poniedziałek, 13 czerwca 2011

Wrzaskun Niepospolity, czyli o okultyzmie rubasznym

Dziś kolejny zapach, za który nie do końca wiem, jak się zabrać. Niby jest wyrazisty, ma własny styl i specyficzny charakter, ale cóż poradzić, skoro nie przemawia? :) To znaczy przemawia i ja ten głos rozumiem, doceniam a nawet podzielam, ale... No właśnie.
Coś mi nie pasuje. Dlatego nie spodziewajcie się precyzyjnego opisu lub konkretnych wrażeń przelanych na internetowe łącza, bo ich nie będzie. Dzisiejsza notka to hymn do subiektywizmu w najczystszej postaci. ;) Liczą się tylko ulotne impresje.

Oraz zjawy: lekkie, kolorowe, trącące radosnym mistyczno-okultystycznym kiczem, miksem wyrwanych z kontekstu strzępów wiedzy tajemnej, typowej dla kilku co najmniej kultur.
Totalne ponowoczesne fusion.

Cozé marki Parfumerie Generale, bo o nim mowa, zdaje się prezentować taki właśnie rodzaj perfumiarstwa. Oto zapach z charakterem, tworzony z pomysłem oraz jawnym kunsztem. Prace nam nim musiały dodatnio wpływać na samopoczucie twórcy, tak wydaje się nabuzowane dobrą energią. Mimo, iż duch pachnidła cały czas pozornie drepcze po jamach, pieczarach oraz kruchtach w poszukiwaniu zejścia do Królestwa Podziemi.
Lecz nie potrafię dać się uwieść pozorom i zaglądam głębiej, ciekawa tropów, jakimi podążał Pierre Guillaume.
I cóż znajduję?

Przede wszystkim wspomnianą już radość, swobodę życia bez męczącego gorsetu norm społecznych, jasność słońca o poranku, beztroską "byłą" cielesność oraz naturalną magię, pochodzącą ze świata w którym jest banalnym sposobem wchodzenia w interakcje z otoczeniem.
A wszystko to unurzane w ostrym, czekoladowo-ziołowym sosie. Jest jednocześnie głęboko i mrocznie oraz powierzchownie i pogodnie. Coś niebywałego. Grozy nie stwierdza się.

Niestety, przebogate Cozé ma również wady. [Naprawdę nie spodziewałam się, że - jako miłośniczka "głośnych" i wielowarstwowych perfum - kiedyś tak napiszę...] Jedną z nich jest maksymalnie rozproszona uwaga: omawiany aromat jest jednocześnie ciepły, cieleśnie słodki, aby wkrótce popaść w klimaty pikantne i narkotyczne, początkowo utkane z przyjemnych półcieni, by po chwili nurzać się w uciążliwym, morderczym wręcz świetle stroboskopowym. A mnie to przeszkadza.
W Cozé dzieje się zbyt dużo w tym samym czasie, co męczy moją introwertyczną naturę. Nie lubię ludzi w nadmiarze; długotrwałe przebywanie w towarzystwie rozgadanego i rozkrzyczanego tłumu mnie nuży. Po nadmiarze towarzystwa innych homo sapiensów muszę wypocząć w ciszy i samotności. I bardzo, ale to bardzo nie lubię osób, które zdają się tego nie akceptować. Bo w końcu każdy powinien piszczeć z wrażenia na samą myśl o balu na sto par czy innym "spędzie bydła", czyż nie? Zresztą nieważne.
Grunt, że nie przeszkadza mi własne towarzystwo. Lubię samotność. A Cozé nie pozwala się nią cieszyć: absorbuje, przydusza, paple nad głową, domagając się natychmiastowej odpowiedzi, irytuje myśląc przy okazji, że wyświadcza mi przysługę. Okropność!

Dlatego ciężko mi o tym zapachu pisać. Jest zbyt głośny.
Potrafię go docenić, nie odstręcza nawet wizja bardziej wytrawnego A*Mena, krążąca po wiedźmich zwojach mózgowych. :) Wierzę, że potrafi być lubiany, może nawet kochany. Niestety miks pieprzu, kawy, hebanu, czekolady z zielem angielskim i olejem konopnym potrafi skutecznie zmiażdżyć klatkę piersiową.
Nie jestem w stanie nawet opisać rozwoju nut, tak zręcznie pomieszano składniki. Wiem, iż Cozé jest ciężkie, zwaliste i tłuste. Czarne oraz rozświetlone miękkim blaskiem. Dziwne.
Nigdy nie zaryzykuję stwierdzenia o jego wulgarności, bowiem takie nie jest. Wiem tylko, jak mocno mnie męczy, kiedy ja życzyłabym sobie ciszy i ani jednego dźwięku ludzkiej mowy w okolicy dobrych kilku metrów.

Może i ładna, ale krępująca nadmiarem wrażeń, chociaż misterna, to przecież sztuczna i w gruncie naiwna - nie, monsieur Guillaume, ta bajka nie dla mnie. Z pewnością znajdzie wdzięczniejszych odbiorców. :)

Rok produkcji i nos: 2002, Pierre Guillaume

Przeznaczenie: zapach uniseks dla miłośników woni odważnych i nietuzinkowych; testy bezpieczniej zacząć wieczorową porą.

Trwałość: około dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna (i aromatyczna)


Skład:

Nuta głowy: olej konopny (z nasion konopi indyjskich)
Nuta serca: heban, ziele angielskie, tytoń
Nuta bazy: pieprz, papryka pimento, czekolada, kawa, wanilia burbońska
___
Dziś noszę Reindeer Games marki Smell Bent.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje to dzieła holendersko-francuskiego artysty nazwiskiem Johfra Bosschart, specjalizującego się w tematyce mitologicznej, religijnej, okultystycznej i "magicznej". Są przedstawieniami symboli zodiakalnych (odpowiednio: Raka i Skorpiona), a wzięłam je STĄD.

piątek, 10 czerwca 2011

Byłam na zakupach,

wróciłam obładowana siatami.
Spomiędzy Marksandspecnerowskiej herbatki z rumianku, kwiatów limonki i lawendy oraz rękodzielniczych metalowych kolczyków w kształcie stylizowanej sowy [bo były w promocji.. ;) ] wystają dwie książki, obie równie cenne i uśmiechotwórcze, obie poszukiwane:


Pierre Hermé, Desery. Od najprostszych po wykwintne [w sumie książka jest projektem wielu autorów, co wiem dzięki kolumnie redakcyjnej; Hermé to tylko wabik], przeł. Marta Miklaszewska-Marczak, Wyd. Larousse Polska, Wrocław 2005.

Fragment Wstępu:

Wydawnictwo Larousse, poza bijącą rekordy popularności Encyklopedią kulinarną, znane jest z wielu książek kucharskich. Ale gdy w roku 1997 ukazały się Desery, wzbudziły powszechny zachwyt. (...)

Około 750 przepisów opracował Pierre Hermé, światowej sławy mistrz cukiernictwa, który, darząc głębokim szacunkiem dziedzictwo słynnych mistrzów, sam okazał się wielkim twórcą. Znalazły tu swoje miejsce desery tradycyjne i współczesne, regionalne i najbardziej znane w kuchniach innych narodów. Wśród podzielonych na działy przepisów prym wiodą przepisy podstawowe, które od pokoleń są niezmienne i stanowią fundament francuskiego cukiernictwa.
(s.5)


Druga pozycja to:


Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2005.

W tym przypadku również, miast prostym opisem, posłużę się fragmentem ujmującej przedmowy. :) Kupiwszy książki zajrzałam do lodziarni po miks przepysznych sorbetów (z lodami czekoladowymi) na wynos, następnie usiadłam na ocienionej ławce i wyjęłam Bexę. Nie wiadomo kiedy lód się skończył, a ja trafiłam na stronę jedenastą. Zrozumiałam, iż ten konkretny zakup był więcej niż udany. :)

Świat według Monty Bexona

Co rano uruchamiałam komputer z radością, wiedząc, że czeka tam na mnie list od Bexy. To było tak, jakby dostawać dzień w dzień bukiet kwiatów. Kto by tego nie lubił? (To oczywiście kompletnie nietrafiona metafora, bo Bexa nikomu, nawet ukochanej żonie, w życiu kwiatów nie przysłał; specjalnie Go o to zapytałam. Nie znosił ich zapachu, procesu gnicia i więdnięcia, w ogóle Natury z jej procesami niepodlegającymi dyskusji ani negocjacji. Jednak ten przykład dobrze ilustruje różnice między adresatem a adresatką, nadawcą a nadawczynią, bo ja kwiaty lubię, nawet te z kolcami lub ostrym zapachem.)
Chodzi po prostu o to, że Bexa - człowiek piekielnie inteligentny, bywał też piekielnie złośliwy. Wykpiwał komunały, pustosłowie, potknięcia w logice, ale najbardziej chyba... odporność na ironię. Sam był ironistą nad ironistami. Wtedy jego poranny list stawiał na nogi, podnosił ciśnieni, jak potrójna kawa. Jeden z listów zatytułowałam "Świat według Monty Bexona", porażona Jego niecodzienną wyobraźnią.
(s.5)


Lubię zakupy robić sama, bez wsparcia męczącego tłumu opiniujących, potakujących, doradzających, przekonujących, jazgoczących i świergocących sikorek (płci obojga). Wbrew pozorom, samotność doskonale wpływa na mój dystans do sklepowego asortymentu. :)
Przykładem niech będzie fakt nie kupienia Kashminy Touch [MIMO, że była w promocji... ;) ].
Samotne zakupy mam za najrozsądniejszą ich formę; oczywiście, o ile mamy świadomość, że lustro kłamie. ;>
___
Robiłam je, rozsiewając wokół molekuły Mitsouko.

czwartek, 9 czerwca 2011

Słodycz do potęgi n-tej

Cóż, nie da się ukryć. To nie jest zapach dla słabeuszy, zmęczonych byle czekoladką. ;) Ani tym bardziej dla dzieci, znanych z braku umiaru w spożywaniu słodyczy.
Nie, ten aromat, obrzydliwie ulepowaty i ciągliwy, idealnie nadaje się dla desperatów. Jaki?


Blue Sugar od Aquoliny. :) Obłędna, bezkompromisowa słodycz; taka, która dawno zatraciła wszelką miarę i teraz zapada się sama w siebie, motywowana własną ciężkością. Oto czarna dziura wśród nut jadalnych.

Gdyby rzeczywiście ów cukier był przeznaczony do jedzenia, niechybnie musiałby smakować jak bliskowschodnie łakocie, których kęs zaspokaja dzienne zapotrzebowanie organizmu na cukier, a cała porcja zwala z nóg z konsekwencją prawie-złotego strzału. Pisałam, że nie nadaje się dla słabych. ;) Zamiast bawić się w uprzejmości od razu leje po mordzie. I to tak, że aż zęby bolą. :)
Słodki killer.

A jednak - a może właśnie dlatego - od samego początku przypadł mi do gustu. W pierwszej chwili poczułam euforyczną radość, że oto znalazłam słodziaka idealnego; uzależniłam się od tego zapachu, już nawet nie na własnej skórze, ale po prostu, "z natury". Chciałam czuć go dosłownie wszędzie, czułam się nieszczęśliwa bez próbkowej fiolki ukrytej w zanadrzu [n-no, prawie.. ]. Słowem: klasyczny przypadek coup de foudre. ;) Równie gwałtownego, co szybko mijającego.
Dziś potrafię spojrzeć nań z dystansu, co wcale nie znaczy, że okiem chłodnym oraz beznamiętnym. Nadal bardzo Blue Sugar lubię, choć już nie ubóstwiam. Jest nawet jedna rzecz, za którą opisywany zapach cenię.


Klasyczny A*Men mnie przytłacza, za skarby świata nie potrafię go nosić (choć na mężczyznach lubię), dwie podobne do niego niszowe wariacje, czyli Woodcoffe CdG i Cozé marki Parfumerie Generale [poważnie, wyczuwam w nim spore do A*Mena podobieństwo!] wprawiają mnie w wyjątkowo nieprzyjemny dla otoczenia nastrój. Natomiast Blue Sugar okazał się być kolejną wariacją na temat sztandarowego męskiego pachnidła od Muglera, znacznie milszą, mniej inwazyjną, potulniejszą. Oraz słodszą, dużo bardziej plastyczną. :) Niczym ciepłe toffi, kawa po irlandzku i czekoladowa eklerka. Jak go tu nie polubić w długie, zimne, wietrzne wieczory oraz zbyt krótkie, okrutnie dołujące poranki? ;) Tak dla przykładu.

Słodki obłęd przywodzi na myśl jeszcze jedną perfumową kompozycję: to bardziej dosadna wersja Bondowego New Haarlem, na które ostatnimi czasy również spojrzałam łaskawszym okiem (jednak co Roucel, to Roucel! :) ). Myślę, że "winić" za to należy grę lekko słonej bergamotki, lawendy, paczuli i lukrecji, tak jak w gastronomii znakomicie dublującej prawdziwą kawę. Mam niejasne wrażenie, że ktoś tu kogoś zmałpował... ;) Należy donieść, iż Harlem powstał trzy lata wcześniej.
Choć niespecjalnie lubię takie odcinanie kuponów od cudzej sławy, rozumiem chęci szefów Aquoliny do wzorowania się na niszowym słodkim majstersztyku. Bywały już gorsze plagiaty [patrz: damskie Light Blue, chamsko skopiowane przez niemal równorzędne rynkowo Moschino w I Love Love]. A porównanie z lawendową kawą Bonda nie zawsze jest aż tak oczywiste. Poza tym istnieje jeszcze jeden ważny czynnik: przepaść cenowa między obiema markami.

Ale ja nie o tym miałam.. :)
Bez rozróżniania, spokojniejszy A*Men czy podkręcony New Haarlem, Niebieski Cukier cudnie układa się na skórze: od początkowego akordu spalonego cukru, lekko złamanego nutami przypraw oraz akcentem bergamotowej soli, przez upojną słodycz serca, wypełnioną pudrowymi woniami paczuli i lukrecji, złamanych anyżową goryczą a dopełnionych lawendą, po bazę - słodką, świdrującą przegrody nosowe i w pewnym sensie chemiczną. Kompozycja żyje, mieniąc się na skórze, chłonąc ciepło z ciała ludzkiego i oddając je otoczeniu wzmocnione dziesięciokrotnie.
Świeże, słodkie, spalone, lekkie, ciężkie, upojne, figlarne, a chwilami nawet brzydkie: to pachnidło nosi znamiona przeokropnego gaduły, któremu nie przeszkadza nawet kompletny brak słuchaczy. I nie, nie peroruje do pustych ścian z racji szaleństwa czy megalomanii. Po prostu nigdy nie traci dwóch cech charakteru: rezonu oraz pogody ducha, co pozwala mu cieszyć się życiem nie zważając na fakt, jak bardzo jest niedoskonałe.

Jeśli chodzi o mnie, jeszcze nie wiem, czy przeszkadza mi oczywista chemiczność Blue Sugar, cicha nutka woni szkolnego gabinetu fizyczno-chemicznego. Bowiem chyba tylko ona potrafi równoważyć euforyczną dosadność pachnidła. A ja nie wiem, czy to źle, czy wprost przeciwnie..
Na razie nabrałam nieco dystansu i czekam by sprawdzić, co też stanie się z moim zakochaniem. :)

Rok produkcji i nos: 2006, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, ale dla mnie to uniseks. "Naskórne" testy bezpieczniej zacząć chłodnego wieczoru; w przypadku sukcesu eksperymentować z dawkami i porami aplikacji. ;)

Trwałość: niezła; do dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna (i drzewna)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka, karmelizowany cukier (czyli wata cukrowa)
Nuta serca: lawenda, paczuli, lukrecja, anyż gwiaździsty, kolendra
Nuta bazy: drewno cedrowe, bób tonka, wanilia
___
Dziś noszę Theoremę marki Fendi.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.guardian.co.uk/travel/2007/jan/28/travelnews.escape
2. http://franksbees.wordpress.com/2011/03/17/kahvi-3/

środa, 8 czerwca 2011

Jestem w domu...

...celebruję błogi spokój. Piję wodę z cytryną, siedzę w cieniu drzewka jaśminowego i oddycham cudownym aromatem jego kwiatów.
Odpoczywam.


Nad moją głową uwijają się pszczoły i ich krewniaczki. Dookoła jedyna w swoim rodzaju melodia ptasich śpiewów, z kogutem dalszych sąsiadów włącznie. ;)
Podziwiam bzy, drzewka owocowe i kalinę, jeszcze niedawno rozpieszczające ludzkie powonienie swym zapachem. Jest gorąco, ale wieje ożywczy wiatr.
Tuż obok drzemie pies (który charakter ma iście koci).
Wieczorem będzie burza.
___
Dziś Shalimar.

P.S.
Ilustracja pochodzi z http://www.ogrod-gardener.pl/1/5/10/jasminowiec_philadelphus.php

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Krwawa róża

W ikonologii egipskiej czerwień znaczyła wściekłość. "Mieć czerwone serce" - to czuć gniew, "uczynić kogoś czerwonym" - to zabić. Na grobie Ozyrysa, boga podziemi i zmartwychwstania, składano ofiary z ludzi o czerwonej karnacji skóry [pomijam przypisy - WzP]. Spartanie, Ateńczycy, Indowie chowali zmarłych w czerwonych sukniach. W Nowej Zelandii maluje się na czerwono trumnę. W ukraińskich obrzędach pogrzebowych odnaleźć można "czerwoną żałobę" (czerwień traktowana jest jako wariant złotego i jest atrybutem przeciwnika boga Gromowładcy). Ukraińcy zakładali tez czerwony pas pogrzebowy, a Serbowie mieli zwyczaj nakładania zmarłemu czerwonej czapki. W XIX w. Bawarczycy posługiwali się na pogrzebach woskowymi czerwonymi świecami.
(...)
Złowrogie, bo związane ze śmiercią znaczenie czerwieni znajduje potwierdzenie w niechęci i lęku, jakie wzbudzają ludzie rudowłosi. Do dziś zachowała się opinia, że "rude to wredne". Takie włosy mogą mieć obcy, którzy reprezentują Inny Świat i Inny Porządek.


Zatem powoli robi się niebezpiecznie. :)
Róże czerwone jak śmierć powinny być tym bardziej groźne.


Szczególnie, ze przecież otacza je jeszcze gęstsza aura mitycznej boskości, niżby mogło się wydawać...

W wielu mitologiach (...) kolec (albo gwóźdź) wyznaczał oś Wszechświata, a więc szczególnego rodzaju przypadek centrum, tym samym zaś służył do przywoływania sacrum z jego charakterystyką. Tam, gdzie przebiegała axis mundi, dokonywał się bowiem centralne otwarcie, możliwe było objawienie świętości. Konkretny kolec mógł więc reprezentować cechy Kolca Kosmicznego [jakkolwiek śmiesznie to brzmi :) chodzi o to samo, co Kosmiczne Drzewo (Yggdrasill) bądź Kosmiczna Góra (Olimp, Wawel) - przyp. WzP], wyznaczającego ład Wszechświata, co oznacza, że musiał on być zawsze powiązany z nieczystością, śmiercią i zaświatami.
Na skojarzenia ze śmiercią wskazują także motywy bajkowe: ukłucie cierniem bohatera bajkowego przynosiło mu śmierć (albo sen, który zwany bywa "małą śmiercią"). Rolę kolca mogła wówczas pełnić roślina, ale również sopel lodu, wrzeciono, igła, szpilka i inne kolczaste przedmioty (...). Tę samą ideę już w średniowieczu, a potem w baroku odnaleźć można w popularnym motywie ikonograficznym - wizję wiecznego potępienia alegorycznie przedstawiał obraz ludzkiej czaszki, wokół której owinięta jest gałąź cierniowa.

Zatem czerwień to śmierć, zło, skalanie, to grzech oraz nieczystość. I owszem. Dlaczego nie? Mnie to nawet pasuje [i utwierdza sympatię do najbardziej kobiecego ze wszystkich kolorów ;) ]. Kocham czerwień!

Tak, jak kocham róże. O gęstym, niemal zawiesistym aromacie, ciężkie od olejków eterycznych, pachnące grzechem pożądliwości, ciała jak i wiedzy. Naznaczone piętnem cielesności, dalekie od egoistycznej niewinności ukochanej Małego Księcia. Jedną z nich znalazłam w Rose Musc marki Sonoma Scent Studio.

Trudno mi opisać ją słowami. Jest tak czerwona, że aż czarna, cielesna i doskonale upojna. Utopiona w złocistym, lejącym się labdanum (w stylu tego znanego z butikowej serii Donny Karan), unurzana w pełgających po skórze, łaskoczących płomieniach ambry i kastoreum, może także cywetu z lekką nutą pudrowego piżma; ale tego szczęśliwie jest jak na lekarstwo i nie zawsze ma chęć się ujawnić. :) Doskonała jest ta róża!
Z początku wyczuwam tylko ją, by w miarę upływu czasu poznawać kolejne odsłony kompozycji: od róży z czystkiem po taką, której towarzyszą wszystkie wspomniane wcześniej animalne składniki, ciepłe oraz pełne życia. Doskonałe w sile rażenia, wtapiające się w ludzką skórę i delikatnie - naprawdę ledwie wyczuwalnie - słodkie, dosłowne; bosko idealne. Do tego rozsnuwające chmurę wokół uperfumowanej osoby. :)
Rose Musc to typowy produkt SSS: nie dla miłośników kompozycji ulotnych, delikatnych, dziewczęcych czy, tfu, tfu! a kysz! świeżych. ;) Nie oszczędza nikogo w pobliżu kilometra od źródła promieniowania, bez pardonu wdziera się w każdy kawałek wolnej przestrzeni oraz w myśli wszystkich w sąsiedztwie. Po prostu trzeba mieć do niego serce. Piżmowa Róża odbiera wolną wolę; i dzięki temu nie sposób o niej zapomnieć.
Jeśli chodzi o mnie, jestem szczęśliwa, iż mogłam ją poznać. Skarbku, masz buziaka! :)


Silna, ciepła i czuła - rzeczywiście musi szczycić się iście boską genealogią. :) Do tego, przynajmniej w moim odbiorze, zdolna jest stworzyć kokon bezpieczeństwa, niczym matka chroniąca swoje młode lub bogini łaskawa dla swych wyznawców [podobne właściwości przejawia na mnie choćby sławne i osławione Incense od Normy Kamali]. Lecz to nic dziwnego, wszak kolce nie tylko zabijają, ale również chronią:

Ostre kolce i gałęzie tworzą gęstwinę, która - jak wierzono - mogła powstrzymać działanie demonów, czarownic, uroków i wszelkich wrogów. (...) Najważniejsze są więc apotropeiczne [zabezpieczające, ochronne - przyp. WzP] znaczenia przypisywane roślinom ciernistym oraz wszelkim przedmiotom kłującym: w tradycji europejskiej są to m.in. głóg, tarnina, dzika róża, oset. (...)


Więc skoro jednym z najbardziej typowych elementów tradycji ludowej jest wzajemna sprzeczność różnorakich aspektów wierzeń, wówczas jasne okazują się także pozytywne konotacje czerwieni:

(...) to kolor krwi i ognia. Krew jest płynem życia, oznacza biologiczność istnienia, a więc wszystko, co z biologią związane - przemijalność i destrukcję. Krew towarzyszy narodzinom i śmierci. Przelewanie krwi, wszelki z nią kontakt, musi więc kalać - naznacza człowieka stycznością ze sferą śmierci, dzikości i chaosu. Ogień z kolei ze względu na swą destrukcyjną siłę przywołuje obraz chaosu i zniszczenia wszelkich form, amorficzność zaś stanowi jeden z podstawowych elementów w wyobrażeniach zaświatów.
Czerwień jest kolorem ognia i słońca, mocy oczyszczających i dających życie. Jest więc atrybutem bogów słonecznych i wojowniczych, którzy odpowiadali za przelewanie krwi: Aresa, Marsa, Peruna, Thora. W ten sposób czerwień (także jej odmiany, np. purpura) i w nią najczęściej przystrajali się królowie.
W symbolice miłosnej czerwień oznacza przede wszystkim namiętność i zmysłowość, jest symbolem seksu, płodzenia, prokreacji; wiąże się bowiem z zaświatowym chaosem, wymaga zanurzenia się w mrok śmierci. Wszystkie przedmioty czerwone mają zatem symbolizować moce rozrodcze i mogą pobudzać płodność ziemi, zwierząt i ludzi.

Nie wolno więc obrażać się na kolor czerwony. Nie ma sensu odwracać się od siły.
Moc ukryta w co bardziej wyrazistych, chtonicznych woniach jest tym trudniejsza do przeoczenia, im głębsze obszary kultury zdaje się penetrować.
Mówiąc zaś po ludzku, jeżeli coś przemawia do nas silniej, tylko idiota psioczy na ów głos. ;) Im perfumy intensywniejsze, tym więcej mają do opowiedzenia. Oto, w czym może tkwić potęga pachnideł sygnowanych przez Sonoma Scent Studio.

Rok produkcji i nos: 2007, Laurie Erickson

Przeznaczenie: zapach teoretycznie kobiecy, o niebywałej sile rażenia. Tylko dla tych, których nie przytłoczy. :) O znacznej emanacji, więc bezpieczniejszy wydaje się wieczorową porą [mimo, że noszę go i w ciągu dnia, zbierając zań komplementy].

Trwałość: ponad dwunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: drzewno-kwiatowa

Skład:

płatki róży, absolut labdanum, cielesne piżma, szara ambra

P.S.
Źródło ważniejszych ilustracji - DeviantArt:
1. How tastes name of the Rose? autorstwa daroo1992.
2. Wild Rose autorstwa angryRiffRaff.

Wszystkie cytaty pochodzą ze, wzmiankowanego już wcześniej, leksykonu Piotra Kowalskiego pt.
Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. (odpowiednio)229-230, 65, 65-66, 228-229.

SoS + SSS = ?

Kolejna pachnąca zabawa u Sabbath! :)
Tym razem we współpracy z Laurie Erickson, "matką" projektu Sonoma Scent Studio postanowiły uraczyć polskich miłośników perfum zestawem próbek, osobiście skomponowanym przez utalentowaną perfumiarkę.


Wśród smaczków m. in. Winter Wodds, Sienna Musc, Tabac Aurea... Jako bonus od siebie Sabb dodaje próbkę Ambre Noir. I jak tu nie zaślinić klawiatury? ;)


Z tej okazji po prostu muszę dziś zrecenzować Rose Musc. ;) No po prostu muszę.
___
Dzień w oparach Perles od Lalique.

niedziela, 5 czerwca 2011

Esencja czerni?

Swego czasu Dominkab przysłała mi pakiet kilku próbek. Dzięki raz jeszcze, Domi! :*
Wśród nich było ciche, suche paczulowe mruczando: Black Essence marki Goti Essenze.


Ciche, suche, nostalgiczne i... z całą pewnością nie czarne. :) Kiedy się zastanowić, pachnidłu znacznie lepiej będzie w innej jego nazwie, Goti Sartre. Nie jest ponure, ale wycofane, pełne egzystencjalistycznego spleenu, nie modne ale przyczajone w kącie kawiarni, nastawione raczej na słuchanie słów Mistrza, w gruncie rzeczy jednocześnie ciepłe i smutne. Przede wszystkim zaś nie czarne, lecz szare, przywodzące na myśl chłodny jesienny świt nad brzegiem rzeki.
Tak, wyraziłam się odpowiednio: paczulowe mruczando. :)

Gołębioszare i tak suche, jak się tylko da. Paczuli w Black Essence jest piękne: delikatne, utkane z pajęczyn i cieni zalegających sklepioną piwnicę, wycofane. Pięknie stapiające się z ludzką skórą. Gorzkie.
Doprawione akcentami świeżej mięty i soku z grejpfrutowej skórki, które nadają głównej bohaterce uroczej świetlistości. Są jak błyszczące efemerydy, śpiące miesiącami, by pod wpływem chwilowego impulsu zacząć żyć w trybie skondensowanym.
Wkrótce zresztą do paczuli dołącza pieprz, czarny, ziarnisty i gryzący, który przegania świetliste bractwo. Towarzyszy mu lawenda; niezbyt dekoracyjna, spokojna i tak samo szarawa. Pozbawiona części swego charakterystycznego wdzięku, zdegradowana do roli oddanej służki paczuli. A mimo to piękna i łatwo wpadająca "w nos". W ostatniej fazie do piwnicy zagląda nutka słodkości, żywicznej i kulinarnej zarazem, by odświeżyć zastygłą w medytacji, pełna oniryzmu grupę. Łatwo można wyczuć dodatek pudrowego piżma, które tym razem nie robi mi żadnej krzywy. :) Za to udaje mu się przypomnieć człowiekowi, iż perfumy to nie tylko bogate pole do popisu dla najprawdziwszej Sztuki, ale również element codziennego życia. Przynajmniej współcześnie. ;)

Black Essence jest pięknym dziełem, ale czy koniecznie służy dopieszczaniu naszej codzienności? Odznacza się wysokim kunsztem wykonania, ale czy w jej towarzystwie godzi się robić pranie i przechodzić przez ulicę na czerwonym świetle? ;) Nie sądzę. Ponieważ Czarna Esencja jest aromatem iście świątecznym, przeznaczonym do traktowania z pietyzmem i delektowania się nim.
Black Essence a ludzkie życie i emocje to zdecydowanie dwie różne bajki.

Rok produkcji i nos: ??, ktoś z oficyny Santa Maria Novella
[prawie wszystkie informacje o BA są niemieckojęzyczne i niczego z nich nie wydumałam :) gdybyście wiedzieli, bardzo proszę, dajcie znać w komentarzu]


Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o niewielkiej sile rażenia, choć z bliska jest zauważalny

Trwałość: około siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, tangerynka, mięta pieprzowa
Nuta serca: czarny pieprz, lawenda, jaśmin
Nuta bazy: piżmo, szara ambra, wanilia, paczuli, drewno sandałowe, opoponaks
___
Dziś noszę Dżunglowego Słonia od Kenzo, który w upale czuje się znacznie lepiej ode mnie. ;) Przyprawowce i kadzidła pięknieją pod wpływem wysokiej temperatury.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi w http://www.sschapterpsa.com/ramblings/Chehalis_salmon_upper_river.htm

piątek, 3 czerwca 2011

Co straszy w buduarze?

Mam już dwie zaległe recenzje. :) Zacznę od tej łatwiejszej.

Klasyczne Flower od Kenzo to dla mnie świetny dowód na to, jak zmieniają się nasze gusta oraz właściwości skóry [a może i całego organizmu?]. Ponieważ kiedy go poznałam, nastoletnim dziecięciem będąc, zakochałam się w nim miłością prawdziwą i głęboką. Było to krótko po premierze Kwiatka a ja miałam jakieś piętnaście lat. :) Nigdy jednak nie posiadałam własnego flakonu; był po prostu za drogi. Dziś już nie pamiętam, co dokładnie w omawianym pachnidle było aż tak urzekającego. Wiem jedynie, że Flower zawojował mnie w jednej chwili i że z każdego względu wydawał się być absolutnie doskonały.
A teraz..?


Minęło już ponad dziesięć lat; w międzyczasie miałam okres, kiedy perfum używałam bez wielkiego entuzjazmu i pachniałam czymkolwiek bądź albo wyłącznie żelem pod prysznic, potem znalazłam swój niedościgniony ideał (Anaïs Anaïs od Cacharel), by dopiero później odkryć niezwykłość świata pachnideł. Okazało się również, że dzisiaj odrzuca mnie od większości dawnych olfaktorycznych zauroczeń. Flower nie jest wyjątkiem.

Z uwagi na dawny sentyment nie ośmielę się jednoznacznie zgnoić ogłuszającej, tępej, wpadającej w wulgarność kompozycji. Doceniam ją, wiem, iż zdarzają się osoby, na których ostry kwiat pozostaje jedynie delikatnie przyprószony mrożonym pudrem, więc pięknieje niesłychanie. Potrafi też być ciepły i przywołujący uśmiech na zmęczone twarze.
Cóż z tego, skoro mnie ostatnimi laty przypomina tylko o jednym: liście Napoleona Bonapartego do Józefiny, znanej miłośniczki piżma, w którym upomina on żonę, by za wszelką cenę unikała kąpieli do jego powrotu. ;) Tak przytłaczającej dawki zmydlonego, duszącego, przykrego piżma już dawno nie recenzowałam. :)
Jednocześnie pudrowego i szantażującego potwornościami, jakie jest w stanie mi zaoferować, kiedy tylko nieopatrznie się nim zleję. A do tego sugestywnego; prawda jest taka, że poza krótkim oddechem złapanym w pierwszych minutach pobytu Kwiatu na skórze, doświadczam jedynie monotonnego, tak silnego, że aż znieczulającego walenia młotem kowalskim prosto w potylicę. To, iż jeszcze żyję, jest niewątpliwie zasługą wysokich umiejętności torturującego mnie kata. ;P

Tak, Flower to istny koszmar. Mistrz retrohorroru.


Chodzę sobie po internecie, czytam spisy nut i nie wierzę własnym oczom: gdzie się podziały jaśmin, głóg, porzeczka? Kto w nieskończonej swej złośliwości ukradł opoponaks?

Jako, że dziś moja skóra rozwój Flower interpretuje tak:
~ na początku dość wyraźne jest tchnienie życia, jakieś serce bijące pod zwałami pastelowego pudru, pod brudnymi tapetami okrywającymi ściany buduaru, wietrzonego ostatnio w czasach babki jego obecnej właścicielki. I to przez calutką godzinę. ;) Wyczuwam bowiem delikatne, bardzo plastyczne nutki róży i fiołka, obie stonowane i słodkawe, nieco "wczorajsze", jakby wyjęte z misy z potpourri.
~ jednak później nawet te wątłe oznaki życia zostają przyduszone ogromniastym piżmowym cielskiem. Zaczynam się nudzić: piżmo, piżmo, piżmo, wanilia, piżmo, piżmo, wanilia... Jak długo można trzymać człowieka w ciągłym napięciu?!
~ długo. ;P Ponieważ do końca nic się nie zmieni, dalej jedyną rolę grają upudrowane mydliny piżma, doprawione niewielką dawką budyniowej słodyczy.

Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, że Flower doprowadza mnie do skraju mdłości, nigdy go nie przekraczając. Więc trwam w naiwnej nadziei na jego poprawę, nie wiedząc: zmyć toto, czy dać kolejną szansę. Co w sumie daje napięcie jeszcze bardziej upiorne. ;)
A przecież kiedyś było tak pięknie!

Smuci mnie to drastyczne zubożenie oferty klasycznego Kwiatka. Przecież wiem, że przed laty pachniał zupełnie inaczej; obecnie dawna wysmakowana kompozycja dla wyżej podpisanej straciła cały swój pierwotny czar. Lecz, wbrew pozorom, niczego nie żałuję: wszak skóry sobie nie przeszczepię. Było miło - niegdyś - i się skończyło. Powroty nie mają sensu.

Rok produkcji i nos: 2000, Alberto Morillas

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet; pozostawia za sobą potężny sillage.

Trwałość: obecnie do siedmiu lub ośmiu godzin, dawnej nie pamiętam

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: głóg, czarna porzeczka
Nuta serca: róża, fiołek, jaśmin
Nuta bazy: białe piżmo, wanilia, opoponaks
___
Dziś noszę Je Reviens marki Worth (wydanie klasyczne).

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.weddingbycolor.com/sbbride/milestones/74298
2. http://www.stomptokyo.com/badmoviereport/reviews/B/beast-5-fingers.html

czwartek, 2 czerwca 2011

Ostatnio czytam...

Jak pewnie większość z Was, z wiadomych powodów mam dziś ogromnego kaca emocjonalnego. I dlatego właśnie postanowiłam zająć swój umysł czym innym; na przykład pracą. ;) O. Albo literaturą, niech będzie, że popularnonaukową. :)

Tak więc od kilku dni czytam tę książkę:


Brian P. Levack, Polowanie na czarownice w Europie wczesnonowożytnej, przeł. Edward Rutkowski, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2009.

Z opisu na skrzydełkach okładki:

Pomysł napisania niniejszej książki zrodził się - jak wspomina Autor w Przedmowie - w czasie prowadzonych przez wiele lat wykładów i seminariów na temat dziejów czarostwa, a znajomość obszernej literatury naukowej i szerokie badania archiwalne pozwoliły Autorowi na zajęcie w wielu sprawach własnego stanowiska.


Właśnie świeżość spojrzenia jest tym, co najbardziej ujęło mnie w Polowaniach.. Autor zaimponował mi idealnie panoramicznym ujęciem tematu, próbą (w wielu przypadkach udaną) zrozumienia i objaśnienia czytelnikom wielu różnorakich aspektów polowań na czarownice, w tym zawiłości dawnej jurysdykcji, powiązania kolejnych fal nagonki z próbami utrzymania feudalnego porządku społecznego a nawet rozważaniami, na ile oskarżenia o paktowanie z diabłem były... prawdziwe! I nie, wcale nie chodzi o to, o czym myślicie [żadne tam Wielkie Boginie czy inny LaVey].
Przede mną jeszcze blisko połowa pracy Levacka, ale podejrzewam, że uporam się z nią szybciutko. ;)

A TUTAJ macie link do ciekawej recenzji Polowań. Które szczerze polecam nie tylko miłośnikom historii!
___
Do tego pachnę Ambre Gris marki Balmain [rozumiecie: ambra, lubieżne czarownice.. ;) ].

środa, 1 czerwca 2011

Smutne

Chamstwo w internecie szerzy się w tempie matematycznym. Jest to zjawisko przygnębiające i dla ludzi ceniących kulturę osobistą we wzajemnych stosunkach - bolesne. Tym bardziej, kiedy zaglądnie w dziedzinę która, zdawałoby się, nierozerwalnie wiąże się z pięknem. Tym silniej, kiedy rodzi się z inicjatywy osoby obdarzonej pomysłami i wiedzą w swojej dziedzinie. Zwłaszcza, kiedy dotyka kogoś równie kompetentnego, obdarzonego wrażliwością i dystansem do świata.
Dlatego z bólem serca, jakkolwiek zdecydowanie i bez żalu, dołączam do inicjatywy Skarbka.

Nie można pozwalać, by niskie pobudki zdominowały nasz mały, pachnący świat; może i nie "siedzę w temacie" równie długo, co zainteresowane osoby, a do tego przybywam w pewnym sensie "znikąd", ale czasami po prostu trzeba opowiedzieć się po którejś ze stron. W tym przypadku jasne jak słońce jest, że osobą pokrzywdzoną jest Sabbath. [gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, TU jest link do jej posta i wyjaśnienie, o co właściwie chodzi]

Wybacz Marcinie, ale zachowałeś się wybitnie nie po dżentelmeńsku. Jest mi z tego powodu zwyczajnie i po ludzku przykro.

Mam nadzieję, że sprawa zostanie przez wszystkich potraktowana poważnie.
___
Dziś noszę Nuit d'Orchidée Marki Yves Rocher [myślałby kto, że to proste, milusie, słodziutkie pachnidło! ;) ].


Godz. 16:48
A właściwie, czemu nie skopiować apelu Sabbath? W końcu to o jej dobro chodzi!
Oto on:

Bloggerko! Bloggerze!

Tworzysz bloga, inwestujesz w niego swój czas, wiedzę, umiejętności, pasję? Tworzysz markę rozpoznawalną dla Twoich czytelników? Czujesz, że masz swoje miejsce w wirtualnej rzeczywistości?

Ilu z Was zastrzegło nazwę bloga, zarejestrowało domeny (z różnymi końcówkami) z tą nazwą?
Niewielu, prawda? Na tym polega istota blogowania: mamy miejsce w sieci, w którym bez opłat dzielimy się swoją pasją i talentem.

A teraz wyobraźcie sobie, że właściciel konkurencyjnego bloga rejestruje domenę z nazwą miejsca, o którego renomę tak długo dbacie i umieszcza tam odsyłacz do siebie.

Właśnie spotkało to mnie.
Właściciel bloga Nie Muzyczna Pięciolinia wykupił domenę z nazwą bloga Sabbath of Senses, którego prowadzę od 2008 roku i umieścił tam reklamę swojego bloga, na którym wielokrotnie mnie oczerniał.

Prawo pozwala na rejestrowanie domen o dowolnej, niezastrzeżonej nazwie. To, co powstrzymuje ludzi przed kradzieżą cudzej nazwy to zasady. Wiemy jednak, że istnieją ludzie, którzy ich nie mają.

To się może zdarzyć każdej i każdemu z nas. Bez względu na to, na jaki temat piszemy - zawsze może znaleźć się ktoś, kto będzie usiłował pasożytować na Naszej pracy. Nie pozwólmy na to!

Piszcie o tej sprawie na swoich blogach, wywalajcie kolesia z blogrolla, informujcie kogo się da - niech potencjalny kolejny cwaniak wie, że takie zachowanie oznacza internetowy ostracyzm. Zareagujmy tak, żeby każda kolejna pijawka, której przyjdzie do głowy taki numer miała świadomość, że nie warto.


Dziękuję
Sabbath