sobota, 12 marca 2011

Wyższa filozofia w praktyce

Mańka nigdy nie czyściła kibla w rękawiczkach. W rękawiczkach to na bal chodzić, a nie dom czyścić. Wkładała więc wypalone detergentami dłonie po łokieć do rury i energicznie szorowała brązowe osady. Brud wpinał się pod paznokcie i robił bolesne zadziory. (...)
Czyszczenie klozetu to symbol racjonalności, zwykłej normalności. W życiu gospodyni domowej takich zabiegów jest wiele. Najczęściej kobiety nie zwracają na nie uwagi, zapracowane i skupione na kolejnych czynnościach. A szorowanie muszli to akt pokory wobec świata, tego co tutaj zastajemy, co zakotwicza nas w codzienności. Wywijanie druciakiem wgłąb rury to powrót do samego początku opowieści o nas samych. Bez osadu sztuczności, pozy, udawania. Źródło spokoju dostępne przede wszystkim paniom. Gospodynie domowe, nie doceniając lub nie zdając sobie sprawy, jak wiele mogą przeżyć, czyszcząc muszlę, są strażniczkami Miejskiej Mądrości. Gdyby tylko dowiedzieli się o tym pseudonatchnieni pisarze, natychmiast opisaliby to w swoim kolejnym bestsellerze. Na szczęście tajemna wiedza przekazywana jest matrylinearnie. Wielki sekret z babci na matkę i z matki na córkę: "Czyść mieszkanie swe, a nie zapomnij o sraczu". Bo mądre kobiety wiedzą, że pozorny dół łańcucha znaczeń w rodzinie to tak naprawdę realna władza nad częściami codzienności. A od tej nikt nie jest w stanie uciec. Tylko doskonały plan okiełznania pozornie banalnych czynności prowadzi do szczęśliwego życia.

Sylwia Chutnik, Kieszonkowy atlas kobiet, Kraków 2009, s.27-29.

Tej recenzji miało nie być; w końcu i łatwo, i ryzykownie zjeżdżać perfumy ukochane przez tłumy istne. Jednak zostałam o nią poproszona ["jakkolwiek, może być nawet szczerze, byle się pojawiła" ;) ]. Więc będzie szczerze. Dla Ciebie, Rysiu. :*

Właściwie nie będzie to recenzja; trudno o merytoryczną ocenę czegoś, czego od lat nie byłam w stanie zaaplikować na skórę na czas dłuższy, niż półtorej godziny i czegoś, co dla mnie tak dalece... antypachnie. J'Adore sygnowane nazwiskiem Christiana Diora.


O ile zapach znany z blottera, czyli świeże, leciuteńkie, transparentne kwiatki z owockami, w ostateczności (zimą) jestem w stanie znieść, to J'Adore w połączeniu z ludzką - czyjąkolwiek, a moją w szczególności - skórą dosłownie zatyka wiedźmi układ oddechowy; a i trawienny również.
Od początku do końca wyczuwam płyn do mycia naczyń, niezależnie od rodzaju pachnidła. Właściwie to koncentrat rzeczonego detergentu, a konkretniej: koncentrat koncentratu koncentratu. ;) Taki, co go można ciąć nożem na kawałki. Choć po prawdzie stężenie bywa zmienne.

Z rosnącym zdumieniem czytam opinie o kompozycji (?) na Wizażu, choć nieliczne Basenotes'owe konstatacje o podobieństwie Żador do szamponu do włosów wydają się dziwnie znajome.. ;) Jaki "duszący jaśminem", jakie kwiaty w ogóle, jaka zmysłowość? Teksty promocyjne natomiast śmieszą mnie tak dalece, iż stały się bezpośrednią inspiracją do zaczerpnięcia cytatu z Kieszonkowego Chutnik.
"(...) powrót do kobiecości, wrażliwości, zmysłowości, uczuć i kreatywności. Połączenie nowoczesności i tradycji. Świeżości i kwiatowego odurzenia"? Może faktycznie; o ile rozumiemy je tak, jak w otwierającym notkę cytacie. ;> W końcu do detergentów również dodawane są substancje zapachowe. ;)

Wybaczcie, nie umiem inaczej. J'Adore, choć z pewnością może się podobać, dla mnie pozostaje jednym z najgorszych pachnideł wszechczasów.
Za to niejako "na osłodę" dodam, iż kampania reklamowa od lat utrzymywana jest na niezmiennie wysokim poziomie, zaś flakon - to najczystsza Sztuka. :) Pusty i wysterylizowany chciałabym mieć w kolekcji. Dla samej przyjemności patrzenia nań i obracania go w dłoniach. Piękny...


Rok produkcji i nos(y): 1999, Calice Asancheyev-Becker [edp] oraz François Demachy [edt]

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach... i na tym poprzestanę. ;)

Trwałość: dobra; woda perfumowana utrzymuje się na skórze do ośmiu godzin [z tego, co pamiętam ;) ], toaletowa zaś - do sześciu

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, melon, brzoskwinia, gruszka, mandarynka, magnolia
Nuta serca: śliwka, frezja, konwalia, tuberoza, jaśmin, fiołek, róża, orchidea
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, wanilia, piżmo
___
Dziś noszę Hypnotic Poison Eau Sensuelle i Hypnotic Poison Elixir tego samego producenta.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.bazarek.pl/produkt/1655096/ro-2-plyn-do-mycia-naczyn-abs-plus.html

piątek, 11 marca 2011

Vintage, kamp i zagadki

Oglądam perfumowe kolekcje użytkowników portalu YouTube. Ich poziom techniczny, merytoryczny czy "entuzjastyczny" jest tak zróżnicowany, jak to tylko możliwe. Jednak najczęściej schemat prezentacji pozostaje niezmienny: oko kamery skierowane na flaszki z towarzyszeniem głosu właściciela lub właścicielki, opisujących w kilku słowach każdy z flakoników; choćby jedynym, co ów/owa decyduje się wyznać, była nazwa wody oraz jej marka. :)

Lecz jedna prezentacja zainteresowała mnie szczególnie. Dzięki swojej nietypowości, charakterystycznemu duchowi obecnemu w każdej sekundzie filmu, a przede wszystkim - dzięki bezspornej pomysłowości, dopracowaniu szczegółów, pozytywnej "inności". Ten obraz ma Styl! :) A stwierdzenie, czy zgodny z naszymi indywidualnymi gustami, winno zejść na dalszy plan.
Dodatkowym smaczkiem są kolekcjonerskie, o kształcie nieraz zaskakującym, stare flakoniki. No i można pobawić się w odgadywanie nazw śmigających przed kamerą wód. ;)

Miłego oglądania!



I jak? Mnie się podoba. :) Lubię stare perfumy. No i mamy kilka punktów wspólnych.

A jutro, kiedy zbiorę się do kupy, skrobnę recenzję. :)
___
Aktualnie noszę Rose Ispahan od Yves Rocher, wcześniej była Padparadscha, a i tak wszędzie czuję White Patchouli Toma Forda, z którym dziś nie miałam (chyba) żadnego kontaktu. (??)

czwartek, 10 marca 2011

Najbardziej kobiecy ze wszystkich kolorów

Pozwoliłam sobie na kompletnie samowolną popularyzację pewnej blogowej akcji. No i dołączam właśnie do grona perfumowych recenzentów, którym ostatnio czerwień na myśli. :)
Bo trudno o barwę, która byłaby ściślej spleciona z kobiecością, tą przez duże "K".


Trzeciego marca obchodziliśmy Dzień Czerwonej Szminki. Mam nadzieję, że nikomu nie trzeba tłumaczyć siły tego symbolu? ;) Tak, symbolu, ikony, fetysza, a nawet - w doświadczonych rękach - potężnej broni.
Dlatego, jeśli któraś z Pań (lub co odważniejszych Panów :) ) pragnie pochwalić się przynależnością do licznego grona Silnych i Uzbrojonych, bardzo proszę o przesłanie mejla, z załączonym zdjęciem własnej twarzy o ustach karminowych, jednej z organizatorek polskiej edycji imprezy: Annie Marii lub Truflowej Patrycji [szczegóły techniczne w drugiej z podlinkowanych notek].

Korzystając z okazji, postanowiłam napisać, co magicznego tkwi w czerwieni. Przekornie zacznę od cytatu, za portalem We Dwoje:

Czerwona szminka to wielka makijażowa kusicielka. Wabi swoim intensywnym kolorem, energią i seksapilem. Która z nas nie szukała w perfumeryjnym buszu odpowiedniej dla siebie czerwonej pomadki, porównując jej odcienie na nadgarstkach dłoni, a potem zaciekle zmazując jej intensywny kolor chusteczkami higienicznymi?

Która z nas po zakupie tej czerwonej królowej pomadek i pomalowaniu nią ust od razu ich nie zmazywała i zmieniała kolor[u] na bardziej neutralny? Która z nas wreszcie nigdy nie odważyła się użyć czerwonej szminki w obawie przed ośmieszeniem się lub nieciekawą oceną?

Musimy przestać bać się czerwieni na ustach, bo czerwień to kolor wprost dla nich stworzony, a czerwona szminka powinna znaleźć się w każdej kosmetyczce na honorowym miejscu.


Hmm, i cóż my tu mamy? Z jednej strony uczucia znane większości kobiet takie, jak lęk przed ośmieszeniem czy uznaniem za nieskromną/wyuzdaną/jaką tam jeszcze. Z drugiej zaś: pragnienie wyróżnienia się, afirmacji swojej płci, jakiegoś tajemnego zjednoczenia z własnymi przodkiniami, z ikonami kobiecości, od Kleopatry, przez madame de Pompadour i Ritę Hayworth, po Angelinę Jolie, z nieznanymi nam miliardami innych pań, z którymi często nie łączy nas nic poza płcią. A jednak chcemy wiedzieć, że tworzymy jakąś odrębną całość, że dane jest nam takie samo, niemal sakralne uczucie wspólnoty, jak to łączące mężczyzn - żołnierzy, marynarzy, górników, fanów piłki nożnej (futbolu amerykańskiego, rugby, krykieta...).
Płaszczyzną kobiecego porozumienia jest przede wszystkim - czerwień.

Odwieczna, mityczna, święta i przeklęta. Dziś wyparta głęboko poza aktywne obszary świadomości, ale przecież tak ważna, że intuicyjne wyczuwamy Moc zaklętą w najżywszej z barw. W odcieniu krwi, także (przede wszystkim?) miesięcznej, w symbolu życia i potęgi.
Ukochanym przez feministki oraz oszkalowanym poprzez wieki negatywnej propagandy, fundowanej przez miłośników stoicyzmu i czystości [a nie mam na myśli wytwórców Domestosa, Fairy lub Cilit Bang ;) ].

Najważniejszym, najbardziej elementarnym symbolu kobiecej Mocy, przedhistorycznej potęgi Wielkiej Matki oraz jej czcicielek, które życie dawały oraz je odbierały. Kim były owe czcicielki? To proste.
Wszystkimi żyjącymi kobietami. :) Bo, drogie panie, były kiedyś takie czasy, w których nie wstydziłyśmy się siły skrytej głęboko wewnątrz nas.
Dlatego przeprośmy się z czerwoną pomadką, zaopatrzmy się w czerwoną, tańczącą wokół kolan sukienkę i tak ubrane idźmy do sklepu po tampony lub podpaski. Skutkiem czego nawet comiesięczny ból dziwnym trafem zelżeje. ;) A i samopoczucie się poprawi, dzięki błyskom w oczach i uśmiechom na twarzach mijających nas na ulicy mężczyzn.

Rozumiecie już, dlaczego tak bardzo irytuje mnie postępująca epidemia różowego koloru, tej wykastrowanej czerwieni? :)

Na zakończenie maleńka prowokacja. Bo niewiele rzeczy jest równie ekscytujących, co flirt z własną płciowością. ;) Marc Jacobs:


___
Dziś noszę Palazzo od Fendi (edp, czyli popularny Czarny Pałac).

P.S.
Ilustracje pochodzą z bloga
Backwards in high heels, konkretnie STĄD i STĄD.

środa, 9 marca 2011

Piknik XXIV wieku


Przed Państwem typowy, sielski obrazek pikniku przyszłości. Oto, co nas czeka, jeśli w dalszym ciągu będziemy traktować Ziemię z równą co dziś bezmyślnością, skrajnym egocentryzmem oraz pychą. Nawet ogólniej: humanocentryzmem, w końcu czyśmy na własność nie posiedli Ziemi? ;> Stając się jej jedynymi, wszechpotężnymi panami?
Przynajmniej tak sobie myślimy, małe żałosne ssaczki; tymczasem Kaldera Yellowstone coraz natarczywiej przypomina, że właściwie powinna była wybuchnąć już dobre kilkanaście tysięcy lat temu... ;) Mamy szczęście. Na razie.
Cieszmy się złudzeniami, póki jeszcze nas na nie stać. Starczy wspomnieć, że jedną erupcję superwulkanu my, jako gatunek, już przeżyliśmy. Cudem. Wybuch wulkanu Toba na Sumatrze, ok. 75 tys. lat temu przetrzebił znaczną ilość żyjących ówcześnie gatunków, w tym Homo sapiens. Z kilkumilionowej populacji staliśmy się zaledwie - kilkutysięczną.
Niewiele brakowało.
Skąd powyższe memento mori?

Ano znikąd, przy okazji środy popielcowej postanowiłam trochę Was poniepokoić. ;)
Co znowuż wyszło od chęci zagajenia kolejnej recenzji. Tym razem - jednego z najmniej skorych do współpracy, najbardziej niepokornych dzieł współczesnego perfumiarstwa, nadzwyczaj pociągającego brzydala: Bois d'Ombrie marki Eau d'Italie.


To pachnidło ma dwie twarze: letnią i zimową.
Teoretycznie więcej internetowych głosów sugeruje typowo zimową, przyciężką proweniencję Umbryjskich lasów. Nie mogę się z tym zgodzić.
Ponieważ aktualna pora roku czyni z B d'O zimną, tłamszącą, wściekłą i pozbawioną uczuć Królową Śniegu, względnie innego odpychającego Voldemorta. A przecież wspomniane postaci od lat fascynują lub przez lata fascynować będą! Przeto i ja nie wypieram się słabości do zapachu Eau d'Italie. :)
Stwierdzam jedynie, że podczas dni zimnych (lub chociaż chłodnych) omawiany zapach przypomina paskudną, w większych ilościach niemożliwą do zniesienia, woń starej zawartości zużytego filtra do kawy: obrzydliwą, ziemistą, jednocześnie ostrą i gnilną, odpychająco, ośliźle lodowatą. Pozbawioną nawet cna litości. A do tego bardzo z siebie zadowoloną.
Stara marchewa, irys, skóra, zleżały tytoń a także spalona na węgiel wetyweria mieszają się z drewnem cedrowym (lub może igłami cyprysowymi?) oraz bimbrem, tworząc niemal kompostową kakofonię brzydkich aromatów. Choćbym chciała, nie jestem w stanie znieść tego czegoś dłużej, niż przez trzy lub cztery godziny. Wybaczcie, po prostu nie mogę.


I byłabym szybciutko wydała wyrok, a nawet go przyklepała do annałów wpisując, gdyby nie dane mi zostało poznanie drugiej z twarzy Bois d'Ombrie.
Dzięki niej wiem, że w tym konkretnym przypadku nic nie jest proste. :)

Dopiero kiedy temperatura powietrza podnosi się w okolice dwudziestego stopnia Celsjusza (albo chociaż w pokoju działa naprawdę dobre ogrzewanie), B d'O pokazuje, że kiedy chce, to potrafi.
[teraz lecę z pamięci, bo u mnie w tej chwili z ciepłem nieszczególnie; zimny chów ;) ]
Przy wyższej temperaturze okazuje się, iż w industrialno-piknikowych klimatach można się rozsmakować; nieprzyjemne, ostre i świeże nuty zmieniają się w miły organiczny soczek wielowarzywny, trochę w stylu Ogrodu Śródziemnomorskiego Hermèsa tyle, że o niebo bardziej skomplikowany czy wielowymiarowy.
Takoż i w sercu zamiast bimbru pyszni się najlepszej klasy koniak, względnie brandy, uszlachetniona wonią skóry prosto z obić klubowych foteli. W miarę upływu czasu pojawiają się urokliwe akcenty słodkie, żywiczne, miękkie: mirra i opoponaks, dyskretnie przypudrowane tonującym irysem.
Z czasem woni okołokadzidlanych robi się coraz więcej, wetyweria zwiększa hedonistyczną wytrawność ogółu mieszaniny, a delikatna strużka dymu tytoniowego jeszcze bardziej całość uszlachetnia. Choć po słodyczy z serca nie pozostał nawet ślad, nie mogę narzekać na brak wyważenia oraz pozytywnych doznań.
Zapach nie mój, chociaż nie sposób pominąć milczeniem faktu, iż monsieur Duchauchour po raz kolejny pokazał cały swój kunszt kompozytorski. Tylko dlaczego stworzył coś wywołującego skrajne odczucia? (ale to przecież może być sposób na podkreślenie głębi, "życia" perfum)

Mimo wszystko nie pragnę. Jednak. Nie za cenę ciągłego znoszenia kaprysów, Bois d'Ombrie oraz pogody. :)


Rok produkcji i nos: 2006, Bertrand Duchaufour

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, raczej na cieplejsze dni oraz na mniej podniosłe okazje. Uważać na sillage! Zimą morduje bezdotykowo. ;)

Trwałość: do ośmiu lub dziewięciu godzin zimą, latem nieco krócej - do siedmiu

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: dzika marchew, koniak, whisky, tatarak
Nuta serca: irys, kadzidło kopal, opoponaks, skóra
Nuta bazy: tytoń, mirra, wetyweria, paczuli, egzotyczne drewno (?), labdanum
___
Dziś noszę Sienne l'Hiver, też od Eau d'Italie.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.advertolog.com/ncc-roads/print-outdoor/picnic-14115755/
2. http://rivercityhomeschoolers.wordpress.com/2009/04/24/coffee-filters-and-grinds/
3. http://www.flickr.com/photos/66014106@N00/3558649298/

wtorek, 8 marca 2011

Prawdziwa historia goździka i pary rajstop

Oklapnięte goździki, paczka rajstop, zaśliniony pierwszy sekretarz komitetu wojewódzkiego PZPR i hajda na traktory, obywatelki! ;) Tak w umysłach sporej części Polaków w dalszym ciągu przedstawia się geneza, sens i podstawowy cel obchodów Dnia Kobiet, "idiotycznego komunistycznego święta". Dowód na to, że "tym komuchom całkiem się we łbach poprzewracało".
Zupełnie, jakby dzisiejsze święto było autorską fanaberią Lenina, Stalina, Bieruta lub chociaż Gierka z Breżniewem i Honeckerem [choć Kadar, Ceausescu czy Castro też nie są wykluczeni ;) ].

Tymczasem sprawy miały się ździebko inaczej...


O ile koniec dziewiętnastego stulecia przeminął co szacowniejszym państwom naszego globu we względnym spokoju, z rzadka tylko zakłócanym przez różnej maści oszołomów o rewolucjonistycznych zapędach, to wraz z nastaniem nowego wieku poszczególne grupy tychże, nie zawsze niezależnie od siebie, stwierdzały, iż "przebrała się miarka". W myśl porzekadła "facta, non verba" postanowiły zacząć działać. Choćby za cenę powszechnego wyśmiania. Bo sprawa była tego warta.

Jak wiadomo, w tamtych czasach nie istniały żadne prawa pracownicze. Pracodawca był jedynym, przenajświętszym bogiem, prawodawcą, najwyższym sędzią, kapłanem i katem w jednej osobie (lub w zarządzie :) ). Pracownik, zwłaszcza taki z najniższego szczebla, miał prawo i obowiązek pracować: po dwadzieścia godzin na dobę, choćby i przez osiem dni w tygodniu; bez żadnych zabezpieczeń, bez prawa do urlopu, bez związków zawodowych [co to takiego?], bez możliwości negocjowania stawek, bez jakichkolwiek granic oznaczonych literą prawa, bez najmniejszej szansy potencjalnego wpływania na decyzje pracodawcy.
Efektu podobnego status quo nawet nie trzeba omawiać, każdy potrafi je sobie wyobrazić. Idealna, niczym nieograniczana, wolnorynkowa anarchia. Istny raj na ziemi; prawda, pracodawcy? ;> Starczy wspomnieć o nagminnym zatrudnianiu małych dzieci, w pełnym wymiarze godzin oraz na stanowiskach wymagających używania maszyn zagrażających ich zdrowiu - i oby tylko jemu.

Nic dziwnego, że wkurzeni robotnicy coraz częściej i coraz głośniej domagali się poszanowania ich godności, a więc - przede wszystkim nawet - polepszenia warunków pracy, pewności, że ewentualna choroba nie spowoduje wyrzucenia ich na bruk, wyższych pensji, tak, aby dzieci nie musiały poszukiwać zatrudnienia. Szczególnie wytrwale odmawiano realizacji postulatów wysuwanych przez załogi złożone głównie z kobiet. W sumie trudno się dziwić, przecież nie zdążyła skończyć się epoka Wielkiego Terroru (obyczajowego ;) ), nakładająca na przedstawicielki mojej płci obłąkańczy rygor.
Kiedy zaś dołożyć do tego, coraz trudniejsze do zignorowania przez wąsatych polityków (tudzież niejaką Wiktorię ;) ), głosy pań domagających się równych praw obywatelskich i oficjalnego uznania ich za osoby dorosłe oraz dojrzałe, wówczas okazuje się, że dotychczasowa konstrukcja społeczna nie jest niczym innym, jak domkiem ze słomy zbudowanym na piasku.

Genezę Dnia Kobiet wywodzi się z różnych zdarzeń, jednak najczęściej badacze historii kobiet powołują się na pewien nowojorski strajk...
Ósmego marca 1908 roku pracownice jednej z fabryk tekstyliów zorganizowały strajk w miejscu pracy, domagając się podniesienia pensji i zrównania praw z tymi przeznaczonymi "tylko dla mężczyzn". W chwili, gdy sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli [tj. wśród protestujących wzbierała furia, a informacje o sprzeciwie zaczęły przedostawać się na zewnątrz] w powietrzu zawisł najstraszliwszy upiór dziewiętnastowiecznej burżuazji - Skandal. ;) W jego obliczu właściciel fabryki nakazał zamknąć strajkujące wewnątrz zakładu. Po chwili wybuchł pożar, w wyniku którego zginęło blisko 130 [różne źródła podają różną liczbę] zbuntowanych pracownic.
Rok później Socjalistyczna Partia Ameryki zorganizowała obchody Narodowego Dnia Kobiet, którego honorowymi patronkami uczyniła spalone włókniarki.
Natomiast pierwsze uroczystości Międzynarodowego Dnia Kobiet zostały ustanowione 19 marca 1911 roku w Austrii, Danii, Niemczech i Szwajcarii.
Domagano się prawa kobiet do głosowania i obejmowania stanowisk publicznych, praw kobiet do pracy i szkoleń zawodowych oraz zaprzestania dyskryminacji w miejscu pracy. 25 marca tego samego roku 140 pracujących kobiet, głównie imigrantek z Włoch i Żydówek, zginęło w wyniku pożaru fabryki Triangle Shirtwaist.

Źródło cytatu: Wikipedia.

Później była pierwsza wojna światowa, demonstracje przeciwnych jatce kobiet oraz zatrudnianie robotnic na stanowiskach zwolnionych przez walczących na froncie mężczyzn. Kiedy ci, którzy w 1918 roku zdołali wrócić do domów, przegonili kobiety z powrotem na pośledniejsze, gorzej płatne miejsca, panie po raz kolejny powiedziały "dość!". I tym razem miały po swojej stronie argumenty trudniejsze do zignorowania (typu służba ojczyźnie na "froncie domowym").
Od tego roku datuje się "masowy wysyp" państw, które przyznają swym pełnoletnim mieszkankom prawo do współstanowienia o losach własnego kraju. Wśród nich znalazła się także odrodzona po rozbiorach Polska.

Dlatego jeśli następnym razem zdarzy Wam się pogardliwie krzyknąć na barwny Manifowy tłum zastanówcie się, co by było, gdyby zabroniono obchodzić ważne rocznice państwowe (typu 3. maja, 1. sierpnia, 13. grudnia), gdyby wyśmiewano Waszą świadomość wspólnoty i/lub Wasze poczucie przyzwoitości.


Pomyślcie, jak dziś wyglądałby nasz świat, gdyby nie dumne rewolucjonistki, wyklęte sufrażystki, wściekłe buntowniczki. Gdyby cała nasza cywilizacja w dalszym ciągu opierała się tylko na jednej, tej męskiej, nodze. ;)
Bo często nawet do głowy nam nie przyjdzie, jak bardzo ktoś musiał się nacierpieć, byśmy dziś mogli nie doceniać tego, co uważamy za "oczywistą oczywistość" i psi obowiązek polityków/pracodawców/bliźnich.
___
Dziś noszę Umbryjskie lasy od Eau d'Italie. :)

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://andrewdsmith.wordpress.com/2011/03/07/international-womens-day/
2. http://yfa.awid.org/2011/03/international-womens-day-looking-back/

poniedziałek, 7 marca 2011

Słodki drobiazg


Jeszcze do niedawna najmodniejszym, najbardziej "trendy" cukierniczym wyrobem były cupcakes, czyli popularne kapkejki, rodzaj zdobionych kolorowym kremem babeczek. Istna cukiernicza galanteria, w pastelowych barwach oraz zgodna z wyznacznikami stylu glamour. Jednak wiatry wiejące od światowych stolic Stylu szybko zmieniają kierunek. :) Dlatego zamorskie ptaszki ćwierkają o ewolucji trendsetterskich upodobań i nadchodzącej erze maleńkich okrągłych ciasteczek, łączonych w pary za pomocą lekkiego kremu. [swoją drogą, żeby kupować ciastka pod dyktando kreatorów mód miejskich... ]
Panie i panowie, przed nami epoka makaroników! ;)

Słodycze te postanowiła "wziąć na tapetę" rodzina francuskich cukierników nazwiskiem Payard, ostatnimi czasy poszukująca sukcesów również na niwie perfumiarskiej [czyli: jak wszyscy ;) ]. Jedną z trzech sygnowanych przezeń wód jest miły twór o nazwie Pistachio Ganache.

Odnoszę wrażenie, jakoby pachnidła od Payardów były jednymi z tych dzieł niszowych, które z powodzeniem mogłyby robić karierę na półkach głównonurtowych perfumerii. Choć czy na pewno...?
Niby są lekkie, słodkie, proste, uroczo niewinne. Nie budzą silniejszych emocji ani negatywnych skojarzeń, więc wszystkie fanki Euphorii, słodziaczków od Britney Spears czy cukrowych wód Aquoliny, wspomagane przez miłośniczki Angela tudzież Wish (od Chopard) winny nadsekwańskim ciastkotwórcom zapewniać stały przychód. :) I praktycznie w chwili, gdy myśl ową wyartykułowałam, naszły mnie wątpliwości.
Bo teoretycznie wszystko to, co powyżej, nadal pozostaje prawdą. Tyle, że nie wzięłam pod uwagę jednego istotnego czynnika: jakości wykonania Pistachio Ganache. A ta jest naprawdę znakomita; wyczuwam wysokiej jakości komponenty, przemyślany układ, nuty zapisane lekką ręką wirtuoza. Gdzie maintreamowa chała, gdzie mordercze tempo produkcji zapachu, gdzie ciągłe uśrednianie pod wyciągniętego z rękawa hipotetycznego klienta, gdzie budżet równie swobodny i elastyczny, co hiszpańskie buciki? Dokładnie tego w PG brak. Oraz kiczowatego flakonu w pstrokatym opakowaniu i nachalnej reklamy z nieodłączną (pół)nagą celebrytką. :) Reszta jest bez dwóch zdań czarująca.

Aromat od początku do końca pozostaje pudrowy, nieco przygaszony, nieprzesadnie słodki. Akurat na tyle, by jednoznacznie opowiedzieć się po stronie gourmand, bez popadania w przyprawiającą o ból zębów przesadę. Początkowy silny akord pistacjowo-miodowy szybko ustępuje miejsca miękkiej, ciepłej, lejącej się mlecznej czekoladzie. Ta we współpracy z lekkim, aromatycznym miodem zręcznie przeistacza pistacjowy nugat w równego sobie partnera. Wyczuwam także woń czegoś w stylu słodkiego skondensowanego mleka, w którym ktoś zanurzył posiekane orzechy praz kawałki czekolady.
Po dłuższej chwili coraz głośniejsze stają się tony jakby.. cytrynowe? Oraz cichy, dyskretny jaśmin. Z czasem nuty tak się splątują, przeskakując swobodnie po pięciolinii, że nie jestem już w stanie stwierdzić, co w Pistachio Ganache jest czekoladą, co nugatem, a co miodem bądź jaśminem. Zakładam za to obecność białego piżma, pudrowego i cudnie syntetycznego [i dobrze! Oszalałabym, gdyby opisywane smakowitości ktoś raptem wrzucił do miski pełnej mydlin ;) ].

Całość prezentuje się pięknie. Jest słodka, czarowna, ujmująca. Może i nie zachwyca, ale budzi ochotę na większą ilość. Zaś wyżej podpisana żałuje, że tak długo i haniebnie zaniedbywała zapomnianą próbkę. Dobrze, ze zdążyłam przed spsuciem się zawartości fiolki. ;)


Rok produkcji i nos: 2009, Calice Becker

Przeznaczenie: zapach teoretycznie kobiecy, o dość ciekawej emanacji. Na wszelkie okazje, byle nie Bardzo Oficjalne.

Trwałość: do pięciu godzin [w końcu to edc]

Grupa olfaktoryczna: gourmand

Skład:

mleczna czekolada, pistacjowy nugat, miód lawendowy, jaśmin
___
Na razie noszę jeszcze Wazambę (Parfum d'Empire), ale zaraz przerzucę się na Musc Ravageur. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.deliciouslynoted.com/2010/05/sur-la-table-dabbling-in-french-macarons/
2. http://lovelydazemacarons.bigcartel.com/product/pistachio-macaron

sobota, 5 marca 2011

Drewniany chłopiec

Pewnego razu kawałek drewna ożył i poskarżył się stolarzowi na doznawany właśnie ból. Takim oto sposobem nie tylko nie stał się nogą stołu, ale porządnie przestraszył majstra i znalazł nowego właściciela. Ten postanowił wykorzystać zaczarowane drewno i wystrugać zeń kukiełkę. W miarę postępu prac między sędziwym cieślą oraz jego "dziełem" nawiązuje się więź. Staruszek o, nigdy nigdy wcześniej niewykorzystanym, silnym instynkcie rodzicielskim zaczął traktować zabawkę jak syna. Nadał jej imię - Pinokio.
Jak wiadomo, największym marzeniem Pinokia było stać się prawdziwym chłopcem. W końcu, po wielu perypetiach i niejednej nauce (lub nauczce :) ) oraz dzięki pomocy niejakiej Błękitnej Wróżki, ideał stał się rzeczywistością. Pinokio zyskał ludzkie ciało, a Dżepetto - najprawdziwsze dziecko.


Prawdę mówiąc, nigdy nie byłam fanką Pinokia. Jednak drewniany chłopiec pragnący za każdą cenę stać się "żywym" dzieckiem idealnie pasuje do zilustrowania wrażeń towarzyszących testom pachnidła o nazwie Cozumel, stworzonego przez włoską markę Laboratorio Olfattivo. Im częściej wącham Cozumel, tym silniej wyczuwam ukrytą weń duszę Pinokia: żywą, nieco przewrotną, energiczną, ale też dziecięco słodką i zwyczajnie uroczą. Wzruszająco nieporadną oraz rozbrajająco łatwowierną. :)
Ponieważ omawiany zapach aż kipi od nadmiaru prostych emocji. I naprawdę bardzo, ale to bardzo, bardzo-bardzo chce żyć. ;) Stać się miękkim, zwierzęcym ciałem. Równie mocno, jak obecnie pozostaje kawałkiem jasnego, wdzięcznego drewna. Chęć owa wyziera z każdego zakątka, bucha uszkami, wyskakuje z buzi, wylatuje noskiem. Cozumel cały jest gorączkowym pragnieniem "awansu" ze świata zdegradowanej flory do królestwa inteligentnej fauny. ;) Z drewniaczka chce przeistoczyć się w zwierzątko. Ta idea dominuje nad całym jego rozwojem, nieomal go opętując.


A wyczuwam to dzięki sporej dawce łagodnej, miękkiej, słodkiej ambry. Jest jej na tyle dużo, iż wchodzi w symbiozę z mlecznym sandałowcem oraz zdominowuje rześkie, soczyste drewno cedrowe. Wonne drzazgi oraz parę innych składników nie potrafią przysłonić silnego, przejmującego marzenia o ożywieniu zdrewniałych tkanek.
Pierwsze chwile pobytu Cozumel na skórze to miękka, przelewająca się, mleczna masa stworzona z komponentów słodkich (bób tonka, ambra, wanilia) oraz drewna sandałowego, rzeczywiście dość blisko spokrewnionego z arcyuroczym Tam Dao. :)

Dopiero po pewnym czasie zauważalne stają się akcent świeże, wibrujące, żywe - drewno cedrowe, konopie a także odrobina dobrej jakości tytoniowych liści. Przy czym mieszanina w dalszym ciągu pozostaje kremowa i puchata, lekka, słodkawa. Po prostu zyskuje zadziornego, psotnego ducha. Tym bardziej woła o podatne na skaleczenia ciało.
Natomiast w finale najistotniejsze stają się elementy gładkie, słodkie [a to ci niespodzianka!], lecz tym razem złamane finezyjną, cedrowo-konopną nutką pieprzu oraz czegoś w stylu szczypty świeżo zmielonej arabiki. Pojawia się również subtelny, nad podziw dyskretny akcent kadzidlany, zręcznie spajający słodko-ostrą masę w niepodzielną, sprawiającą naturalne wrażenie, całość.

Wdzięczne to wszystko; śliczne i urocze. Chwytające za serce, pełne prostych (czyli banalnych..?) wzruszeń. Jednoznacznego zachwytu Cozumel raczej nie budzi, ale z pewnością przypadł mi do gustu. Dobrze byłoby czasem ponosić tak bardzo niewinne drzewne pachnidło. Tyle, że... nie dziś. Nie teraz. Nie w najbliższej przyszłości. Ale za jakiś czas - kto wie?

Tylko, bardzo proszę, niech mnie ktoś oświeci: co się stało z pierwowzorem nazwy? Gdzie Wyspa Jaskółek? Choć właściwie, jeśli miała być celem pielgrzymek kandydatek do macierzyństwa, to chyba już wiem. Dżepetto przypadkiem nie terminował u tamtejszego stolarza? :)


Rok produkcji i nos: 2009, Marie Duchene

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, bezpieczny dla otoczenia, o dość słabej emanacji. Ciężkawy, ale i uroczy; znakomity na wszelkie okazje nieformalne [lecz nie tylko].

Trwałość: od pięciu do ponad ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

tytoń, konopie, drewno sandałowe, drewno cedrowe, bazylia, olibanum, bergamotka, ambra, bób tonka
___
Dziś noszę Chaos Donny Karan (nowa wersja).

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.myfreewallpapers.net/cartoons/pages/pinocchio.shtml
2. http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Pinocchio.jpg

piątek, 4 marca 2011

Spacerkiem po Śródziemnomorzu


Cóż, nie do końca. Bo jak inaczej w jednym słowie ująć podróż pomiędzy Marokiem a Grecją? Jeśli ktoś ma lepsze propozycje, zmienię tytuł. :)
A teraz do rzeczy.

Spośród bogatej oferty kosmetycznej marki Aesop trudno wyłuszczyć dwa proponowane przezeń pachnidła. "Odkryłam" je dosyć późno, zawsze jakoś mi umykały. Tymczasem Marrakech i Mystra warte są poznania. Czy dłuższej znajomości - o tym później.


Zacznę od miasta istniejącego. :) Marrakesz, wspaniałe historyczne miasto, wrota wiodące ku Atlantykowi na zachodzie oraz górom Atlas na południu. Niezwykłe miejsce, w którym łatwo uchwycić ducha Historii. O jego perfumową interpretację pokusili się twórcy produktów do pielęgnacji ciała.
Marrakech okazał się dziwną, lekką i miłą dla nosa kompozycją przypraw, nut żywicznych oraz jakiejś delikatnej wędzonki. Wyczuwam sporą miarkę wonnych, uprażonych nasion kardamonu, także kminu rzymskiego [a ta dwójka potrafi narobić zamieszania wśród niezorientowanych, postronnych "wąchaczy"! ;) ]. Towarzyszy im któraś z drogocennych żywic oraz drzazgi drewna sandałowego. W początkowych fazach łatwo zlokalizować akcenty... świeże, niemal cytrusowe (bergamotka?), które jednak znikają w rekordowym tempie, zastąpione przez wspomnianą zgraję. ;) Natomiast w finale kompozycja uspokaja się, wypożycza nieco ludzkiego ciepła i łagodnego czaru. Sandałowiec staje się bardziej miękki, mleczny; dołączają do niego goździki (przyprawa, nie kwiaty) tudzież nutka czarnej, znakomitej herbaty. O ileż lepszej od niedawno wspominanego T42 [szkoda, że nie T-34 ;) ]! Od czasu do czasu dają o sobie znać wspomnienia suszonych kwiatów oraz słonawy wiatr od oceanu.
Bardzo wdzięczna, dość bliska skórze, mieszanina.


Nieco inaczej mają się sprawy z kolejnym z Aesopowych aromatów, czyli Mystrą. Woda ta została nazwana na cześć peloponeskiego, choć założonego przez krzyżowców i prosperującego czasach Cesarstwa Bizantyjskiego, miasta Mistra. Podejrzewam, że i w majestatycznych, ufortyfikowanych ruinach na zboczach gór Tajget łatwo zawrzeć znajomość z głoszącą sławę Klio. Swoją drogą, przypadł mi do gustu zamysł uhonorowania miejsc barwnych i nie całkiem jeszcze przytłoczonych popturystyką. :) Starczy już perfum reklamujących Paryż czy Nowy Jork (wybacz Escri ;) ).

Wieść niesie, iż najważniejszymi składnikami Mystry są labdanum, kadzidło frankońskie oraz mastyks. Pojęcia nie mam, jak też ów ostatni pachnie "w naturze", ale jeśli jest to woń choć trochę zbliżona do mezoamerykańskiego kadzidła kopal, jestem w domu. Albowiem gdy tylko opadną grube, mięsiste zasłony czystkowo-olibanowe, moje powonienie wychwytuje charakterystyczną, ciężką, zachłanną i trudną nutę, znaną choćby z Incense Normy Kamali. Oczywiście, nie jest AŻ TAK wredna i bezkompromisowa, ale daje o sobie znać; w znacznie słabszym stężeniu, co prawda. :)
Trudno napisać cokolwiek o rozwoju nut, ponieważ ciężko go uchwycić, o ile w ogóle istnieje. Wiem tylko, iż otwarcie jest miękkie i czarujące, miło otulające niezbyt grzecznym labdanum oraz cienką strużką "katolickiego" kadzidła, którego z czasem jest coraz więcej. I które coraz trudniej oddzielić od towarzyszy. Nie umiem dokładnie określić momentu, w którym czystek ustępuje "temu trzeciemu", gęstemu i zasnuwającemu całe niebo niczym chmura pyłu wulkanicznego, panosząca się po ziemi tuż po erupcji. Całość trwa, obsesyjnie uzależniona od człowieczego ciepła, pasożytniczo wczepiona w skórę, zlewająca się z nią w jedną, trudną do rozdzielenia, całość. Iście bizantyjski przepych [albo brak umiaru, co kto woli].
Tak po prawdzie nie mam nic przeciwko Mystrze, ale też nie dziwię się, że miasto nie dotrwało do naszych czasów w pełni formy. :) Za dużo tego jak na przeciętne nosy, za dużo.

No właśnie. Oba perfumowe wyroby Aesop[a?] pozostają wdzięczne, frapujące, bogate. Lecz także męczące, może trochę przeładowane, co dla wyżej podpisanej nie jest wadą, lecz dobrze wiem o nietypowości własnych upodobań. ;) Poza tym...
Teraz napiszę, dlaczego nie pragnę żadnej z omawianych dziś buteleczek. Otóż podejrzewam Mystrę i Marrakech o brak wyważenia; jakieś nieprzyjemne, nieco chaotyczne rozwrzeszczenie. Takie, któremu brak wyższego celu, u którego krzykliwość nie zawsze jest stanem naturalnym, a jedynie wymuszoną, sztuczną formą. Zacne, a jednak mało przekonujące. Bez własnej winy, a przecież nieszczere.
Niekoniecznie złe, po prostu brak im "tego czegoś".


Marrakech

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników ciężkich, mocno orientalnych perfum.

Trwałość: do pięciu, czasem sześciu, godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa

Skład:

kardamon, goździki, jaśmin, drewno sandałowe, czarna herbata, kmin (podobno także trzy inne składniki, tych jednak nie potrafiłam zlokalizować)


Mystra

Rok produkcji i nos: 2006, ??

Przeznaczenie: ciężki zapach typu uniseks; dla ortodoksyjnych miłośników kadzideł :)

Trwałość: do siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

labdanum, olibanum, mastyks

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://picasaweb.google.com/jakub.juszczyk/Greece2007#5068983909681923250
2. http://blog.otel.com/dance-with-the-snake-charmers-marrakesh/
3. http://picasaweb.google.com/jakub.juszczyk/Greece2007#5068984029941007650

Perfumy a sprawy ostateczne

Niedawno wpadł w moje ręce jeden z zeszłorocznych numerów Newsweeka; konkretnie 44/2010, opatrzony datą 31 października. Szczególnie zainteresował mnie artykuł (a raczej wywiad) o tytule, który bezczelnie wypożyczyłam i który teraz możecie przeczytać powyżej. :)

Z rozmowy z psychologiem, profesorem Wiesławem Łukaszewskim możemy dowiedzieć się, między innymi, jak „piękna twarz, zgrabne ciało i luksusowe rzeczy pomagają odpędzić myśli o śmierci”. Nas zaciekawić może zwłaszcza druga część wywiadu, w której profesor prezentuje wyniki swoich badań samopoczucia klientów (oraz osób „tylko” odwiedzających) luksusowych perfumerii.
Więcej szczegółów TUTAJ.

A teraz wrażenia: pierwszą myślą, która zakołatała w mojej czaszce było niedowierzanie i zastanowienie, na ile tego typu badania mogą być wiarygodne. [To wersja oficjalna; faktycznie na samym początku pomyślałam: „najwyraźniej kupuję za mało perfum!” ;) ] Jednak po chwili naszły mnie wątpliwości: w końcu czyż nie poprawia nam się humor za każdym razem, gdy po raz pierwszy używamy nowych, świeżo nabytych perfum? Czyż nie uśmiechamy się na myśl, że nareszcie dany zapach jest już „nasz”? Czy zwykłe próbki nie poprawiają nam samopoczucia? Czyż nie używamy perfum jako masek, tarcz, feromonów, pryzmatów naszych nadziei i lęków?
I w końcu: czy wszelkie „próżne” hobby, perfumowe, kosmetykowe, modowe (np. szafiarskie) nie jest jedynie odtrutką na naszą trudną rzeczywistość, na nienormalny i niezdrowy tryb życia, na zbyt wysokie wymagania otoczenia, na problemy, które w gruncie rzeczy nas przerastają? Czy kilkadziesiąt tysięcy użytkowników portalu Wizaż.pl [oraz dalsze miliony bez konta nań] to w istocie grupa przygnębionych, zdołowanych, albo i wpadłych w depresję osób, które starają się jedynie ratować przed przytłaczającym światem resztkę godności oraz dobrego samopoczucia?

Ech, kolejny temat do przemyśleń…
___
Dziś noszę Ambre Noir marki Sonoma Scent Studio.

wtorek, 1 marca 2011

Zielone diablę

...czyli nietypowe wcielenie pewnej, znanej wszystkim perfumoholikom, trawki. Coeur de Vétiver Sacré od l'Artisan Parfumeur.
Jakimś cudem drugi już produkt artisanowski wdał się, specjalnie dla mnie, w konszachty z zielonkawymi sferami piekielnymi. Lecz o ile Passage d'Enfer nie zdołał zaskarbić sobie mej sympatii, to dzisiejszy bohater nadal ma otwarta kartotekę. :) Albowiem nie jestem w stanie go sklasyfikować, ometkować i wsadzić do odpowiedniej szufladki. Skubaniec ciągle mi umyka! Za każdym razem, gdy myślę, że już wiem, jak doń podejść, mały wredny gnom po raz kolejny zręcznie umyka, pozostawiając po sobie jedynie smużkę zielonego dymu. Taka z niego niepokorna paskuda. ;)


Z całą pewnością należy do istot leśnych. Po prostu musi być jednym z szeregu wiecznych, niezależnych od panujących aktualnie trendów wyznaniowych, wymykających się ludzkiemu poznaniu, zmiennokształtnych demonów. Może stać się dumnym jeleniem obserwującym nas z oddali, bezpańskim psem włóczącym się po okolicy, zgarbioną staruszką, świtem poszukującą ostatnich jagód, wynurzającym się z mgły zrujnowanym domostwem; sową, wróblem, kleszczem, pająkiem, kotem, zającem, polną myszą, koniem. Lub ubranym w dżinsy, markową kurtkę i kalosze grzybiarzem, pozornie przybyłym z wielkiego miasta. :) Może zmienić się dosłownie we wszystko. Naszego demona zdradzają jedynie oczy.
Bystre, głębokie, zimne, bezbrzeżnie zielone. Gdyby dane nam było spotkać go po zmroku, wówczas przekonalibyśmy się, iż jego źrenice błyszczą, budząc w przypadkowym przechodniu strach oraz demaskując naszego leśnego tubylca. Co i tak ujmy mu nie przyniesie; w końcu zabłąkany człowiek, pod wpływem mroczącego umysł przerażenia zgubi się jeszcze bardziej, błąkając po lesie tak długo, aż utraci resztki kontaktu ze światem, który go zrodził. Jeśli natomiast jakimś cudem trafi z powrotem do ludzkich siedzib i - ostatecznie - do swojego domu, to i tak nikt mu nie uwierzy:
"No co ty, jakie duchy?? Po prostu byłeś w szoku i Twoja wyobraźnia wariowała. Uspokój się. I zastanów lepiej, co powiesz szefowi. Nie było Cię cztery dni!" ;>
Zielonookiemu demonowi nic nie grozi. Zresztą, chyba nigdy nie groziło.

Otwarcie Coeur de Vétiver Sacré zdumiewa złożonością, jakże niespotykaną zarówno we współczesnych czasach, jak i we współczesnych perfumach, najczęściej zobligowanych przymusową celebracją prostoty i nieskomplikowania. Jest ostre, acz wycofane. Obłe, inwazyjne, z lekka "zatykające" przewód pokarmowy. Dziwna paćka złożona z wetywerii, cytrusów, lekkiej skóry, przypraw z kardamonem i brzydkim cynamonem na czele. Wszystko to przywalono górą irysowego pudru.
Zaraz, zaraz! Czy napisałam "brzydki"? Ano tak.
I zdanie podtrzymuję; w końcu słowo zazwyczaj pejoratywne, w przypadku sztuki nabiera zupełnie innego znaczenia. "Brzydki" to nie to samo, co żałosny, odrażający czy ohydny, a jedynie rejestracja subiektywnego odczucia o sednie skrytym głęboko wewnątrz prywatnego poczucia estetyki. Tłumaczę na język ludzki: w sztuce "brzydki" wcale nie musi pokrywać się ze "złym". :)
Wracając do rzeczy; tym, co w uwerturze CdVS tak mnie odstręcza, jest wspomniana pasta oraz dziwaczna, przytłumiona wetyweria (nie rozumiem jej). Negatywne wrażenia zwielokrotnia arcymocna czarna herbata w rodzaju Tea for Two, którego nijak nie potrafię strawić.

Dopiero po pewnym czasie, gdy puder i inne tłumiące składniki gdzieś znikają, wetyweria zaczyna rozsnuwać charakterystyczną, zwęgloną sieć, pokrytą kropelkami zimnej rosy; gdzieś u poszycia jesiennego lasu w zimny, pochmurny, nieprzyjazny człowiekowi dzień. Przyprawy nabierają głębi, mieszają z wąską strużką kadzidła oraz ziołami. Od czasu do czasu mignie cień lekkiej, uroczej słodyczy. Lecz to tylko cień... Jak wszystko w lesie zielonego demona.
Krótko przed finałem wetywiór (trafne określenie) znów nabiera statycznej, gęstawej formy, mieszając się z nutami suszonych, ociekających pektynową słodyczą, owoców. W tym momencie do głosu ponownie dochodzi herbata. Nadal czarna i mocna, lecz nie budząca już przykrych skojarzeń. Tym razem jej przygaszona, eteryczna wytrawność zręcznie podbija nuty głównej bohaterki niniejszej opowieści.
Dalej kompozycja robi się mleczna, aksamitna, wiotka. Półprzejrzysta oraz nieco bardziej przyjazna. Nieco. Lecz nie radziłabym ufać pozorom - zielone diablę tylko na to czeka. Wystarczy chwila nieuwagi i obrywam pudrowo-herbacianym obuchem w łeb. ;) Więc zostałam pouczona, by zawsze mieć oczy dookoła głowy. Milszy niekoniecznie znaczy "oswojony".
Natomiast nut typowo cielesnych, teoretycznie odzwierzęcych, nie wyczuwam wcale. Dobrze się gadziny pochowały.

Właśnie przyszło mi do głowy, iż momentami mieszanina przybiera typowy, rozpoznawalny (choć moim gustom obcy) Giacobettiowy kształt. Widać na kim wzorowała się młoda twórczyni CdVS. :) Choć, podkreślam!, jej dziełu daleko do naśladownictwa. Vinchon-Spehn jedynie zainspirowały dzieła takie, jak Philosykos, Dzing! czy Tea for Two. I to na nich postanowiła oprzeć własną, oryginalną kompozycję. Jej prawo. A i Artisanowi decydenci nie powinni być zawiedzeni, wszak dzięki wspomnianemu zabiegowi zapewniają omawianemu dziełu sprzedaż. :) Wilk syty i owca cała.
... a zielone diablę, przez nikogo nie niepokojone, śpi spokojnie we własnym lesie pod stosami opadłych liści.

Rok produkcji i nos: 2010, Karine Vinchon-Spehn

Przeznaczenie: bezpieczny, bardzo szykowny i dość bliskoskórny uniseks. Podejrzewam, że świetnie powinien sprawdzać się podczas różnego rodzaju Okazji Bardzo Formalnych. ;)

Trwałość: dobra; do ośmiu, czasem dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-aromatyczna (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, pomarańcza, limonka, kardamon, czarna herbata, imbir, kolendra, szafran
Nuta serca: różowy pieprz, daktyle, suszone morele, osmantus, kadzidło, róża, irys, fiołek, drewno cedrowe, bób tonka, wetyweria, estragon
Nuta bazy: wetyweria haitańska, drewno sandałowe, drewno gwajakowe, nuty skórzane, labdanum, ketmia piżmowa (ambrette), wanilia, kastoreum, ambra, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://scottpurdy.deviantart.com/art/Owl-Demon-142165859
2. http://medusaskitchen.blogspot.com/2010/02/name-us-rain-forest.html