Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapachy Wrocławia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zapachy Wrocławia. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 lipca 2011

Pozazdrościłam "gadżeciarom"

Hm, choć jakby się zastanowić, niektórymi zakupami chwaliłam się już wcześniej. :) Głównie książkowymi oraz perfumowymi.
Dziś z nieco innej beczki: co mi wpadło w ręce podczas wizyty w India shopie oraz Rossmannie?


Wybaczcie jakość fotografii; jestem tylko kiepską dokumentalistką, nie mam ochoty na godzinne ustawianie pozowanej sceny i późniejszą trzygodzinną zabawę programem do obróbki zdjęć. Po prostu klikam w ten duży przycisk, by później pochwalić się na blogu. ;)

Wracając do meritum


Wystąpili:
  1. Perfumy do pomieszczeń Orient Express, prosto z Pachnącej Szafy
  2. Olejek do aromaterapii o zapachu kamfory [mmm... :) ]
  3. Dwie bransoletki, z czego jedna nieprzyzwoicie wręcz kiczowata oraz
  4. Lusterko w żurawie

Małe rzeczy, a cieszą! :)

* * *

Przypominam o koniach w potrzebie!
Na pomoc czekają: Greta oraz Dunaj, którego właścicielką może stać się Karolina, podopieczna fundacji Mam Marzenie.
Pomóżmy im!

* * *

Na recenzję poczekajcie do (późnego) wieczora. ;) Bo znikam.
Czas na małe co nieco.
___
Dziś noszę Chaos od Donny Karan.

wtorek, 14 grudnia 2010

Jak pachnie jarmark adwentowy?

... nazwany przez wrocławskich włodarzy (?) równie celnie, co nieporęcznie "jarmarkiem bożonarodzeniowym"? Ładnie pachnie. :)
Udowadnia, że mróz na swoich skrzydłach niesie zapachy równie niezawodnie, co noc dźwięki. Kiedy temperatura spada poniżej zera, jarmark można wyczuć już z daleka: z ulicy Oławskiej, Kuźniczej, z Placu Solnego lub tuż po wyjściu ze, znanego Wrocławianom, przejścia podziemnego na Świdnickiej. Im bliżej do kolorowego wesołego miasteczka, rozlokowanego pod ratuszem oraz rozlegających się z głośników „piosenek z dzwoneczkami”, im bliżej, charakterystycznego dla średniowiecznych targowisk, wielojęzycznego rejwachu, tym silniejsza staje się konsumpcyjna woń. Słodycz wielobarwnej waty cukrowej i karmelu, w którym wylądowało kilka gatunków orzechów, korzenny aromat ogromnych, zdobionych kolorowym lukrem pierników, typowy, słodko-kwaśny bukiet winnego grzańca, zapach grillowanych niewielkich oscypków [a raczej: wyrobów oscypkopodobnych], oleju, na którym dzierżawcy jednego ze stoisk smażą placki ziemniaczane [sic!], autentycznych, „niechrzczonych” wyrobów wędliniarskich czy serów (na przykład koziego). Można poczuć zapach ziół i egzotycznych przypraw, niedawno wyprawianej skóry, świerkowego lasu, który wyrósł w pobliżu pomnika Aleksandra Fredry; a także ludzi, rozgorączkowanych i zblazowanych, pogodnych i znudzonych, pełnych nadziei lub zdołowanych: po prostu zwyczajnych.
Ludzi, dla których „to wszystko”jest dowodem na niepowtarzalny, jedyny w swoim rodzaju klimat miasta. Turyści i tubylcy, wszyscy pospołu kupują ręcznie robioną biżuterię albo kapcie, żywo dyskutują, spacerują między straganami popijając grzaniec.

A wygląda to tak:
[wybaczcie jakość fotografii; aparat odmawiał współpracy, więc wolałam nie wydziwiać nad ujęciami :) ]





                                                            Wyjątki ze słynnej bolesławieckiej ceramiki:


                                                                     Jarmarku "wizerunek flagowy":


                                                                  ...bo Wrocław to miasto krasnoludków ;)


                                                            Pan z kasztanami (są dwa stoiska), na dowód :)


Mój napitek, czyli grzaniec wrocławski [wino z nutką rumu ;) ]; za kubek starym niemieckim zwyczajem uiszcza się kaucję, której - kolejnym starym niemieckim zwyczajem - nie należy odbierać, zatrzymując ceramiczne cacko na pamiątkę. :)


                                                                             Wrocławska eko-choinka:


                                                                          Nasza gotycka duma sauté:


                                                                                         Turyści w akcji:



___
Dziś noszę Theoremę marki Fendi.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Zapach zimy

Jupi! :) Nareszcie.

Drogi są nieprzejezdne: auta stoją w kilometrowych korkach, także na autostradzie, TIR-y mają poważne kłopoty z wjazdem na kilkumetrowe wzniesienie; ludzie marzną (to ja) oraz mają przemoczone po kolana nogawki spodni (to też ja), od czasu do czasu zaliczają ślizg niekontrolowany i bliskie spotkanie z nawierzchnią (to nie ja - na razie.. ;) ), są śpiący i poddenerwowani [i po co??]. To samo mamy także po zachodniej i południowej stronie granic Polski. Słowem: zima wróciła!


Porządny śnieg spadł dopiero dzisiaj, jednak jego zapowiedź wyczułam już ponad tydzień temu. Pewnego dnia, opuszczając rano dom, wciągnęłam nosem powietrze; głęboko, z przepony [ale ja naturalnie oddycham przeponą, więc to żaden wyczyn :) ]. Więc wzięłam wdech i wtedy Ją poczułam.
Zima.

Zauważyliście, że każda pora roku ma własny, całkowicie niepowtarzalny aromat? I nie mam tu na myśli tych wszystkich zapachów "odczłowieczych" czy związanych bezpośrednio z cyklem wegetacyjnym roślin, a prosty, typowy dla wiosny, lata jesieni czy zimy aromat powietrza. Lekki, radosny, zielonkawy wiosną, ciężki, przysadzisty, wibrujący od gorąca w porze letniej, ziemisty, lekko nijaki lub wręcz stęchły jesienią oraz ostry, orzeźwiający, krystaliczny w zimie.
Właśnie ten ostatni wyczułam kilka dni temu; woń łatwą do odróżnienia od paczulopodobnej jesiennej kompozycji powietrznej. Bezkompromisową, silną i piękną.


Zdaję sobie oczywiście sprawę, że wiele osób za zimą, mówiąc delikatnie, nie przepada, ale jakoś nie bardzo mam chęć ukrywać swoją radość. Ostatecznie nie powinniśmy tak desperować: mamy dachy nad głową, mamy ogrzewanie i dostatek jedzenia [w razie niedostatku są sklepy lub mąka, jajka, mleko i drożdże w lodówce (oraz trochę cukru :) ), a co ambitniejsi mają nawet zakwas]. Nikt nigdy na dłuższa metę nie pokonał przyrody, więc powinniśmy dać sobie spokój z irytującymi próbami przepychania ściany i denerwowania się po próżnicy; jeśli można coś zmienić, to to zrób, a jeśli nie można - po co niepotrzebnie psuć sobie humor? No powiedzcie, po co?
O ile nie przypiera nas do muru konieczność bytowa, to nawet przymus dotarcia do szkoły czy pracy nie powinien nas przerażać: w końcu zawsze można zmienić środek transportu albo wziąć sobie wolne (jeśli szef odmówi przysłania helikoptera pod nasze drzwi ;) ). I zacząć lepić bałwana lub zorganizować bitwę na śnieżki z dziećmi sąsiadów; bo szkoły, oczywiście, będą zamknięte.

Więc zapach zimy nie powinien budzić w nas zdenerwowania a, co najwyżej, spokojne pogodzenie się z losem i/lub wzmocnić naszą asertywność. A ja zimę uwielbiam!
Niech nam żyje! (byle nie za długo, tak do lutego, marca, kwietnia ostatecznie) :)

Teraz wybaczcie, ale idę łuskać orzechy włoskie, podgórzyński tradycyjny wkład do karmnika dla ptaków.

Aha! Czekam na paczkę z próbkami, która powinna być u mnie już w piątek. Tymczasem listonosz nie dotarł. I co?
I nic. Co ma być, to będzie. :)
___
Dziś noszę Terre de Feu od Antonio Viscontiego.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. Strona fotografa nazwiskiem Romuald M. Sołdek, http://www.soldekstudio.online.pl/galeria_wroclaw.htm
2. http://www.profeo.pl/gallery/photo/4755/Hala-Stulecia.html

środa, 10 listopada 2010

Z cyklu: Zapachy Wrocławia

Zazwyczaj stojąc na przejściu dla pieszych, mam wątpliwą przyjemność wdychać opary kiepskich podróbek lub takich perfum, za którymi, delikatnie mówiąc, nie przepadam. ;) Lecz jakiś czas temu wyczułam od kogoś z przechodniów L'Eau Trois, jednak osoby tak pięknie pachnącej nie udało się ustalić.
Dziś natomiast, w innej części miasta mijałam na przejściu dwie kobiety, wyglądające na matkę i córkę. Jedna z nich nosiła Philosykos; na bank.
Diptyque rulezz...? ;)

A jutro zapraszam Państwa na kolejną recenzję. :)
___
Dziś noszę Padparadschę (od Satellite).