Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smell Bent. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smell Bent. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 grudnia 2014

Codzienność dnia i świętość Nocy

Tym, którzy przygotowują

...zarówno wieczerzę wigilijną, jak i - się.
Fizycznie i duchowo, biorąc na poły konieczny, na poły symboliczny prysznic oczyszczający nas z codziennych wad oraz błędów, szorując swoje ciało przy wtórze regularnie powtarzającego się pukania do drzwi łazienki oraz towarzyszących mu słów: "długo jeszcze?". ;)


Zazwyczaj, kiedy odkrzykujemy: "jeszcze chwilka!", "przecież dopiero co weszłam!" albo dowolnie inaczej, nasze myśli zajmują przecież zupełnie inne kwestie. Jeżeli coś rozpamiętujemy, kiedy dręczy nas przeszłość daleka lub zupełnie świeża, staramy się jak najszybciej rozważyć problem i wziąć się w garść aby móc w całości poddać się świątecznemu duchowi (lub na tyle, na ile to możliwe). Jeśli natomiast chwilowo wszystko w naszym życiu przebiega dokładnie tak, jak powinno na godzinkę czy dwie przed pierwszą gwiazdką, wówczas myślimy o tym, co będzie.

O zbliżającym się uroczystym posiłku, o Świętach, które ten rozpoczyna a w szerszej perspektywie może o nadchodzącym roku. Co nam przyniesie? Jaki będzie? Lepszy czy gorszy od tego, który powoli się kończy, od dni upływających od ostatniego Bożego Narodzenia. Czy w następną Wigilię zasiądziemy do stołu w tym samym składzie? Kogo zabraknie? A może przeciwne, może do naszego stołu dosiądzie się jeszcze jakaś osoba bądź osoby? Ktoś, kogo teraz jeszcze nawet nie znamy ale - być może - bez niej lub niego nie będziemy potrafili wyobrazić sobie następnej takiej uroczystości?
Przez głowę myjącej się i ubierającej osoby przelatują wszystkie myśli, na które wcześniej tego dnia brakowało czasu.


Gdzieś pośród wyciąganej z szaf odświętnej zastawy, pomiędzy pieczeniem lub smażeniem karpia a pilnowaniem, aby barszcz nie ściemniał od zbyt długiego gotowania, między prasowaniem damskiej sukienki albo męskich koszul, podłogą zamiataną po raz ostatni przed świętami oraz naprędce zjadaną kanapką z serem i ogórkiem, nie ma wiele czasu na filozoficzne rozważania.
A przecież trzeba jeszcze pierniczki polukrować albo sernik wyjąć z piekarnika dopiero, kiedy wystygnie (bo jeśli wcześniej, to opadnie). Dobrze, że przynajmniej prezenty już dawno popakowane a pierogi i uszka zamówione u sprawdzonej firmy kateringowej.

Typowe przedświąteczne zabieganie i zamieszanie, obrzędowe uświęcanie czynności codziennych, doroczna burza mózgów i żar przygotowań. Dobrze, kiedy włącza się w nie cała rodzina, nie zostawiając wszystkiego na matczynej głowie, jak to w patriarchalnej Polsce wciąż jeszcze się zdarza. Przy sprawnym podziale ról oraz ich rzetelnym wypełnianiu nawet wigilijne ślęczenie w pracy do godziny trzeciej po południu nie jest wcale tak bardzo straszne! ;)
Wtedy można dosłownie z biegu rzucić się w domowe zapachy i smaki, w rozgrzaną całodziennym gotowaniem kuchnię albo w łazienkę pełną gęstej pary. Odebrać swoją porcję uśmiechów od reszty domowników albo ugasić kilka pożarów [raczej tych symbolicznych, niż wynikających ze spalenia gęsi razem z piekarnikiem ;) ]. Ogarnąć dwadzieścia rzeczy jednocześnie i jeszcze z podziwu godnym refleksem krzyknąć: "pierwsza zaklepuję łazienkę!" :)


Gdy mamy pewność, że ostatnie wypieki na pewno wyjdą pyszne a na odziedziczonym po prababci białym świątecznym obrusie nie ma ani jednej plamki, wtedy można zająć się sobą. Zamknąć na chwilę oczy i po prostu cieszyć się tymi paroma minutami dnia, które są tylko dla nas. Ich naturalnym przedłużeniem jest ubieranie wcześniej wybranego, odświętnego stroju oraz - przynajmniej w przypadku miłośników perfum - zapachu, którym zainaugurujemy kolejne w naszym życiu, Boże Narodzenie Anno Domini 2014. :)

Dla mnie zapachem tym będzie najprawdopodobniej Elf-Fulfilling Prophecy, perfumy stworzone przez markę Smell Bent jako limitowane pachnidło świąteczne całe pięć lat temu. Swój flakon posiadam od niespełna czterech, o czym można łatwo się przekonać, zaglądając do pewnej notki Skarbiątka. ;) Zazwyczaj czas tej mieszanki nadchodzi zimą, w Wigilię jednak zwykle wybierałam coś innego. W tym roku wszystko wskazuje na to, że amerykański elf o skłonnościach (nie do końca) kasandrycznych nareszcie trafi na moją skórę we właściwym czasie oraz miejscu. :D
Będę więc przy stole wigilijnym pachnieć przyprawami korzennymi w słodkim, maślanym, kruchym cieście.


Jednak nie w pierniku, jak zdaje się sugerować wiele recenzji, lecz w szarlotce [wińcie Skarbka, jeśli koniecznie musicie :P ]. Bardzo, bardzo korzennej, z wtartym do pokrojonych na cieniutkie plasterki jabłek bodaj całym kawałkiem kory cynamonowej, z roztartymi w moździerzu goździkami, zielem angielskim oraz kardamonem, ze szczyptą imbiru w proszku ale też symbolicznym, lecz i tak odświeżającym, dodatkiem skórki cytrynowej.
Aromatyczne surowe ciasto trafiło między rozgrzane blachy piekarnika, skąd zaczęło wydzielać jeszcze bardziej czarowne wonie. ;)

Po upieczeniu, jeszcze ciepłe i pachnące wprost obłędnie, podano je lekko ciepłe, z kleksem świeżo ubitej śmietany tuż obok każdej porcji. Co paradoksalnie dodało lekkości oraz miękkości, starannie wygładziło wszystkie kanty i zarysowania, stworzone przez gorące przyprawy oraz trochę stwardniałą waniliową kruszonkę z wierzchu szarlotki.
W pewnym momencie całość bardzo się ujednolica i występuje już wyłącznie jako bliżej nieokreślona "korzenna słodkość"; dzieje się to głownie po to, aby udało się wyciągnąć zza tych wszystkich cukierniczych woni akord wibrującego, odrobinę szorstkiego i aromatycznego tytoniu fajkowego. Ten ostatni daje Elf-Fulfilling Prophecy spokojną, jasną ale przytłumioną, jednolitą przestrzeń. Zapewnia niezbędną szczyptę goryczy w ten szczególny dzień, jednocześnie uroczysty oraz ciepły miłością naszych bliskich.

Jeżeli to wszystko nie jest magią, cudem który sami tworzymy, to nie wiem, co nimi jest.


Rok produkcji i nos: 2009, Brent Leonesio

Przeznaczenie: pachnidło całkowicie uniseksualne, dla łasuchów oraz miłośników nut tytoniowo-drzewnych (najlepiej oczywiście dla obu tych grup w jednym ciele :) ). O całkiem dużej mocy i śmiałej projekcji. Co ważne, nie męczy przy tym ani osoby uperfumowanej, ani jej otoczenia.
Na dosłownie wszystkie okazje.

Trwałość: od dziesięciu czy dwunastu godzin do blisko doby

Grupa olfaktoryczna: gourmand-aromatyczna (oraz przyprawowa)

Skład:

cynamonowa kruszonka, tytoń fajkowy, pył drzewny
___
W mijającym właśnie dniu do perfum kompletnie nie miałam głowy.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.chubbycheekphotography.com/blog/2011/12/merry-christmas/
2., 3. i 4. http://babesinboyland.se/december-fika/ [Autorki: Matilda Hildingsson (fotografka) i Nathalie Myrberg (stylistka)]
6. http://www.pinterest.com/pin/324611085615632296/


* * *


Z okazji
 zbliżających się wielkimi krokami świąt Bożego Narodzenia
 chciałabym złożyć Wam życzenia: 
beztroski przynajmniej przez te dwa dni, 
ciepła, odwagi i nadziei, kiedy będziecie ich potrzebować,
 spokoju, kiedy nie będziecie potrafili sami go odnaleźć 
a zdrowia oraz humoru przez cały czas. :)

Wesołych Świąt!

środa, 30 stycznia 2013

Raz, dwa, trzy...

...krótkie recki piszesz ty! ;)
Czyli ja. :D Co oznacza, że przed Wami kolejna porcja recenzenckich skrótowców.

Armani, Privé: Vétiver Babylone

Pachnidło lekkie, przejrzyste oraz słoneczne.
Akordy krystalicznych, niezbyt słodkich cytrusów oraz świeżego drewna cedrowego lub cyprysowego niebezpiecznie zbliżają perfumy do jednej z moich zapachowych traum, damskiego Light Blue od Dolcego i Gabbany. A nie jest to zbyt dobra rekomendacja. ;]
Choć oczywiście miłośnikom jednoznacznej, modernistycznej świeżości może się spodobać. Nawet później, kiedy rośnie rola akcentów przyprawowych, głównie różowego pieprzu oraz dziwnie łagodnego kardamonu. A wszystko to okala ciemna, wąska rama z "czystego" paczuli.
Ot, konwencjonalne męskie perfumy.
O przyzwoitej trwałości choć projekcji ograniczonej.

Skład:
bergamotka, mandarynka, cedrat, kolendra, różowy pieprz, zielony kardamon, wetyweria, paczuli


Illamasqua, Freak

A gdzież tam!
Żadne z niego dziwadło, tylko przyzwoity damski kwiato-drzewniak. :) Trochę w dawnym stylu a trochę nowoczesny.
O przyjemnej, mlecznej strukturze, miękko opływający ludzką sylwetkę a nawet oblepiający ją, choć bez nieprzyjemnego uczucia czy ostentacji.
W otwarciu delikatny i ciepły lecz bez wyrazu, idealny lep na niezorientowane niszowo klientki. ;) Pazurki pokazuje dopiero później, nabierając jednoznacznie kwiatowej acz egzotycznej mocy. To nie lilia, jaśmin czy tuberoza; w końcu kto powiedział, że rośliny tropikalne nie mogą zabijać mocą swoich kwiatów? :> I zabijają, ku mojej radości. Także dzięki solidnemu, choć nie zawsze jawnemu stelażowi z żywic oraz okrojonego oudu (potraktowanego podobnie, co w Lalique'owym Hommage à l'Homme).
Barrrdzo przebiegłe perfumy.
Moc przyzwoita, z trwałością trochę gorzej.

Skład:
czarny kwiat dawana, piołun, opium, kwiat wilczej jagody, kwiat cykuty, szaleń plamisty [taak, znowu przewija się domniemany udział trucizn ;) ], kwiat królowej nocy, kadzidło, mirra, oud


Smell Bent, Mamma Cassis

Kolejna pretendentka do miana dziwaczki, tym razem mniej nastawiona na epatowanie sensacją, bardziej na zaskoczenie - a tym samym wiarygodna. :)
Otwarcie pachnidła od Leonesio rozczarowuje: to po prostu silnie aromatyzowana pudrowa miętówka (albo guma do żucia Orbit, jeszcze w podłużnych płatkach), pozostawiająca na skórze chłodzący filtr, niczym maść na obrażenia. Z tym, że bardziej słodka w zapachu, skąd wzięło się moje skojarzenie z cukierkami czy gumą.
Dopiero w miarę upływu czasu miętowo-mentolowy podmuch cichnie a spod spodu zaczynają przedostawać się ciemniejsze i cieplejsze nuty czarnej porzeczki. Troszkę wymoczonej w alkoholu, w końcu to cassis. ;)
Jest przyjemnie, nieprzesadnie słodko, odrobinę cieleśnie-owocowo. Ani świeżo, ani ciężko.
Jakby nie patrzeć, Mamma Cassis okazuje się sprawnym, nieszablonowym jadalniakiem. :) Fajne to...

Skład:
czarna porzeczka, mięta, piżmo, wanilia


The Different Company, Oriental Lounge

A to niespodzianka!
Orientalny przyprawowy żywiczniak stworzony przez Céline Ellenę, który nie tylko nie odrzuca, ale okazuje się naprawdę przyjemny dla mojego rozmiłowanego w dosłownościach nosa. :)
Ujawnił się jako aromat dosyć ciężki, nasycony słodką żywiczną cielesnością, kremowy. Z dominującym elementem czystka, przedstawionego monolitycznie tak, jak w moim ulubieńcu, Labdanum Donny Karan; z tą różnicą, że Oriental Lounge wypiętrzono ku górze dzięki obecności różanego absolutu, czarnego pieprzu oraz pikantnych akcentów zdrewniałych pędów curry. Jeszcze później następuje zesłodzenie mieszaniny.
I jest pięknie: esencjonalnie, bogato, gęsto. Jak nie od tej perfumiarki. :]


Skład:
bergamotka, liście (albo drewno) curry, pieprz, drewno satynowe, róża, bób tonka, ambra, labdanum


Ys Uzac, Lale

Taka sobie mieszanina rachitycznych dosyć owoców: pomarańczy, mandarynki, bergamotki z morelą. A do tego lekkie, nieprzekonujące kwiaty, pojawiające się jako skwaśniała woda z wazonu. Baza niby drzewna, ale w istocie pozbawiona wyrazu.
Te perfumy mnie nudzą.
Lale - w sam raz dla lal, które o sztuce perfumeryjnej pojęcie mają raczej nikłe. :>

Skład:
mandarynka, bergamotka, pomarańcza, osmantus, zimokwiat wczesny, morela, różowy pieprz, szafran, róża, białe kwiaty, benzoes (?),  kadzidło (???), ambra (?), nuty drzewne
___
Dziś nie mniej i nie więcej, jak Mamma Cassis. O, mamma mia! ;)

piątek, 17 sierpnia 2012

Nie traktujmy siebie zbyt poważnie!

Tak właśnie musiał myśleć Brent Leonesio, kiedy pracował nad kadzidlanym odcinkiem swojej Smell Bentowej serii. [Inna sprawa to wrażenie, że takowa maksyma zdaje się być mottem przyświecającym wszystkim pachnidłom od Smell Bent; szczególnie, kiedy obejrzy się promujące je rysunki. ;) ]


Nie inaczej musiało być z pachnidłem utworzonym na bazie, przeżywającego akurat szczyt swej globalnej perfumeryjnej popularności, kadzidła. W wydaniu luzackiej marki Smell Bent noszącego nazwę Incensed. Przyjaznego, słodziutkiego, olibanowo-mirrowego. Rzymskokatolickiego.
Nie tak wyraźnego, jak w przypadku Avignonu czy Cardinala, było nie było perfum poważnych i wyważonych. Nie tak czystego, jak Rock Crytal ani tak ziołowo silnego, jak Incensi Villoresiego czy Incense Extrême Tauera. Nic z tych rzeczy. Incensed to kadzidło jasne, przyjazne całemu światu, młodzieńcze (chwilami przez swoją słodycz nawet dziecięce).
Wyraziste, budzące skojarzenia tak oczywiste, jak to tylko możliwe a jednak zawierające w sobie niemały ładunek wesołej łagodności, może nawet kapkę zgrywy...? Lub kilka kapek? ;) Rzecz nieczęsta w przypadku pachnideł kadzidlanych, często interpretowanych z szacunkiem i dosłownie.
Takie kadzidło na Prima Aprilis. ;)

Co ma swoje zalety, niemałe ale też i kilka wad.
Zaletą jest niewątpliwie niekonwencjonalne potraktowanie tematu, zerwanie z poważnym wizerunkiem podstawowego składnika, a raczej z przepuszczeniem go przez sito satyry, ożywczej i wnoszącej nową jakość, odbrązawiającej szlachetny monument niczym wąsy domalowane Monie Lisie. [chyba kiedyś użyłam już takiego porównania..?]. W takim przypadku nie mogę nie docenić sympatycznej mieszanki żywicznych grudek z waniliowym budyniem, w którym unurzano gęste, szare smugi kadzidlanego dymu (wiem, że fizycznie jest to niemożliwe; i co z tego?). Takie bezczelne, rozbrajające pomieszanie Wysokiego z Niskim. Walka postu z karnawałem w praktyce. :)
Swoją drogą, chciałabym poznać Encens et Bubblegum od ELdO, które wydaje się być kuzynem omawianego aromatu.

Lecz dokładnie to, co uważam za zdecydowaną zaletę Incensed, okazuje się także jego największą wadą. Ponieważ wychodzi na jaw, że na dłuższą metę pachnidło męczy. Denerwuje swoją nieokreślonością. Czegoś mu brakuje, ponieważ nie wyczerpuje znamion ani grupy gourmand ani drzewnej. Nie cieknie przy nim ślinka (choć wanilii weń od groma i więcej) ani nie pogłębia mało "dziewczyńskiej" części swojego charakteru. Nie pomagają nawet przebłyski ostrego sandałowca, gorzkiego drewna tekowego (lub dębiny) ani oleista gładkość gwajaku. Wszystko utrzymane jest w stanie idealnej równowagi, szalone, nieco ociężałe. Statyczne, gdyż sprawiające wrażenie sytuacji bez początku ani końca.
A przecież karnawał nie bez przyczyny trwa maksymalnie dwa miesiące!

Incensed nie jest złe, jest tylko nużące. A do tego przypomina mi Kadzidło od Matthew Williamsona.

Mimo wszystko chciałabym z całego serca podziękować Lorienie za próbkę tego zapachu. :*

Rok produkcji i nos: 2009, Brent Leonesio

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; dosyć statyczny, choć zauważalny. Na wszystkie okazje.

Trwałość: znam tylko wersję wodną, która wytrzymuje do pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-waniliowa


Skład:

kadzidło frankońskie, mirra, wanilia, nuty drzewne
___
Dziś Attar Al Mohabba for Men od Rasasi. :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.thegreenhead.com/2012/07/dynamite-incense-holder.php

piątek, 25 marca 2011

Powieści i Romanse

Ha! I teraz wyjdzie. W poprzednim poście cieszyłam się zmianami, odrodzeniem przyrody, zbliżającą się powodzią bzów i ich niebiańskiego zapachu, a teraz co?? ;) Grudniowo-świąteczne [jak przetłumaczyć zwrot "winter holidays"?] limitowanki, zapach sosen, zima, śnieg i piosenki dla amerykańskich dzieci?
Spokojnie, nie będzie tak źle. Wbrew skojarzeniom, przygoda z Reindeer Games marki Smell Bent nie musi kończyć się wraz z utopieniem Marzanny. :)

Fajna, czaderska, coolowa i jazzy reniferza ekipa, początkowo gardząca Rudolfem, odmieńcem o czerwonym nosie - jakie to hajskulowe! ;) Oraz uniwersalne; w końcu "inność" i "obcość" jednostki bądź grupy to od niepamiętnych czasów powód wystarczający, by bliźnich dyskryminować, piętnować, wyganiać, wyżynać i upokarzać na tysiąc innych sposobów. Więc w sumie dobrze, że nawet śmieszna piosenka o małym reniferku Santy, kolejna bajka Disneya czy... komiksy o superbohaterach poruszają ten bolesny i trudny temat. Oraz uczą tolerancji.

Niezbyt zachęcający początek recenzji perfum, prawda? Jakoś nie prowokujący do błogiego samozadowolenia.
Więc zacznę jeszcze raz.


Tym razem towarzyszyć mi będzie luźny cytat z ekranizacji Opętania A.S. Byatt: "nie czuję się skazana na samotność; nie jestem księżniczką uwięzioną w wieży, prędzej pająkiem siedzącym pośrodku sieci" [film oglądałam dawno, co tłumaczy moją szwankującą pamięć :) ].
Rozumiem bowiem, dlaczego mądre kobiety wybierały samotność i życie na obrzeżach swoich małych społeczności. Rozumiem je doskonale. Samotność nie musi być wyrokiem, czasami odbierana bywa jako nagroda i szansa.
Nie musi być niczym złym, smutnym czy ponurym. Poza tym wszystko zależy od tego, jak zdefiniujemy samotność. Z punktu widzenia ekstrawertycznych, dynamicznych mieszkańców wielkich miast, osamotnioną dziwaczką mogłaby być na przykład bohaterka ostatniej powieści Olgi Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych. Tymczasem sama pani Duszejko nie oceniała swej egzystencji w podobnych kategoriach: żyła z dala od ludzi, opiekując się opuszczonymi po sezonie domkami letniskowymi, miała wąską grupkę przyjaciół i znajomych oraz swoje zwierzęta. Cały las pełen bratnich i siostrzanych dusz. O niebo ważniejszych od większości znanych jej ludzi. A to tylko pierwszy przykład z brzegu.
Pragnęłam dać do zrozumienia, że nasz świat nie ogranicza się jedynie do hordy homo sapiensów, lecz jest daleko bardziej złożony [kto zna hipotezę Gai? Lub choć Avatara oglądał? ;) ]. Subiektywna samotność może być pięknym i cennym doświadczeniem, źródłem ożywczego ciepła.

W tych kategoriach odbieram woń Reindeer Games. Sosny, kadzidła, lepkiej żywicy, ambry, może i labdanum. Ciepłą, eteryczną, bardzo, hm.. naturalną. Lekką przy całym swoim ciężarze.


W pierwszej chwili słodką, ciepłą, niemal pluszową, dzięki dodatkom soczystej bergamotki i ambrowej wanilii (bobu tonka?). Dopiero później, wraz ze stopniowym, acz szybkim, ogrzewaniem się olejku mieszanina nabiera głębi, upojnej ciężkości, żywiczno-kadzidlanego polotu. Oblepia skórę, z cichym pomrukiem mości się na mnie, szczelnie otacza ze wszystkich stron. Nidy nie przytłacza. Bowiem, podobnie jak Ikon od Zirh, zyskuje kolejną twarz: zmysłowej słodyczy, upojnej ociężałości, leniwej radości rozpływającej się po całym ciele. Wpija się głęboko w skórę i zlewa się z nią w jedną całość, co jest procesem tak naturalnym, iż łatwo go przeoczyć. Powinnam podziękować miękkiej, aksamitnej i słodkiej ambrze, wdzięcznie wtulonej w wyciąg z sosnowych igieł; tak pięknie złączone przeciwieństwa.
Kolejne typowo amerykańskie perfumy - pozbawione trójpodziału, a mimo to żywe, zmieniające się, czarodziejskie. Świeżość, słodycz, drzewność, aromat lasu i mszy w starej górskiej kaplicy. Ona - ambra i On - świerk.
Taka baśniowa samotność we dwoje. :)

Spadając z wyżyn egzaltacji pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat, tym razem wierny:

Kiedy pisarz nazywa swe dzieło Romansem, byłoby niemal zbytecznym spostrzeżenie, że chce zachować sobie pewne prawo do pewnej dowolności zarówno w doborze materiału, jak i w jego kształtowaniu, do czego nie czułby się upoważniony, gdyby nazwał swoją książkę Powieścią. Ta ostatnia forma kompozycji zakłada, jak się ogólnie przyjmuje, drobiazgową wierność nie tylko temu, co może się wydarzyć w życiu człowieka, lecz także temu, co w nim jest prawdopodobne i zgodne ze zwyczajnym naszym doświadczeniem. Romans jako dzieło sztuki musi stosować się ściśle do swoich praw i jest grzechem nie do wybaczenia, jeśli odstąpi od prawdy ludzkiego serca, ma jednak pełne prawo ukazać tę prawdę w okolicznościach zależnych w dużej mierze od swobodnego wyboru pisarza lub przez niego stworzonych.
Opowieść ta podlega definicji Romansu, ponieważ przedstawiono ją ze szczególnego punktu widzenia; wyraża ona próbę połączenia czasów minionych z ową teraźniejszością, która nieustannie się od nas oddala.

Nathaniel Hawthorne, Dom o siedmiu szczytach, przedmowa autora, przeł. Bronisława Bałutowa


Co jest także mottem [?] wspomnianego wcześniej Opętania Antonii Byatt. ;) I świetnie pasuje do pewnego rodzaju dzieł olfaktorycznych: miłych, ujmujących, traktujących co bardziej charakterystyczne składniki w sposób stanowczo niekanoniczny, wyzuty ze sztampowego purytanizmu. Inne i niewinne zarazem, w pewnym sensie nagie, a więc łatwe do zniszczenia i/lub spiorunowania wzgardą.
Reindeer Games to perfumiarski Romans.
Więc niech żyją Romanse! :)


Rok produkcji i nos: 2010, Brent Leonesio

Przeznaczenie: ciepły, bezpieczny zapach typu uniseks. Na wszelkie okazje, choć stosowniejsze wydają się raczej te nieformalne.

Trwałość: olejek - do siedmiu godzin, wersji alkoholowej nie testowałam

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

żywica, sosna, kadzidło frankońskie, kwiatostany topoli [czyli popularne podłużne "kotki" :) ], bergamotka, ambra
___
Dziś noszę John Galliano eau de parfum.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/scott_e_gibson/5446788855/
2. http://perfumepharmer.com/organic-perfume-skincare-remedies/index.php/2011/03/6-prosperity-series-ever-green-forest-incense-by-katlyn-breene-of-mermade-magical-arts/