poniedziałek, 3 marca 2014

Wspomnienia z podróży ku dorosłości


Emerald Reign, Diaghilev, prawie gotowe recenzje Love is in the Air oraz Benevolence - strasznie luksusowo się tu ostatnio zrobiło. A przecież wiedźmom luksus nie pasuje i nudzi je. :D Luksus demoralizuje. Dlatego koniec tego dobrego!

Dziś trzeba koniecznie pochylić się nad czymś z niższej półki cenowej. Chociaż czy na budzącego odmienne od wspomnianych woni skojarzenia...?


Na pewno będzie bardzo międzynarodowo lub raczej podróżniczo: szwedzka marka, norweska muzyka, włoskie (konkretnie toskańskie) krajobrazy a na dokładkę polska recenzja. :) Zapowiada się całkiem niezła przygoda i - prawdę mówiąc właśnie na nią możemy liczyć. Szczególnie, jeżeli ktoś darzy sympatią pachnidła ciepłe, przytulne, spokojne choć zamaszyste i bardzo, bardzo kobiece.
Właśnie taki jest największy obecny klasyk marki Oriflame, Giordani Gold.

Kompozycja współcześnie kojarzona z dojrzałymi, świadomymi użytkowniczkami oraz okazjami bardziej oficjalnymi w moim mniemaniu wydaje się dziełem znacznie bardziej uniwersalnym. Bo to, moi Drodzy, klasyczny kwiatowiec jest. Znakomicie skonstruowany, poprowadzony z wyczuciem od wibrującej, kwiatowo-cytrusowej, lekko korzennej słodyczy otwarcia przez kaszmirową elegancką przytulność bukietu białego kwiecia w sercu aż po subtelną, drzewno-kwiatową, nieco pudrową pastelowość bazy. Giordani Gold to pachnidło klasyczne, dalekie od spektakularnych fajerwerków czy odważnych decyzji ekscentycznych twórców; tu postawiono na bezpieczną przewidywalność a także tradycyjny, trójstopniowy rozwój. Liczy się przede wszystkim przewidywalna, odejmująca lat zjawiskowość oraz glamourowy rys dostępny na co dzień, w bezpiecznym (bo niewidzialnym :) ) perfumowym wcieleniu.


Jak pewnie widzicie, nie jest mi łatwo pisać o tych perfumach. Nie tylko dlatego, że pojawił się kłopot z ujęciem w słowa przebiegu nut zapachowych ponad to, co już zdążyłam uwzględnić ale także z racji silnej więzi emocjonalnej z omawianą mieszaniną.

Znam ją bowiem od co najmniej kilkunastu lat - kiedy istniała jeszcze jako "po prostu" Giordani i była kompozycją znacznie ciemniejszą, bardziej zmysłową oraz mocniejszą, z bardziej podkreślonymi akordami sandałowca, tuberozy, lilii a także goździka, które nadawały całości tego niezwykłego, orientalno-korzennego sznytu. W swoich kolekcjach - lub wręcz jako ten jeden jedyny signature scent - posiadała Giordani chyba połowa kobiet z mojej rodziny. ;) Jako nastolatka dorastałam w częstym towarzystwie tego ciepłego, miękkiego, kwiatowego i niezwykle charakternego zapachu. Czasem nawet zastanawiam się czy moja, zaledwie parę lat późniejsza, głęboka miłość ku Anaïs Anaïs marki Cacharel nie była pośrednio wynikiem silnego wpływu bestselleru od Oriflame. :) Wszak obie wody łączy archetypiczna wręcz kobiecość - z pozoru mocno stereotypowa ale w istocie będąca sprytnie zakamuflowaną Mocą - zaklęta w mnogości białych kwiatów i pyłkowo-złocistych, miękko oświetlonych nut drzewnych na łagodnym niby-animalnym podłożu. To bardzo możliwe, nie sądzicie?


W każdym razie, choć ostatecznie okazało się, iż mnie samej nie całkiem po drodze z Giordanim, to przecież wciąż czuję doń ogromny sentyment; i w dalszym ciągu podczas rodzinnych spotkań miewam okazję sprawdzenia, jak też sprawuje się współczesne wcielenie tych perfum. :) Co się okazuje?
No cóż, wyraźnej zmianie uległ nie tylko flakon ale i, przede wszystkim, jego zawartość. Obecnie jest znacznie jaśniejsza, spokojniejsza, bardziej pastelowa oraz waniliowo-białopiżmowa, słodka aniżeli pachnidło sprzed lat. Dzisiejsze Giordani Gold nie ma aż takiej mocy zaś "efekt ach!" może budzić co najwyżej przez pryzmat wspomnień. Jednak duch perfum w dalszym ciągu pozostał niezmieniony a ciało, aczkolwiek znacznie odmłodzone, wciąż trzyma się na tym samym szkielecie oraz tych samych co i kiedyś mięśniach [no to pojechałam z porównaniem, nie ma co! ;) ].
Nadal może budzić sympatię oraz całe mnóstwo ciepłych uczuć.

W zasadzie niepokoi mnie jedno: według najnowszych internetowych doniesień pojawiły się kłopoty z dostępnością pachnidła. Oficjalnie go nie wycofano [póki co] ale mimo to zarówno konsultantki, jak i sklep internetowy marki nie realizują nań zamówień. Czy to chwilowe kłopoty? Oby.
Głupio byłoby, gdyby Oriflame postanowiło uśmiercić Legendę. A także ważną część moich zapachowych wspomnień. :)



Rok produkcji i nos(y): ?? [przełom XX i XXI wieku?], Bernard Ellena oraz Nathalie Feistauer

Przeznaczenie: pachnidło stworzone dla kobiet, w dalszym ciągu charakteryzujące się sporą, kilkunastocentymetrową projekcją, oraz zostawiające za sobą ślad, z czasem oczywiście redukujące się do ciepłej, niezbyt silnej aury by ostatecznie osiąść na samej skórze.
Na naprawdę wszystkie okazje.

Trwałość: kiedyś była lepsza. ;P Dziś jest to jakieś siedem-dziesięć godzin, więc i tak nie ma powodu do narzekania.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa

Skład:
[podaję wg aktualnie obowiązującej rozpiski]

Nuta głowy: cytryna, mandarynka, pomarańcza
Nuta serca: biała lilia, kwiat pomarańcz, jaśmin
Nuta bazy: paczuli, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.travellerspoint.com/community/photography/the-best-travel-photos-of-2012/
2. http://magazyndrogeria.pl/karnawal-z-marka-oriflame
3. http://www.jules-photographer.com/tuscany-wedding-photography/autumn-wedding-in-tuscany-tea-ceremony/

niedziela, 2 marca 2014

Wiedźma w politycznym kotle

Pamiętacie TEN wpis o zadziałaniu, nim w świetle prawa zostaniemy ograbieni z ważnego elementu europejskiej kultury? Wspominałam w nim o poświęceniu kilku godzin na swój prywatny maraton pisania listów do europosłów z mojego regionu, jak również do Komisji Europejskiej. Wszystkie wiadomości wysłałam na adresy mejlowe dostępne na oficjalnych wizytówkach posłów w portalu Parlamentu Europejskiego.


Posłużyłam się również stroną Komisji Europejskiej, pisząc zarówno na oficjalny adres korespondencyjny instytucji, jak i do jej regionalnego przedstawicielstwa. Znajdziecie je bez trudu po uprzednim szybkim skorzystaniu z wyszukiwarki internetowej, więc pozwólcie, że daruję sobie szczegóły.

Powrócę zatem do europosłów. Zgodnie z wyszukiwarką Parlamentu oraz z Wikipedią, mój okręg wyborczy (nr 12 czyli dolnośląsko-opolski) w kończącej się właśnie kadencji reprezentuje w Brukseli pięć osób:


Każdy z tej listy 19 lutego 2014 roku otrzymał ode mnie, opatrzoną prowokacyjnym tytułem, wiadomość [Ryszard Legutko nawet dwie, ponieważ  na jego wizytówce pechowo widniały dwa różne adresy korespondencyjne ;) ]. W sumie wysłałam więc osiem wiadomości: sześć do europosłów (w tym dwie do jednej osoby) oraz dwie do różnych organów Komisji Europejskiej.

Otrzymałam jedynie dwie odpowiedzi, obie wysłane 25 lutego br. Ich nadawcami  - oczywiście niebezpośrednimi, od sprawdzania takich rzeczy są asystenci - okazali się Lidia Geringer de Oedenberg (SLD i Grupa Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim) oraz Piotr Borys (PO i Grupa Europejskiej Partii Ludowej (Chrześcijańscy Demokraci)).
Poniżej zamieszczam skany obu tych mejli:



Jak widzicie, w obu wiadomościach przewija się wątek zachęty do udziału w konsultacjach społecznych choć obie proponują trochę odmienne drogi. Która może być skuteczniejsza? Tego nie wiem. :D


Dwie odpowiedzi na listy do siedmiu różnych osób lub instytucji, hmmm... Teoretycznie to niezbyt wiele ale kiedy weźmie się pod uwagę, że nie oczekiwałam odpowiedzi na żaden z moich listów, wówczas nawet takie okrągłe, oklepane formułki okazują się lepsze niż nic.
Dodam jeszcze tylko, że wszystkie pozostałe listy wg Gmaila nigdy nie zostały otwarte. Z czego można wysnuć wniosek, iż automatycznie trafiły do kosza, którego najwyraźniej nikt nie przegląda w poszukiwaniu zabłąkanych "wartościowych" wiadomości.
Listy od potencjalnych wyborców automatycznie trafiają do śmieci.. To daje do myślenia, nieprawdaż? ;>

I o ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć, że aktualnie Jacek "Niemcy mnie biją! 2" Protasiewicz ma na głowie znacznie gorętsze sprawy aniżeli korespondencja z byle kim...


...Ryszard Legutko najwyraźniej w dalszym ciągu woli obrażać licealistów niż nawiązywać dialog z zatroskanymi wyborcami, zaś Danuta Jazłowiecka jako działaczka z Opolszczyzny może nie mieć serca do odpisywania obywatelce Dolnego Śląska, to już brak jakiejkolwiek odpowiedzi na zapytania adresowane do Komisji Europejskiej srodze mnie rozczarował.
Przecież to właśnie oni są najwłaściwszym partnerem w tej dyskusji!

Jak myślicie, warto wysłać do KE kolejne listy? ;)

___
Dziś Benevolence marki House of Sillage.

P.S.
Niemal wszystkie ilustracje to skany ekranu mojego autorstwa ale już mem zaczerpnęłam STĄD.

sobota, 1 marca 2014

Bal na sto par, tydzień czwarty, zaangażowany


Na dzisiejszy bal zaprasza nas ten oto dżentelmen. Człowiek, któremu natura poskąpiła co prawda oczywistych talentów artystycznych, jednak nie ogromnego poczucia estetyki oraz potrzeby piękna. Nie mogąc stać się twórcą, został impresario muzycznym i twórcą jednej z najważniejszych grup baletowych XX wieku. Odkrywcą talentów nie tylko kolejnych wybitnych tancerzy płci obojga ale również mecenasem największych artystów minionego stulecia, z Igorem Strawińskim, Claudem Debussy, Henrim Matissem, Pablem Picassem, Mauricem Ravelem, Jeanem Cocteau czy Maxem Ernstem na czele.

Umówiłam się więc dziś na spotkanie z najprawdziwszym kołem zamachowym nowoczesnej europejskiej kultury, de facto jednym z "pośrednich twórców" neoklasycyzmu oraz kubizmu.
Oto przed nami Osobistość przez duże O, Siergiej Diagilew. :)


Zaś zespołem tanecznym, bez którego sporo z wymienionych artystów nie stworzyłoby wielu ze swoich najbardziej znanych dzieł, były powstałe w 1909 roku Ballets Russes, Balety Rosyjskie. Jednak to nie nimi chciałabym się zająć - ani nawet nie człowiekiem, bez którego trupa nigdy by nie powstała - lecz pachnidłem nazwanym na cześć słynnego rosyjskiego mecenasa oraz impresario: Diaghilevem, którego twórcą jest Brytyjczyk Roja Dove.

Aromat ten, istniejący wyłącznie w postaci niezwykle cennego ekstraktu, w niczym nie odstaje od innych olfaktorycznych dokonań marki, mających wedle słów twórcy "rzucać czar na nasze emocje i (...) sekretnie prześladujące nasze zmysły; [tworzę - przyp. WzP] zapachy, które chwytają nas za serce; zapachy, które mam nadzieję będą kochane i zapamiętane". [ŹRÓDŁO] I tak rzeczywiście jest!
Perfumy takie, jak Diaghilev tworzą w mojej głowie gotowe obrazy, które jednak okazują się na tyle złożone, iż nie sposób okiełznać ich w jednym krótkim, blogowym tekście. Miałabym spory kłopot z zawarciem tu całej opowieści, jaka rysuje się w moim umyśle, kiedy wwąchuję się w meandry omawianej mieszaniny. Powiem Wam więc, że jest to historia zdecydowanie nie z naszych czasów, skomplikowana ale o jednoznacznym przekazie, dźwięczna i wdzięczna, jeżeli tylko okażemy jej wystarczającą ilość uwagi.
Opowieść niby dobrze znana, niby oczywista w formie ale niepokojąca nas - leniwych ludzi przeestetyzowanego XXI wieku - pewnymi szczegółami, na które chętnie przymknęlibyśmy oko. To się jednak nie uda.
Trzeba patrzeć i rozumieć, aby móc docenić rzadkie dziś piękno.


Przy Diaghilevie szczególnie "trudny" może okazać się sam początek pachnidła, suchy i bardzo, barrrdzo kminowy. Sytuacji nie poprawia wyczuwalny już w tej pierwszej fazie, nieco maślany (dlaczego? dzięki jakim dodatkom?) cywet; wyraźny w tle staroświecki, bogaty bukiet kwiatów dopełnia obrazu ciepłej, staroświeckiej zmysłowości.
Nie zmienia się to i po kilkudziesięciu minutach, kiedy woń przyschniętego ludzkiego potu powoli roztapia się w chłodniejszym, troskliwie ukształtowanym akordzie skórzano-wetyweriowym, pozwalającym kwiatowemu bogactwu (ach, tuberoza! ach, heliotrop! ach, ylang-ylang i jaśmin!) obrać kurs na przyjemną, brzoskwiniowo-meszkową, ciepłą słodycz. Pojawia się i wanilia, i miks pikatno-gorzkich sproszkowanych przypraw, i krągła, niejadalna wanilia, i karmelowo-zamszowy benzoes, i lekko słone, złocisto-krystaliczne labdanum, i mech dębowy o niezaprzeczalnym naturalnym pięknie [na kolana, Unio! :P ] jak również esencjonalne drzewne balsamy. Wyczuwam wyraźną eugenolową szramę, przycinającą kwiatową słodycz niczym strzała oraz dodającą jej nieoczekiwanej, bardzo niestereotypowej świeżości. Wyczuwam staroświeckie paczuli i "urynalne" aspekty czarnej porzeczki; zauważam charakterystyczne, oleisto-ostro-puchate drzazgi sandałowca. Oraz wiele innych rzeczy. Lecz wiecie co?
To wszystko blaga. :>


W istocie Diaghilev poza pierwszą i ostatnią fazą przedstawia sobą obraz tak złożony, istne wielowymiarowe kłębowisko osób, zjawisk, doznań czy miejsc, że tak naprawdę nawet Aleksander Wielki nie zdołałby go rozplatać. ;) I bez oparcia w spisach nut bez cienia wątpliwości mogę tylko jedno - czuć. Zdać się na żywioł. Z błyskiem w oczach obserwować zawiłości, które słodycz kwiatów oraz cały, rozłożony na wiele godzin motyw cielesności, orientalną miękkość jak również rozgrzewającą energię przyprawowo-żywiczną jednocześnie jednoczy ale i antagonizuje. Spaja i skłóca jednocześnie.
Istnieje w świecie intensywnych emocji, życia przeżywanego najintensywniej, jak to możliwe.

Diaghilev zachwyca ale też wprawia w lekkie zakłopotanie całkiem, jak największe dzieła sztuki olfaktorycznej sprzed lat. Jak Mitsouko, Shalimar, Piątka Chanel czy Miss Dior sprzed kilku dekad. Stawia ludzi przyzwyczajonych do bledziuchnej transparentności przed koniecznością ogarnięcia - zmysłami ale i rozumem - całości, której pojmowanie przychodzi nam z coraz większym trudem.
Osłabieni świeżaczkami oraz delikatnością cudów nowoczesnej chemii nie potrafimy już zrozumieć dzieł bardziej złożonych; takich, gdzie poszczególne nuty nakładają się na siebie tak, jak malarz kładzie na płótno kolejne warstwy olejnej farby, chcąc osiągnąć dzieło w oddawaniu natury możliwie najbardziej finezyjne.
Jak w we współczesnych sztukach plastycznych, tak i w perfumiarstwie dziś cenimy przede wszystkim - abstrakcję. Wydmuszkową lekkość albo pseudozaangażowanie uporczywie udające Wielką Ideę; lichotę i marność wyzierające zza "dzieł" dalece umownych, że właściwie nie trzeba już silić się na próby ich zrozumienia [wystarczy opis autorów wystawy :P ]. Wszystkie tym wyraźniejsze, im mniej dany twór ma nam naprawdę do zaoferowania. We współczesnej sztuce perfumiarskiej również.

Diaghilev boleśnie uświadamia mi, co tracimy, potulnie godząc się na kolejne prawne ograniczenia swobody twórczej perfumiarzy. Gdybym mogła, wyniosłabym go na sztandary. A następnie ruszyła na barykady.
W rytmie marsza; ostatecznie wciąż mamy karnawał, zatem muzyka jest bardzo mile widziana. ;)


Rok produkcji i nos: 2010, Roja Dove

Przeznaczenie: zapach typu uniseks  znacznej mocy oraz sillage, z czasem redukującym się do gęstej, rozgrzewającej aury.
Na okazje, jakie chcecie; teoretycznie kosztowność perfum jak również ich imponująca projekcja sugerowałyby te najważniejsze, najbardziej uroczyste i wieczorowe, jednak skomplikowanie tudzież węchowa "trudność" mieszanki mogłyby w istocie wprowadzić niepotrzebną konsternację w nieuświadomioonym olfaktorycznie otoczeniu.
Zatem decyzja należy tylko do Was (czyli żadne novum :) )!

Trwałość: mordercza; od niecałych dwunastu godzin do ponad doby na włosach (spryskanych przez przypadek). Zapach zatrzymany na ubraniu przetrwał dwa prania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: pomarańcza, bergamotka, limonka, cytryna, estragon
Nuta serca: róża, fiołek, jaśmin, ylang-ylang, tuberoza, brzoskwinia, heliotrop, pąki czarnej porzeczki
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, benzoes, nasiona piżmianu, cywet, goździki (przyprawa), gałka muszkatołowa, labdanum, drewno gwajakowe, paczuli, mech dębowy, wetyweria, styraks, balsam peruwiański, wanilia, piżmo, skóra
___
Dziś Lolita Lempicka Midnight.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.theguardian.com/stage/2010/sep/12/sergei-diaghilev-and-the-ballets-russes
2. http://www.vam.ac.uk/page/d/diaghilev-and-the-ballets-russes/
3. http://www.theguardian.com/stage/2010/nov/20/ballets-russes-style-review
4. http://www.telegraph.co.uk/culture/art/art-features/7999849/Diaghilev-and-the-Golden-Age-of-the-Ballets-Russes-VandA-review.html

piątek, 28 lutego 2014

Kocie opowieści, czyli wyważanie otwartych drzwi

Tak być nie powinno. Stworzenie równie piękne, pełne gracji, dumne i charakterne powinno snuć opowieści, których piękno poraża, zdumiewa, zachwyca, czasem nawet boli.
Chciałabym kota, pod którego błyszczącym, delikatnym futrem i pod skórą prężą się silne mięśnie, upięte na gibkim szkielecie; gotowego do skoku ciała drapieżnika o zdumiewająco inteligentnych oczach.

Nawet go dostałam. Tyle, że.. zimnego. Zaklętego w bezduszny metal; i cóż z tego, że szlachetny?
Jednak nawet i z tym gotowa byłam się pogodzić: ostatecznie od marki roztaczającej wokół siebie aurę luksusu można - a może wręcz wypada - oczekiwać cennych klejnotów.

I gdybym tylko dostała coś takiego...


zamiast tego...


...byłabym szczęśliwa. Naprawdę. Jednak wymuskany kotek od Cartiera - legendarny wzór biżuterii rozpropagowany przez Wallis Simpson za jej królewskich czasów - ta urocza, glamourowa bestyjka nijak nie przystaje do obecnych interpretacji zapachu, jaki śmiało mogłaby reklamować (w miejsce szmaragdowookiego białego tygrysa, nomen omen, królewskiego).
Nie, Emerald Reign od House of Sillage do wizerunku szlachetnie urodzonej, dzikiej lecz pięknej bestii nijak nie pasuje.
Już.

Choć perfumy są piękne bez dwóch zdań: nienachalnie orientalne, zmysłowe, rozgrzewające ciało oraz umysł, to jako całość układają się w opowieść o puencie zbyt łatwej do przewidzenia. Niczym dobry żart, który słyszymy po raz setny - więc już od dawna nas nie śmieszy, choć przecież w dalszym ciągu doceniamy jego zręczną konstrukcję. Efektu zaskoczenia jednak brak, coraz mniej weń także przyjemności z odkrywania nowych odcieni czy kontekstów anegdoty.

Tak więc żywiczno-korzenne, słodko-paczulowe, ambrowe na sposób pikantny, śliczne Emerald Reign od razu przywodzi na myśl wszystkie piękne pikantne, ambitne, niszowe ambrowce, jakie tylko dane Wam było poznać. Jeżeli tylko choć trochę ocierały się o orientalne klimaty możecie być pewni, że omawiane pachnidło nie będzie Wam obce. Jeśli takich ciepłych, pikantnych korzennych ambr poznaliście co najmniej trzy - wtedy znacie już i Emerald Reign. :]
Ambre Sultan Lutensa, Amber Absolute od Toma Forda, Ambre Orient Armaniego, pierwsze Obsession od Calvina Kleina, Must de CartierAmber Dawn Spencer Hurwitz, Ambre Fétiche od Annick Goutal, Mitzah Diora, Miyako od Annayake, Ambre Extrême marki L'Artisan Parfumeur oraz wiele innych - wszystkie one w jakiś, mniejszy lub większy, sposób omawianym właśnie pachnidłem.


Od mocnego otwarcia, wszechogarniającego niczym brunatna kurzawa sproszkowanych przypraw, od pikantnej kolendry oraz miękkiego, roztapiającego się na skórze benzoesu aż po wytrawne, drzewno-ambrowo-kadzidlane grande finale Emerald Reign pozostaje wspaniałym dziełem, któremu nikt o zdrowych zmysłach nie przyzna miana przełomowego.
Jak technologie powstające w krajach i czasach europejskiego socjalizmu: pod kloszem zamkniętego obiegu informacji mogące nawet sprawiać wrażenie wybitnych oraz innowacyjnych, jednak z perspektywy świata wolnorynkowej konkurencji boleśnie nieaktualne; przestarzałe, mówiąc wprost.

Mam więc kłopot z tym zapachem. Z jednej strony chciałabym przytulić go do serca i hołubić, bo to przecież ambra moja ukochana, bo Orient, przyprawy i kadzidło, bo zmysłowy hedonizm w czystej postaci ale z drugiej nie potrafię tego uczynić. Jak, skoro wcześniej poznałam tyle pięknych woni tak bardzo doń podobnych? Czy potrzebuję kolejnej wersji Ambre Sultan i Ambre Fétiche? Czy naprawdę pragnę perfum, które tylko brak wariackiego alkoholowego sznytu odróżnia od Ambre Russe Parfum d'Empire? Czy rzeczywiście chcę posiąść na własność jeszcze jednego spadkobiercę Wielkiego Shalimar? Czy chciałabym flakonu, za którego cenę spokojnie mogłabym sprawić sobie co najmniej trzy ciekawsze, bardziej potrzebne mi do szczęścia wonie? No właśnie...

Emerald Reign, choć piękny, dla mnie pozostanie w świecie niezrealizowanych fantazji. A czy dla Was także?
O tym już musicie zadecydować sami. :)



Rok produkcji i nos: 2012, Mark Buxton

Przeznaczenie: pachnidło dedykowane kobietom, dla mnie jednak to klasyczny uniseks bez przechyłów w żadną ze stron. Charakteryzuje się znaczną mocą i pozostawia za sobą wielocentymetrowy ślad, który z czasem redukuje się do szerokiej i całkiem gęstej, rozgrzewającej aury.
Na okazje, jakie tylko wymyślicie, choć idealnymi wydają się te Bardzo Ważne.

Trwałość: od dziewięciu-dziesięciu godzin do dobrze ponad pół doby

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: kolendra, kardamon
Nuta serca: gałka muszkatołowa, benzoes, wanilia
Nuta bazy: drewno sandałowe (ambra i paczuli?)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.cydneysantiques.com/index.php?main_page=index&cPath=30_32
2. http://www.blouinartinfo.com/news/story/829867/new-book-celebrates-top-jewels-of-the-last-200-years

Opowieść o rybaku i dżinie

Ze wszystkich poznanych w dzieciństwie Baśni tysiąca i jednej nocy chyba właśnie ta budziła we mnie największy niepokój. Nie całkiem uzasadniony jednak na tyle dojmujący, by jego wspomnienie żyło we mnie pomimo upływu ponad dwudziestu lat od chwili, kiedy z upodobaniem wsłuchiwałam się w słowa bajecznych historii.
Jakiś czas temu wrażenie wróciło; nie sam lęk ale jego cień, wspomnienie żywej niegdyś obawy Złe przeczucie czegoś, co może się przydarzyć. Tym razem jednak okazało się zapachem, wyprodukowanym przez arabską markę Rasasi a noszącym nazwę Maisam.


Pachnidło rozpoczyna się żywym, krystalicznym oraz zaskakująco świeżym akordem piżma, jednocześnie paliwowego, ciemnego i tłustego, jak i łazienkowego, przypominającego schnące kostki marsylskiego mydła. Za ów efekt odpowiada dodatek olejku różanego, zręcznie podkreślającego oba aspekty piżma a przy tym dorzucającego od siebie nasycenie rodem z potpourri. Chwilę później otwarcie cichnie, płynnie przeistaczając żywiołowość piżma w ciemny, lizolowy oud. Który jest przecież kanonicznym towarzystwem dla róży, przeto nie należy się dziwić, że obie te nuty znakomicie się rozumieją i potrafią bezbłędnie zestalić w niemal doskonałą jedność: gęstą, potężną choć może trochę ospałą, bez żenady prezentującą całą swą moc.

Kiedy po kilkudziesięciu minutach od aplikacji wraca piżmo - tym razem już jednoznacznie ciemne i drażniące drogi oddechowe - wchodzące w alians z różą i oudem wydaje się, że tak zbudowany monolit Maisam będzie trwał już do końca. A to dlatego, że od powrotu piżma nic się nie zmienia, nawet na jotę, przez naprawdę długi czas. Dopiero po kilku godzinach, gdy opisana triada stopniowo zestala się w kruchą, błyszczącą, mineralną bryłkę, znajduje się miejsce i dla drewna sandałowego, na które czekałam z utęsknieniem. :) Niestety, cennych drzazg z Mysore tu nie znajdę; sandałowiec z Maisam to raczej wyostrzony oraz zbrojny w wyraźną syntetyczną inkluzję, gorący i suchy podmuch drzewnych wiórów rodem z tartaku, gdzieś z pomiędzy Sandalo od Etro, Santal Majuscule Lutensa a tanimi olejkami sandałowymi z mydlarni bądź sklepów indyjskich [z wyraźnym wskazaniem na te ostatnie :] ]. Nie szkodzi, i tak jest bardzo ciekawie. :) Ciekawie układa się on na wspomnianej trójjedności piżma, róży i oudu, w których nie sposób już odnaleźć przyrodzonych im osobniczych rysów, ich własnych granic, tak doskonała całością się wydają. Wkrótce zresztą podąża za nimi drewno sandałowe.

Może jeszcze pod sam koniec, już w epilogu baśniowej opowieści, dowiadujemy się o istnieniu jakiegoś delikatniejszego pierwiastka, gdzieś tam majaczy delikatna złocistość sztucznego akordu ambrowego na wanilii, ambroksanie i palisandrze - jednak to już w zasadzie napisy końcowe i ów element opowieści nie ma nam zbyt wiele do opowiedzenia. Maisam kończy się, stopniowo wytracając moc, niknąć po maleńkim kawałeczku, niemal niezauważalnie przez długie godziny.
Kiedy zaś znika całkowicie teoretycznie powinna odczuwać ulgę - wszak skończył się powód do niepokoju - ale mnie nieoczekiwanie jest żal. Żal opowieści (a nawet Opowieści), najprawdziwszej, szczerej baśni o wielusetletnim rodowodzie, której autentyzm potrafi przekonać nawet nieprzekonanych. ;) Jak się okazuje.


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach podobno skierowany do kobiet, co trochę mnie dziwi. Mówiąc szczerze: w rzeczonym przypadku od razu widać, że ta cała płciowa specyfikacja płciowa w woniach przeznaczonych dla świata arabskiego to pic na wodę, doklejany na siłę dla satysfakcji potencjalnych europejskich klientów.
Przyjmijmy więc, że Maisam to uniseks. ;) Charakteryzuje się ogromną mocą i niewiele skromniejszym sillage, typowymi dla większości produktów marki, dlatego nie zalecam stosowania pachnidła do małych pomieszczeń [chyba, że w ilości pół kropli na rękę dla własnej satysfakcji :) ].

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin wyczuwalnej projekcji na cały nasz świat.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-piżmowa (oraz drzewna)

Skład:

drewno sandałowe, piżmo, róża, oud, paczuli, ambra, przyprawy
___
Dziś noszę Moon Bloom od Hirama Greena.

P.S.
Pierwsza ilustracja to Rybak i dżin autorstwa amerykańskiego malarza i poety nazwiskiem Elihu Vedder. Zaczerpnęłam ją STĄD.

czwartek, 27 lutego 2014

Mężczyzna zza szyby

Delikatny, przejrzysty, jasny. Wciąż wiele w nim z chłopca, jednak od razu widać, iż zaraz za dorosłym, sprężystym ciałem podąża śmiało dojrzewający, pełen wewnętrznego piękna duch. Dla mnie jednak nie musi się zmieniać. Na tym etapie swojego rozwoju - który przecież musi przeżyć, aby móc świadomie iść dalej - piękniejszy nie będzie.
Bottega Veneta pour Homme.


Trudno było mi nie poczuć słabości do tego pachnidła, do jego nowoczesnego romantyzmu podszytego wyraźną melancholią młodego człowieka XXI wieku, takiego trochę współczesnego Wertera. ;) [Mówcie, co chcecie ale dla mnie melancholia bodaj zawsze będzie ciekawsza i bardziej rozwijająca aniżeli, szczęśliwie już przebrzmiała, moda na emo]. Urokliwy człowiek zaklęty w omawianej mieszance - półmężczyzna, półchłopiec (nie mam na myśli modela z reklamy ale kto może być siebie stuprocentowo pewnym..?) - wydaje się tkwić w swoim własnym świecie spokojnej zieleni i żywicznych szarości, rozpoczynających się aliansem z niosącą chłodny powiew, wyraźnie cytrusową ale też i lekko skórzaną bergamotką; zręcznie przeplecionych nowoczesnym akordem paprociowym, w którym ton nadają przede wszystkim zioła, sosnowe szpilki i papryka, dopiero po kilkudziesięciu minutach, po ogrzaniu się stopniowo wpadającym w leśną słodycz balsamu jodłowego, wyzłacaną dodatkiem labdanum oraz otoczoną przez mięciutki, beżowy zamsz. Mieszanina uspokajająca się i cichnąca stopniowo, zapadająca w sen wśród przesyconych iglastą żywicą, przyprawami oraz labdanum paczulowych pyłków. Zamierająca równie spokojnie, jak melancholijnym było jej życie, przerwane zdecydowanie zbyt krótko.

Oto więc Bottega Veneta pour Homme - dzieło ciepłe, miękkie, niewinne i kruche. Świadomie dystansujące się od otoczenia, w alians z nosicielem wchodzące niejako mimochodem, choć przecież całościowo, bez zbędnego ociągania. Tworzące we mnie złudzenie wyraźnego dystansu, którego jednak w żaden sposób ni potrafię zlokalizować ani uzasadnić; dystansu, który nie jest w żaden sposób nieprzyjemny. Przeciwnie, to własnie dzięki niemu potrafię nazwać i docenić wszystkie stadia rozwoju pachnidła, obserwować je chłodnym okiem, wszelako zbrojnym w przyjacielskie zaangażowanie. Potrafię docenić to, w jaki sposób perfumy roznoszą się po skórze i jak wiszą nad nią w miękkiej acz dosyć płochliwej chmurze. Jak szybko znikają, by ustąpić miejsca bardziej dojrzałym lub bardziej głośnym; niczym najprawdziwszy dwudziestopierwszowieczny romantyk bardziej ceniących sobie ciszę oraz święty spokój własnych myśli aniżeli tumult skłębionych emocji. Przynajmniej w tym konkretnym momencie. ;)

Nie jest to mój zapach, jednak nie potrafię odmówić mu wdzięku oraz spokojnej, konwencjonalnej, gładkiej urody. Pod pewnymi warunkami Bottega Veneta pour Homme bardzo przypomina mi Hommage à l'Homme od Lalique: nie samymi nutami ale sposobem ich potraktowania, ujęciem w twórczy nawias tematów wyrazistych a modnych (tam fiołek i oud, tutaj - pimento i skóra) i przedefiniowaniem całości na potrzeby akordu zasadniczego, czyli typowo męskiego, klasycznego paprociowca. W obu przypadkach nuta, która miała być wabikiem na świadomych olfaktorycznie klientów, rozsmakowanych w wyśmienitych woniach koneserów, oud lub skóra, okazała się - zapewne ku ich zdumieniu lub nawet rozczarowaniu - składnikiem co najwyżej drugiego planu aniżeli najważniejszym bohaterem.
I dobrze, wszak bez zaskoczenia nie ma namysłu, bez namysłu nie ma Prawdziwej Sztuki a bez sztuki nie ma piękna. :)
Rzekłam. ;)


Rok produkcji i nos(y): 2013, Antoine Maisondieu oraz Daniela Andrier

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, choć spokojnie można go potraktować jak uniseks (szczególnie dla Pań ceniących w perfumach "męskie", drzewno-przyprawowo-aromatyczne złożenia nut). Charakteryzuje się ograniczoną mocą i emanacją, tworzy wokół uperfumowanej osoby dosyć, gęstą, wyczuwalną przy każdym ruchu aurę, jednak na zapachowy ślad nie miałam co liczyć. Trzeba też zaznaczyć, iż męskie perfumy Bottega Veneta mają zwyczaj rozwijać się najpełniej i najlepiej w stałych masach powietrza, w temperaturze co najmniej pokojowej. :) Zimno i wiatr nie są dla nich; ot, taki marzycielski salonowiec. ;)
Na okazje dowolnie przez Was wybrane.

Trwałość: w granicach pięciu-sześciu godzin, jednak z męskiej skóry znika w czasie bodaj o połowę krótszym.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz oczywiście skórzana)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, jagody jałowca, sosna
Nuta serca: balsam jodłowy, papryka pimento, szałwia
Nuta bazy: labdanum, paczuli, skóra

Perfumy i słodycze

"Powiedział Bartek, że dziś tłusty czwartek", czyli najpopularniejsze dziś polskie przysłowie, którego przez pozostałych trzysta sześćdziesiąt cztery dni w roku nikt nie używa. No i co z tego? :P

Grunt, że właśnie dzisiaj można nim wytłumaczyć każde obżarstwo, nie tylko słodyczowe. Jednak ja nie zamieszam wyłamywać się z kanonu i - właśnie zjadłszy trzeciego pączka - zabrałam się za internetowe poszukiwania fotografii łączących różnego rodzaju słodkości oraz pachnidła typu gourmand.

Czyli: gdyby perfumy nadawały się do zjedzenia, to smakowałyby...


... tartą z gorzkiej czekolady i miodowego karmelu, podawaną ze świeżymi malinami, czekoladową wodą sodową ze śmietanką waniliowo-karmelową, ciastkiem diabelskim [z czekolady o baaardzo dużej zawartości kakao] z masłem orzechowym oraz musem z białej czekolady lub może drinkiem Letnie Przesilenie?



...konfitowanymi jabłkami i pomarańczą na korzennej szarlotce, morelową frappé z dodatkiem pomarańczy, jabłka i wanilii, ciepłym ciastkiem waniliowym z lodami z tahitańskiej wanilii czy też drinkiem o poetyckiej nazwie Wonny Południowy Zmierzch?



...cytrynowo-makowym ciastkiem ze śmietanowym kremem truskawkowo-jaśminowym, napojem truskawkowo-rabarbarowym, pucharkiem brzoskwiń i truskawek pod pierzyną proszku matcha [z zielonej herbaty] albo raczej hibiskusowym Cosmopolitanem?


Powyższy projekt powstał w 2008 roku we współpracy z naczelnym cukiernikiem amerykańskiego Białego Domu (Yosses) i niestety nie znalazłam o nim więcej informacji, więc zaznaczę tylko, iż zrealizowano go w oparciu o ówczesne formuły wymienionych pachnideł - zatem ani Angel nie jest już tym Angelem, ani Miss Dior Chérie tą konkretną Miss Dior Chérie. O Princess w polskich perfumeriach także nie ma co zabiegać [chyba, że się mylę].

Na pociechę serwuję Wam więc kolejny enigmatyczny [już nie; informacje pod zdjęciami] projekt fotograficzno-olfaktoryczno-kulinarny, tym razem sporo młodszy:






Autorem czterech powyższych zdjęć, pomysłodawcą oraz twórcą stylizacji jest holenderski twórca Yihmay Yap. Dzięki, Mood Scent Bar!


Miejcie dziś udany, smaczny dzień! :)
___
U mnie nie-tłustoczwartkowo Klasyka przez duże K: Vol de Nuit od Guerlain. :)

P.S.
Źródła ilustracji:
1.-3. http://fragrantica.blox.pl/2009/06/Perfumy-sa-smakowicie-inspirujace.html
4.-7. http://www.pinterest.com/scentbird/gourmand-perfumes/

sobota, 22 lutego 2014

Bal na sto par, tydzień trzeci

Och, jakie to cudowne uczucie znów móc w pełni cieszyć się zapachami - oraz pisać o nich! Na marginesie wspomnę tylko,  że mój nos wykazał się sporym taktem umożliwiając mi powrót do cyklu karnawałowego, zanim ten się skończył. ;) Muszę jednak się pospieszyć, ponieważ czeka mnie jeszcze opisanie trzech zapachów.
Dziś będzie o jednym z nich - pachnidle pięknej, żywiołowej dziewczyny, która kochała taniec. :)


"Borys, przewodnik tańców, ów carski adiutant i wielu innych najlepszych tancerzy rzuciło się teraz do Nataszki, zapraszając do tańca jeden przez drugiego. Nie mogąc podołać tylu zaproszeniom, połowę Soni odstępowała. Z rozpłomienioną twarzyczką nie usiadła prawie przez całą noc. Uszczęśliwiona, w siódmym niebie, na nic zresztą uwagi nie zwracała. Nie uderzyła jej ani bardzo długa rozmowa cara z francuskim posłem, ani umizgi monarchy do pięknej księżnej C., ani obecność księcia krwi z innego kraju, (...) ani nawet odjazd cara. Tego domyśliła się dopiero po wzmagającym się w całym tłumie zapale do tańca".

Lew Tołstoj, Wojna i pokój, tom I-II, tekst na podstawie anonimowego XIX-wiecznego przekładu opracowały Katarzyna Kierejsza i Agnieszka Misiaszek, wyd. Zielona Sowa, Kraków 2005,  s. 414.

Czy byliście kiedyś tak bardzo na czymś skoncentrowani, ze nie zauważaliście świata wokół? Czy jakaś pasja pochłaniała Was do tego stopnia, że moglibyście zapomnieć o jedzeniu i spaniu, gdyby ktoś lub coś nie przywróciłoby Was rzeczywistości?
Jeżeli tak znaczy to, że nie powinniście mieć problemów ze zrozumieniem Nataszy Rostowej. :) Mam wrażenie, że w tym szczególnym przypadku temperament bohaterki, jej muzyczne zainteresowania i talent oraz inteligencja motoryczna splotły się w mieszankę tak wybitną, że wręcz wybuchową. W naszych czasach z pewnością stworzyłoby to dla niej niemal gotową ścieżkę kariery, wiodącej przez sztukę lub sport; zrobiłyby zeń postać, wobec której trudno pozostać obojętnym. Żywiołową, wyrazistą, piękną i bezpretensjonalną jednocześnie. Będącą żywym dowodem na to, że można z wdziękiem kruszyć mury a z brawurową wręcz odwagą wojować pięknem.


Natasza żyła jednak w czasach, kiedy taniec był przede wszystkim rozrywką oraz grą towarzyską ale niekoniecznie sposobem wyrażania własnego "ja". Czego nawet Tołstoj wydawał się nie rozumieć - i pewnie dlatego często interpretuje się postać hrabianki Rostowej z pewną dobroduszną pobłażliwością: "ot, płoche dziewczę rozkochane w typowo dziewczyńskich rozrywkach". Trochę to smutne, jednak dziś nie zamierzam poddawać się negatywnym uczuciom. Dziś rządzi mną olfaktoryczne alter ego tańczącej Nataszy Rostowej. :)
Pachnidło, które niczym starożytna bogini, własnym tańcem tworzy kolejne światy. Zapach z werwą godną zarówno dziewiętnastowiecznej kokietki jak i majestatycznej władczyni, budzącej jednoczesne miłość i grozę. Poemat ku czci królowej kwiatów - Rose de Taif marki Perris Monte Carlo.

Oto zapach zawierający w sobie wszystko to, o czym wspominałam w poprzednich akapitach: gorący temperament, pasję zrodzoną z rzadkiej jakości talentu, niekłamany wdzięk oraz siłę, której trudno podołać. A wszystko dzieje się na raz, poprzez siebie, pomiędzy sobą, o sobie nawzajem. Oto jedność przeciwieństw; i to znacznie więcej, niż dwóch. :) Sami przyznajcie, że ze wszystkich kwiatów świata na taki przepych, na równie złożony, dosyć neurotyczny charakter może pozwolić sobie jedynie róża. :)

Ta z Rose de Taif jest bezsprzeczna, atakuje nasze nozdrza śmiało, już w pierwszej chwili po aplikacji pachnidła na skórę. Jednak nie jest do końca tą, za która się podaje. ;) Bowiem w pierwszej chwili pod imieniem róży - roziskrzonej, ciepłej, esencjonalnej - poznajemy geranium i jest to chyba najbardziej jaskrawy przykład, kiedy wyczuwam je w różanym szafarzu bez cienia wątpliwości co do prawdziwej genezy akordu. Czego jednak z całą pewnością nie wolno uznać Rose de Taif za wadę. Nie! Tutaj początek miał być świeży, ożywczy, skupiający uwagę otoczenia, co udało się osiągnąć dzięki składnikowi, bez którego otwarcie mieszanki nie byłoby nawet w połowie tak piękne. Bez krystalicznej, złocistej cytryny - lub raczej soków cytrynowego drzewka - moglibyśmy zanudzić się na śmierć, tymczasem otrzymujemy możliwość odbycia inspirującego, zajmującego głowę i zmysły spaceru pośród cytrynowego gaju, nie wiedzieć czemu gęsto obsadzonego również krzewami róży oraz geranium. Jest cudnie!


Szczególnie, że w kolejnej fazie cytryna cofa się gdzieś tuż poza scenę, geranium stopniowo ciemnieje, płynnie przechodząc w aromat róży już bardziej mrocznej - albo bardziej zmysłowej. Aksamitne i grube bordowe płatki ktoś rozgniata w dłoni, po jego lub jej dłoni cieknie krew kwiatu; soki, które powinny tkwić na skali kolorów gdzieś pomiędzy bladą mlecznością a bezbarwnością nie wiedzieć czemu są jasnoczerwone.
Okazuje się, że Róża ma ciało, bardzo żywe oraz czujące, wrażliwe na dotyk. Bo oto Ta, którą jeszcze niedawno rozpierała czysta energia, teraz tęskni albo marzy, świadomie skupiona na własnym wnętrzu. Zamiast żywego kwiatu doświadczamy dosłowności potpourri, posuwistym krokiem przechodzącego w akord różanego drewna. Gdzieś w tle pojawia się brunatna pyłkowa goryczka, nadzwyczaj dyskretna ale przecież pozwalająca się zauważyć.

Czy to dzięki niej naszą bohaterkę, po długiej bezsennej nocy spędzonej na wpatrywaniu się w gwiazdy, zaczyna jednak ogarniać znużenie? Czy dzięki pyłkom ta, już coraz starsza, osoba decyduje się wreszcie wrócić do łóżka, przytulić głowę do poduszki i - zasnąć, otulona coraz bardziej miękkim, coraz jaśniejszym obłoczkiem niewinnego różanego pudru?
Zasnąć oczywiście samotnie. Lecz bez cienia goryczy ni żalu. Ta Róża na wszystko ma jeszcze czas, na namiętność oraz na ból, na gniew i na uczucie spełnienia, na wszystko.
Teraz, po wielogodzinnym nocnym czuwaniu, chce już tylko spać. Będą jeszcze inne bale, już wkrótce. Lecz nie dzisiaj; dzisiaj trzeba wypocząć.
Dobranoc. :)

Łukaszu, dziękuję za Twoją próbkę. :*


Rok produkcji i nos: 2013, ??

Przeznaczenie: pachnidło typu uniseks, choć pewnie wielu mężczyzn podejdzie doń z rezerwą z powodu siły i oczywistości akordu przewodniego. Mimo to jednak zachęcałabym do poznania Rose de Taif, bo to bardzo zacny kawałek sztuki perfumeryjnej. :)
Charakteryzuje się olbrzymią projekcją i śladem, które w miarę upływu czasu redukują się do wyraźnej, ciepłej, pulsującej aury. Cichną dopiero do wielu godzinach na skórze (szczególnie mam tu na myśli długo wybrzmiewające serce zapachu). W związku z czym wydają się wymarzone na wszelkie okazje wieczorowe, szczególnie te Bardzo Ważne. ;)

Trwałość: przeszło dwunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: cytryna, gałka muszkatołowa, geranium
Nuta serca: róża z Taif
Nuta bazy: róża damasceńska, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://alsolikelife.com/shooting/2007/07/927-voyna-i-mir-war-and-peace-1966-sergei-bondarchuk-notes-on-part-ii/
2. http://cinemaclassico.com/index.php?option=com_content&view=article&id=6966:filmografia-em-fotos-audrey-hepburn&catid=54:conte-mais&Itemid=129
3. http://the-garden-of-delights.tumblr.com/page/49

czwartek, 20 lutego 2014

Zapytaj swojego europosła!


Wieść o planowanych obostrzeniach Komisji Europejskiej, które uderzą w sztukę perfumeryjną, być może już na zawsze zmieniając jej oblicze i odzierając z największych dotychczasowych dokonań zdążyła już obiec świat dookoła kilka razy. Pamiętacie dramatyczny apel Luca Gabriela, dyrektora generalnego The Different Company, który zobowiązał się poruszyć temat podczas zbliżających się mediolańskich targów Esxence, wszelako nie będąc pewnym rezultatu? Pomóżmy mu!

W naszych skromnych możliwościach leży zdobycie się na choćby minimalny sprzeciw. Zapytajmy, co na temat gwałtu na sztuce perfumeryjnej myślą ci, którzy teoretycznie powinni reprezentować również i NASZE interesy na europejskiej arenie? Z lewa i prawa, kobiet oraz mężczyzn, starych i młodych - bez różnicy. Postawmy ich przed koniecznością wytłumaczenia się z grabieży na europejskim dziedzictwie kulturowym.
Jeżeli nie udzielą żadnej odpowiedzi, nie przejmujcie się. Wybory do europarlamentu tuż tuż a Wy już teraz będzie mieli jasność, na kogo na pewno nie zagłosować. ;>

Zróbmy coś, na miłość boską!!


Dziś cały wieczór przeznaczyłam na układanie listu do europarlamentarzystów z dolnośląsko-opolskiego okręgu wyborczego jak również do dwóch przedstawicielstw Komisji Europejskiej, ogólnopolskiego oraz regionalnego. Ciekawa jestem czy - i co - odpiszą? ;]

W każdym razie o wyniku mojej małej sondy wśród polityków zamierzam Was poinformować.


P.S.
Ilustrację zaczerpnęłam z http://www.citizens-initiative.eu/?p=961

wtorek, 18 lutego 2014

Opowieść rodzinna z nartami w tle

Poza tematem bloga zjazd w stylu dowolnym. :D


Zauważyliście, że kiedy jestem chora, to narzekam? No pewnie, że zauważyliście. Nie jesteście głupi. Jednak pocieszam się tym, że przynajmniej narzekam na ciekawe tematy. :P
Bo przecież są ciekawe, prawda? ;)

Na przykład teraz. Zasłyszane wczoraj oświadczenie premiera D.T. na temat dotowania sportów zimowych napsuło mi trochę krwi. Wiecie dlaczego?


Sam cel jest szczytny - i chciałabym, żeby coś z tych zapowiedzi stało się faktem. Bo czemu nie? Wolę nawet skocznie i lodowiska aniżeli kolejne orliki; także dlatego, że w przypadku ww. obiektów łatwiej i szybciej mogłyby skorzystać z nich kobiety. I to w praktyce, nie tylko w ramach teoretycznego listka figowego, jak to zwykle dzieje się w przypadku finansowania stadionów do "haratania w gałę". Taką przynajmniej mam nadzieję. :>
Jednak nie to jest najbardziej irytujące.

"Pomysł, aby kryty tor powstał w Krakowie był już dość mocno zaawansowany. W Zakopanem słyszę racjonalne argumenty (...)".
ŹRÓDŁO

Kraków, Zakopane; pewnie jeszcze Nowy Targ i może nawet miejscowości wysunięte dalej na zachód, jak np. Żywiec. Gdzie w Polsce jest śnieg i góry? No przecież, że tam!
To oczywista oczywistość jak to, że słońce wschodzi na wschodzie a zachodzi na zachodzie.

Jasne, że chodzi przede wszystkim o wspieranie olimpijskich ambicji małopolskiej stolicy [inna rzecz, czy sensownych ale temu wolę dać chwilowo spokój]. Jasne, że należy maksymalnie wspomagać sportowców światowej klasy, których już mamy - a ci pochodzą przecież głównie z rejonów beskidzko-tatrzańskich. Naprawdę to wszystko rozumiem. Ale wiecie co?
Jednocześnie mam ochotę komuś bardzo nabluzgać.


Pozwólcie, że podzielę się z Wami pewną historyjką. W czasach pierwszej małyszomanii miałam czternaście lat i lubiłam się przechwalać, że w mojej rodzinie skoki narciarskie były znaną dyscypliną sportu na długo, zanim Tato Małysz poznał Mamę Małyszową. ;) Jedne z moich najwcześniejszych wspomnień dotyczą chwil, kiedy razem z Mamą i Dziadkiem oglądałam zawody w ramach Konkursu Turnieju [gorączka, migrena, katar... rozumicie ;) ] Czterech Skoczni - lub jakieś mistrzostwa w biegach narciarskich - albo w łyżwiarstwie figurowym [no dobrze, akurat je raczej z Mamą i Babcią ;) ]. Zresztą narty i łyżwy nie były mi obce także w ramach osobistych doświadczeń.


W latach 50. moja rodzina, która jeszcze kilka lat wcześniej od ładnych paru pokoleń żyła w okolicach Lwowa, wraz z sąsiadami w swoich nowych, dolnośląskich i poniemieckich domach powszechnie znajdowała sprzęt do uprawiania sportów zimowych. Zarówno w tych, które wyglądały na zamieszkane przez ludzi zamożnych i światowych, jak i w uboższych, zawsze były jakieś narty czy łyżwy. Często po kilka rodzajów. 
Na przykład takie charakterystyczne, przeszło dwumetrowe dechy, przy których kijki wyglądały raczej na dowcip aniżeli coś, co może autentycznie pomóc w korzystaniu z nich. ;) Na szczęście trafiały na świadomych użytkowników, którzy wiedzieli, do czego służą. Zresztą znajdująca się w sąsiedniej miejscowości skocznia - niewielka ale zawsze - szybko pomagała dodać dwa do dwóch.

Miejscowi chłopcy ochoczo zaczęli korzystać z nart do skakania. Jeżeli komuś ten sport nie leżał, zawsze istniało prawdopodobieństwo, że sąsiad czy kumpel zrobi ze sprzętu lepszy użytek. Dochodziło do sytuacji, w których skakały nawet dziewczyny. Na przykład moja Mama, która pamięta siebie, jako małą dziewczynkę korzystającą ze zwykłych nart biegówek, gdyż właściwych do skakania żadną miarą nie mogła do siebie dopasować. ;)
Jednak działo się to już w latach 60., czyli właściwie już pod koniec lokalnej skokomanii. Dlaczego taka piękna pasja nie znalazła ciągu dalszego w poważnym wyczynowym sporcie?
Przecież nie chodziło o słabość wyników. Jednym z najlepszych miejscowych "skoczków" - oczywiście bez trenera i znajomości szczegółów technicznych - był kuzyn mojej Mamy. Osiągał znakomite wyniki i z perspektywy czasu można zaryzykować stwierdzenia, że w tamtych czasach cechował go naturalny talent w owej dziedzinie. Tak... możliwe, że mój kilkunastoletni wówczas Wujek miałby spore szanse w rywalizacji wyczynowej.

Jednak dzięki panującemu wówczas w Polsce jedynie słusznemu ustrojowi nie miał na to nawet cienia szans. Ponieważ sporty zimowe miały prawo istnieć tylko w rejonie Beskidów i Tatr. Tylko stamtąd mogli pochodzić wszyscy ewentualni przyszli mistrzowie. Tylko tam była infrastruktura, tylko tam były szkółki i trenerzy, tylko tam odbywały się zawody, tylko tam szukano talentów. Działo się tak z powodu polityki centralnego planowania. Ponieważ dokładnie tak zadecydowała Warszawa - na co wyraziła zgodę Moskwa. :]
Chłopak o bardzo niewłaściwym pochodzeniu, urodzony w baaardzo niewłaściwym miejscu [bo jeszcze "na terenie ZSRR", jak według ówczesnej nomenklatury określano utracone przez Polskę Kresy] a na dokładkę żyjący i korzystający ze sprzętu "na mocy odwiecznych polskich praw do pradawnej śląskiej, piastowskiej ziemi" odebranego tym paskudnym hitlerowskim pomiotom, razem z ich domami oraz całym dorobkiem kilku pokoleń [zresztą w zamian za utracone dobra materialne, które moi przodkowie musieli zostawić na Wschodzie].
Nie, ktoś taki nie miał prawa zaistnieć (jako postać pozytywna) w powszechnej świadomości obywateli  komunistycznego państwa, że o przywileju oficjalnego reprezentowania go na arenie międzynarodowej ledwie wspomnę. Mój Wujek, jego koledzy, również moja Mama, która wówczas nawet nie przypuszczała, że pół wieku później skoki narciarskie kobiet będą pełnoprawną dyscypliną olimpijską - dla nich sen o sportowych sukcesach wśród zaśnieżonych aren całego świata skończył się szybko i nieodwołalnie.


Lata mijały, odciskając swoje piętno nie tylko na ludziach, którzy po kolej rezygnowali z dziecięcych marzeń, nazywając je mrzonkami, ale też - przede wszystkim - na sprzęcie. Pękającym, łamiącym się, przechowywanym i konserwowanym często niewłaściwie. Bez najmniejszych szans na zastąpienie sędziwych już, poniemieckich nart i łyżew nowszymi egzemplarzami. Bo przecież nie było ani pieniędzy, ani dostępu do nowych akcesoriów, ani nawet osoby, która wiedziałaby, w jaki sposób wykonać je od podstaw. Nie było niczego! [Kononowicz miał rację, chociaż wstecz. ;) ]

Dziś po tamtym sprzęcie narciarskim nie ma już śladu. Zajeżdżony doszczętnie, dogorywał gdzieś po strychach i komórkach, aż pewnie którejś zimy trafił do pieca. Nie ma już tej malutkiej skoczni. Najbliższe lodowisko znajduje się trzydzieści kilometrów od mojego domu rodzinnego, zresztą tutaj mało kto poważnie się nim interesuje.
Nie ma już nawet o czym marzyć, nawet dzisiaj.

Dzieciaki z województwa dolnośląskiego w tym tygodniu zaczęły swoje ferie zimowe. Wiem, że organizują się w grupy, aby wspólnie oglądać olimpijskie zmagania. Dziś w sklepie spożywczym stałam w kolejce za obupłciową bandą kilkorga dziesięciolatków kupujących wafelki, czipsy, napoje w puszkach [typu cola oraz izotoniczne] a jednocześnie spieszących na transmisję jakichś zawodów. Załapaliście ironię?
Zamiast samodzielnych prób z dyscyplinami zimowymi lepiej kupić "sportowy" napój izotoniczny, usiąść przed telewizorem i, być może, dopiero wtedy nieśmiało marzyć, co by to było "gdybym to ja za kilka lat tak samo jak oni teraz...". Nie robiąc jednocześnie niczego w kierunku urzeczywistnienia tych snów, bo przecież gdzie? Jak? I za co?


Zresztą i tak nie ma nawet grama śniegu by szkoła, dom kultury czy ktokolwiek inny mógł zorganizować dzieciakom wyjazd na najbliższy stok narciarki, który - oczywiście - jest zbyt mały i nieznaczący, aby pozwolić sobie na sztuczne naśnieżanie.
Kilkudziesięciu lat zaniedbań nie sposób cofnąć w kilka chwil.

Czego zresztą i tak nikt nie próbuje robić. Bo po co? Dla kogo? I za co?
Czy oni tam, na Dolnym Śląsku mają w ogóle jakiekolwiek tradycje w sportach zimowych?? No to co mi tu pani głowę zawraca?! Przepraszam, co pani mówi? Że mogliby mieć, gdyby ktoś dał im szansę? Paaani, hahaha! A to dobre! Wie pani, kim JA bym mógł być, gdyby ktoś mi dał szansę??

Kraków, Zakopane, może też Nowy Targ lub Żywiec - tam zawsze znajdzie się ktoś gotowy wyłożyć pieniądze na infrastrukturę do uprawiania sportów zimowych. U mnie można co najwyżej zbierać kolejne rodzinne historie o porzuconych marzeniach, zajechanym sprzęcie i dzieciach, które współcześnie nawet nie marzą o sukcesach takich, jak Kamila Stocha, Justyny Kowalczyk czy Zbigniewa Bródki.
Dwunastolatkach, których nikt nigdy nie zapyta o ich sportowe plany na przyszłość.
Bo i po co? Dlaczego? Na jakiej podstawie?

Właśnie dlatego rozgoryczona słuchałam słów premiera D.T. życząc mu jednocześnie aby zwichnął palec, szusując gdzieś po szwajcarskich czy austriackich stokach.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.rmf.fm/index.html?a=encyklopedia&op=al&id=1578760
2. http://sport.newsweek.pl/igrzyska-olimpijskie-w-soczi-dzien-drugi-relacja-na-zywo-newsweek,artykuly,280506,1.html
3. http://www.mowimyjak.pl/fakty/galeria/1026/20843/najlepsze-memy-z-justyna-kowalczyk-po-zwyciestwie-w-soczi/
4. http://www.wprzerwie.pl/Wpis,Sport,540377,1,Dwunastoletni-kamil-stoch-o-igrzyskach-olimpijskich.html