gęsty ślad, stopniowo skracający swoją długość aż zmieni się w przyjemną, bliską ciału ale gęstą aurę. Jeżeli zaś chodzi o pogodę, to stosuje się doń zastrzeżenie z analogicznego podpunktu piętro wyżej. ;)

Trwałość: od dziesięciu godzin do prawie doby [a mam na myśli wodę perfumowaną; aż strach pomyśleć, jak czepliwy musi być męski Fetish w wydaniu czystych perfum! :D ]

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana (a także szyprowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, limonka, cytryna
Nuta serca: figa, neroli, fiołek, jaśmin
Nuta bazy: wetyweria, cynamon, kardamon, pieprz, elemi, benzoes, paczuli, wanilia, mech dębowy, skóra, szara ambra, labdanum, piżmo
___
Dziś Baab Al Habayeb marki Ard Al Zaafaran. [Nie pytajcie mnie jednak, co dokładnie znaczą te nazwy. ;P ]

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://leatherboundbooks-richmahogany.tumblr.com/post/26216061962/louis-trunks-are-awesome
2. http://www.pinterest.com/pin/423056958715850327/
3. http://www.pinterest.com/pin/531002612285682386/
4. http://tartanscot.blogspot.com/2011/11/sunday-runway-colours-of-autumn.html

* Tytuł recenzji to jedno z haseł reklamowych marki przywołanej we wstępie. :D Pasuje idealnie do obu recenzowanych dziś zapachów ale kompletnie nie przystaje do ogółu współczesnego perfumiarstwa. ;>

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Słodkie kwiecie pastelowe

Znów "na tapetę" trafiła epoka, której nie znoszę; i to wydaniu, które uznania nie zyskało. No kurczę, o ile nie dorobię sobie jakiejś karkołomnej teorii (jak do mego ulubionego dzieła Cacharel), dziewiętnastowieczne nawiązania kojarzę niezbyt przychylnie. To chyba najpoważniejsze uprzedzenie, jakie we własnym charakterze odnotowuję. ;)
Dziś mam złe skojarzenia z zapachem perfum Eugénie marki Rancé. :)


Ich pierwotna wersja miała powstać specjalnie dla tej pani po lewej, czyli Eugenii de Montijo, żony Napoleona III, cesarzowej Francji. Kobiety słynącej z urody, świetnego rozeznania w sprawach mody oraz z angażowania się w feralne przedsięwzięcia polityczne [z których nieszczęsne usadzenie na cesarskim tronie Meksyku Maksymiliana Habsburga, brata Franciszka Józefa oraz wojna francusko - pruska są chyba najbardziej znane w świecie].

Eugenia była bez wątpienia barwną postacią, więc trudno uwierzyć, by perfumy sprzedawane dziś pod jej imieniem, wiernie oddawały charakter cesarzowej. Choć z drugiej strony...
Moja dzisiejsza bohaterka pozostawała wszak wiernym dzieckiem swojej epoki; oskarżana o oziębłość seksualną, nie mogła nie wiedzieć o licznych romansach małżonka. Co było przecież takie naturalne... W końcu to wiktoriańskie podręczniki dla dobrych żon nauczały, w jaki sposób "powściągać męskie chucie" oraz jak postępować, gdy wszystkie opisywane metody zawiodą (leżeć sztywno jak kłoda w nadziei, że mąż szybko się zniechęci - POWAŻNIE!).


Programowej dziewiętnastowiecznej schizofrenii, zdecydowanie zbyt często ocierającej się o galopującą hipokryzję w dużej mierze zawdzięczamy współczesne (jakże bzdurne!) wizje "wojny płci": oto są sobie dwa światy, zupełnie do siebie nieprzystające, męski i kobiecy, a ich przedstawiciele - szczególnie we własnym gronie - uważają tę drugą grupę za osoby słabowite na umyśle, mocno ograniczone [co dotyczy także stereotypowej kobiecej wizji mężczyzn - kto choć raz czytał gazetkę typu Glamour, to wie ;) ].
A o, wynikającej z powyższego dwójmyślenia, dziewiętnastowiecznej pandemii chorób wenerycznych ledwie wspomnę, bo blog o perfumach nie jest miejscem stosownym do wylewania żółci, za której napływ odpowiadają idiotyczne realia dawnych epok. ;)

Jednak muszę odpowiedzieć, jaki jest bezpośredni związek pomiędzy środowiskiem ostatniej cesarzowej Francji a perfumami Rancé.
Otóż Eugénie to dość wyraźne potwierdzenie ówczesnej struktury społecznej, z podziałem mężczyzn na "birbantów", czyli ówczesnych playboyów i "pantoflarzy" a kobiet na "anioły" i "ladacznice". Dla tej pierwszej z kategorii kobiet perfumiarsko przeznaczono wszystkie lekkie kwiaty i owoce, drugiej pozostawiając wonie "kurewskie" czy "babciowe".
Eugenia to dobra żona, szacowna matrona, kobieta o zgwałconej osobowości. Pewna moja znajoma przyznała się kiedyś do stworzenia teorii, w myśl której wszelkie "oziębłe" kobiety to te, które stłumiły przyrodzoną zmysłowość, próbując zaprzeczyć istnieniu wszelkiej energii erotycznej. A miały to robić w wyniku osobliwego samogwałtu mentalnego, mającego za wszelką cenę postawić je w opozycji do figury "kurwy". Cóż, za każdym razem, gdy czytam o XIX wieku czy wącham choćby Eugénie, to jestem skłonna przyznać znajomej całkowitą rację.

Bo cóż mam powiedzieć o miksie owocków, z melonem (którego w perfumach nie trawię) i marakują na czele, do których z czasem dołączają osłodzone kwiatki, wykastrowane z całej ich mocy, skrócone o zmysłowość, pozbawione dusznego czaru? Jak można było zrobić COŚ TAKIEGO jaśminowi czy róży, które z reguły grzecznie się na mnie nie układają, a w rzeczonym przypadku zostały poddane serii intensywnych elektrowstrząsów, po których nie mają siły nawet do mnie mrugnąć?? No, jak, ja się pytam? Choć są wyczuwalne, to tak je uładzono, do takiego stopnia pozbawiono wszelkich kantów, fałd, naleciałości, że z ich pierwotnego charakteru nie zostało nic.
Nawet baza aromatu, chociaż zdecydowanie bardziej orientalna, nadal pozostaje mdła i przywalona tonami pudru irysowego; pastelowa do zgonu, perwersyjnie "słodziutka", notorycznie niewinna.

Uwaga, teraz będzie nieco drastycznie; osoby wrażliwe i/lub obdarzone żywą wyobraźnią proszone są o ominięcie akapitu!
Podobno w domach publicznych świadczących usługi o charakterze pedofilskim szczególnym "wzięciem" cieszą się dziewczynki "jeszcze nietknięte", którym po każdym, obficie opłaconym, stosunku restauruje się błonę dziewiczą. Dzieci o niewinnym wyrazie twarzy, urocze blondyneczki o dużych błękitnych oczach mogą "udawać" dziewice przez wiele lat do czasu, aż zaczną rosnąć im piersi. Wówczas jednak ich stan psychiczny często jest tak podły, iż jest im już wszystko jedno, jak dalej potoczy się ich życie. Nieszczęśliwe dzieci w permanentnej depresji, konsumowane przez okrutnych dorosłych; coś przeczącego wszelkim normom moralnym, chora perwersja niewinności - tym jest dla mnie Eugénie.

Za zaletę omawianych perfum niech będzie poczytana wysoka jakość ich składników; ponieważ nie wyczuwam w Eugenii nawet cienia laboratoryjnej syntetyczności. Cała jej słodycz i owocowość płyną z natury, dzięki czemu odrazę budzi wyłącznie dzięki skojarzeniu, nigdy z racji niskich standardów wykonania.
Lecz czy to wystarczający powód, by Eugenię rehabilitować? Nie w moich oczach.


Rok produkcji i nos: 2006, François Rancé

Przeznaczenie: zapach kobiecy, pudrowy, delikatny; trudno powiedzieć dla kogo tak, by nikt nie poczuł się urażony. ;)

Trwałość: od trzech do sześciu godzin, więc mogłoby być lepiej.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuty głowy: marakuja, melon, mandarynka, konwalia, bergamotka
Nuty serca: magnolia, kwiat pomarańczy, brzoskwinia, jaśmin, róża
Nuty bazy: sandałowiec, irys, ambra, wanilia, mech dębowy, wetyweria
___
Noszę Standard, czyli wspólne dziecko firm Artek i Comme des Garçons. :)

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z commons.wikimedia.org
Na pierwszej widzimy cesarzową Eugenię z synem; na fotografii zaś - z mężem.