Jesienią w naturalny sposób potrzeba nam ciepła, przytulności, swoistego kokonu, w który możemy się zawinąć, aby przetrwać nadchodzące ciemne, ponure miesiące. I chociaż mnie ta potrzeba jest zazwyczaj obca - w końcu nie kryję tego, że uwielbiam mróz, zimę czy jesienne słoty - słucham i rozumiem otaczających mnie ludzi.
Dlatego chciałabym dziś wziąć na tapetę dwa pachnidła utrzymane w przytulnej, jesiennej konwencji; i to jesienne w sposób najbardziej oczywisty, ponieważ słodko-drzewne lub orientalizujące, jednym bokiem oparte gdzieś o cukier, kolejnym natomiast zahaczające o nuty ciemne, suche i (przynajmniej w teorii) szarpiące tkankę miękką niczym wyszczerbiony nóż. [Mam dzisiaj dziwne skojarzenia, wybaczcie]. ;>
Jedno artystyczne oraz śliczne jednocześnie, drugie... no cóż... O nim będzie potem.
Najpierw czeka nas kilka zdań na temat Palo Santo, najnowszej kompozycji marki Carner Barcelona. :) Nadeszła pora na słodki karmel, wydobywający się spod kaszmirowego ciepła i znad spragnionego wody wielkomiejskiego parku.
Tak właśnie, w największym skrócie, pachną omawiane perfumy. Palo Santo rozpoczyna się ciepłym, wirującym żywo ale w gruncie rzeczy drobnym, bardzo zgrabnym akordem kwiatu dawana, unurzanego w drzewno-rumowych oparach z delikatną słodyczą w wygłosie. Potrzeba kilku minut, aby dołączyły do nich jednocześnie miękki, nieśmiało uśmiechnięty, dyskretny duszek oraz sucha, sianowata kumaryna; wyraźnie pochodząca z bobu tonka, ponieważ wkrótce okazuje się, że nieobce jest jej tworzenie wrażenia jasnej, zielonkawej słodyczy.
Wkrótce mieszanina nabiera rumieńców, jednocześnie ostre, wetyweriowo-tnące, bardzo suche ale przy tym ciepłe, bezpieczne, drzewno-słodkie. Rychło tez zaczynamy rozumieć, że choć rum instynktownie obiera stronę bliskich sobie drapiących woni egzotycznej trawy czy drzazg bliżej niezidentyfikowanego jasnego drewna a mleku naturalnie bliżej do gładkiej, waniliowej słodyczy, to przecież oba te składniki potrafią też spleść się w pomost, po którym swobodnie skaczą ciemne tonkowe ziarenka. ;) Mówiąc obrazowo. ;P
W bazie zauważam coś pyłkowo-kwiatowego, co pojawia się - lub może tylko ujawnia - dzięki rosnącemu znaczeniu mleka, słodko-oleistego, ciemnego gwajaku, śmietankowego sandałowca a także giętkich, czarnych lasek wanilii. Rum i wetyweria stopniowo chowają się w cieniu kulis.
Wszystko to okazuje się jednocześnie bardzo nienachalne, delikatne ale i silne, zdecydowane. Eleganckie i wyważone. Niezwykle łatwe do zaakceptowania a przy tym w jakiś niezwykły, nieuchwytny sposób odważne; łamiące konwenanse w sposób, który nikogo nie razi.
Palo Santo przypomina mi osobę zrównoważoną i dojrzałą, powszechnie lubianą i szanowaną bez potrzeby wzbudzania lęku; kogoś, kto nie musi wcale podnosić głosu, aby zostać wysłuchanym lub wysłuchaną. Jest to więc kolejna olfaktoryczna doskonała jedność przeciwieństw, jak lubię. :)
Rok produkcji i nos: 2015, Shyamala Maisondieu
Przeznaczenie: typowy, wyważony uniseks dla miłośników nut drzewnych, nowocześnie paprociowych oraz "kawiarnianych" i nie stroniących od perfumowych słodyczy. :) Początkowo dosyć śmiało projektujący na otoczenie, z czasem redukujący się do żywej, niekoniecznie wąskiej aury.
Dlatego też rekomendowałabym PS na okazje albo bardzo formalne, albo zupełnie swobodne. Jednak, jak zawsze, wszystko zależy od Waszego gustu oraz ilości pachnidła. ;) Mimo wszystko zachęcam do testów. Kiedy indziej, jeżeli nie jesienią? ;)
Trwałość: znaczna, ponieważ do najmniej dziesięcio- dwunastogodzinna (a chodzi o wyczuwalną, ewidentną obecność perfum na ludzkiej skórze) a także dalszych kilka spokojnego, dyskretnego zamierania.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i gourmand)
Skład:
Nuta głowy: kwiat dawana, akord rumowy
Nuta serca: bób tonka, drewno gwajakowe, akord ciepłego mleka
Nuta bazy: drewno cedrowe, wetyweria, amyris
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/winemegup/3167255000/ [Autorka: niejaka Meg]
2. https://www.flickr.com/photos/nestle/21850942431/ [Ilustracja pojawiła się na Flickrowym profilu koncernu Nestlé, który milczy w kwestii autorstwa fotografii].
3. https://www.flickr.com/photos/superiorhiking/15221058525/in/photostream/ [Autorka: osoba ukrywająca się pod pseudonimem Superior Hiking]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carner Barcelona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Carner Barcelona. Pokaż wszystkie posty
sobota, 17 października 2015
czwartek, 9 października 2014
Dym i owoce z krainy pięknej sztuki
Wąchając El Born marki Carner Barcelona czuję - kolory, mnóstwo kolorów, co będzie chyba najzwięźlejszym opisem różnorakich synestetycznych doświadczeń.
Są one przede wszystkim żywe; rozbuchane ale jednocześnie kryjące w sobie tak wiele piękna, że w nieco innych okolicznościach - pod kontrolą marki głównego nurtu, w rękach innego perfumiarza - łatwo byłoby zarzucić woni kiczowatość [a tak "tylko" balansuje zgrabnie tuż ponad jej granicą, ani razu jej nie przekraczając], gdy tymczasem omawianej mieszaninie nie brakuje nawet wyczucia stylu oraz Elegancji przez duże E. Tej, której nie można się wyuczyć w trakcie parotygodniowego kursu "rozwoju osobistego".
El Born to opowieść o tym, jak mienić się barwami, jak mamić smakami i zapachami bez uciekania się do najprostszych, najbardziej ogranych rozwiązań. Zresztą, akurat Sara Carner wydaje się takowych konsekwentnie unikać. :)
Pachnidło rozpoczyna się akordem przywodzącym na myśl pożar w cukierni lub mniej dramatyczną perspektywę spalenia w tejże cukierni cukru, który już nie będzie miał okazji stać się karmelem. Oczywiście dookoła cały czas można wyczuć woń pieczonych ciast i ciasteczek, pulchnych drożdżowych bułeczek oraz rozpływających się w ustach kruchych spodów do tart, stopionego masła, czekolady, prażonych orzechów, wanilii, crème pâtissière oraz owoców, zarówno surowych, jak i uprzednio przetworzonych.
Teoretycznie w takim towarzystwie intensywna woń spalonego cukru powinna być drażniącym dysonansem, czymś zakłócającym sielankową wizję. Lecz nie tym razem.
Tutaj ciemne, tłuste i ostre sploty dymu wnikają w strukturę słodkości bardzo naturalnie, nikt z nimi nie walczy; po prostu nie ma na to czasu. Nie ma sensu ronić łez nad rozlanym mlekiem ani nad spalonym karmelem. ;) Trzeba zwyczajnie wyrzucić nieudany produkt, umyć rondelek lub wziąć nowy, po raz kolejny przygotować potrzebne składniki i - za drugim razem uważać. Nie ma czasu na certolenie się z drobiazgami.
A zapach spalonego cukru za jakiś czas ulotni się sam. Czego zapracowani cukiernicy i tak nie zauważą, od dawna już przywykli do podobnych aromatów.
Jednak równie dobrze El Born może być zapachowym odzwierciedleniem jakiegoś starożytnego, bardzo pokojowego kultu, którego przedstawiciele składali swoim bogom w ofierze wyłącznie roślinne płody rolne (ze szczególnym uwzględnieniem owoców oraz zbóż) i kadzidło. Przybywszy do cienistej ale zaskakująco ciepłej świątyni z nabożną czcią układali swoje dary na stołach ofiarnych, na samym szczycie umieszczając trybularze z tlącymi się kadzidlanymi mieszankami.
Jako społeczność miłująca pokój i siebie nawzajem, nasi bohaterowie żyli dostatnio, więc mieli czym zapełniać ołtarze. Niechby nawet w nadmiarze, w końcu przychylności bóstw nigdy za wiele. ;) Co oczywiście znaczyło, że tu i ówdzie owoce potoczyły się po terakotowej posadzce świątyni, w części porzucone i rozdeptane, wypuszczały słodkie soki, plamiąc podłogę czy stopy ofiarników; komuś innemu przyszło do głowy podarować bogom kwiaty o odurzającej, zmysłowej woni, mieszającej się z aromatem owoców i kadzideł.
Zwyczajową praktyką wśród przedstawicieli tej religii musiało być również posypywanie złożonych już ofiar, w tym kadzielnic z żarzącą się i stapiającą zawartością, ziarnami zbóż. Wiem to, ponieważ w El Born przez cały czas towarzyszy mi zapach pszenicy (albo żyta, nie jestem pewna), spalającej się wraz z cenną zawartością trybularzy.
Skąd taki pomysł? To przecież nic innego, niż wspomniany wcześniej spalony karmel w cukierni, tylko przeniesiony w troszkę inną rzeczywistość węchowo synestetyczną. :) Równie ciekawą, co pierwsza.
A przy tym posiadającą klimat odpowiedni, bym zrozumiała dalszy rozwój omawianej wody.
Bo przecież z tej poetyckiej i nierzeczywistej, wegańsko-pacyfistycznej, transcendentalnej atmosfery rodem z Atlantydy łatwiej będzie przenieść się ku słodko-drzewnym woniom o ciemniejszej barwie, aniżeli z zaplecza niedoskonałej ziemskiej cukierni, gdzie jednak nie wszystko się udaje. ;)
Łatwiej będzie zachować psychiczną stabilność, wykonując mniejszy skok. W końcu opisanej świątyni oraz nowoczesnych ziemskich kadzideł, zarówno wykorzystywanych w najróżniejszych kultach, jak i całkowicie świeckich, wcale tak dużo nie dzieli.
Zrozumiałam, że najpewniej będę się czuła z bazą El Born, kiedy odejdę od dalekich skojarzeń i opiszę ją w sposób bardziej dosłowny. Zamiast cukierni i świątyń, pisząc po prostu o wielkich ilościach sandałowca ani słodkiego, ani pylistego, za to bardzo podobnego do wyeksploatowanego ideału z Mysore; i o idealnej jedności i równowadze, jaką ów składnik osiąga we współpracy z ciemną, niekulinarną wanilią. A także o dużych ilościach ciemnego, tłustego balsamu peruwiańskiego, stopniowo wyłaniających się zza kwiatowo-fruktozowo-drzewnych nut serca i zza wspomnianego duetu; o stopniowym mąceniu oleistą goryczą i czymś skórzanym (benzoes z czegoś w stylu pierwszego Candy Prady ewoluuje w bardziej drapieżną istotę?) niejednoznacznych ale w sumie oczywistych gourmandowych słodkości.
O tym, jak podobnego typu działanie pozwala mieszaninie wypięknieć jeszcze bardziej: dojrzeć, nabrać doświadczenia i wyjątkowości. Zamiast dziełka ładnego ale obojętnego, bo targetowanego pod masy, dostaliśmy Dzieło przez duże D, o silnej osobowości, snujące gawędę ze swadą, błyskotliwą ironią, dystansem do siebie. Doświadczone przez los, może trochę zmęczone, szorstkie czy chwilami niebezpieczne, ale w dalszym ciągu ciekawe świata oraz nim zachwycone. O bardzo niejednoznacznym charakterze a przecież przyciągające ku sobie ludzi niczym magnes. :)
Właśnie dlatego niezwykłe.
Wszak niewiele perfumowych kompozycji ma okazję przebyć drogę od Wilde'a marki Jardins d'Écrivains i Candy Prady, przez Elixir des Merveilles Hermèsa czy rozliczne ciepło-pikantne ambrowce aż do Tolu Ormonde Jayne.
Właśnie takie pachnidła chciałabym poznawać znacznie częściej!
Rok produkcji i nos: 2014, Sara Carner
Przeznaczenie: zapach uniseksualny o przyjemnie skrojonej strukturze; wyraźny ale nieprzytłaczający, intrygujący otoczenie lecz go nie męczący, z wyraźną skłonnością do sillage ale układający się raczej w znająca umiar ciepłą, nieco opalizującą aurę. ;)
Na okazje dosłownie wszystkie - wiem, że podobną rekomendację zamieszczam pod co drugą recenzją ale tym razem jest to dwustuprocentowa prawda. :D El Born naprawdę świetnie będzie pasować i na ważne spotkanie zawodowe, i do klubu, na wieczór w gronie rodzinnym w rozchodzonych kapciach i na własny ślub. ;) Na plażę i na narty. [może tylko przy nartach stanie się jeszcze bardziej dyskretny, czerpiący ciepło od człowieka zamiast z rozgrzanego otoczenia].
Trwałość: około ośmiu-dziesięciu godzin wyraźnej emanacji i dalszych kilka stopniowego zamierania; choć trzeba zauważyć że jako przyskórny duch pachnidło potrafi przetrwać dobę.
Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna
Skład:
Nuta głowy: dzięgiel, bergamotka, cytryna, miód
Nuta serca: figa, jaśmin wielkolistny, benzoes, heliotrop
Nuta bazy: drewno sandałowe, balsam peruwiański, wanilia, piżmo
___
Dziś noszę Silk Noir od Kat Burki.
P.S.
Trzy pierwsze ilustracje pochodzą z: https://alex-nero.see.me/atp2013 [Autor: Alex Nero]
Etykiety:
Carner Barcelona,
gourmand,
orientalne,
perfumy
Subskrybuj:
Posty (Atom)







