wtorek, 21 maja 2013

I Need A Hero!

Or Superhero.  I Need A Superhero...
...Scent. :D


I mogę taki mieć. Już za dziewiętnaście dolarów i pięćdziesiąt centów per flaszka.

 


Marmol & Son Men's Fragrance prezentuje dwie wody:

DC Comics Batman to czarny pieprz, bergamotka i lawenda w nucie głowy, geranium, kardamon oraz ciepłe paczuli w sercu oraz ziarna wanilii z piżmem w bazie.
Natomiast DC Comics Superman składa się z otwarcia w składzie: świeży ozon, otarta skórka imbiru, sorbet cytrynowy; w środku kompozycji znajdziemy czerwonego grejpfruta, "zmiażdżoną roślinność" oraz gałkę muszkatołową, zaś podstawa to ciepła ambra i egipskie piżmo.
Zakupu można dokonać na przykład TUTAJ a wiadomość dotarła do mnie via Geeks are Sexy.

I co? Jesteście zainteresowani perfumami Bruce'a W. i Clarka K.? :)

Bo muszę wyznać, że mnie męczy przeczucie, jakoby rzeczywistość do wyobrażeń miała się mniej więcej tak:


___
Dziś Matau marki Robbie VanGogh.

P.S.
Ostatnia ilustracja pochodzi z http://pinterest.com/pin/456622849688621488/

poniedziałek, 20 maja 2013

Hiszpańskie Romany

Eee, nie; wróć: Ramony. :D

Lecz nie Ramony Molvizary, tylko Ramony Monegale, w Polsce trudniej dostępne. [Ciekawe, jak długo jeszcze...?] Razy pięć a do tego na szybko.
Żeby po testach został ślad na blogu.



Cherry Musk

Dużo ozonowej, świetlistej fruktozowej słodyczy. W otwarciu miesza się to, co najbardziej jasne i niewinne w róży oraz kwaśno-słodkich aromatach wiśni, gdzieś od dołu podkreślone nasyconą acz soczystą wonią truskawek. Odrobinę później do nut otwarcia dołącza jasne, nieinwazyjnie pudrowe ciepło, w miarę upływu czasu okazujące się piżmem. Jeszcze później wiśnie i róże zlewają się w całość, stopniowo osuszane mchem oraz pseudocielesnym ciepłem białych piżm. Gdzieś w tle pobrzmiewa dalekie echo słodyczy wielkolistnego jaśminu; bardziej widmowego aniżeli kiedykolwiek istniejącego w sposób realny.
Baza to lekko drażniąca powonienie gra mszystej suchości z soczystym oraz wodnym wspomnieniem poprzednich etapów rozwoju wody, prowadzona na spokojnej, pastelowej chmurze czystego, niby-animalnego ciepła.
Nic w tym zapachu nie jest dosłowne, nic się nie narzuca. Cherry Musk to pachnidło całodniowe, uniwersalne; idealnie zrównoważone albo... nudne. :) W zależności od tego, co lubimy i czego oczekujemy od perfum. Raczej słaba projekcja oraz dobra trwałość tylko to potwierdzają.

Grupa olfaktoryczna: piżmowo-owocowa (i kwiatowa)

Skład:
akord wiśniowy, truskawka, chińska róża, mech drzewny, białe piżmo, piżmo owocowe, Muscenone



Lovely Day

Jaśminowy potwór. ;) Który rozpoczyna się silnym, soczystym i "szuwarowym" uderzeniem zieleni, szybko zrównoważonej przez irysową ostrość lecz odzyskującej wysoką pozycję dzięki świeżo zerwanym liściom czarnej porzeczki, natychmiast poszatkowanym wielkim nożem szefa kuchni. [wiecie, takim z ogromnym ostrzem, częstym rekwizytem thrillerów czy horrorów... ;) ] I to właśnie do porzeczkowych soków, spływających po chłodnej stali, dołącza aromat wygrzanych w słońcu owoców czarnej porzeczki a wkrótce po nim jaśmin wielkolistny. Ten indyjski, czyli bardziej słodki i gładszy od europejskiego; równie często, co w perfumach, występujący w zielonej herbacie z płatkami jaśminu. ;) W takiej zresztą postaci pojawia się i w Lovely Day: mocny, wibrujący w nozdrzach, dzięki skumaniu z porzeczkami oraz herbatą cokolwiek oranżadkowy. A może to dzięki lukrecji, która po kilkudziesięciu minutach od aplikacji zaczyna przebijać się na powierzchnię?
Raczej nie, ponieważ im lepiej ją czuć, tym mniej w mieszaninie porzeczkowej soczystości - oraz modnego ulepowatego musowania. Pozostaje sam silny, rozedrgany jak gorące powietrze trzon kompozycji. Gdzie jaśmin ogrzewany jest przez lukrecję a oba akordy ułożono na solidnej podstawie z jasnego drewna. Przy okazji wychodzi na jaw, że zastąpiono także zielone soki; zamiast nich mamy lekką, morsko-gloniastą chmurę, szczęśliwie w większości już rozwianą. :) Czyli świeżość obecna jest we wszystkich stadiach zapachu. Dzięki podobnemu zabiegowi autor kompozycji zdołał uniknąć nie tylko łatwej drogi kobiecego jaśminowego oranżadowca ale - co ważniejsze - jeszcze łatwiejszej ucieczki w "zmysłowość" przesłodzonej syntetycznej ambry tudzież tanich papierowych i białopizmowych pudrów w bazie.
Więc Lovely Day bez problemów daje się lubić! :) Choć to kompletnie nie moje klimaty.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aromatyczna (oraz świeża)

Skład:
absolut jaśminu wielkolistnego, różana herbata, lukrecja, "irys przefiltrowany przez drewno cedrowe", liście i owoce czarnej porzeczki, Ultrazur



Mon Cuir

Mój ulubieniec spośród całej piątki. Suche, odrobinę niedzisiejsze lecz nowoczesne w duchu aldehydy na łagodnie orientalnych podstawach. Aromat miękko ścielący się na ludzkiej skórze, zestrajający się z nią w sposób naturalny, bez zbędnego pośpiechu. Cichy ale wyrazisty. Bo Mon Cuir nie musi krzyczeć, żeby być zauważonym. Nie musi być kontrowersyjnym, aby wzbudzać zainteresowanie bliźnich. Nie musi w cudzych oczach szukać potwierdzenia własnej wartości. Wie, czym jest i co ze sobą zrobić. Te perfumy są jak dojrzały (raczej duchem niż ciałem), trochę staroświecki, mądry człowiek.
Zacznijmy od tego, jak przewrotnie przedstawiono tu akord tytułowy: pojawia się nie jako skóra albo zamsz; próżno w Mon Cuir szukać przemożnej dosłowności (Cuir Vanenum, Cuir Ottoman, Bel Ami Hermèsa) jak i delikatnych, jakby umownych muśnięć (Vintage Johna Varvatosa, Daim Blond, Fareb). Tu pojawia się coś współcześnie rzadko spotykanego: rosyjska skóra, aldehyd popularny w szalonych latach 20. XX wieku, nad którym pochylały się nosy perfumiarzy marek Chanel, L. T. Piver czy Creed. Lecz nie oczekujcie od omawianej właśnie wody dosłowności. Tu rosyjska skóra, miękka, ziołowo-chłodna ale pełna ponadzmysłowego ciepła, równoważona jest dodatkami zamorskich przypraw (głównie gałki muszkatołowej, choć czuję też odrobinkę pieprzu i kurkumy), paczuli oraz kwiatu pomarańczy. Ów pojawia się w otwarciu, najpierw podrzędny wobec skórzano-korzennej goryczki, później coraz silniejszy, suchy i oddający przyrodzoną moc akordom skrytym gdzieś w głębi. Uważam tak, ponieważ kwiat ten w Mon Cuir wydaje się prześwitywać zza pozostałych nut.
Potem skóra mięknie jeszcze bardziej i zaczyna na powrót zanurzać się w przyprawach, choć już nie aż tak dosłownych, w ciepłych brązach suchego paczuli czy lekko pikantnego sandałowca oraz w rozgrzewających cielesnościach. Ziemiste barwy oraz cielesno-orientalny sznyt pięknie uzupełniają subtelne acz przepastne tony rosyjskiej skóry zważając, by za nic w świecie nie zdominować akordu tytułowego. Natomiast w miarę upływu czasu wszystko to bez pośpiechu zlepia się w całość - albo raczej zgrzewa się [bo "zlepianie" sugeruje coś wymuszonego albo mało przyjemnego, brutalnego; niczego podobnego w MC nie znajdziemy], scala w idealną, niesłodką lecz i niezbyt kanciastą, okrzesaną całość. Ulatuje ze skóry powoli, drobnymi partiami.
Kompozycja doskonale dżentelmeńska. :) Także dzięki ograniczonej mocy i trwałości, sugerującej kompletnie niedzisiejszą stałość czy konsekwencję.


Grupa olfaktoryczna: skórzano-orientalna


Skład:
rosyjska skóra, kwiat pomarańczy, Labdaceme [syntetyczny odpowiednik labdanum?], paczuli, gałka muszkatołowa, drewno sandałowe, piżmo



Mon Patchouly

Zapach trudny do sklasyfikowania. Z jednej strony ewidentnie paczulowy, z drugiej zielono-kwiatowy; ani orientalny ani drzewny, szyprowy też niekoniecznie. Choć na pewno nie świeży. ;) Łagodny, miękko wtulający się w ludzkie ciało i czerpiący zeń swoje ciepło. Delikatnie słodki acz z pewnością nie w sposób kulinarny.
Obawiam się, że o Mon Patchouly najprościej będzie mi mówić przez zaprzeczenie: jakimi te perfumy nie są. Zatem z pewnością nie są killerowate. Ich cichy, spolegliwy duch nie zezwala na żadną wyrazistość, przynajmniej poza samym otwarciem, kiedy nozdrza uperfumowanej osoby szturmuje aromat suchego, wyraźnego choć stonowanego paczuli (bardziej w duchu Patchouly od Etro), zestawionego z geranium oraz niezbyt dosłownymi akcentami żywic. Dopiero później wygładza się, rozmywa w drzewno-tonkowej słodyczy, coraz silniej równoważącej duet paczuli z geranium. W bazie delikatnieje jeszcze bardziej, drugoplanowa słodycz musi pogodzić się z faktem, że główną rolę dostały nuty drzewne oraz żywiczne, przyjemnie płożące się na skórze i pieszczące powonienie.
Paczuli też gdzieś tak jest, skryta między żywicami a słodyczą... chyba. :)
Bo to woń trochę zbyt spokojna i spolegliwa.


Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna


Skład:
paczuli, mech dębowy, geranium, jaśmin, kadzidło, "roślinna ambra"



Umbra

Czy grafika reklamowa, ten niebieski strumień ulatujący z atomizera, nie wydaje Wam się bzdurna? Bo mnie bardzo. :) A przecież to takie przyjemne, konwencjonalnie paprociowe pachnidło! Najbardziej męskie (stereotypowo) ze wszystkich omawianych dzisiaj kompozycji marki.
Najłatwiej wyczuć to w otwarciu, kiedy dociera do nas mieszanka drzewnego chłodu z cytrusowym światłem, szybko wzbogacona o zaskakująco miękki, aksamitny dodatek geranium. Z czasem schnąca, wypierająca wszelkie cytrusowe wonie a zastępująca je czystą, suchą wetywerią (trochę w stylu klasyka od Guerlain) oraz mchem dębowym, który robi porządek także z geranium , nadając mu jeszcze więcej "giętkiej nobliwości" - o ile to w ogóle możliwe. ;) W tej samej chwili po raz kolejny daje o sobie znać wyraźny dodatek nut drzewnych, żywicznych, iglasto-orientalnych. Trochę, jakby zmieszać igły świerkowe z puchatym sandałowcem oraz gwajakiem. Szczególnie, że coraz więcej w Umbrze delikatnej, zielonkawej słodyczy, od czasu do czasu równoważonej pojawiającym się i znikającym akordem czarnego pieprzu. Tylok baza przypomina nieco najlepsze momenty męskich pachnideł marek Avon albo Oriflame; ale dlaczego nie? Wszystko jest dla ludzi. :)
Mamy więc suchą wetywerię z nobliwym geranium, żywiczno-drzewną słodycz oraz trochę pieprzu. Co razem daje pachnidło proste, codzienne, łatwe w użytkowaniu lecz pozbawione tej iskry szaleństwa, którą cenię w sztuce olfaktorycznej. Choć to dobrze; wszak spokojne, uniwersalne i zachowawczo męskie perfumy także są potrzebne. A że nie mnie...?
No i co z tego?


Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna


Skład:
wetyweria, mech dębowy, liście geranium, czarny pieprz, balsam jodłowy, bób tonka



Wszystkie pachnidła to uniseksy, powstały w roku 2013 a ich twórcą jest Ramón Monegal.

Charakteryzują się świetną trwałością: od ośmiu czy dziesięciu godzin do blisko doby.


Jarku, wielkie dzięki za próbki! :)
___
Dziś właśnie Mon Cuir.

piątek, 17 maja 2013

Co my tu mamy?

Perfumy mamy. :D
Niszowe.
Ładne bardziej lub mniej ale na pewno osnute wokół opowieści o miejscach odległych, zatem stymulujących wyobraźnię (abo wspomnienia).

D. S. & Durga, My Indian Childhood

Cóż na to poradzę, że ilekroć wącham te perfumy i pamiętam o ich nazwie (czyli za każdym razem ;) ). myślę o Rudyardzie Kiplingu oraz tysiącach osób jemu podobnych. O dzieciach kolonizatorów, które przyszły na świat i dorastały w gorącym, czasem dusznym, czasem wysuszającym drogi oddechowe klimacie; wśród dźwięków, barw i zapachów nieporównywalnych z niczym na świecie. O małych ludziach na wskroś przenikniętych sztuką oraz folklorem subkontynentu indyjskiego, lecz w takich czy innych okolicznościach wysłanych na chłodne, deszczowe i blade Wyspy Brytyjskie, aby właśnie tam poszukały swojego miejsca w życiu. I być może już nigdy nie wróciły do krainy dzieciństwa.
Próbujących niekiedy (w chwilach przygnębiania czy słabości) przywołać klimat tamtych dni i tamtego świata, za pomocą zmysłów smaku lub zapachu usiłujących zaczarować angielską rzeczywistość, czasami nawet z całkiem zadowalającym skutkiem. Jednak nigdy nie idealnym. Ponieważ odtwarzane przez Europejczyków Indie poza Indiami zawsze będą tylko i wyłącznie zabawą w indyjskość; mirażem dla spragnionych zmysłów oraz rozumu.
Lecz skoro nie ma innej możliwości ponownego zanurzenia się w klimatach dzieciństwa, to dlaczego by nie próbować wspomnianej zabawy...?

Dokładnie tak odbieram My Indian Childhood, o wiele silniej emocjami niż rozumem. Bo też trudno inaczej, kiedy pachnidło tak udanie prezentuje bardzo staroświecką, gęstą, pudrowo-balsamiczno-kwiatową odmianę orientalności. O mocy olbrzymiej, jednak stworzonej w sposób zgodny z wielowiekowymi europejskimi tradycjami perfumiarstwa. Oraz z podobnych składników (tak to czuję). Gdzie kompozycja ściele się na skórze ciężkim, welurowym płaszczem w rdzawym kolorze; otoczona oparami unoszącycmi się znad listków kolendry oraz zwojów cynamonowej kory, spomiędzy słojów schnącego na powietrzu sandałowego drewna oraz upojnymi żywicami. Wyrazista  lecz złudna w swej orientalności. Zamiast koić tęsknotę, tylko ją podsycająca.
I cóż z tego, że długotrwała...?

Skład:
osmantus, champaca, kewda (kwiat pandanowy), jaśmin wielkolistny, paczuli, tytoń, galbanum


Dorissima, Aphrodisiac Parfum Oil Siddhartha

Pozostajemy w Indiach, jednak cofamy się w czasie do epoki Siddharthy Gotamy Buddy. Tak, tego Buddy. :]
No  więc właśnie... Czy ja jestem jakaś dziwna, czy też i Wam zdaje się, że zestawienie w całość buddyzmu z afrodyzjakalnym ponoć olejkiem jest cokolwiek kontrastowe? Nawet nie biorąc pod uwagę treści tekstu promocyjnego (nie wierzę w ani jedno jego słowo), podobne połączenie prowokuje nieprzyjemny zgrzyt poznawczy.
Szczególnie, że zbyt wiele erotycznego potencjału w Siddharcie nie zauważam. :]

Trudno, bym o nadmiar klimatu sprzyjającego miłości mogła podejrzewać olejek o zapachu delikatnym i kremowym, jasnym oraz w gruncie niewinnym. Gdzie początkową przyjemną organiczno-maślaną orzechowość łagodzi delikatny akord tonkowo-waniliowej słodyczy, zaś w bazie chowa się ledwo zasugerowany bukiet delikatnie pachnącego kwiecia. Gdzie jest przyjemnie, lecz trochę nudno.
Co prawda intymnie i bliskoskórnie, lecz tak krótkotrwale, iż w ogóle nie mamy okazji rozczarować się zapachem. Dwie lub trzy godziny - i Siddharty nie ma.
Trochę mało jak na aromat podpierający się tradycjami religii starszej od chrześcijaństwa.

Choć prawdę mówiąc, olejek ów niekoniecznie służy do perfumowania ciała. :)

Skład:
olejek jojoba, grejpfrut, bób tonka, wanilia, bułgarska róża, irys


Jul et Mad, Amour de Palazzo

Z Indii przenosimy się do Wenecji, tego europejskiego miasta, gdzie od stuleci bez trudu można było wywąchać najpiękniejsze z aromatów Wschodu.
I mnie się to właśnie wcielenie Wschodu podoba! :) Nawet bardzo.

Jest aż gęste od przemieszania woni przypraw [gorzka, sypka gałka muszkatołowa, ciemny, pozłocisty szafran w ujęciu zbliżonym do znanego z Saffron Rose marki Grossmith, pikantny lecz już schnący imbir, wibrujący wewnątrz przegród nosowych czarny pieprz], czarnej skórzanej galanterii wędzonej w gęstym, żywicznym dymie, oudu ciemnego i krystalicznego acz konsekwentnie trzymającego się drugiego planu, akordów gorących i cielesnych, obecnych dzięki dodatkom kastoreum, ambry, labdanum, piżma... Gdzie wszystko to umiejętnie - choć również niezbyt gorliwie - rozświetla stare, szlachetne drewno cedrowe (żadnych świeżuteńkich soków w Amour de Palazzo nie znajdziecie), zaś suchej ostrości oraz życia nadaje mieszaninie papirusowy poltergeist. Wszystko to układa się na ciele w jedyną w swoim rodzaju chmurę, oksymoroniczną doskonałość: harmonijną kakofonię. ;)
Bogatą, wysoce stężoną, ekspansywną oraz całkiem trwałą. :) Te perfumy naprawdę warto poznać!

Skład:
goździki (przyprawa), gałka muszkatołowa, imbir, pieprz, drewno cedrowe, fiołek, paczuli, labdanum, skóra, oud, papirus, kastoreum, ambra, piżmo


Jul et Mad, Stilettos on Lex

Z Wenecji szybko przenosimy się na nowojorską Lexington Avenue by posłuchać, jak swego czasu o jej bruk stukały wysokie obcasy Madaliny, współzałożycielki marki. ;]
I gdzie możemy poczuć dużo, naprawdę bardzo dużo słodkiego, aksamitnego w smaku soku z gruszek, wymieszanego z wodnistymi akordami kwiatów, głównie heliotropu (który jednak potrafi być wodny! a to niespodzianka), konwalii, pojedynczych frakcji róży oraz chłodnych fiołkowych liści. Lub irysowego masła, o strukturze przyjemnych, zimnych igiełek. Gdzie słodycz miesza się z uzyskaną laboratoryjnie lekkością upojnych kwiatów, soczystość równoważona jest przez nienachalne, późnowiosenne ciepło. W bazie natomiast otrzymujemy uspokojenie soków, ich powolną przemianę w nektar dzięki słodkiej wanilii oraz rozgrzewającym czekoladowym pudrom z paczuli, dodatkowo otoczonych czystym białym piżmem zaś opartych na mocnym stelażu z drewna cedrowego, równie sędziwego i szlachetnego, co w przypadku Amour de Palazzo.
Bardzo ładna, wyraźna choć jednoznacznie młodzieńcza - i dziewczęca - kompozycja. Do poznania.

A jednak... kiedy pewnego ciepłego dnia nie tak dawno temu spacerowałam po podgórskich polach i łąkach, kiedy zamiast szpilek na ikonicznej ulicy słychać było przede wszystkim chrzęst suchego piasku i ziemi polnej drogi pod moimi sportowymi sandałami, kiedy wdychałam aromaty dojrzałej wiosny, z jej bzami, z przekwitającymi drzewami owocowymi oraz z czeremchą, z wszechobecną a otumaniającą wonią kwiatów rzepaku, z zapachem traw i wszelkiego możliwego zielska, w pewnej chwili wtuliłam nos w przedramię skropione tego ranka Stilettos on Lex. Nigdy przedtem żadne perfumy nie wydały mi się tak sztuczne i wymuszone, tak usilnie starające się stworzyć postindustrialny erzac aromatów natury.
Od tego momentu już nie potrafię na omawianą wodę spojrzeć tak, jak przed włóczęgą po polach.

Skład:
cytryna, gruszka, róża, konwalia, goździk (kwiat), heliotrop, irys, liście fiołka, wanilia, drewno cedrowe, paczuli, piżmo


Profumi del Forte, Tirrenico

Twórcy tej mieszanki chcieli zabrać nas na brzegi Morza Tyrreńskiego - i w pewnych chwilach bardzo mocno czuję, że im się udało. :)
Trudno, żeby było inaczej, kiedy otacza na tak sugestywna woń linii brzegowej: zbutwiałego, wyrzuconego na brzeg drewna, mokrych kamieni, na których odpływ zostawił wodorosty, suszącej się rybackiej sieci - i kiedy wszystko to jest dosłowne lecz w sumie delikatne, przewiane; rozjaśnione południowym jesiennym słońcem, ochłodzone porannym wiatrem, umajone nutą soli selerowej.
Lecz bywają dni, kiedy wonie stają się cięższe oraz głębsze, gdy delikatność ustępuje miejsca żrącym aromatom drzewno-żywicznym, kiedy pojawia się więcej soli oraz tego jedynego w swoim rodzaju zapachu szczątków roślinnych rozkładających się w morskiej wodzie. Gdzie w miejsce lekkiego wiatru od morza pojawia się zimny, smagający wicher oraz słony muł. I wówczas nie jest to już Morze Tyrreńskie, lecz północny Atlantyk, do tego poza sezonem. Nadal jest zmyślnie, niszowo ciekawie, lecz już zdecydowanie mniej noszalnie. ;)

Jakkolwiek nie spojrzeć, Tirrenico to warte poznania, bogate dziwadło. Średnio trwałe, choć to niekoniecznie musi być wada. :)

Skład:
akordy morskie i balsamiczne, dryfujące drewno, gorzka pomarańcza, bergamotka, jaśmin, elemi, koper włoski, bazylia, nuty owocowe, drewno sandałowe, mech dębowy, piżmo


Pięć, a właściwie siedem podróży w niezwykłe miejsca świata.
Jak? Gdzie?
We własnym domu, dzięki wyobraźni oraz węchowi. Czyż to nie piękne? :)
___
W tej chwili noszę Siddharthę, a wcześniej była Umbra marki Ramon Monegal.

piątek, 10 maja 2013

Wiwisekcja perfumomaniaczki ;)

Tak mi wczoraj przyszło do głowy...
Czyli kolejna porcja wiedźmowych banałów. :D


"Czym jest podróż? Poznawaniem? Odkrywaniem? Podziwianiem? Udowadnianiem sobie czegoś? A może po prostu podążaniem przed siebie? I – z tym dziwnym uściskiem w żołądku – czekaniem na to co będzie za kolejnym zakrętem…
Bo często to Droga staje się celem samym w sobie". 
ŹRÓDŁO


Właśnie... Dlaczego mam chęć wciąż poznawać nowe perfumy? Dlaczego nie przystopuję - a kilka razy próbowałam, z wiadomym skutkiem - po prostu zajmując się używaniem własnych flakonów?  Które teraz stoją w szafce i większość pewnie już zapomniała, do czego właściwie służy. ;) Przecież nie testuję kolejnych zapachów dlatego, że chcę powiększyć zbiór o kolejny flakon! Ten etap - kiedy każde piękne perfumy od razu znajdowały pełnowymiarowe odbicie w prywatnej kolekcji - od dawna już za mną.
Kiedyś myślałam, że testuję przede wszystkim dlatego, że prowadzę bloga z recenzjami perfum. I, no cóż, muszę przyznać, iż ten powód ma daleko większe znaczenie, aniżeli chęć finansowego wspomożenia producentów czy dystrybutorów pachnideł. ;) Lecz i tutaj, prawdę mówiąc, jedno z drugim wcale nie jest związane aż tak ściśle, jak początkowo uważałam. Wiele osób przecież zaopatruje się w próbki, niektórzy w ilościach naprawdę sporych, jednak ich refleksje wcale nie muszą przekładać się nie tylko na chęć prowadzenia bloga a nawet niekoniecznie na publikację swoich opinii w Sieci (ni gdziekolwiek indziej). Podczas ostatnich nieobecności w tym miejscu odkryłam nie bez zdumienia, że i dla mnie spisywanie przemyśleń [koniecznie-muszę-inaczej-się-uduszę :] ] nie jest aż tak niezbędne, jak jeszcze kilka miesięcy temu sądziłam.


A jednak, kiedy siadam do komputera, gdy spryskuję swoją skórę i wdycham opary, potem przez chwilę zbieram myśli i zaczynam pisać pierwsze zdanie - wtedy czuję, że jednak jest okej, że wybrałam odpowiedni sposób wizualizacji swojego [jakby nie patrzeć, w skali powszechnej wciąż mocno nietypowego] hobby. Że po prostu lubię to robić tak, jak inni ludzie lubią grać w amatorskich kapelach, w średniowiecznych strojach pomykać po zabytkowych ruinach, zbogacać kolekcję cennych znaczków pocztowych albo nielegalnie "ozdabiać" mury za pomocą farb w aerozolu. ;)
I... w zasadzie w tym miejscu mogłabym zakończyć uznawszy, że skoro testowanie, wąchanie i pisanie o efektach powyższych działań daje mi frajdę, to nie ma o czym mówić - tylko, że to jestem ja. ;> Dlatego od zwykłego uporządkowania myśli podążyłam dalej.

Bo co takiego ciekawego jest w perfumach? To, że są ulotne, że pięknie pachną [komu jak komu; a w ogóle, co to znaczy: "pięknie"?], że mimo trwającego od lat procesu egalitaryzacji pachnącego świata, w dalszym ciągu "jadą" na zdobytej wieki temu pozycji synonimów luksusu?
Dlaczego w ogóle wciąż mam chęć poznawać nowe zapachy mimo, że często pierwszemu testowi towarzyszą reakcje w stylu: 'znam, było, było, znam'? Czy te pojedyncze iskierki oryginalności to nie jest przypadkiem zbyt mało, by utrzymać zainteresowanie pasjonatki na wiecznie wysokim poziomie? Wreszcie: dlaczego cały czas powtarzam, że "każde perfumy warto poznać"?
O co w tym wszystkim chodzi??


Hmm... odpowiedź na pytanie, dlaczego wciąga nas akurat to a nie inne hobby, przekracza moje możliwości. :) Mogę za to spróbować wyjaśnić, skąd zainteresowanie zapachami wzięło się u mnie. Choć i tak będą to tylko przypuszczenia.

Pominę jednak "zwyczajowy" wstęp o tym, jak to od najmłodszych lat zwracałam uwagę na otaczające mnie wonie lub jak ważnym dodatkiem do własnego wizerunku dla moich bliskich były perfumy. Uważam go bowiem z jednej strony za truizm, z drugiej zaś wyłącznie za okoliczność sprzyjającą zainteresowaniu woniami, nie zaś naturalną i ostateczną motywację.
Mam za to wrażenie, że w świecie zapachów odnalazłam rzeczywistość idealną z punktu widzenia kogoś, kto zawsze chciał wypowiadać się o sztuce, jednak doskwierał jej brak niezbędnych po temu narzędzi poznawczych [by nie szukać długo: dopiero od kilku lat oglądając film, zwracam uwagę również na takie szczegóły, jak rozplanowanie kadru czy przejścia między poszczególnymi scenami]. W perfumiarstwie odnalazłam świat, który nie zdołał stworzyć własnego języka (wiele razy wspominałam dlaczego, więc pozwólcie, że dziś daruję sobie powtórkę z rozrywki); co było dobrą nowiną, oznaczało bowiem możliwość opisania tego, co czuję za pomocą niemal całkowicie dowolnych środków. A że jestem synestetką, w ruch poszły obrazy, dźwięki, wizje miejsc, zdarzeń czy osób zrodzone dzięki obcowaniu z danym zapachem.

Trochę to było dziwne: opowiadać jakąś historyjkę niczym niewydarzona pisarka tylko dlatego, że się nawąchałam. ;) W tym miejscu do mojego pachnącego świata wkroczył internet. Odkryłam polskojęzyczne blogi i fora, gdzie - jak się prędko okazało - swoje przytulisko znalazła może mała ale na pewno wyrazista grupa węchowych synestetów. Ludzi, [gównie rodzaju żeńskiego, co jednak nie powinno dziwić, ponieważ wg badań naukowców kobiety reagują na zapachowe bodźce bardziej intensywnie, z odniesieniem do emocji - interesujący atawizm z czasów, kiedy jako samice odpowiedzialne za młode musiałyśmy szybko a bezbłędnie rozpoznawać, gdzie można liczyć na bezpieczny nocleg, gdzie znaleźć coś do jedzenia, a od których miejsc lepiej trzymać się z daleka; i tu mózg posługiwał się swoistym skrótem między zapachem, pamięcią a emocjami] którzy po świecie pachnideł poruszali się tak, jak ja. Nawet podobały nam się podobne perfumy, choć tu pewnie sporo do powiedzenia miała trudniejsza dostępność do niszowców niż do, dajmy na to, bestsellerów od Chanel i Diora. Co z pozoru kreuje "dawnych nas" na bandę snobów, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż podobna diagnoza byłaby faktycznie kolejnym uproszczeniem. Bo co, jeżeli z jednej strony kierowała nami synestezja a z drugiej: żądza nowych wrażeń?


W praktyce rzecz sprowadza się do możliwości interpretacyjnych - a raczej do nie-możliwości opowiedzenia zupełnie na nowo o najbardziej znanych perfumach, odcięcia się od najsłynniejszych we współczesnym świecie olfaktorycznych historii. Dla przykładu: spróbujcie teraz wejść w moją skórę i poszukać we własnej głowie zupełnie nowego sposobu na opowiedzenie swoimi słowami o Chanel No. 5,  "oswojenie" legendarnego zapachu przez zupełnie nową opowieść. Trudne, prawda? Nie niemożliwe, ale bardzo ciężkie do wymyślenia. Tymczasem Messe de Minuit te kilka lat temu tudzież Anima Dulcis współcześnie nie nakładają podobnych ograniczeń. Nie wymuszają konieczności-napomknięcia-o... (im bardziej znane są perfumy, tym podobnych "figur obowiązkowych" więcej).
Marki niszowe zaś mogą co najwyżej naprowadzić mnie na dany trop, z którym niekoniecznie muszę się zgadzać. Dlatego właśnie zobaczyłam cień Any de Castro w Anima Dulcis czy Rzymian z IX legionu za Wałem Hadriana w Victrix od Pro Fumum Roma. Z perfum głównego nurtu na podobną dowolność interpretacyjną  pozwalają mi tylko pachnidła najbardziej "moje" albo zupełne nowości. Lecz jak trudno znaleźć wciągającą opowieść w premierowych zapachach ostatnich lat, wiemy wszyscy. Zatem pozostaje nisza - lub retro, wonie skrajnie niemodne lub niemal zupełnie zapomniane. Ich dawna legenda już nie krępuje; a nawet jeżeli pobrzmiewa gdzieś jako dalekie echo przeszłej sławy (vide: przypadek Habanity albo Tabu), wówczas jest tak uroczo niezobowiązująca, że bez problemu może stać się kanwą naszej własnej wizji. To właśnie tam w dzisiejszym świecie można zobaczyć najwięcej i najwięcej usłyszeć [jednak nie w sensie, że są to najbardziej wartościowe działy perfumiarstwa, lecz że w tworzonych przez nie ramach rozpościera się przed nami najszersza z możliwych panoram], najwięcej się nauczyć.


Pewnie dlatego mimo upływu lat nie tracę nadziei. Wciąż testuję nowe perfumy, ponieważ każda kolejna woń zapełnia maleńką szufladkę w mojej zapachowej pamięci, zaspokaja węchową ciekawość. Chcę poznawać nowe opowieści (i rejestrować ten rodzaj woni, które synestetycznych wrażeń nie dają), chcę dziwić się kolejnymi wcieleniami oudu albo zestawieniem kakaa z kminem. W ogromnym olfaktorycznym pejzażu mam swoje ulubione fragmenty, do których wracam najczęściej, by z lubością obserwować, jak poddają się drobnym zmianom [impresjoniści obserwowali wędrówkę cienia po ogrodach i budowlach a ja lubię patrzeć, co stanie się z oudem/kadzidłem/wanilią/różą, jeśli dodać doń...]. Lecz nie znaczy to przecież, że ignoruję istnienie całej reszty, którą ogarniam spojrzeniem, niechby tylko w poszukiwaniu interesujących mnie przyrodniczych wyjątków.

Ponadto, czego przecież nie ukrywam, lubię antropomorfizować perfumy. :D Co w kontekście mojej dzisiejszej rozwlekłej notki znaczy, iż każde pachnidło, dokładnie jak każdy człowiek, może mieć coś ciekawego do przekazania. Na taki czy inny temat. Dlatego nie należy żadnej kompozycji skreślać z góry, bo a nuż...? :)
Oczywiście nie będziemy w stanie poznać każdego zapachu, o którym tylko usłyszymy/przeczytamy, jednak kiedy trafi się możliwość niezobowiązującego zawieszenia nozdrzy nad czymś, co raczej nie mieści się w naszym spektrum olfaktorycznym, nie powinniśmy szybko z niej rezygnować. Ostatecznie powąchanie blottera w perfumerii czy fiolki z cieczą podczas spotkania z innymi pasjonatami nic nas nie kosztuje. A wiele możemy zyskać.
Niekoniecznie, zupełnie niekoniecznie w wymiarze materialnym. :)


Podsumowując jednym zdaniem: nie chodzi o ciągłe uzupełnianie kolekcji flakonów czy też poszukiwanie Zapachu Idealnego, lecz o poznawanie nowych wariacji olfaktorycznych; ciągłe poznawanie.

Ponieważ to droga jest celem samym w sobie. Nie pęd do przodu, nie zadręczanie się myślami typu: "ale dlaczego to robię?", "do czego to prowadzi?", "a co jeśli na końcu tej drogi będzie czekać nicość?".
Błaagaaam...!
Zycie też prowadzi nas nie-wiadomo-gdzie, a jednak czemuś masowo go sobie nie odbieramy. Pasja to w końcu jeden z elementów składowych naszej egzystencji, więc i na nią warto spojrzeć dokładnie tak, jak zwykliśmy patrzeć na całość. I, mówiąc poetycko-obrazowo, odkryć odległe galaktyki w oczach ważki. ;)
O.
___
Dziś Oud Assam marki Rania J.

P.S.
Z wyjątkiem pierwszej, wszystkie ilustracje pochodzą z http://mylusciouslife.com/perfume-perfection/
Natomiast owa pominięta z http://www.matchbookmag.com/issues/november-2012/#77

wtorek, 7 maja 2013

Robledo

Robledo, Maria Robledo. ;) To nowojorska fotografka, specjalistka od jak najciekawszego ukazywania towarów do sprzedaży; lecz jej radosny, pełen światła styl znakomicie sprawdza się również przy okazji uwieczniania martwych natur oraz detali. Przykłady?
A proszę bardzo! :)


Robledo ma dobre oko do szczegółów:







Jej martwe natury są akademicko, kiczowato wręcz poprawne, zawsze jednak kryją w sobie coś niepokojącego albo niedopowiedzianego:






Fotografie tego, co nadaje się do spożycia, to już w ogóle klasa sama dla siebie. A nie jest wcale takie oczywiste, kiedy zdamy sobie sprawę choćby z faktu, ilu jedzeniowych blogerów w ciągu ostatnich lat zmieniło się w dojrzałych, profesjonalnych (albo półprofesjonalnych) fotografów kulinarnych; często o spojrzeniu równie czujnym i wrażliwości tak rozwiniętej, jak u zaledwie części zawodowców. Tym mocniej więc doceniam wysiłki Ms. Robledo, która zawsze zdaje się trzymać o krok przed zdolną konkurencją:








Jednak nie wspominałabym o Marii Robledo, gdyby nie pewien szczegół; pachnący szczegół, dodajmy. ;)
Otóż jest ona autorką interesującego minicyklu zdjęć ilustrujących perfumy. Zarówno flakony, jak i konkretne kompozycje zapachowe; ażeby było jeszcze bardziej ciekawie dodam, iż są to ilustracje kilku zapachów naraz. ;) Zobaczcie:





Dla słynnego nowojorskiego elitarnego centrum handlowego Bergdorf Goodman bohaterka dzisiejszego wpisu zgodziła się zobrazować urodową część katalogu promocyjnego na wiosnę 2012 roku. Jako ciekawostkę podrzucę Wam jeszcze krążącą w odmętach Sieci zajawkę tejże sesji:



Kurczę, taki marketing lubię. :) Zorientowany na jakość, gdzie żądza pieniądza nie zdołała całkowicie wyprzeć naturalnej dla każdego człowieka potrzeby obcowania z pięknem [z czego handlowcy skrzętnie korzystają, owszem; jednak nie robią tego bez skrępowania pasożytując na kliencie (jak w tysiącach głupawych reklam telewizyjnych ;) ), lecz łechcąc jednocześnie jego/jej zmysły oraz ego; wyrafinowanym podstępem zamiast chamstwem. Z dwojga złego zdecydowanie bardziej wolę taką właśnie formę namawiania mnie do zakupu kolejnej zbędnej rzeczy].

W każdym razie miło czasem pooglądać takie obrazki, jak powyższe, nieprawdaż? ;)
___
Dziś noszę Memoirs of a Trespasser marki Imaginary Authors.

P.S.
Wszystkie fotografie pochodzą z http://www.judycasey.com/photographers/maria-robledo, oficjalnej strony artystki.

poniedziałek, 6 maja 2013

O Antonim Cierplikowskim...

...można poczytać u Octaviana.

Choć wpis krótki, to treściwy.

Na marginesie muszę wyznać, że od wielu miesięcy zastanawiam się, jak też mogły pachnieć perfumy sygnowane imieniem na A.? Powstałe zarówno w czasach słynnego koafiurzysty [nie, nie chodzi o kolejne No. 5 Chanel ;) ], jak i współczesne nam, inspirowane legendą Antoine'a?


A przy okazji chciałabym dać Wam znać, że być może znów zanosi się na małą przerwę; trudno inaczej, kiedy kicham, prycham, kaszlę oraz zmagam się kolosalnym bólem głowy i okolic, oględnie mówiąc. ;) Więc o ile będę na siłach, postaram się wysmażyć jakąś notkę okołotematyczną (lub poszukam czegoś wartego uwagi w szkicach recenzji).
Trzymajcie się!
___
Dziś Shatha Al Oudh od Rasasi.

sobota, 4 maja 2013

Zwiastun dobrego

"Od stuleci (...) jaskółka uznawana jest za dobrą wróżbę. Ptak ten symbolizuje nadzieję, słońce, wiosenny przypływ energii, płodność oraz możliwość otrzymania podarunku, szczęścia i powodzenia zarówno w interesach jak i miłości. Zapowiada spokój oraz wesołe nowiny".
ŹRÓDŁO
Był tłumaczący tytuł cytat, teraz pora na odpowiednią melodię. ;)





Jaskółka w locie. A raczej perfumy inspirowane podobną  wizją, dokładniej: stworzone pod wpływem malunku przedstawiającego fruwającą jaskółkę. Podwójna odbitka, kopia z kopii albo prędzej wariacja na temat innej wariacji. [Rety! Można dostać zawrotów głowy. ;) ]
W istocie zaś pełna uroku, nowoczesna oraz świeża mieszanka.
Vol d'Hirondelle marki LM Parfums.


Może faktycznie? Wszak świeżość, lekkość oraz swoista umowność dzieła winduje je wysoko w mojej prywatnej skali olfaktorycznej abstrakcji, jednocześnie nie odbierając mu niczego z jego uroku. Wtłaczając do głowy pozytywne myśli a, co ważne, czyniąc to z niewymuszonym wdziękiem. Pozwalając na moment wejść w umysł artysty, który potrafi przypadkowego kleksa na kartce zamienić w szybującą jaskółkę. :)
Lecz paradoksalnie to, co mnie w Locie Jaskółki tak zachwyciło, z subiektywnego punktu widzenia jest też jego największą... może nie wadą, lecz na pewno przeszkodą w entuzjastycznym odbiorze.


Wszystko dlatego, że... co cóż; najwyraźniej świeżość nie jest mi pisana. ;) Nie w takich ilościach. Nie wtedy, gdy zmusza mnie do natychmiastowego przywołania na myśl co najmniej dwóch innych pachnideł, głośniejszych, bardziej popularnych oraz starszych. Mam na myśli przede wszystkim grę chłodnych cytrusów z wetywerią, jasnymi drewnami oraz naprawdę sporym ładunkiem iso e super.
Tu rzetelność każe mi rozsiąść się w fotelu, starannie wygładzić spódnice, wziąć naprawdę duuuży wdech i rozpocząć wymienianie; przede wszystkim damskiego Light Blue od Dolcego i Gabbany, Kashminy Touch MaxMary, męskiej Encre Noire Lalique i takiejże Terre d'Hermès... Tym, co sprawia, iż Vol d'Hirondelle okazuje się czymś więcej, niż tylko wydelikaconym nawiązaniem do uznanych bestsellerów głównonurtowych perfumerii, jest dodatek jasnych, dziewczęcych kwiatów.

Właśnie dzięki nim omawiany aromat wzbija się pod niebiosa oraz rozpływa w słońcu, które - choć wyraźne i śmiało ogrzewające ziemię - nie parzy ani nie męczy. Gdzie lekki, igiełkowo ostry irys jednoczy się z pojedynczymi nutkami słodkiego, pastelowo białego jaśminu wielkolistnego. Co może i przypomina Escentric 01 z ikonicznej już chyba serii Ekscentrycznych Molekuł - lecz to doprawdy drobiazg.
Nic nieznaczący wobec ciepłego uroku wody.


Albowiem to kwiaty, w porozumieniu z soczystą ale niezbyt dosłowną słodyczą mandarynki w początkach rozwoju wody, potrafią wybić się wysoko ponad zgrany już miks iso z cytryną, bergamotką, petit grain tudzież innym grejpfrutem, zapewnić jej rys lżejszy, nieco figlarny. :) Ich apogeum następuje po około kwadransie od aplikacji pachnidła na skórę, kiedy to najlepiej udaje się wyczuć wspomniany wcześniej jaśmin (i tak po chwili niemożliwy już do identyfikacji, a w ogóle istniejący na ciele pewnie niewiele dłużej) z irysem. I to własnie dzięki nim cytrusy oraz łagodnie drzewna pasta harmonijnie przenikają się z kwaskowatą wetywerią oraz świeżym cyprysem, które w bazie ostatecznie przejmują kontrolę nad mieszaniną, oczywiście nie bez udziału najpopularniejszej chemicznej substancji zapachowej ostatnich lat. ;)
Szkoda tylko, że po przeszło godzinie od aplikacji przy skórze daje się wyczuć irytującą octową wetywerię na bliżej nieokreślonej drzewnej paście, zaś po trzech godzinach czuję już tylko drzewno-cielesne, trochę ciepłe, odrobinę pieprzowe, cichuteńkie szepty. Po czterech nie czuję już nic.

Cóż powiedzieć? Jaskółczy Lot, choć pełen uroku, nie podbił mojego serca. Nie tylko z powodu kiepskiej trwałości, lecz również dzięki skojarzeniu z klimatami, których nie darzę szczególną sympatią; nie bez zastrzeżeń. ;) Spośród kuzynostwa omawianej lubię wyłącznie Encre Noire (a to jednak zupełnie inna bajka, inne klimaty, inna skala oddziaływania) oraz Kashminę - i to jej będę wierna. Za piękny acz ulotny figielek LM Parfums chyba jednak podziękuję.

Rok produkcji i nos: 2012, Jérôme Epinette

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o ograniczonej mocy oraz strukturze aury [która ostatnio staje się coraz bardziej popularna, nawiasem mówiąc].
Raczej dzienny, choć to subiektywne odczucie.

Trwałość: jak napisałam wyżej, nie większa, niż cztero-, może pięciogodzinna (chociaż za to ostatnie nie ręczę ;) )

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, cedrat, petit grain, inne akordy hesperydowe, drewno różane, kwiat dawana
Nuta serca: jaśmin, róża, drewno pomarańczowe, przyprawy
Nuta bazy: wetyweria, akordy piżmowe
___
Dziś czyste iso. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://pinterest.com/pin/6403624440243658/
2. http://yama-bato.tumblr.com/post/21368316547/bernard-plossu-les-hirondelles
3. http://pinterest.com/pin/10344274116156022/

Nawiązanie muzyczne pochodzi oczywiście ze ścieżki dźwiękowej do filmu Jak zostać królem.

* * *

Przy okazję chciałabym polecić Wam recenzję Vol d'Hirondelle pióra Łukasza-Lucasai; obydwoje swoje opinie opublikowaliśmy w tym samym czasie. Lubię takie zbiegi okoliczności. :)

piątek, 3 maja 2013

Anima Dulcis

W listopadzie Roku Pańskiego 1695, w Mieście Meksyk hiszpańskie zakonnice przygotowują posiłek z czekolady oraz chilli, mieszając przy okazji europejski barok z tradycjami tubylczymi. Bogate, ciemnozłote kontrreformacyjne katolickie sacrum z azteckim napitkiem, który miał łączyć człowieka z jego bogami. Korelacja dwóch sfer świętych, kładąca najpierwsze fundamenty pod budowę wszystkiego, co składa się na dzisiejsze pojęcie amerykańskości.

W nieznanym miesiącu Roku Pańskiego 2011, w Nowym Jorku Carlos Huber, architekt specjalizujący się w ochronie zabytków, podjął odważne wyzwanie: zapragnął przenieść współczesnego zjadacza kultury wprost do najbardziej znaczących momentów naszej historii (a nawet Historii). Jak tego dokonać, nie mając pod ręką wehikułu czasu ni wirów w czasoprzestrzeni? Jak oddać klimat minionych epok, tego, jakimi je sobie wyobrażamy (i jakimi mogły być w istocie)?
Carlos Huber postawił na zapach. Do współpracy zapraszając dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą perfumiarzy, Francuza Yanna Vasniera oraz Meksykanina, Rodriga Flores-Roux.

Czy dziwi Was, że koniecznie, przebierając nóżkami z niecierpliwości, chciałam poznać efekt tej współpracy? ;) Dzięki kochanemu Jarkowi mogłam zanurzyć się w oparach jednego z najbardziej frapujących pachnideł, jakie ostatnimi czasy miałam okazję testować.
Dlatego w tej chwili przed Państwem Anima Dulcis marki Arquiste! :)


Gdzie grafika promująca zapach, jak rzadko, świetnie oddaje jego rzeczywisty charakter [w odróżnieniu od przypadków Atelier Cologne tudzież Olfactive Studio]. :) Ponieważ ów faktycznie jest bogaty, pełen przepychu a nawet pychy, dumny ze wszystkiego, co przyszło mu reprezentować. Lubiący robić wrażenie, choć zwrócony w stronę duchowości (przynajmniej w teorii) - i nie ma w tym niczego nagannego. Ostatecznie, jak człowiek, ma prawo do błędów oraz słabostek. ;)

Także poszczególne nuty Anima Dulcis są starannie wyeksponowane; może rozłożyste i świadczące o umiłowaniu bogactwa, lecz jednocześnie unikające charakterystycznego dla baroku horror vacui. Robiąc wrażenie czegoś, co mogłabym nazwać "barokowym minimalizmem". ;) Bogate i całkiem silne acz znające umiar. Taak, nie ma to jak moja ulubiona zapachowa oksymoroniczność! :D
Brak ozdobników - także olfaktorycznych - od razu daje się zauważyć. Przede wszystkim dlatego, że zabrakło tych najbardziej oczywistych, mianowicie ulepowatej słodyczy oraz kwiatów. Nie możemy wszak zapominać, że tradycyjna aztecka czekolada była napojem gorzkim [a do tego lekko oleistym, gdyż powstawała przez rozmoczenie utłuczonych ziaren kakaowca w wodzie; prekolumbijscy Indianie nie znali, tak przez nas ukochanych, słodkich aksamitnych mleczności]; więc w podobnym posunięciu nie widzę niczego niezwykłego. Zaskoczył mnie brak mniej popularnych zapachowych "ubarwiaczy", nut drzewnych i balsamicznych, które przecież znakomicie pasowałyby zarówno do koncepcji pachnidła, jak i samej marki.
Zatem już od razu omawiany armat budzi we mnie żywe zainteresowanie.

Kakao, silne, sypkie, nieco paczulowe czuję już od pierwszej chwili pobytu AD na skórze. Towarzyszy mu cielesne, upojne ciepło (trochę jak labdanum, które wreszcie pachnie, jak powinno: roślinnie ;) ), prędko osuszone razem z kakaowym proszkiem oraz drobno posiekaną papryczką chilli. Co daje efekt niezwykle spójny - ciemny z przebłyskami złotych promieni labdanum, zatrzymany w połowie drogi między goryczą a słodyczą, między symbolizmem a naturalizmem kompozycji perfumowej.
Kilka minut później mieszanina jeszcze bardziej się ogrzewa; dołącza doń rudy, uprażony na patelni aż do granicy zgorzknienia cynamon oraz coś, co wprawiło mnie w naprawdę niemałe zdumienie - kmin rzymski.


Naprawdę nie wiem, skąd wziął się ten ostatni; przybył razem cynamonem czy tez ewoluował z domniemanego labdanum, jak ono całkowicie roślinny, lecz rodzący skojarzenia z wonią ludzkiego ciała? Trudno ocenić. W każdym razie wiem, że w miarę upływu czasu pachnidło pogłębia się: kakao staje się ciemnym, zatykającym proszkiem, niemożliwym do oddzielenia od utartego cynamonu, chilli z wolna obejmuje kontrolę nad pojedynczymi smużkami niekulinarnej słodyczy, coraz śmielej wypalając pikantny, piekący ślad, zaś labdanum ustępuje miejsca kminowi - ze wszystkimi tego konsekwencjami. :)
Albowiem im dłużej Anima Dulcis żyje, tym mniej w niej jasności, barokowych złoceń, perlistego śmiechu a więcej barw ziemi, suchego ciepła oraz potu. Kompozycja zagłębia się pod skórę, wkrada bezpośrednio do mózgu, ryjąc po drodze trwałe bruzdy w ludzkiej świadomości.
I nie wiadomo kiedy Słodka Dusza (lub Łagodne Tchnienie) przeistacza się w zapach-powidok: wspomnienie chwili, gdy targany niepokojami umysł odzyskuje nagle spokój, kiedy na trupie umarłej nadziei rodzi się bolesna, tragiczna, pełna dumy samoświadomość. Kiedy sypki pył powoli rozpływa się w powietrzu, gorycz zelżała a słodkości uciekają z gracją, zaś cała mieszanina bez żalu opuszcza świat doczesny, niczym dusza dopiero co oddzielona od ciała. Zostawiająca wszystko za sobą, zaczynająca od nowa - na szczęście dla siebie.

Skąd owo skojarzenie? Stąd, że Anima Dulcis przypomniała mi smutne dzieje Any de Castro, zwanej Piękną Toledanką. Hiszpańskiej kobiety żyjącej w Peru na przełomie XVII i XVII wieku, znanej z niezwykłej urody, zamożności oraz wyniosłości. Osoby, którą umiłowanie życia oraz (być może) trudny charakter zawiodły prosto przed lokalny trybunał hiszpańskiej inkwizycji. Oskarżonej o sekretne wyznawanie judaizmu [przodkowie Any rzeczywiście byli Żydami, którzy przyjęli chrzest, by móc dalej żyć w Hiszpanii], uprawianie czarnej magii, bluźnierstwo oraz rozwiązłość a następnie torturowanej [mimo, że inkwizycja nie mogła stosować tego środka wymuszania zeznań na kobietach], przetrzymywanej w celi bez dostępu światła, dręczonej fizycznie i psychicznie a w końcu spalonej na stosie pomimo przybyłego z Hiszpanii aktu ułaskawienia. Kolejnej postaci, której największym przekleństwem okazało się przyjście na świat w niewłaściwych czasach. Nieszczęśliwej i osaczonej. Czy złamanej - tego nie wiemy. Mam nadzieję, że nie.
Że Ana - piękna, dumna, kochająca życie i może zbyt bezczelna jak na swoje czasy - znalazła jakiś sposób na to, by w ostatnich chwilach życia nie zagubić klucza do własnej duszy. Duszy w gruncie rzeczy słodkiej i łagodnej, jak chciałabym wierzyć.

Zapach, który w istocie oddaje jakąś część mojego wyobrażenia na temat życia w amerykańskich koloniach Hiszpanii u schyłku XVII wieku. Zaczynam podejrzewać, że pan Huber stworzył naprawdę wartościowy projekt. Chętnie poznam pozostałe elementy serii.

Rok produkcji i nos(y): 2012, Rodrigo Flores-Roux oraz Yann Vasnier

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, roztaczający wokół człowieka wyraźną, sporą aurę, z czasem bez pośpiechu opadająca na ciało.
Świetny na dosłownie wszystkie okazje.

Trwałość: przeszło dwunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: gourmand-przyprawowa

Skład:

kakao, meksykańska wanilia, chilli, cynamon

P.S.
Druga ilustracja to siedemnastowieczna rycina, przedstawiająca auto da fé na Plaza Mayor w Limie, stolicy hiszpańskiego Wicekrólestwa Peru (i obecnego państwa Peru, przy okazji). Pochodzi STĄD.

Jesienne róże...

Tak, dobrze kojarzycie. ;) Dzisiejszy wpis utrzymany będzie trochę w klimatach emotanga Mieczysława Fogga. [O ile Fogg mógł być emo, rzecz jasna. :) I o ile emo mogłoby być tango].

Zacznijmy może od tego, że Rumiana Różyczka wcale nie jest rumiana; nie jest też, jak chciałaby anglojęzyczna Fragrantica, pełna pasji ani tym bardziej szkarłatna.
Jest dokładnie taka:



Czyli znacznie bardziej niejednoznaczna, niż można by się tego spodziewać, może nawet bardziej, niż oczekiwał sam twórca Une Rose Vermeille. Bo oto dostałam różę, która jednocześnie jest konfiturowo słodka oraz balsamiczna, gęsta oraz przejrzysta, krystaliczna oraz animalna, roziskrzona świeżością jak również trochę już podeschnięta, podmarznięta albo nadgnita; brzydka oraz urocza dokładnie w tych samych momentach. Niby tak dobrze znana, że aż oczywista, jednak skrywająca w sobie coś niepokojącego. Przedziwna.
Kto by pomyślał, że miks dosłownej róży z niezbyt soczystymi malinami oraz fiołkoirysem okaże się tak zajmujący! :)

Więc w otwarciu pachnidło aż tryska energetyczną różaną dosłownością, bardziej herbacianą niż karminową, szybko ubarwioną przez dodatek niezbyt słodkiej malinowej konfitury (gdyż spora część wody zdążyła już z niej odparować). Po chwili zaś pojawia się akord rześki, odświeżający, choć także nie całkiem dosłowny; spis nut chciałby, by była to lawenda ale ja czuję mieszankę ziół, z miętą pieprzową oraz melisą cytrynową na czele. Lawenda, jeżeli jest, pojawia się w tle tych dwóch roślin (oraz może jeszcze estragonu :) ). Nie mogłabym jednak pominąć milczeniem faktu, iż towarzyszą jej ostre irysowe szpileczki, zimno fiołkowych liści oraz swoista ambiwalentna mieszanina obu tych kwiatów, przywodząca myśl jednocześnie wiosenny, purpurowy bukiet oraz woń rozkładających się roślin. Piękna i wstrętna zarazem.
A przecież i tak najważniejszy okazuje się dwugłos róży i malin, w kolejnej odsłonie już znacznie bardziej słodki, przywodzący na myśl inne pachnidła różano-owocowe, Madness marki Choppard czy damskie Apparition od Ungaro. Lecz przecież nie ma w tym niczego niezwykłego, ponieważ kiedy akcent antyseptycznej, ziołowej goryczki, chłodnej głębi wynikać zaczyna spoza dwóch głównych bohaterek, one spokojnie mogą się zesłodzić. ;) Co też czynią.
Finalnie Une Rose Vermeille zahacza o intrygujące, jasne i suche egzotyczne drewienka, wydelikacona, oczyszczona z turpistycznych klimatów, ogrzana odrobinką cynamonu. kompozycja w bazie staje się również pastelowa, jaśniejąca miękkim światłem dzięki wanilii oraz bobowi tonka, ogrzana laboratoryjnie stworzoną ambrą. Gdzie wszystko to idealnie miesza się z jednolitym już akordem różano-malinowym: optymistycznym, nieprzesadnie słodkim, kuszącym.

Pachnącym bardzo podobnie do Rose Absolue od Yves Rocher - albo będącym protoplastą kolejnego, tym razem owocowo-różanego konceptu duetu Serge Lutens i Christopher Sheldrake w jego najnowszym wcieleniu, znanym z Santal Majuscule oraz Fille de Berlin, a więc bardziej nowoczesnym, minimalistycznym, lżejszym. Takiego ducha również daje się w tauerowskiej Rumianej Róży odnaleźć. Tym razem jednak zupełnie mi nie przeszkadza. ;)
Pewnie dlatego, ze zanim do niego dotarłam, musiałam pokonać wonne uroczysko oraz watahę roślinnych zombie. ;) Co jest wystarczająco dziwaczne jak na moje potrzeby. No i po tauerowsku mocne, ekspansywne, trwałe. To lubię! :)

Rok produkcji i nos: 2010, Andy Tauer

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, choć w mojej opinii spokojnie mógłby zostać uznany za odważny uniseks.
Charakteryzuje się sporą mocą oraz sijaż [zwane śladem ;) ]; nawet kiedy słabnie, odznacza się całkiem sporą wyrazistością (tak na kilkanaście centymetrów oraz szybkie reakcje osób, które znalazły się w zasięgu woni :) ). Dobry na wszelkie okazje, szczególnie do większych pomieszczeń.

Trwałość: w zależności o temperatury powietrza, od ośmiu do przeszło piętnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa (oraz gourmand)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna amalfi, lawenda
Nuta serca: malina, fiołek, róża
Nuta bazy: wanilia, bób tonka, drewno sandałowe, ambra

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://simplyseductive.blogspot.com/2009/10/weekend-signoff_23.html

Wróciłam

Rozleniwiona, wypoczęta, gotowa stawić czoła kłopotom codzienności. :)

A co do zapachów, w podróży nie towarzyszył mi żaden flakon (za duży mililitraż, za mały wybór ;) ), tylko próbki i odlewki. Te oto:


Z lewej strony stoi reprezentacja sekcji agarowej, czyli Dark Aoud od Montale, Oud Royal Armaniego oraz Oud marki Maison Dorin. Sekcja kadzidlana to Bois d'Encens, także z Prywatnej linii Armaniego. W sekcji ambrowej (czy ambrowo-kadzidlanej) znaleźć możemy Miyako marki Annayake. Retroszypry znalazły godnego przedstawiciela w Palomie Picasso edp (jedna z młodszych reformulacji), zaś perfumy odświeżająco-aromatyczne w Lavande Royale marki Roger & Gallet. ;)



Żeby jednak nie było zbyt nudno, postanowiłam dorzucić kilka sampli. :D Oto one, kolejno od lewej strony do prawej:

Thierry Mugler, Womanity Taste of Frangrance
Hermès, Hermèssence: Ambre Narguilé
Tauer, Une Rose Vermeille
Huitième Art Parfums, Aube Pashmina
LM Parfums, Vol d'Hirondelle
Arquiste, Anima Dulcis


Pojemniczki i buteleczki tuż po sesji trafiły do ciemnej i suchej szuflady, gdzie niepokojono je tylko wówczas, kiedy nachodziła mnie chęć uperfumowania ciała. Wszystkie pachnidła nosiłam w tym czasie przynajmniej jeden raz. A niektóre (mam nadzieję, że większość z jeszcze nieopisanych) już wkrótce zrecenzuję. :)

Zatem, jak mawiają anglojęzyczni, stay tuned! ;)
___
Dziś noszę Lys Méditerranée od Frédérica Malle'a.